Reklama

Stowarzyszenie Przyjaciół Ludzkiego Życia - 1%

Polski szturm na K2

To Polacy otworzyli nową epokę w dziejach himalaizmu

2018-01-10 10:56

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 10-13

Bogdan Jankowski/FORUM
Himalaje, Nepal. Polska wyprawa zimowa na Mount Everest. Polscy himalaiści w bazie głównej, wśród nich Krzysztof Wielicki (drugi z lewej). Wyprawa zakończyła się zdobyciem szczytu 17 lutego 1980 r. przez Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego

17 lutego 1980 r. stało się coś, co przeszło do historii himalaizmu. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki jako pierwsi na świecie weszli zimą na najwyższy szczyt świata. Był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty o tej porze roku. Na szczycie Mount Everestu Polacy zostawili różaniec od Jana Pawła II

My, Polacy, mamy we krwi zamiłowanie do szarż, docierania tam, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Dobrym przykładem może być nasz wkład w zimowy himalaizm. Jeszcze 40 lat temu nikomu nie śniło się zdobywanie najwyższych gór świata zimą. W środowisku wspinaczy uważano to za coś niemożliwego, wręcz szaleńczego. Wysokość ponad 8 tys. m n.p.m. to „strefa śmierci”, gdzie człowiek może przeżyć zaledwie kilka dni. Latem. A zimą?

Palec za wejście na szczyt

Nieodżałowanej pamięci Andrzej Zawada daleki był od takiego myślenia. Zamarzył, aby Polacy napisali historię himalaizmu. To w jego głowie zrodził się pomysł, aby wejść na któryś z ośmiotysięczników zimą. Kilka lat trwały pertraktacje z władzami Nepalu, które nie mogły się nadziwić, że ktoś chce zdobywać Himalaje o tej porze roku, skoro są ku temu odpowiedniejsze okresy. Kiedy jesienią 1979 r. zezwolenie z Nepalu nadeszło, Zawada zadecydował: „Bierzemy najwyższy”.

Jednym z członków ekipy został 30-letni wówczas Krzysztof Wielicki. Był przewidziany w drugiej ekipie, która miała zdobywać Mount Everest wiosną, jednak zwolniły się dwa miejsca – dwóch kolegów nie mogło pojechać ze względów osobistych i Wielicki zastąpił jednego z nich.

Reklama

– Jechaliśmy w ciemno. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda zima w Himalajach. Myśleliśmy, że będzie co najmniej 2 m śniegu, a było go bardzo mało. Od razu uderzył nas zimny „jet stream”, potężny wiatr wiejący wąskim strumieniem. Walczyliśmy z żywiołem, który niszczył nam obozy – wspomina Krzysztof Wielicki. I dodaje: – Nie baliśmy się trudności. Bo dla alpinisty jak jest trudno, to jest fajnie. Byli tacy wśród nas, co mówili: oddałbym palec albo nawet dwa, żeby tylko wejść zimą na Mount Everest. Sam Wielicki pojechał do Nepalu z ledwo co zaleczonymi odmrożeniami.

– To nie jest walka z górą, lecz z samym sobą, ze swoimi słabościami – tłumaczy sens wspinaczki himalaista.

Wyposażenie ekipy – wiadomo, PRL – dalekie było od zachodnich standardów. Spodnie z wełny, kurtki z ortalionu uszyli domowym sposobem przyjaciele. Wielicki miał okulary spawalnicze. Brak dewiz uniemożliwiał zaopatrzenie się w sklepach na Zachodzie.

– Nie sprzęt, lecz człowiek decyduje o powodzeniu akcji. Można mieć najlepsze wyposażenie, ale jak człowiek nie ma umiejętności i determinacji, to nic mu to nie pomoże. Najwyżej da poczucie komfortu – twierdzi Wielicki.

Wyprawa pod kierunkiem Andrzeja Zawady miała rangę narodowej. Do Nepalu polscy himalaiści zabrali różaniec od Jana Pawła II, podarowany im przez ks. Stanisława Kardasza – późniejszego legendarnego duszpasterza Solidarności, przez wiele lat proboszcza parafii Matki Boskiej Zwycięskiej w Toruniu, który był ratownikiem GOPR i uczestnikiem wielu wypraw wysokogórskich.

Matka Stanisława Latałły, operatora filmowego, niezapomnianego odtwórcy roli Franciszka Retmana w głośnej „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, który zginął w 1974 r. na Lhotse, dała ekipie krzyżyk – z prośbą, aby koledzy zostawili go na szczycie pobliskiego Mount Everestu dla upamiętnienia jej syna.

Msza św. na wysokości 7 tys. m n.p.m.

W trakcie wyprawy dołączył do kolegów ks. Stanisław Kardasz. Niezapomnianym przeżyciem były Msze św., z których jedną celebrował na wysokości 7 tys. m n.p.m. Za ołtarz służył oblodzony głaz. – Nie słyszałem, żeby jakakolwiek wyprawa w Himalaje miała swego kapelana – mówi Krzysztof Wielicki.

Szerpowie (są buddystami), którzy pomagali Polakom w wyprawie (wśród nich był jeden oficer łącznikowy), przyglądali się ze zdziwieniem tym „magicznym” obrzędom. Aby nie być gorszymi od Polaków, urządzili sobie kapliczkę i praktykowali swoje obrzędy z posypywaniem ryżu. Widząc to, Andrzej Zawada powiedział: „Z pomocą naszego Boga i waszego Buddy na pewno wejdziemy na Mount Everest”.

Kierownik wyprawy dopingował kolegów słowami: „Chłopaki, nie możecie nie wejść, skoro Wanda (Rutkiewicz – przyp. G. P.) zdobyła Everest 16 października 1978 r.”. W naszym środowisku opowiadaliśmy sobie żart, jak to Wanda Rutkiewicz umawia się z kard. Wojtyłą: „Ty jedziesz zdobyć Watykan, a ja Mount Everest”. Rzeczywiście, jak powiedział Jan Paweł II , gdy przyjmował na audiencji Wandę Rutkiewicz: „Dobry Bóg tak chciał, że jednego dnia zaszliśmy tak wysoko”.

– To nas dodatkowo motywowało, żeby różaniec papieski znalazł się na szczycie – wspomina Wielicki.

Nieważne, kto wejdzie

O tym, kto z ekipy dokona „ostatecznego skoku”, decyduje naturalna selekcja. Pod koniec wyprawy z 20-osobowego zespołu zaledwie 5-6 osób było zdrowych i w pełni sił. Do ostatniego – i skutecznego, jak się wkrótce okazało – ataku na Mount Everest zostali wyznaczeni Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. – Wchodząc z Leszkiem, mieliśmy poczucie, że nie robimy tego dla siebie, lecz dla Polski. Byliśmy patriotycznie naładowani. Podstawą sukcesu było to, że mieliśmy nastawienie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nieważne było, kto wejdzie. Liczyło się tylko to, aby to był ktoś z nas i żeby polska flaga załopotała na szczycie Everestu – opowiada Wielicki.

Na fetowanie historycznego sukcesu nie było czasu. Wielicki z Cichym zrobili sobie „niedźwiedzia”, wykonali kilka zdjęć, z których dobrze wyszło tylko jedno. W czworonogu aluminiowym, który na najwyższym szczycie globu zainstalowała chińska wyprawa, zostawili obok różańca papieskiego i krzyżyka upamiętniającego Staszka Latałłę także termometr do badania minimalnych i maksymalnych temperatur. No i oczywiście – polską flagę. Zabrali kartkę zostawioną przez wspinacza z USA i trochę śniegu do zbadania (ku zdziwieniu naszej ekipy okazał się bardzo zanieczyszczony).

Zdobywcy musieli się spieszyć, bo 80 proc. śmiertelnych wypadków himalaistów następuje podczas zejść. W drodze powrotnej natrafili na zamarznięte ciało wspomnianego Amerykanina, a nieopodal – na zwłoki bohaterskiej niemieckiej himalaistki, która próbowała go ratować. Kiedy zmarł, sama nie zdążyła dojść do bazy, bo zapadł zmrok, i podzieliła los kolegi.

Sport, który ujawnia „królewskość” człowieka

Przed zejściem z Everestu jego szczęśliwi zdobywcy zawiadomili radiotelefonem o wejściu kierownika wyprawy. Andrzej Zawada przekazał informację do przyjaciół w Warszawie i do... Watykanu.

Papież odpowiedział jeszcze tego samego dnia pięknym listem, który przesłał na ręce kierownika wyprawy. Napisał m.in.: „Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia «królewskość» człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka”.

Dlaczego tow. Gierek nie podał ręki zdobywcom Mount Everestu

No i zrobiła się spora afera. Władze komunistyczne się wściekły, gdy się dowiedziały, że nasi himalaiści zostawili na szczycie Mount Everestu różaniec papieski i krzyżyk, a o ich sukcesie przed I sekretarzem KC PZPR dowiedział się Papież. Z tego powodu Edward Gierek się obraził i nie złożył gratulacji zdobywcom Mount Everestu.

Tymczasem Polacy w kraju szaleli ze szczęścia. Sukces ekipy Andrzeja Zawady bardzo ich podbudował. Cieszyli się, że w każdych warunkach jesteśmy zdolni do osiągnięć, które zadziwiają świat.

Lodowi wojownicy

Bo też wejście Polaków w warunkach zimowych stało się światową sensacją. – Nieraz się zastanawiam, co by było, jakbyśmy wtedy nie weszli. Jak by się potoczył los eksploracji zimowej Himalajów. Może nadal by twierdzono, że żadnego z ośmiotysięczników nie można zdobyć zimą – mówi Krzysztof Wielicki.

W każdym razie Polacy, przełamując pewną barierę, rozpoczęli nową epokę w dziejach himalaizmu. I bynajmniej nie poprzestali na jednym wyczynie. Dość powiedzieć, że na trzynaście ośmiotysięczników zdobytych zimą aż dziesięciu pierwszych wejść dokonali polscy himalaiści! Dzięki temu w swoim środowisku nazywani są „ice warriors” – lodowymi wojownikami.

Różaniec u Basków

A co z różańcem papieskim? Prawem zdobywców jest zabranie ze szczytu tego, co zostawili poprzednicy. W związku z tym Andrzej Zawada miał mały ból głowy, bo następną ekipą na K2, tym razem wiosną, również mieli być Polacy. Rozumował, że w środowisku himalaistycznym mogłoby wzbudzić podejrzenie to, iż Polacy wnoszą i zabierają różaniec. Szczęśliwym trafem okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie miała szturmować ten szczyt ekipa z kraju Basków. Zawada celowo opóźniał naszą wyprawę, aby Baskowie weszli przed Polakami. Tak też się stało. Różaniec zabrał jeden z członków baskijskiej ekipy – Martin Zabaleta. Podarował go swojej głęboko wierzącej mamie, która następnie oddała go do muzeum.

Gdy Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka z ekipy Zawady stanęli 19 maja 1980 r. na Mount Evereście, zastali flagę baskijską separatystycznego ugrupowania ETA.

Niezdobyte K2, czyli wyprawa na Księżyc

Kiedy „Niedziela” z tym artykułem dotrze do czytelników, 13-osobowa ekipa polskich himalaistów pod kierunkiem 68-letniego Krzysztofa Wielickiego będzie rozkładać w Pakistanie obóz pod szczytem K2. Ta druga co do wysokości góra świata (8611 m n.p.m.) to jedyny z czternastu ośmiotysięczników niezdobyty jeszcze zimą.

Teraz temperatura dochodzi tam do -50°C, a wiatr hula z prędkością ponad 200 km/h. „Okna pogodowe”, kiedy nie wieje, zdarzają się rzadko. Wyzwanie dla polskich wspinaczy jest zatem przeogromne, przez środowisko alpinistyczne porównywane do wyprawy na Księżyc. Zimą K2 było szturmowane tylko cztery razy, w tym dwa razy przez ekipę, w której skład wchodził Krzysztof Wielicki. Za każdym razem decydujący atak się nie powiódł. Może teraz, na zasadzie „do trzech razy sztuka”?

Gdyby Polacy zdobyli K2 zimą, to i tak Krzysztof Wielicki nie dorówna wyczynowi wspaniałego włoskiego wspinacza – Simone Moro, który cztery razy zdobywał ośmiotysięczniki zimą. Szef wyprawy postanowił bowiem, że nie będzie odbierał satysfakcji kolegom z ekipy i nie zamierza wchodzić na szczyt. – Ja już swoje zdobyłem. Niech teraz młodzi piszą historię – mówi słynny himalaista. O tym, komu przypadnie ten zaszczyt, kierownik wyprawy zadecyduje na kilkaset metrów przed szczytem. Kryterium wyboru będą kondycja i stan zdrowia.

Simone Moro pokazał klasę, życząc powodzenia polskim kolegom. W wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział: „Przecież to Polacy rozpoczęli grę o nazwie «himalaizm zimowy» w 1980 r., wchodząc na Everest. Byłoby wspaniale, gdyby 38 lat od tego wydarzenia ostatni z czternastu ośmiotysięczników został zdobyty przez polski zespół. Polacy rozpoczęli tę grę i to Polacy powinni ją zakończyć – takie jest moje marzenie. To byłby najlepszy koniec zimowego podboju najwyższych gór świata”.

Krzysztof Wielicki ma dwa marzenia: aby ktoś z jego kolegów wszedł na szczyt i aby ekipa w komplecie wróciła do Polski.

Krzysztof Wielicki (ur. 1950) – jeden z najsłynniejszych himalaistów świata, piąty człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie ośmiotysięczniki. Jako pierwszy dokonał wejścia zimą na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse. Na ten ostatni ośmiotysięcznik wszedł samotnie, w gorsecie ortopedycznym, który nosił po kontuzji kręgosłupa doznanej podczas wcześniejszej wspinaczki. Kilkakrotnie też wchodził samotnie na ośmiotysięczniki latem. Należy do ekskluzywnego „The Explorers Club”. Stowarzyszenie to przyznało mu w 2001 r., jako pierwszemu Polakowi, prestiżowe wyróżnienie „Lowell Thomas Award”.

Tagi:
himalaiści Góry

Revol o ostatnich chwilach z Mackiewiczem

2018-02-01 11:27

ann/PAP/wpolityce.pl

„Niezwykła przygoda, która zamieniła się w dramat” - tak określiła wydarzenia na Nanga Parbat Elisabeth Revol.

Elisabeth Revol /Facebook
Elisabeth Revol

Uratowana przez polskich himalaistów Francuzka, która wróciła już do kraju i przebywa w klinice w Sallanches, opowiedziała agencji AFP przebieg zdarzeń.

Revol w bardzo oszczędny, skoncentrowany na szczegółach technicznych sposób wróciła do tego, co wydarzyło się przed i po zdobyciu przez nią oraz Tomasza Mackiewicza Nanga Parbat (8126 m).

Jak przypomniała była to już jej czwarta, Mackiewicza - siódma, a ich wspólna trzecia próba zimowego wejścia na „zabójczą górę”. O Polaku mówiła wciąż w czasie teraźniejszym, określiła go jako himalaistę-pasjonata, doskonale zaznajomionego z tą górą.

Spotkali się 20 stycznia, a kilka dni później dotarli na wysokość ponad 7000 m.

Byliśmy wtedy w dobrej kondycji - zaznaczyła.

U stóp Nanga Parbat znaleźli się o godz. 17.15. Mimo wahań nie potrafili opanować ogromnej chęci, by zdobyć szczyt jeszcze tego samego dnia i zdecydowali się kontynuować podejście. Po 45 minutach byli już na nim - relacjonowała.

Wtedy zaczęły się problemy.

Tomek powiedział mi: „nic nie widzę”. Nie zostaliśmy na szczycie nawet sekundy. To była ucieczka w dół - wyznała agencji AFP.

Mackiewicz trzymał się jej ramienia i w tej sposób rozpoczęli - jak podkreśliła - „bardzo długie schodzenie na terenie więcej niż trudnym, do tego w warunkach nocnych”.

**W pewnym momencie nie mógł już oddychać, zdjął osłonę, którą miał na ustach i prawie natychmiast zaczął zamarzać. Jego nos stał się niemal natychmiast biały, podobnie ręce i stopy - mówiła - jak wspomniano w treści depeszy - „z rozpaczą w głosie”.

Zatrzymali się na dnie zagłębienia, w którym próbowali znaleźć osłonę od morderczego wiatru. Mackiewicz nie miał już sił, by wydostać się z tej szczeliny i zejść do obozu. O świcie sytuacja stała się tragiczna.

Krew nie przestawała wyciekać z jego ust. Symptomy ogólnej opuchlizny, będącej ostatnią fazę choroby wysokościowej, hipoksji hipobarycznej, która jest konsekwencją przebywania na dużej wysokości i niedotlenienia, wskazywały, że szanse na przeżycie Tomasza są niewielkie - wspomniała.

Zawiadomiłam kogo tylko mogłam, że Tomek nie ma sił zejść samodzielnie niżej - dodała.

Zaczęła się wymiana wiadomości, które miały pomóc w zaaranżowaniu pomocy. Niektóre z nich nigdy nie dotarły, co jeszcze bardziej komplikowało sprawy - wskazała „Eli” w rozmowie z AFP.

„Powiedziano mi: „jeśli zejdziesz do 6000 m, będzie można zgarnąć ciebie, a Tomka z wysokości 7200 m przy użyciu śmigłowca”. Tak to było - wyznała.

Mackiewiczowi miała tylko powiedzieć:

Słuchaj, helikoptery przybędą tu późnym popołudniem, a ja muszę zejść; one tu dotrą, by Ciebie zebrać.

Z jej słów wynika, że wysłała jeszcze dokładną lokalizację Tomka z użyciem GPS, a następnie postarała się go „opatulić, jak tylko mogła”.

Schodziłam z myślą, że wszystko się dobrze skończy. Niczego nie zabrałam - ani śpiwora, ani namiotu. Niczego. Śmigłowce miały dotrzeć po południu - wyznała.

Ale śmigłowce nie przybyły - napisała w komentarzu AFP.

Kolejną noc spędziła w skalnej szczelinie, podobnie jak Mackiewicz, na dodatek bez żadnego wyposażenia.

Kryłam się w tej jamie i cała się trzęsłam z zimna, ale moja sytuacja nie była beznadziejna. Bardziej obawiałam się o Tomka, który był o wiele bardziej osłabiony niż ja - powiedziała.

Revol zdradziła AFP, że po raz pierwszy w życiu miała halucynacje, których do tej pory udawało się jej w górach uniknąć. Wydawało się jej, że ktoś jej przyniósł ciepłą herbatę, a „w ramach podziękowania będzie musiała zdjąć i oddać swoje buty”.

Postanowiła pozostać na wysokości 6800 m, by nie tracić sił i chronić resztki ciepła.

Słyszałam z daleka lot śmigłowca poniżej lodowca, ale był zbyt daleko, a poza tym zaczął wiać silny wiatr- nadmieniła.

Gdy dotarła do niej wiadomość, że helikopter nie przybędzie wcześniej niż nazajutrz i że będzie musiała spędzić trzecią noc pod gołym niebem, postanowiła rozpocząć schodzenie.

To stało się kwestią przeżycia - powiedziała.

AFP podkreśliła, że wiadomość o tym, że Denis Urubko i Adam Bielecki wyruszyli z akcją ratunkową, nigdy do Revol nie dotarła.

Swoje zejście opisała jako „ostrożne, spokojne” i to „mimo kompletnie przemoczonych rękawic i przenikliwego zimna”. Około godz. 3 nad ranem zobaczyła światło w ciemnościach i zaczęła krzyczeć.

To było niesamowite uczucie - przyznała.

Zapytana, czy powróci w góry odpowiedziała, że tak.

Bo jest to mi potrzebne do życia -podsumowała z kliniki w Sallanches w Alpach francuskich, gdzie przechodzi leczenie w związku z poważnymi odmrożeniami obu rąk i lewej stopy.

Do Francuzki, znajdującej się na wysokości 6000-6100 m, w nocy z soboty na niedzielę czasu miejscowego dotarli Bielecki i Urubko. W akcji ratunkowej brali też udział dwaj inni uczestnicy wyprawy na K2 - Jarosław Botor i Piotr Tomala. Na wysokości około 7200 m pozostał Mackiewicz. Ze względu na pogarszające się warunki atmosferyczne nie było możliwości, by kontynuować akcję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Bp Dec: za mało czerpiemy z darów i łaski Ducha Świętego

2018-04-23 16:23

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Ks. Daniel Marcinkiewicz

„Dzisiejszy świat, zaślepiony pogonią za nowoczesnością, techniką, ludzkim pięknem i szczęściem, za mało czerpie z darów i łaski Ducha Świętego” – mówił bp Ignacy Dec. Biskup świdnicki 23 kwietnia, przewodniczył uroczystej Mszy św. w kaplicy seminarium duchownego w Świdnicy na rozpoczęcie Ogólnopolskiej Konferencji Naukowej pt.: „Sakramentalne i poza sakramentalne działanie Ducha Świętego”.

Podczas homilii bp Dec podkreślał, że św. Wojciech całe życie działał w mocy Ducha Świętego i czuł się świadkiem Chrystusa, czerpiąc z darów i łaski płynącej od Boga.

„Święty Wojciech bardzo dokładnie wypełniał słowa Pana Jezusa powiedziane do pierwszych uczniów, aby działając w mocy Ducha Świętego być każdego dnia Jego świadkami” – mówił hierarcha.

Zwrócił także uwagę na fakt, że mało dzisiejszy człowiek docenia to, co miało miejsce w historii, i co zostało przekazane przez świadków Chrystusa. „Często musimy sobie uświadamiać, że tak wiele dobra pozostawili nam poprzednicy w wierze. Powinniśmy doceniać piękne dziedzictwo nam przekazane, dziedzictwo wiary. Nie możemy ulegać poprawności politycznej, poprawności medialnej, panującej opinii publicznej. Często musimy w naszym życiu iść pod prąd, aby podobać się Bogu, a nie ludziom” – podkreślał biskup świdnicki.

Ogólnopolska Konferencja Naukowa została zorganizowane przez Papieski Wydział Teologiczny we Wrocławiu oraz Wyższe Seminarium Duchowne Diecezji Świdnickiej.

Prelegentami konferencji, której przewodniczył ks. Marcin Dolak, ojciec duchowny WSD w Świdnicy, byli: ks. dr hab. prof. US Janusz Bujak (US Szczecin), który przedstawił temat: „Wybrane aspekty pneumonologii Kościoła Rzymskokatolickiego”; ks. prof. dr hab. Mariusz Rosik (PWT we Wrocławiu), który zaprezentował: „Duch Święty – źródło w głoszeniu Słowa Bożego”; ks. dr hab. Andrzej Kobyliński (UKSW Warszawa), wygłosił prelekcję pt.: „Uzielonoświątkowienie katolickich grup charyzmatycznych”; o. dr Dominik Jurczak OP (PIL Rzym), przedstawił: „Obecność Ducha Świętego w liturgii” oraz ks. dr hab. prof. UO Dariusz Krok (UO Opole) zaprezentowała temat: „Rola Ducha Świętego w przemianie/ uzdrowieniu człowieka z perspektywy psychologicznej”.

Ks. Daniel Marcinkiewicz

Uczestnicy sympozjum doszli do ważnych wniosków dotyczących sakramentalnego i poza sakramentalnego działania Ducha Świętego w życiu człowieka. Wysunięto postulaty, że należy zrobić wszystko, aby propagować działanie Ducha Świętego we wspólnotach i grupach parafialnych oraz by nauka o Duch Świętym, nie była zakłamywana, gdyż Tradycja Kościoła stwierdza, iż Duch Prawdy działa w sercu człowieka rozbudzając ów „zmysł wiary”, poprzez który, Lud Boży pod przewodnictwem świętego Urzędu Nauczycielskiego niezachwianie trwa przy wierze raz przekazanej świętym, wnika w nią głębiej z pomocą słusznego osądu i w sposób pełniejszy stosuje ją w życiu. Zauważono także, że otwarcie się na dary Ducha Świętego pozwala całej wspólnocie Kościoła żyć i realizować zadanie ewangelizowania wszystkich, bez wyjątku. Ponieważ język Ducha Świętego, język Ewangelii oznacza głoszenie i życie, jako pojednanie, przebaczenie, pokój, jedności i wzajemna miłości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości rozpoczęli szkolenia

2018-04-23 19:22

mm / Warszawa (KAI)

Pierwsza grupa 80 uczestników Rejsu Niepodległości zakończyła tygodniowe szkolenie, a 23 kwietnia trening rozpoczęła kolejna. Już 20 maja na pokładzie Daru Młodzieży wyruszą oni w rejs dookoła świata, którego kulminacyjnym punktem będą Światowe Dni Młodzieży w Panamie, zaplanowane na styczeń 2019 r.

Akademia Morska

Uczestnicy wyprawy to laureaci konkursu Rejs Niepodległości organizowanego przez Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej. W jego ramach młodzi ludzie przygotowywali kampanie w mediach społecznościowych, promujące ich „małe ojczyzny”. Do finału zakwalifikowało się 400 osób i wszyscy będą mieli szansę przemierzyć jeden z etapów rejsu na Darze Młodzieży.

Ważnym celem rejsu jest edukacja historyczna, kształtowanie hartu ducha i postaw patriotycznych u młodych ludzi, a także promocja Polski na arenie międzynarodowej. Po drodze statek będzie cumował m.in. w Kopenhadze, Bordeaux, Lizbonie, Dakarze, Kapsztadzie, Szanghaju, Singapurze, Osace, San Francisco i Londynie.

Podczas postoju w poszczególnych portach będą organizowane koncerty, spotkania i konferencje promujące Polskę i polską kulturę. Na Darze Młodzieży będą się też spotykać dyplomaci i biznesmeni. Statek powróci do portu w Gdyni 28 marca 2019 r.

Organizatorami Rejsu jest Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Akademia Morska w Gdyni oraz Pallotyńska Fundacja Misyjna Salvatti.pl.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem