Reklama

Biały Kruk 1

Patriotyzm Jana Pawła II

2018-01-10 10:56

Paweł Zuchniewicz
Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 26-29

Zdzisław Sowiński

Burzę, która się wtedy rozpętała, pamięta każdy, kto przyszedł na lotnisko w Masłowie pod Kielcami. 3 czerwca 1991 r. z nieba lały się hektolitry wody, gdy Jan Paweł II dotarł na miejsce celebry, w której brało udział pół miliona wiernych.

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – zaczął. – Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus również przez tę niepogodę, przez ten gwałtowny deszcz i wicher, widocznie był nam wszystkim potrzebny.

– Wtedy ten krzyż o lekko zadartych w górę ramionach na tle ciemnych chmur unoszących się nad lotniskiem był dla mnie wołaniem człowieka do Boga – wspomina wówczas ksiądz, a dziś biskup Marian Florczyk. – Pamiętam głos Papieża, który mówił o wolności, której trzeba dobrze używać, i o rodzinie, której nie wolno niszczyć.

Reklama

Słowa wypowiedziane wówczas przez Jana Pawła II w dużych emocjach należą do tych, które chyba najmocniej utrwaliły się w naszej pamięci:

– (...) to jest moja matka, ta ziemia! To jest moja matka, ta Ojczyzna! To są moi bracia i siostry! I zrozumcie, wy wszyscy, którzy lekkomyślnie podchodzicie do tych spraw, zrozumcie, że te sprawy nie mogą mnie nie obchodzić, nie mogą mnie nie boleć!

Odebraliśmy je jako poważne upomnienie, wyraz bólu i świętego gniewu (i słusznie), była to jednak zarazem gorliwa deklaracja patriotyzmu Papieża i jego pragnienia szczęścia rodaków.

Rozpoczynający się rok 2018 znaczy setna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Jest to zarazem 40. rocznica wyboru (16 października 1978 r.) na Stolicę Piotrową najwybitniejszego naszego rodaka, który dziś cieszy się mianem świętego. Został on wyniesiony na ołtarze w tempie zaiste ekspresowym, co samo przez się świadczy o jego wielkości. Dotyczy ona wielu obszarów, także czwartego przykazania, które traktuje m.in. o miłości ojczyzny.

Góralu, czy ci nie żal?

Ten gest był tak niezwykły, że zasłużył sobie na utrwalenie go w spiżu pomnika. Znajduje się on na dziedzińcu Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego i przedstawia Jana Pawła II obejmującego prymasa Stefana Wyszyńskiego. Scena ta miała miejsce 23 października 1978 r., podczas audiencji dla Polaków, dzień po uroczystej inauguracji pontyfikatu. Uścisk ten wyrażał przyjaźń i oddanie dwóch wielkich Polaków, a zarazem stał się jakimś symbolem pożegnania Karola Wojtyły z Ojczyzną, jakby uosabianą przez Prymasa.

Jan Paweł II odczytał wtedy dwa listy pożegnalne – jeden do rodaków, drugi do wiernych archidiecezji krakowskiej. W tym pierwszym napisał:

„Mówię to do wszystkich bez wyjątku Rodaków, szanując światopogląd i przekonania każdego bez wyjątku. Miłość Ojczyzny łączy nas i musi łączyć ponad wszelkie różnice. Nie ma ona nic wspólnego z ciasnym nacjonalizmem czy szowinizmem. Jest prawem ludzkiego serca. Jest miarą ludzkiej szlachetności – miarą wypróbowaną wielokrotnie w ciągu naszej niełatwej historii”.

Słowa te padły w bardzo konkretnych okolicznościach historycznych. Polska nie była wolna, rządzili w niej ludzie o światopoglądzie wrogim lub obcym chrześcijaństwu, a byli spadkobiercami oczywistych prześladowców Kościoła. A jednak Papież zwracał się do „wszystkich bez wyjątku (...), szanując ich światopogląd i przekonania”. Tylko ktoś o wielkiej sile wewnętrznej może sobie na coś takiego pozwolić.

„Niełatwo jest zrezygnować z powrotu do Ojczyzny, «...do tych pól umajonych kwieciem rozmaitem, posrebrzanych pszenicą, pozłacanych żytem» – jak pisał Mickiewicz, do tych gór i dolin, i rzek, i jezior, do tych ludzi umiłowanych, do tego Królewskiego Miasta – ale skoro taka jest wola Chrystusa, trzeba ją przyjąć. Więc przyjmuję”.

Jeśli prawdą są słowa francuskiego poety: „Partir, c’est mourir un peu” (Wyjechać – to trochę umrzeć), to w przypadku Karola Wojtyły miały one wyjątkowo głębokie znaczenie. „Przyjmuję” wypowiedziane podczas konklawe oznaczało, że resztę życia przyjdzie mu spędzić w innym kraju, po ludzku zrezygnować ze wszystkiego, czym oddychał przez całe swoje dotychczasowe życie. Jeszcze jako kardynał mógł sobie pozwolić na wycieczki kajakowe z przyjaciółmi z dawnego duszpasterstwa akademickiego i wyprawy narciarskie ze współpracownikami z KUL-u. W Krakowie był otoczony setkami przyjaciół, chodził po ulicach tego miasta „swojego życia” (jak sam nazwał gród pod Wawelem), zaglądał do domów wielu zwyczajnych osób, uczestniczył w pogodnych wieczorach młodzieżowych duszpasterstw. Posługiwał się wspaniale polszczyzną wysmakowaną i pielęgnowaną w szkole Teatru Rapsodycznego. To wszystko miał teraz pozostawić.

Paradoksalnie, w zniewolonej komunizmem Polsce był on bardziej wolny niż jako głowa Kościoła katolickiego. Ujawniło się to już po wyborze, gdy musiał sobie „wywalczyć” prawo do opuszczenia Watykanu (nowo wybrany papież do inauguracji miał pozostać w jego murach), aby odwiedzić ciężko chorego przyjaciela bp. Andrzeja Deskura. Trudno było mu się wcisnąć w gorset watykańskiego protokołu, co zresztą było widoczne od pierwszego ukazania się w lodżii Bazyliki św. Piotra. Jego poprzednik – Jan Paweł I chciał przemówić do wiernych, ale powiedziano mu, że tego się nie robi, więc zrezygnował. Z Papieżem Polakiem wprowadzenie tego zalecenia w życie nie było możliwe. I właściwie każdy następny dzień był takim stałym poszerzaniem przestrzeni swobody przez Karola Wojtyłę. Komentował to z właściwym sobie poczuciem humoru w czasie audiencji dla dziennikarzy dwa dni po wyborze (18 października). Ku przerażeniu swojej nowej świty wszedł między nich i zaczął odpowiadać na pytania:

– Czy Ojciec Święty chciałby odwiedzić Ojczyznę? – zapytał ktoś.

– Jeśli mi pozwolą – odpowiedział.

– Czy Ojciec Święty nadal będzie jeździł na nartach?

– Jeśli mi pozwolą – powtórzył, wskazując głową towarzyszących mu księży.

– Czy Ojciec Święty odwiedzi Rosję?

– Jeśli mi pozwolą.

– Czy Ojciec Święty będzie miał regularne konferencje prasowe?

– Natychmiast, jak tylko zostanie mi udzielone takie pozwolenie.

Oczywiście, Jan Paweł II nie miał najmniejszej wątpliwości, że z chwilą wyboru jest tu, gdzie powinien być. Szok wywołany „wyrokiem konklawe” (sam tak określił werdykt kardynałów) szybko minął. Kiedy ks. Bronisław Piasecki, wówczas kapelan prymasa Wyszyńskiego, zapytał go, jak się czuje w nowym miejscu, odpowiedział: „Jakbym tu był od dwudziestu lat!”. Niemniej tęsknota za tym, co zostawił, była ogromna. Śp. ks. prof. Tadeusz Styczeń opowiadał, jak w czasie pierwszych lat pontyfikatu odwiedził Jana Pawła II i usłyszał: „Tadziu, już tu dłużej nie wytrzymam, ucieknijmy stąd”. Incognito pojechali samochodem za Rzym, zatrzymali się przy lesie, Papież wszedł w gęstwinę i wędrował dłuższy czas, aż doszedł do jakiegoś potoku. Zatrzymał się przy nim nieruchomo i patrzył na wodę. Zaczął padać deszcz, a Jan Paweł II nie zwrócił na to uwagi – tylko stał i patrzył. W końcu ks. Tadeusz okrył go peleryną, nie przerywając mu kontemplacji chwili wolności.

Światło w ciemności

To była chyba najtrudniejsza Wigilia w czasie pontyfikatu Jana Pawła II. 24 grudnia 1981 r. wieczorem podszedł do okna swojej biblioteki i umieścił w nim zapaloną świecę – znak solidarności z cierpiącymi rodakami. 11 dni wcześniej – 13 grudnia władze komunistyczne ogłosiły w Polsce stan wojenny i rozpoczęły represje wobec związku Solidarność. 16 grudnia zginęli górnicy strajkujący w kopalni „Wujek”. Wydawało się, że przemoc jest silniejsza od dobra wywołanego pierwszą pielgrzymką Jana Pawła II do Ojczyzny (1979 r.) i wybuchem wolności w Polsce.

Zadziwiające jest to, że w tych trudnych dniach Papież nie stracił nadziei na odzyskanie tego, co zostało utracone. 10 dni po ogłoszeniu stanu wojennego podczas rozmowy z abp. Bronisławem Dąbrowskim jasno określił cele, które stoją przed Kościołem i przed nim samym: popierać dialog między rządem PRL i Solidarnością, dążyć do rozwiązania konfliktu na drodze politycznej, nie dopuszczać do odizolowania Polski od Zachodu.

Niewątpliwie poważną próbą na tej drodze była druga pielgrzymka Ojca Świętego do Ojczyzny – w 1983 r. Już po wylądowaniu na lotnisku Okęcie doszło do pierwszego napięcia – Jana Pawła II poinformowano, że nie będzie możliwe planowane wcześniej spotkanie z Lechem Wałęsą, przywódcą zdelegalizowanej Solidarności. Papież wykazał się niezwykłą determinacją – zagroził, że w takim przypadku wraca do Rzymu. Władze ustąpiły. Potem Ojciec Święty z odwagą i rozwagą dawał rodakom wskazówki, jak się zachować w tej trudnej sytuacji.

Już w Warszawie zwrócił uwagę na jubileusz 300-lecia wiktorii wiedeńskiej nad turecką nawałą. – Tak jak przed trzystu laty połączyło nas wspólne zagrożenie, tak samo po trzystu latach – rocznica walki i zwycięstwa – powiedział, jakby chcąc wlać nadzieję w serca rodaków. Zarazem jednak zauważył, że walka między dwiema wrogimi siłami nie musi w dłuższej perspektywie owocować wrogością:

– Ta walka, to zwycięstwo nie wykopało przepaści między narodem polskim a tureckim. Wręcz przeciwnie – wzbudziło szacunek i uznanie. Wiemy, że gdy Polska z końcem XVIII wieku zniknęła z mapy politycznej Europy, faktu dokonanego rozbiorów nie uznał nigdy rząd turecki.

Papież doskonale zdawał sobie sprawę, że przemoc uruchomiona z chwilą ogłoszenia stanu wojennego może doprowadzić do utrwalenia postaw wrogości i chęci odwetu, a to byłoby najbardziej niszczące dla Polski. Dlatego podkreślał, że w walce o słuszną sprawę trzeba mieć wyższy niż własne zwycięstwo punkt odniesienia: tak jak król Jan III Sobieski, który po wygranej napisał do papieża Innocentego XI: „Venimus, vidimus, Deus vicit” (Przybyliśmy, zobaczyliśmy, Bóg zwyciężył).

– Pragnienie zwycięstwa, szlachetnego zwycięstwa, zwycięstwa okupionego trudem i krzyżem, zwycięstwa odnoszonego nawet poprzez klęski – należy do chrześcijańskiego programu życia człowieka – powiedział Papież. – Również życia narodu.

Chyba właśnie dlatego jako przykład postawił Polakom dwóch mężczyzn, którzy zaczęli od walki zbrojnej, a z czasem odkryli, że prawdziwą wolność zdobywa się inną walką – nie mniej trudną, lecz dającą długotrwałe owoce. W ostatnim dniu pielgrzymki na Błoniach krakowskich beatyfikował Brata Alberta – Adama Chmielowskiego oraz Rafała Kalinowskiego. Obaj uczestniczyli w powstaniu styczniowym, obaj w jego wyniku ponieśli ciężkie ofiary – Adam Chmielowski stracił nogę, Rafał Kalinowski – pierwotnie skazany na karę śmierci ostatecznie 10 lat spędził na katordze. Pierwszy stał się opiekunem krakowskich nędzarzy, drugi został wybitnym karmelitą i spowiednikiem. Obaj byli bardzo bliscy osobiście Karolowi Wojtyle. Kalinowski założył klasztor Karmelitów w Wadowicach, gdzie urodził się przyszły papież, natomiast Chmielowski stał się dla Karola Wojtyły ważną inspiracją, gdy decydował on o kapłaństwie kosztem aktorstwa i twórczości literackiej.

– Venimus – vidimus – Deus vicit: Przybyliśmy – ujrzeliśmy – Bóg zwyciężył! – podkreślił Jan Paweł II. – To tu, w Krakowie, na Wawelu, spoczywa król, który wypowiedział te słowa: Jan III Sobieski. Przypomniałem je na początku mojej pielgrzymki w Warszawie. Dziś jeszcze raz do nich powracam.

A powracam dlatego, że święci i błogosławieni ukazują nam drogę do tego zwycięstwa, które w dziejach człowieka odnosi Bóg.

W tych szczególnych okolicznościach Papież wskazywał na patriotyzm oparty, owszem, na walce – lecz jest to walka, której celem jest miłość. Miłość pojęta nie jako cukierkowy sentymentalizm, lecz jako zdolność do bezinteresownego daru z samego siebie, rezygnacji z odwetu i wielkości przebaczenia. Nie jest ona zarezerwowana tylko dla niektórych.

– (...) do takiego zwycięstwa powołany jest każdy człowiek. I powołany jest każdy Polak, który wpatruje się w przykłady swoich świętych i błogosławionych. Ich wyniesienie na ołtarze pośród ziemi ojczystej jest znakiem tej mocy, która płynie od Chrystusa – Dobrego Pasterza. Tej mocy, która jest potężniejsza od każdej ludzkiej słabości – i od każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji, nie wyłączając przemocy. Proszę was, abyście te słabości, grzechy, wady, sytuacje nazywali po imieniu. Abyście z nimi wciąż się zmagali. Abyście nie pozwolili się pochłonąć fali demoralizacji, zobojętnienia, upadku ducha.

Pokolenie przeminęło

Zetknięcie się dwóch rocznic – 100. i 40. – ma głęboką wymowę i symbolikę. Wędrówka narodu wybranego z niewoli do ziemi obiecanej trwała 40 lat – podobno dlatego, że na pustyni musiało wymrzeć pokolenie, które było dotknięte skazą niewoli. Jan Paweł II bardzo przypomina Mojżesza, który przeprowadził lud przez Morze Czerwone – chyba najbardziej widoczne było to w 1991 r., gdy prowadził nas szlakiem Dekalogu. Właśnie wtedy z jego ust padły te słowa trudne i prawdziwe o matce i o tym, że nie wolno dalej niszczyć – trzeba odbudowywać. Komentując piąte przykazanie, wzywał do odnowienia siły sakramentu małżeństwa i do poszanowania owocu związku dwojga ludzi:

– Świat zmieniłby się w koszmar, gdyby małżonkowie znajdujący się w trudnościach materialnych widzieli w swoim poczętym dziecku tylko ciężar i zagrożenie dla swojej stabilizacji – powiedział – gdyby z kolei małżonkowie dobrze sytuowani widzieli w dziecku niepotrzebny a kosztowny dodatek życiowy. Znaczyłoby to bowiem, że miłość już się nie liczy w ludzkim życiu.

Polska wkraczająca w rok stulecia ma wiele powodów do radości, ma też poważny ból. Tym bólem jest, że – jak to przy innej okazji powiedział Ojciec Święty – „ludzie się jakby mniej miłują”. (Pewien znany dziennikarz opowiadał mi, że gdy kwestował na cmentarzu Powązkowskim, został gwałtownie zaatakowany przez pewną osobę, która wyzwała go od „pisowców” i oświadczyła, że ponieważ on zbiera, to nie da w tym roku ani złotówki na Powązki).

Jan Paweł II mógłby nas zasadnie zapytać: Dlaczego mniej się miłujecie w mojej Ojczyźnie?

Odpowiedzi dostarcza spojrzenie na jego życie:

– o nikim nie mówił źle (nawet jeśli temu komuś słusznie się należało) – my hejtujemy;

– niósł nadzieję w najtrudniejszych sytuacjach – my narzekamy na lewo i prawo;

– miał czas dla każdego – my ciągle się spieszymy, widujemy sporadycznie nasze żony, naszych mężów i nasze dzieci;

– był świadkiem nadziei (także w cierpieniu i chorobie) – my wpadamy w złość, gdy coś idzie nie po naszej myśli;

– był wierny swojemu zobowiązaniu do końca – my sięgamy po rozwód z taką łatwością jak po aspirynę;

– uważał każde życie za wielki dar – my sięgamy po antykoncepcję, broniąc się przed dziećmi;

– swoje życie uczynił modlitwą – my nie możemy wyrzec się niedzieli jako dnia pracy.

Wielkie to szczęście, że na progu stulecia mamy też znaki nadziei – przeszło 830 tys. głosów zebranych w obronie dzieci poczętych, coraz liczniejsze akcje świeckich na rzecz małżeństwa i rodziny, modlitewne mobilizacje w rodzaju Wielkiej Pokuty lub „Różańca do Granic” czy w końcu Orszak Trzech Króli. Oby to były przyczółki wybijania się na wolność wewnętrzną, o której marzył dla swoich rodaków św. Jan Paweł II.

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”

Tagi:
Jan Paweł II

„Karol Wojtyła. Noc Wigilijna”. Książka Roku 2017

2018-02-09 22:30

Wyd.

Dzięki tej niezwykłej książce po blisko pół wieku odkrywamy zupełnie nieznane homilie i przemówienia kard. Karola Wojtyły. Na dodatek załączona płyta pozwala nie tylko przeczytać, ale i posłuchać wspaniałego, niezapomnianego głosu Kardynała późniejszego świętego, który przepięknie opowiada o geniuszu polskiej kultury i tradycjach wyrosłych w naszym kraju na gruncie chrześcijaństwa. Jeśli do tego dołożyć bardzo wysoki poziom edytorski i unikatowe fotografie trudno się dziwić, że publikacja „Karol Wojtyła. Noc Wigilijna” została uznana Książką Roku 2017.

Wyd.

Dzisiaj w Bibliotece Narodowej w Warszawie odbyła się gala z wręczeniem różnych nagród dla wydawców, autorów i redaktorów, w tym tytułu Książka Roku, którą corocznie w lutym wręczają w imieniu swych instytucji redaktor naczelny „Magazynu Literackiego KSIĄŻKI”, Piotr Dobrołęcki, oraz dyrektor Biblioteki Narodowej, dr Tomasz Makowski. W środowisku wydawniczym jest to najwyżej ceniona nagroda, ponieważ uchwalają ją ludzie z branży, znający cały rynek oraz ukazujące się publikacje.

Jury zaznaczyło, że wielkim plusem publikacji nagrodzoną tytułem Książki Roku jest dołączona płyta CD. Na niej swym dźwięcznym, poruszającym głosem kard. Karol Wojtyła snuje mądre i głębokie rozważania na temat młodzieży, narodu, wolności, przejawia troskę o ukochaną Ojczyznę. Słowa te nie tylko nie utraciły nic ze swej żywotności, ale wydają się dziś jakby jeszcze bardziej aktualne. Za redakcję książki był odpowiedzialny Adam Sosnowski, zaś za aranżację płyty Agnieszka Trzeciakiewicz, dziennikarka Polskiego Radia.

Jury Magazynu Literackiego Książki oraz Biblioteki Narodowej uznało tę publikację na najlepszą z całego roku 2017. Odbierając nagrodę Jolanta Sosnowska, wiceprezes wydawnictwa Biały Kruk, powiedziała: „Dziękujemy i bardzo się cieszymy, że ‘Noc Wigilijna’ została odznaczona tą prestiżową nagrodą. Oznacza to bowiem, że dziedzictwo św. Jana Pawła II jest w nas wciąż żywe. I dobrze, że tak jest, bo dzisiaj – być może bardziej niż kiedykolwiek wcześniej – są nam potrzebne słowa świętego papieża z Polski. W książce znajdują się słowa kard. Wojtyły z lat 70. ub. w., ale są one niezwykle pasujące do naszych czasów. Już wtedy przyszły Ojciec Święty ostrzegał, że zacznie się totalna walka kłamstwa z prawdą. Że będzie to walka przykra, ciężka i wymagająca, ale że nie wolno nam się poddać, bo tylko prawda nas wyzwoli. Można to przeczytać na kartach ‘Nocy Wigilijnej’, a proszę spojrzeć, jak bardzo aktualne są te słowa choćby wobec dzisiejszej debaty o niemieckich zbrodniach podczas II wojny światowej.”

Podobnie ocenił fotografik papieski Adam Bujak, który już od 1964 r. robił zdjęcia Karola Wojtyły. Jego fotografie ilustrują „Noc Wigilijną”. „Nauka św. Jana Pawła II jest wciąż aktualna i potrzebujemy jego przewodnictwa. W innych miejscach celowo spycha się Jana Pawła II na odległy plan, ale szczególnie my Polacy mamy zadanie i odpowiedzialność, żeby temu przeciwdziałać. Z tych tekstów kard. Wojtyły bije wielka mądrość,” stwierdził Adam Bujak.

Redaktor książki Adam Sosnowski dodał z kolei, że pracę nad tekstami świętego papieża uznaje za wielki zaszczyt. „Uważam, że jeżeli chodzi o moje życie zawodowe to niczego ważniejszego nie zrobiłem. Jestem z pokolenia, które zna Jana Pawła II już tylko jako starszego, cierpiącego papieża, a w świadomy katolicyzm wchodziło wraz z Benedyktem XVI. Kiedy przesłuchiwałem te godziny taśm – i to przecież wiele razy – słyszałem młodego, pełnego energii Karola Wojtyłę, który w przystępny sposób potrafił wytłumaczyć najbardziej istotne aspekty życia społecznego i religijnego. Swoje przemówienia Wojtyła kierował wtedy głównie do młodzieży akademickiej i ludzi przed 30. rokiem życia, a więc do moich rówieśników.”

Sosnowski dodał też, że w tych przemówieniach Wojtyły z lat 1970. można dostrzec wiele z wątków, które później okazały się kluczowe w pontyfikacie św. Jana Pawła II. „Słynne ‘Nie lękajcie się’ kard. Wojtyła kierował jeszcze jako metropolita krakowski do tamtejszej młodzieży, można to prześledzić na kartach tej książki. Ale na mnie największe wrażenie chyba zrobiły te słowa kard. Wojtyły z 1975 r.:

‘Istnieje bowiem takie wielkie zagrożenie młodego pokolenia przez rozwiązłość – pozwólmy im na wszystko! A będą słabi. Tymczasem trzeba byście byli mocni. I dziewczęta i chłopcy. Przyszłe matki, przyszli ojcowie, w tej niełatwej rzeczywistości. Trzeba byście byli mocni!’

To są tak prawdziwe i prorocze słowa, a kard. Wojtyła wypowiada je z takim przejęciem, że wciąż mam gęsią skórkę, gdy wspominam Jego głos.”

Podczas gali zostały wręczone również nagrody Książek Miesiąca, które otrzymały między innymi publikacje: „Józef Piłsudski. Do Polaków – myśli, mowy i rozkazy” Bohdana Urbankowskiego, trzytomowy „Świat Chrystusa” Wojciecha Roszkowskiego, „Święty Jan Paweł II na znaczkach pocztowych świata 1978-2005” ks. prof. Waldemara Chrostowskiego czy „Imigranci u bram. Kryzys uchodźczy i męczeństwo chrześcijan XXI w.” ks. prof. Waldemara Cisło i Pawła Stachnika.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Świadectwo: Lekarz rozpłakał się ze wzruszenia

2018-02-16 11:47

Fragment książki „Cuda dzieją się po cichu. O jasnogórskich cudach i łaskach”

„Amputacja” – krótko powiedział doktor. Kazimiera Wiącek z Lublina podniosła wzrok. „Nie rozumiem. Jak to…”

Piotr Drzewiecki

„Jest porażenie nerwu w lewej nodze, a teraz jeszcze ten zator tętniczy. Tu już nie ma czego leczyć. Amputacja jest konieczna” – powtórzył medyk. Kobieta wróciła do domu, bijąc się z myślami. Jak to, odetną jej nogę?! Co prawda chodzi o kulach, ale wciąż chodzi i ma dwie nogi! Kiedy zadzwonił dzwonek i otworzyła drzwi, odetchnęła z ulgą.

W odwiedziny wpadł zaprzyjaźniony lekarz. On na pewno coś wymyśli. Chciał jej dodać odwagi, ulżyć w cierpieniu. Ale niczego nie wymyślił. „Chyba bez amputacji się nie obejdzie” – powiedział smutno. „Jeśli tak, to ja chcę jechać na Jasną Górę!” – oznajmiła twardo.

Cała rodzina zaoponowała przeciwko takiemu pomysłowi. Śmierć jej grozi w każdej chwili, a ona chce sobie podróże urządzać? Kazimiera postawiła na swoim. W przekonaniu rodziny dopomógł lekarz, który miał nadzieję, że pielgrzymka do Częstochowy przynajmniej doda otuchy jego cierpiącej pacjentce. Nie puścili jej samej. Razem z Kazimierą pojechała jej siostra, siostrzenica i bliska sąsiadka. Od rannego odsłonięcia – w niedzielę 22 czerwca 1980 roku – do zasłonięcia Cudownego Obrazu o godzinie 13 Kazimiera Wiącek bez chwili przerwy modliła się w Kaplicy Matki Bożej razem z towarzyszącymi jej kobietami. Kiedy rozległy się bębny zwiastujące zasłonięcie Obrazu, z twarzą zalaną łzami zwróciła się do siostry: „Popatrz, zasłonili Matkę

Bożą i Ona pozostawiła mnie z kulami!”. Chwilę później poczuła niezwyczajny przypływ siły. Podkurczona, zagrożona amputacją noga rozluźniła się, wyprostowała, a Kazimiera Wiącek odstawiła kule, oparła je o filar i wyprostowana przyłączyła się do kolejki „Na ofiarę”. Tam zdjęła swoje korale i położyła je na ołtarzu.

Przeżycie było tak silne, a wydarzenie tak nieprawdopodobne, że nie przyszło jej do głowy, aby komukolwiek zgłosić swoje uzdrowienia. Na Jasnej Górze pojawiła się dopiero dwa tygodnie później. A wraz z nią znów siostra, siostrzenica i sąsiadka. Złożyły zeznania przed kronikarzem jasnogórskim; Kazimiera do akt dołączyła zaświadczenie od lekarza, który – gdy ją zobaczył bez kul, ze zdrową nogą – zwyczajnie rozpłakał się ze wzruszenia.

Zaświadczenie lekarskie brzmiało: „Od dnia 23 maja 1979 roku wystąpiło porażenie zupełne kończyny dolnej lewej. 9 maja 1979 roku wystąpił zator tętnicy podudzia lewego, co groziło amputacją kończyny. 22 czerwca 1980 roku ustąpiło porażenie”. Kazimiera Wiącek nie miała wątpliwości, za czyją sprawą to porażenie ustąpiło. Zdrowa i ogromnie szczęśliwa przez szereg lat w rocznicę swojego uzdrowienia pielgrzymowała na Jasną Górę do Matki Bożej, by Jej ze wszystkich sił dziękować za tę niezwykłą łaskę, jakiej doznała. A jej kule? Wiszą obok kul Janiny Lach, wskazując przybywającym pielgrzymom, czym jest nagrodzona ufność.

„CUDA DZIEJĄ SIĘ PO CICHU.


O JASNOGÓRSKICH CUDACH I ŁASKACH.”
Autor: Anita Czupryn
Premiera: 26 lutego 2018 r.
Wydawnictwo: Fronda PL. Sp. z o.o.

Przeczytaj także: Cuda dzieją się po cichu. O Jasnogórskich cudach i łaskach

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Hoser: „Humanae Vitae” jest soczewką skupiającą problemy człowieka

2018-02-20 10:00

mag / Warszawa (KAI)

Walka z dzietnością w imię dobrostanu to jeden z największych błędów współczesnego świata, który podcina korzenie naszej cywilizacji - przestrzegł abp Henryk Hoser. Z okazji 50-lecia "Humanae vitae" Instytut Politologii i Instytut Filozofii UKSW zainaugurował cykl debat poświęconych encyklice Pawła VI. - Chcemy w polskim środowisku katolików świeckich i duchownych dokonać refleksji nad wymiarem ludzkiej płodności i związanych z nią norm moralnych - podkreślają organizatorzy.

Bożena Sztajner/Niedziela

W czasie pierwszego wykładu, który zainaugurował dyskusję, abp Henryk Hoser podkreślił, że encyklika „Humanae Vitae” jest soczewką skupiającą problemy dotyczące człowieka i jego relacji. - Jest to swego rodzaju papierek lakmusowy na zmiany dokonujące się w współczesnym świecie i w Kościele pomagającym znaleźć pewną drogę orientacji w płynnej dziś rzeczywistości - powiedział duchowny.

Zwrócił uwagę, że dokument ten powstał w okolicznościach wybuchu na świecie rewolucji społecznej, politycznej i obyczajowej. - Rok 1968 był cezurą dla całej cywilizacji atlantyckiej. Międzynarodowe agencje oraz środowiska lewicowe alarmowały o wysokim wzroście liczby populacji, przyrównując go do bomby demograficznej i strasząc, że grozi to przeludnieniem Ziemi, której zasoby żywnościowe są ograniczone - mówił prelegent.

Wspomniał, że jednym z głoszonych wówczas haseł były słowa: „nie ma Boga, nie ma mistrza, Bogiem jestem ja”. Wprowadzono na rynek tabletki antykoncepcyjne, które wydawały się prostym, higienicznym i skutecznym antidotum na strach przed kryzysem demograficznym i problemami osobistymi związanymi z dzietnością - powiedział arcybiskup.

Zwrócił uwagę, że duży wpływ na przemiany miało lobby farmaceutyczne, które dążyło do upowszechnienia antykoncepcji, widząc w nim szansę na duże i szybkie zyski. - Ocenia się, że przemysł ten ma dziś obroty większe niż branża motoryzacyjna - powiedział abp Hoser.

- Zaowocowało to zmianą oceny roli i miejsca kobiety w społeczeństwie oraz wartości miłości małżeńskiej. Nastąpiła szybka erotyzacja społeczeństwa i kontestacja nauki Kościoła. Liczono, że uda się urobić grunt, by władze Kościelne przyjęły antykoncepcję jako coś co poprawi naturę - wskazywał abp Hoser.

Wbrew powszechnym oczekiwaniom, encyklika Pawła VI „Humanae Vitae” stanowczo sprzeciwiła się aborcji i antykoncepcji. - Był to szok, szczególnie dla środowisk liczących na „otwarcie” się w Kościele. Jednym ze skutków kryzysu zaufania do magisterium Kościoła były masowe odejścia od kapłaństwa i życia zakonnego oraz spadek liczby powołań - powiedział duchowny.

Omawiając pierwszych sześć punktów dokumentu, abp Hoser zwrócił uwagę na sposób argumentacji, klarowny i syntetyczny język, który w dość precyzyjny i dobitny sposób zwraca uwagę na problemy małżeństwa. - Widać wyraźnie, że papież Paweł VI był realistą i miał głęboką świadomość nowych wyzwań i problemów, z którymi przychodzi zmierzyć się kolejnym pokoleniom - powiedział duchowny.

Zwrócił też uwagę, że dokument wyraźnie mówi, iż "przekazywanie życia jest doniosłym obowiązkiem małżonków". - Papież podkreśla, że miłość małżeńska jest płodna, a więc zrodzenie potomstwa to nie tylko obowiązek, ale i przywilej uczestniczenia w dziele stwórczym Boga - dodał.

Nawiązując do swoich osobistych doświadczeń pracy z małżeństwami, abp Hoser przekonywał, że opanowanie zasad ludzkiej płodności owocuje w życiu par radością i daje im wolność, budując wzajemne zaufanie. - Jest to coś zupełnie przeciwnego do tego, co wynika ze stosowania środków antykoncepcyjnych i całej związanej z nim mentalności - stwierdził.

Papież wyraźnie podkreślił w encyklice, że "w kompetencjach Nauczycielskiego Urzędu Kościoła leży interpretowanie naturalnego prawa moralnego" - przypomniał abp Hoser

Podobne dyskusje, seminaria i wykłady mające na celu współczesną ocenę wymogów i zaleceń doktrynalnych zawartych przez Pawła VI 50 lat temu w "Humanae vitae" odbywają się m.in. na Uniwersytecie Gregoriańskim.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem