Reklama

Od oceanu do oceanu - 1%

Artysta niezwykły

2018-01-10 10:56

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 40-41

Mateusz Wyrwich
Jerzy Kalina

Jerzy Kalina – performer, akcjoner, jeden z pierwszych w Polsce. Autor kilkuset prac, kilkudziesięciu wystaw w kraju i za granicą. Scenograf teatralny i filmowy, reżyser filmów animowanych i dokumentalnych. Rzeźbiarz. Twórca ołtarzy podczas wizyt Jana Pawła II w Warszawie, kaplic w Pałacu Prezydenckim i Belwederze, grobu ks. Jerzego Popiełuszki, pomników katyńskich, również narracji plastycznej Muzeum Katyńskiego w Cytadeli Warszawskiej, pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej. Wielokrotnie nagradzany. Został m.in. najmłodszym laureatem Nagrody Krytyki Artystycznej im. Cypriana Kamila Norwida. Przed 3 laty otrzymał Nagrodę im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, w ubiegłym roku zaś Totus Tuus 2017, przyznawaną przez Fundację KEP – „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Od początku swej drogi artystycznej obecny w Kościele. Ponad 40 lat żonaty. Ojciec trojga dzieci.

Wprowadził do języka pojęć artystycznych określenie sztuka akcji. Uczynił to z całą determinacją, z pełnym przekonaniem. Wszystko znaczące o losie kraju objął artysta swoją czułością i żarliwością. Uwaga od początku twórczości Jerzego Kaliny spowija dążenie do ujęć wysokiego piętra umowności, wyszukanej alegorii dojrzałych, ale też zaskakujących znaczeń z symboli i niepowtarzalnego języka przekazu” – pisał prof. Jacek Olędzki, nieżyjący już dziś wybitny etnograf, antropolog kultury i etnolog.

„Czynnikiem porządkującym imponujący dorobek artysty jest powtarzający się w jego dziełach aspekt etyczny, wciąż uporczywie aktualny w wymiarze ojczyźnianym przede wszystkim, ale również mający znaczenie w swej postaci uniwersalnej. Odchodzenie od pozorów, kłamstwa. Oswajanie się z odwaga? i prawda?! Mogły się zrodzić w dziełach Jerzego Kaliny te cechy dzięki jego nieobojętnym postrzeganiu bzdury, fałszu, nikczemności i przeniewierstwa, jakie towarzyszyło nam przez lata w ukochanym kraju. Podobne wątki oczyszczające sensy odnajdujemy tylko u największych. W czasach ostatnich, w miejscu najbliższym słyszymy je w poezji Zbigniewa Herberta, a przeżywaliśmy ich obecność w dojmujących dokonaniach Jerzego Grotowskiego. Jednakże w przekazie «niemym», jakim jest sztuka z pogranicza rzeźby i malarstwa, form przestrzennych, ruchu i światła, znaku wizualnego, Kalina jest sam jeden, niepowtarzalny – jedyny we współczesnej przebogatej kulturze artystycznej świata” – pisała przed laty wybitna znawczyni sztuki Monika Małkowska.

Inspiracje, instalacje...

Urodzony w majątku przyjaciół rodziców koło Garwolina w roku Powstania Warszawskiego. Ma dwóch braci: starszego – emerytowanego pułkownika LWP i młodszego – grafika.

Reklama

W II RP ojciec Jerzego – Janusz, z wykształcenia agronom, pracował w majątkach świętokrzyskich. Po wojnie powiedziano mu na UB, że albo będzie prowadził PGR-y, albo wyjedzie na Syberię. Wybrał pierwsze – gospodarował jako dyrektor na państwowym. Mama zaś, Julia Daniłowska, pasjonatka książek, prowadziła w domu, jako wolontariuszka, biblioteki wiejskie. Rodzinę przerzucano z miejsca na miejsce. Mieszkali jednak głównie na tzw. Ziemiach Odzyskanych, w poniemieckich majątkach ziemskich. Dla przyszłego artysty zakątki wielkich pałaców, opuszczonych komnat i strychów stały się inspiracją i źródłem przyszłej twórczości. Były swego rodzaju... instalacją.

– Urodziłem się w ciekawych czasach i, można powiedzieć, w ciekawych instalacjach – opowiada Jerzy Kalina. – Szperałem po strychach. Znajdowałem jakieś dziwne instrumenty, np. harfę czy cytrę, których wcześniej nie znałem. W opuszczonych szafach leżały rozmaite części starego uzbrojenia. Elementy pruskich mundurów. Niezwykle piękne grafiki w wiekowych książkach. Bajecznie kolorowe banknoty, które znajdowałem, wertując karty porzuconych tomów. Wiele czerpałem z tych strychów poniemieckich i polskich dworków. Wynosiłem z nich przede wszystkim ducha i przestrzeń. Żadnego konkretnego obrazu. Były dla mnie ideą, inspiracją.

Inspiracją dla sztuki sakralnej był jednak dla Kaliny sam Kościół. Świątynia. „Sanktuarium narodowej sztuki” – mawia Kalina.

– Jako dziecko nie miałem świadomości, że liturgia jest tak głęboka. Metafizyczna. Dla mnie, dzieciaka, obecność w kościele była niezwykłym świętem, które miało swój rytm. Nie wiedziałem, że jest to obrzęd, który posługuje się znaczącymi kolorami. Ale widziałem w tym porządek hierarchii. Widziałem w tym głębszy sens ku Stwórcy – wspomina artysta.

Nauczyciele

Ten fantastyczny, ale i nieuporządkowany świat zaczęli układać profesorowie Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Tarnowie, gdzie Jerzy Kalina podjął naukę w końcu lat 50. ubiegłego wieku. Tu uczył się podstaw rysunku, malarstwa, rzeźby, ale też fotografii. Niewątpliwy wpływ na jego widzenie sztuki mieli profesorowie: dr Stanisław Wałęga – dyrektor szkoły, Witold Giżbert-Studnicki i Wiesław Rehrenschef, a na historię kraju i naszej kultury wychowawczyni – profesor Barbara Wiatr.

– Człowiek o wielkiej erudycji, cieple, bardzo serdeczna – mówi Jerzy Kalina. – Była polonistką, która przygotowywała nas do wieku dojrzałego. Uczyła nas kultury, literatury narodowej. Dyskretnie. Nie mówiła wprost, ale dawała nieustannie jakieś impulsy, byśmy nie zatracili się w mnogości rzeczy pozornych. Dla niej punktem odniesienia były powstania: listopadowe, styczniowe, warszawskie. Wskazywała, w jaki sposób możemy szukać swojego znaku tożsamości. Była zdania, że musimy mieć swoją opokę. Pokazywała, że nie można popadać w relatywizm – wspomina.

Studia

Studia, choć miał wybitnych profesorów i współstudentów, nie stały się dla Jerzego Kaliny znaczącym czasem. Dopiero lata po dyplomie, a w szczególności pierwsze instalacje w Galerii Debiutów na warszawskim Krakowskim Przedmieściu, a później w Galerii Repassage stały się próbowaniem siebie jako artysty. Szukaniem kontaktu z odbiorcą w niełatwej i odważnej formie, jaką była sztuka efemeryczna, zwana wówczas częściej „działaniem w przestrzeni rzeczywistej”. Te artystyczne zmagania były wcale nierzadko wyśmiewane przez przeciętnych obiorców, do których jednak również chciał trafić absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po 6 latach zaowocowały znaczącym i najbardziej wówczas znanym dziełem, którym była instalacja zatytułowana „Przejście, pomnik anonimowego przechodnia”, ustawiona w nocy z 12 na 13 grudnia 1977 r. na rogu dwóch śródmiejskich ulic. W swojej instalacji artysta pokazał ludzi wchodzących do podziemia i wychodzących z niego. To dzieło stało się początkiem buntowniczej drogi artystycznej Jerzego Kaliny. Dziś replikę tego dzieła można oglądać we Wrocławiu.

– W sprawie mojej instalacji, o czym dowiedziałem się dopiero po Okrągłym Stole, interweniował sowiecki generał, który kazał ją zlikwidować. Uznał moją pracę za prowokację. Stwierdził, że odnosi się ona do jakiegoś punktu wypowiedzenia i określenia, czym jest w Polsce socjalizm – wspomina Jerzy Kalina. – Szukałem jakiegoś znaku, żeby nie musieć teoretyzować na temat tego, co robię i dlaczego to robię. Uważam, że owszem, interesująca jest cała strona teoretyczna twórcy, który prowadzi dialog z rzeczywistością, ale też prowadzi dialog ze sztuką. Nie jest mi to obojętne, kto co powiedział bądź zrobił w sztuce. To, co najbardziej sobie cenię, to indywidualizm w każdej dziedzinie sztuki. Jest to dla mnie o wiele bardziej ważne niż perfekcjonizm. Kiedy studiowałem, już nie chodziło mi o to: jak? Ale: jaki jest powód kreowania tego dzieła.

Twórca zauważalny

Od tego momentu Jerzy Kalina zaczął być „zauważalnym” twórcą. Również jako autor filmów animowanych powstających w warszawskim Studiu Miniatur Filmowych, gdzie pracował w latach 70. i 80. ubiegłego wieku. W czasie legalnej Solidarności był w Komisji Zakładowej „S”.

W stanie wojennym twórca nie stanął po stronie władzy. Służba Bezpieczeństwa w połowie lat 80. raportowała: „(...) Jerzy Kalina związany jest z negatywną działalnością polityczną, prowadzoną przez kler rzymsko-katolicki i osoby z kręgów opozycji politycznej na terenie obiektów kościelnych. Uczestniczy także w niezależnym obiegu sztuki (...)”.

Ciągła współpraca z Kościołem naraziła Kalinę nie tylko na szykany, ale na stygmatyzowanie go etykietką „twórcy kościelnego” – określeniem w intencji jawnie lekceważącej, zwłaszcza w niektórych środowiskach artystycznych. Tymczasem takie określenie to dla mnie wielki zaszczyt. Kościelnym artystą był przecież Michał Anioł, Tintoretto, Rafael czy van Dyck... czy Jerzy Nowosielski.

Lata III RP nie „wypchnęły” artysty, jak wielu innych, z Kościoła. Nadal tworzy na jego potrzeby. Jednak pracuje głównie w przestrzeni „świeckiej”. Jest dzisiaj uznanym, cenionym artystą. Jego dzieła prezentowane są w wielu galeriach krajowych i zagranicznych. Nie stał się jednak artystą schematu, choćby i własnego. Nadal jest niepogodzonym, na swój sposób buntowniczym artystą. Jedną z jego kolejnych, głośnych najnowszych prac jest projekt pomnika Ofiar Tragedii Smoleńskiej.

– Chciałem powiedzieć, że to, czym żyłem i czym żyję od katastrofy do tej pory, to takie moje oczekiwanie – wyjaśnia ideę swojego pomysłu Jerzy Kalina. – Mam wrażenie, że choć zginęli tragicznie, to jednak odlecieli tylko na jakiś moment. Wiemy, ile jest ofiar i kto zginął. Samolot odleciał i pozostała pustka, ale my w tej pustce nie jesteśmy odrętwiali. Nie zamarliśmy. Nie stało się to, czego oczekiwała druga strona. Nie zamroziła nas, ale jesteśmy w wielkim oczekiwaniu. Chciałem, aby było w nas to uczucie wielkiej pustki, wielkiego żalu, ale i prośba o to, by oni trwali w naszej pamięci. I byśmy nie zapominali, jaki był cel ich wizyty. Mieli polecieć do Katynia na Mszę żałobną. Ten symboliczny trap, który jest miejscem pożegnania i oczekiwania... Ten trap wyrasta z krwi. Z głębokiej niszy wykopanej w ziemi. Przypomina on nisze, które były dołami śmierci po ekshumacjach naszych rodaków zamordowanych przez Rosjan w Katyniu. One są i będą – na fotografiach, w pamięci. Dziś i jutro. Zawsze.

Tagi:
artysta

Prowadził Polskę ku prawdzie

2018-02-21 10:32

Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 40-41

Zmarł wielki Polak, który prowadził Polskę ku prawdzie. Autor kilkudziesięciu filmów dokumentalnych i kilkunastu fabularnych – kilka z nich uhonorowano najwyższymi laurami na międzynarodowych festiwalach, m.in. w San Remo, San Sebastián. W 2011r. w Montrealu otrzymał niezwykle prestiżową nagrodę FIPRESCI, przyznaną mu przez krytyków filmowych za film „Czarny czwartek. Janek Wiśniewski padł”

Mateusz Wyrwich
Antoni Krauze podczas codziennego spaceru na swoim ulubionym osiedlu Służew nad Dolinką

Zapamiętam pana Antoniego siedzącego wraz z żoną w piątej albo czwartej ławce kościoła dominikańskiej parafii pw. św. Dominika w Warszawie – nigdy nie chciał siedzieć w pierwszej, bo, jak powiadał, nie zasługiwał. Rozmodlony, zasłuchany w kazania i śpiew dominikańskiej scholi na coniedzielnych „czternastkowych” Mszach św. Czasami podchodził do chóru, dziękował. Pokornie. Z delikatnym uśmiechem.

Przez ponad czterdzieści lat był mieszkańcem warszawskiego osiedla Służew nad Dolinką w dzielnicy Mokotów. Również przez lata – bywalcem kawiarni nieopodal stacji metra. Spotykał się tam ze znajomymi i kolegami. W tym samym ciągu budynków miał także swoją ostatnią montażownię – montażownię swojego ostatniego filmu „Smoleńsk”.

Patriotyczno-artystyczne inspiracje

Urodził się w Warszawie czasu wojny. Mieszkał z rodzicami i rodzeństwem w jednym z najpiękniejszych punktów miasta – na rogu Królewskiej i Marszałkowskiej. Jak mówił, po wojnie jego świadomość patriotyczną ukształtowali rodzice, stryj Robert Krauze z batalionu „Parasol” i Radio Wolna Europa. Niewątpliwy wpływ na jego gust artystyczny miał Marian Hemar, jednak – co Antoni Krauze często podkreślał – największy wpływ na jego plastyczne postrzeganie miała pierwsza zapamiętana scena czasu wojny. Scena tragiczna, bo kojarząca się z płonącą Warszawą, w jego pamięć zapadła jednak jako jeden z najpiękniejszych obrazów. Mówił: – To będzie dominowało w całym moim życiu artystycznym.

Ta dramatyczna siła kolorów palącego się miasta pchnęła młodego chłopaka do szkoły plastycznej. Później – na Akademię Sztuk Pięknych. Jednak ta ostatnia, jak wspominał, nie zapisała ważnej karty w jego życiorysie. Ogromny wpływ na twórczość Antoniego Krauzego miała natomiast współpraca z dwutygodnikiem literackim „Współczesność”, w którym publikował swoje wiersze. Jak mówił, właśnie to środowisko stało się dla niego kolejną szkołą patrzenia na świat. Poznał tam wówczas autorytet pokolenia – Stanisława Grochowiaka, również artystów tej miary, co Miron Białoszewski, Zbigniew Herbert, Ernest Bryll, Marek Nowakowski. Ale największy wpływ na młodego adepta sztuki miał warszawski Studencki Teatr Satyryków, dzięki któremu mógł na nowo spojrzeć na peerelowskie otoczenie. Krauze podpatrywał w teatrze opowiadanie obrazami i postanowił przenosić to, co się działo wokół, na rzeczywistość filmową. Inspiracją dla niego stało się też nowe włoskie i skandynawskie kino: Antonioni, Fellini, Visconti, Bergman, Widerberg. Wybrał więc studia w łódzkiej Państwowej Wyższej Szkole Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej. Gdy kończył je w drugiej połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, był nieco rozczarowany.

– Miałem wrażenie, że najlepszy czas szkoły już minął – stwierdził.

Zdziwienie cenzora

Apetyt na film rozbudziła w Antonim Krauzem obecność w znakomitym zespole filmowym „TOR” pod kierownictwem Stanisława Różewicza. Zadebiutował filmem „Monidło” – wysmakowanym i wieloznacznym obrazem telewizyjnym, który zdobył wiele nagród i otworzył artyście drogę do wielkiej kariery. Potem był film „Meta” według prozy Marka Nowakowskiego. „Zbyt śmiały” jak na 1971 r. – film ten zamknął drzwi do reżyserskiej kariery Krauzego. Cenzorzy byli wręcz zdziwieni, jak taki obraz mógł powstać w głowie „socjalistycznego twórcy”.

– Kiedy skończył się seans i zapalono światło, wszystko się wyjaśniło. Towarzysz Stefański, wiceprezes telewizji, powiedział do szefa cenzury, ni to pytając, ni to stwierdzając: „No, towarzyszu dyrektorze, prawda, że nie możemy puścić tego filmu?” – wspominał przed laty dla „Niedzieli” Antoni Krauze. Film przeleżał na półkach 10 lat. Taka decyzja cenzorów eliminowała z kina „nieideowo” myślących twórców. Wtedy jednak ujęli się za Krauzem reżyser Wanda Jakubowska, osoba niezwykle wpływowa, oraz Stanisław Różewicz. To sprawiło, że Antoni Krauze nie znalazł się poza kinem. Mógł zrealizować jeden z ważniejszych filmów w polskim kinie – „Palec Boży”, za który dostał Nagrodę im. Andrzeja Munka.

Największa nagroda

Kolejna produkcja artysty nie wzbudziła jednak uznania partyjnych decydentów. Dla „poprawienia się” Krauze dostał prawo do przeniesienia na ekran prozy PZPR-owskiego pisarza Zbigniewa Safjana. Z przeciętnego kryminału wyreżyserował obraz „niepryncypialny ideologicznie”, jak napisał cenzor. I choć „Strach” otrzymał nagrodę za reżyserię w San Sebastián, do szerokiej dystrybucji nie został dopuszczony. Kolejny film Krauzego stał się więc „półkownikiem”, jednak nagroda w San Sebastián bardzo reżyserowi pomogła. Partyjne kierownictwo kinematografii nie mogło już tak łatwo zamknąć artysty „na półkach”. Z czasem Antoni Krauze rozpoczął wieloletnią współpracę z telewizją, przez twórców kina na ogół pogardzaną. On jednak, choć otrzymywał liczne wyróżnienia i nagrody, za największą nagrodę uznał wybór Karola Wojtyły na papieża, a także powstanie Solidarności.

Krauzego widzenie naszych spraw

– Wybór Jana Pawła II stał się powodem mojego powrotu do Kościoła – powiedział „Niedzieli” przed laty reżyser. – Zbyt wcześnie podjąłem samodzielne życie i wcześnie odstąpiłem od życia religijnego, choć moja rodzina była bardzo wierząca. Wybór Jana Pawła II był dla mnie nieprawdopodobnym wydarzeniem. Do dziś nie mam żadnych wątpliwości, że modlitwa Jana Pawła II do Ducha Świętego na placu Zwycięstwa w Warszawie to był początek wszystkiego, co dobre dla Polski. Nie byłoby przecież Solidarności bez działania Ducha Świętego. Nie byłoby naszej odwagi. W komunizmie w każdej chwili każdy człowiek mógł zostać aresztowany, zabity. Ale wtedy, po tej modlitwie, myśmy już przestali się bać. Choć może... niestety, jeszcze nie wszyscy i nie zawsze. Podczas pracy nad filmem „Smoleńsk” spotykałem się z ludźmi, którzy się wszystkiego bali. Oni bali się nawet prawdy... Czy nam wtedy, w latach siedemdziesiątych, osiemdziesiątych, przyszło do głowy, że nie chcemy poznać prawdy? Nie! Pewien szanowany przeze mnie aktor powiedział mi niedawno, że on się boi wystąpić w filmie „Smoleńsk”, bo może się okazać, iż zamach to prawda. I co wtedy...? Sądziłem, że immanentną cechą każdego człowieka jest chęć poznania prawdy. Że jest nam potrzebna jak powietrze do życia. Okazuje się, że dzisiaj, mimo iż nic wielkiego nikomu nie grozi poza utratą jakichś apanaży, zerwaniem kontaktów z innymi ludźmi – niektórzy rezygnują z prawdy. Do dzisiaj mi się to w głowie nie mieści... Jest rok 2014. Czy Polska jest dzisiaj wolna, czy nie? Niestety, uważam, że współcześnie władza terroryzuje ludzi psychicznie, szczególnie tych, którzy myślą inaczej niż ona. Jaki jest dzisiaj ten nasz, mój kraj? To przecież wciąż jeszcze Polska nierozliczonych zbrodni i różnego rodzaju współczesnych przestępstw, które wymagają rozliczenia. Jeżeli więc przyszłe pokolenia chcą, żeby Polska zmieniła się w wolną, lepszą, to muszą rozliczyć zbrodnie. Tu już nie chodzi o to, by tych starych komunistów wsadzać do więzienia, ale by sąd powiedział, że to była zbrodnia i powinna być kara. Bo nie może być tak, że ludzie dokonują strasznych zbrodni i w ogóle nawet nie usłyszą od nikogo, iż są za nie odpowiedzialni. Zło trzeba nazwać złem, bo bez tego nie ma życia. Ale czy my chcemy poznać prawdę...

Taki był Antoni Krauze, takiego będziemy go pamiętać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Z Czech przez Polskę do nieba

2018-04-18 11:44

Ks. Marek Łuczak
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 20-21

Urodził się zaledwie 10 lat przed chrztem Polski. Śmierć męczeńską poniósł już jednak w czasach, kiedy nad Wisłą władcy zdawali sobie sprawę ze znaczenia świętych relikwii. Czy Polska byłaby dziś tym samym krajem, gdyby nie św. Wojciech, jego związki z naszym państwem oraz przyjaźń z cesarzem?

Tadeusz Jastrzębski
Św. Wojciech nauczający z  łodzi, malowidło ścienne. Chojnice, kościół pw. św. Jana Chrzciciela

Św.Wojciech został biskupem Pragi jako 27-letni mężczyzna. Jak podają jego biografowie, do katedry miał wejść boso, co prawdopodobnie symbolizowało ewangeliczną prostotę przyszłego męczennika. Potwierdzeniem tej tezy są inne historyczne źródła, według których wiadomo dziś ponad wszelką wątpliwość, że Wojciech nie dysponował wielkim majątkiem. To, co posiadał, miało służyć sprawowaniu kultu, zaspokajaniu potrzeb miejscowego kleru oraz jego osobistemu utrzymaniu.

Hagiografowie św. Wojciecha są także zgodni co do jego wielkiej wrażliwości na potrzeby biednych. Miał ich osobiście odwiedzać, słuchać ich skarg, wspierać datkami. Ponieważ Praga leżała wówczas na skrzyżowaniu wielkich szlaków handlowych, w mieście tym kwitł gorszący, a nawet niechrześcijański zwyczaj sprzedawania niewolników. Działalnością tą mieli się parać miejscowi Żydzi, którzy sprzedawali nieszczęśników do krajów mahometańskich. Wojciech opowiadał później, że przyśnił mu się sam Chrystus. Od Boskiego Mistrza miał we śnie usłyszeć następujące słowa: „Oto Ja jestem znowu sprzedany, a ty śpisz?”. Scenę tę przedstawia jeden z obrazów Drzwi Gnieźnieńskich, które powstały ok. 1127 r. Nie trzeba w tym miejscu dodawać, że Wojciech bywał często na targach niewolników, by w miarę swoich możliwości wykupywać ich i uwalniać.

Z odciętą głową na żerdzi

Kościół w Czechach w czasach sprawowania biskupiego urzędu przez Wojciecha przeżywał nie lada kryzys. Wiele postulatów należałoby sformułować pod adresem zarówno świeckich, jak i miejscowego duchowieństwa. Ci pierwsi nie godzili się z moralnością chrześcijańską, a możnym najwięcej trudności sprawiały przykazania związane z dochowaniem wierności małżeńskiej. Jawnie wtedy żenili się także duchowni, którzy nie chcieli się podporządkować prawu wymagającemu od nich życia we wspólnocie. Po kilku latach nawoływania do zmiany ich życia Wojciech zdecydował się opuścić stolicę biskupią i wyruszył na długą pielgrzymkę. Odwiedził Rzym, Ziemię Świętą i katolicką Francję. Postanowił, że przez jakiś czas będzie zakonnikiem, ostatecznie jednak – gdy Czesi nie zgodzili się na jego powrót do Pragi – powziął decyzję, że będzie nawracał pogańskie Prusy.

Bolesław Chrobry na początku ucieszył się z przyjazdu duchownego, którego chciał zatrzymać na swoim dworze i polecić mu dyplomatyczne zadania. Zapał ewangelizacyjny kazał jednak Wojciechowi udać się Wisłą do Gdańska, gdzie głosił Chrystusa Pomorzanom, a później udał się do pogańskich Prus. Ponieważ nie chciał, by jego wizyta kojarzyła się z podbojem, najpierw odprawił wojów, których dał mu na służbę i do ochrony polski władca, i rozpoczął swą misję jedynie z krzyżem w ręku. Niestety, spotkał się z nieprzychylnym przyjęciem miejscowych, którzy prawdopodobnie w okolicach dzisiejszego Elbląga zadali mu śmiertelny cios. Zachował się następujący opis tamtych wydarzeń: „Ledwie skończyła się odprawiana przez biskupa Wojciecha Msza św., rzucono się na nich i związano ich. Zaczęto bić Wojciecha, ubranego jeszcze w szaty liturgiczne, i zawleczono go na pobliski pagórek. Tam pogański kapłan zadał mu pierwszy śmiertelny cios. Potem 6 włóczni przebiło mu ciało. Odcięto mu głowę i wbito ją na żerdź. Przy martwym ciele pozostawiono straż. W chwili zgonu Wojciech miał 41 lat”.

Potężny patron

Wielką intuicją charakteryzował się polski władca Bolesław Chrobry. Wykupując relikwie czeskiego męczennika, przyczynił się do zjazdu gnieźnieńskiego w 1000 r., kiedy to Polan odwiedził cesarz Otton III. Wtedy właśnie – podczas spotkania z Bolesławem Chrobrym – została uroczyście proklamowana metropolia gnieźnieńska z podległymi jej diecezjami w Krakowie, Kołobrzegu i we Wrocławiu.

Z dzisiejszej perspektywy warto zwrócić uwagę na rolę chrześcijaństwa w procesie konstytuowania się polskiej państwowości. Wraz z powołaniem do życia struktur diecezjalnych na naszych ziemiach pojawili się wykształceni duchowni i dyplomaci. Ta okoliczność niewątpliwie przyczyniła się do rozwoju cywilizacyjnego naszej ojczyzny. Św. Wojciech – poza tym, że patronuje Czechom, Węgrom czy Polakom – z powodzeniem może też patronować całej Europie. Jego życiowe drogi pokazują, że w średniowieczu Europa mogła być chrześcijańska albo nie byłoby jej wcale. Doskonale rozumieli to mądrzy władcy, dla których znak krzyża na żołnierskich sztandarach skutecznie przypominał o naszej tożsamości. Tak więc Kościół XXI wieku na ziemiach polskich ma wiele do zawdzięczenia czeskiemu męczennikowi. Bez jego ofiary nie byłby tym samym Kościołem. Krew męczenników po raz kolejny stała się posiewem chrześcijan.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości rozpoczęli szkolenia

2018-04-23 19:22

mm / Warszawa (KAI)

Pierwsza grupa 80 uczestników Rejsu Niepodległości zakończyła tygodniowe szkolenie, a 23 kwietnia trening rozpoczęła kolejna. Już 20 maja na pokładzie Daru Młodzieży wyruszą oni w rejs dookoła świata, którego kulminacyjnym punktem będą Światowe Dni Młodzieży w Panamie, zaplanowane na styczeń 2019 r.

Akademia Morska

Uczestnicy wyprawy to laureaci konkursu Rejs Niepodległości organizowanego przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. W jego ramach młodzi ludzie przygotowywali kampanie w mediach społecznościowych, promujące ich „małe ojczyzny”. Do finału zakwalifikowało się 400 osób i wszyscy będą mieli szansę przemierzyć jeden z etapów rejsu na Darze Młodzieży.

Ważnym celem rejsu jest edukacja historyczna, kształtowanie hartu ducha i postaw patriotycznych u młodych ludzi, a także promocja Polski na arenie międzynarodowej. Po drodze statek będzie cumował m.in. w Kopenhadze, Bordeaux, Lizbonie, Dakarze, Kapsztadzie, Szanghaju, Singapurze, Osace, San Francisco i Londynie.

Podczas postoju w poszczególnych portach będą organizowane koncerty, spotkania i konferencje promujące Polskę i polską kulturę. Na Darze Młodzieży będą się też spotykać dyplomaci i biznesmeni. Statek powróci do portu w Gdyni 28 marca 2019 r.

Organizatorami Rejsu jest Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Akademia Morska w Gdyni oraz Pallotyńska Fundacja Misyjna Salvatti.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem