Reklama

Polski szturm na K2

To Polacy otworzyli nową epokę w dziejach himalaizmu

2018-01-10 10:56

Grzegorz Polak
Niedziela Ogólnopolska 2/2018, str. 10-13

Bogdan Jankowski/FORUM
Himalaje, Nepal. Polska wyprawa zimowa na Mount Everest. Polscy himalaiści w bazie głównej, wśród nich Krzysztof Wielicki (drugi z lewej). Wyprawa zakończyła się zdobyciem szczytu 17 lutego 1980 r. przez Leszka Cichego i Krzysztofa Wielickiego

17 lutego 1980 r. stało się coś, co przeszło do historii himalaizmu. Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki jako pierwsi na świecie weszli zimą na najwyższy szczyt świata. Był to pierwszy ośmiotysięcznik zdobyty o tej porze roku. Na szczycie Mount Everestu Polacy zostawili różaniec od Jana Pawła II

My, Polacy, mamy we krwi zamiłowanie do szarż, docierania tam, gdzie nie stanęła jeszcze ludzka stopa. Dobrym przykładem może być nasz wkład w zimowy himalaizm. Jeszcze 40 lat temu nikomu nie śniło się zdobywanie najwyższych gór świata zimą. W środowisku wspinaczy uważano to za coś niemożliwego, wręcz szaleńczego. Wysokość ponad 8 tys. m n.p.m. to „strefa śmierci”, gdzie człowiek może przeżyć zaledwie kilka dni. Latem. A zimą?

Palec za wejście na szczyt

Nieodżałowanej pamięci Andrzej Zawada daleki był od takiego myślenia. Zamarzył, aby Polacy napisali historię himalaizmu. To w jego głowie zrodził się pomysł, aby wejść na któryś z ośmiotysięczników zimą. Kilka lat trwały pertraktacje z władzami Nepalu, które nie mogły się nadziwić, że ktoś chce zdobywać Himalaje o tej porze roku, skoro są ku temu odpowiedniejsze okresy. Kiedy jesienią 1979 r. zezwolenie z Nepalu nadeszło, Zawada zadecydował: „Bierzemy najwyższy”.

Jednym z członków ekipy został 30-letni wówczas Krzysztof Wielicki. Był przewidziany w drugiej ekipie, która miała zdobywać Mount Everest wiosną, jednak zwolniły się dwa miejsca – dwóch kolegów nie mogło pojechać ze względów osobistych i Wielicki zastąpił jednego z nich.

Reklama

– Jechaliśmy w ciemno. Nie wiedzieliśmy, jak wygląda zima w Himalajach. Myśleliśmy, że będzie co najmniej 2 m śniegu, a było go bardzo mało. Od razu uderzył nas zimny „jet stream”, potężny wiatr wiejący wąskim strumieniem. Walczyliśmy z żywiołem, który niszczył nam obozy – wspomina Krzysztof Wielicki. I dodaje: – Nie baliśmy się trudności. Bo dla alpinisty jak jest trudno, to jest fajnie. Byli tacy wśród nas, co mówili: oddałbym palec albo nawet dwa, żeby tylko wejść zimą na Mount Everest. Sam Wielicki pojechał do Nepalu z ledwo co zaleczonymi odmrożeniami.

– To nie jest walka z górą, lecz z samym sobą, ze swoimi słabościami – tłumaczy sens wspinaczki himalaista.

Wyposażenie ekipy – wiadomo, PRL – dalekie było od zachodnich standardów. Spodnie z wełny, kurtki z ortalionu uszyli domowym sposobem przyjaciele. Wielicki miał okulary spawalnicze. Brak dewiz uniemożliwiał zaopatrzenie się w sklepach na Zachodzie.

– Nie sprzęt, lecz człowiek decyduje o powodzeniu akcji. Można mieć najlepsze wyposażenie, ale jak człowiek nie ma umiejętności i determinacji, to nic mu to nie pomoże. Najwyżej da poczucie komfortu – twierdzi Wielicki.

Wyprawa pod kierunkiem Andrzeja Zawady miała rangę narodowej. Do Nepalu polscy himalaiści zabrali różaniec od Jana Pawła II, podarowany im przez ks. Stanisława Kardasza – późniejszego legendarnego duszpasterza Solidarności, przez wiele lat proboszcza parafii Matki Boskiej Zwycięskiej w Toruniu, który był ratownikiem GOPR i uczestnikiem wielu wypraw wysokogórskich.

Matka Stanisława Latałły, operatora filmowego, niezapomnianego odtwórcy roli Franciszka Retmana w głośnej „Iluminacji” Krzysztofa Zanussiego, który zginął w 1974 r. na Lhotse, dała ekipie krzyżyk – z prośbą, aby koledzy zostawili go na szczycie pobliskiego Mount Everestu dla upamiętnienia jej syna.

Msza św. na wysokości 7 tys. m n.p.m.

W trakcie wyprawy dołączył do kolegów ks. Stanisław Kardasz. Niezapomnianym przeżyciem były Msze św., z których jedną celebrował na wysokości 7 tys. m n.p.m. Za ołtarz służył oblodzony głaz. – Nie słyszałem, żeby jakakolwiek wyprawa w Himalaje miała swego kapelana – mówi Krzysztof Wielicki.

Szerpowie (są buddystami), którzy pomagali Polakom w wyprawie (wśród nich był jeden oficer łącznikowy), przyglądali się ze zdziwieniem tym „magicznym” obrzędom. Aby nie być gorszymi od Polaków, urządzili sobie kapliczkę i praktykowali swoje obrzędy z posypywaniem ryżu. Widząc to, Andrzej Zawada powiedział: „Z pomocą naszego Boga i waszego Buddy na pewno wejdziemy na Mount Everest”.

Kierownik wyprawy dopingował kolegów słowami: „Chłopaki, nie możecie nie wejść, skoro Wanda (Rutkiewicz – przyp. G. P.) zdobyła Everest 16 października 1978 r.”. W naszym środowisku opowiadaliśmy sobie żart, jak to Wanda Rutkiewicz umawia się z kard. Wojtyłą: „Ty jedziesz zdobyć Watykan, a ja Mount Everest”. Rzeczywiście, jak powiedział Jan Paweł II , gdy przyjmował na audiencji Wandę Rutkiewicz: „Dobry Bóg tak chciał, że jednego dnia zaszliśmy tak wysoko”.

– To nas dodatkowo motywowało, żeby różaniec papieski znalazł się na szczycie – wspomina Wielicki.

Nieważne, kto wejdzie

O tym, kto z ekipy dokona „ostatecznego skoku”, decyduje naturalna selekcja. Pod koniec wyprawy z 20-osobowego zespołu zaledwie 5-6 osób było zdrowych i w pełni sił. Do ostatniego – i skutecznego, jak się wkrótce okazało – ataku na Mount Everest zostali wyznaczeni Leszek Cichy i Krzysztof Wielicki. – Wchodząc z Leszkiem, mieliśmy poczucie, że nie robimy tego dla siebie, lecz dla Polski. Byliśmy patriotycznie naładowani. Podstawą sukcesu było to, że mieliśmy nastawienie: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nieważne było, kto wejdzie. Liczyło się tylko to, aby to był ktoś z nas i żeby polska flaga załopotała na szczycie Everestu – opowiada Wielicki.

Na fetowanie historycznego sukcesu nie było czasu. Wielicki z Cichym zrobili sobie „niedźwiedzia”, wykonali kilka zdjęć, z których dobrze wyszło tylko jedno. W czworonogu aluminiowym, który na najwyższym szczycie globu zainstalowała chińska wyprawa, zostawili obok różańca papieskiego i krzyżyka upamiętniającego Staszka Latałłę także termometr do badania minimalnych i maksymalnych temperatur. No i oczywiście – polską flagę. Zabrali kartkę zostawioną przez wspinacza z USA i trochę śniegu do zbadania (ku zdziwieniu naszej ekipy okazał się bardzo zanieczyszczony).

Zdobywcy musieli się spieszyć, bo 80 proc. śmiertelnych wypadków himalaistów następuje podczas zejść. W drodze powrotnej natrafili na zamarznięte ciało wspomnianego Amerykanina, a nieopodal – na zwłoki bohaterskiej niemieckiej himalaistki, która próbowała go ratować. Kiedy zmarł, sama nie zdążyła dojść do bazy, bo zapadł zmrok, i podzieliła los kolegi.

Sport, który ujawnia „królewskość” człowieka

Przed zejściem z Everestu jego szczęśliwi zdobywcy zawiadomili radiotelefonem o wejściu kierownika wyprawy. Andrzej Zawada przekazał informację do przyjaciół w Warszawie i do... Watykanu.

Papież odpowiedział jeszcze tego samego dnia pięknym listem, który przesłał na ręce kierownika wyprawy. Napisał m.in.: „Życzę Panu Andrzejowi Zawadzie i wszystkim uczestnikom wyprawy dalszych sukcesów w tym wspaniałym sporcie, który tak bardzo ujawnia «królewskość» człowieka, jego zdolność poznawczą i wolę panowania nad światem stworzonym.

Niech ten sport, wymagający tak wielkiej siły ducha, stanie się wspaniałą szkołą życia, rozwijającą w Was wszystkie wartości ludzkie i otwierającą pełne horyzonty powołania człowieka”.

Dlaczego tow. Gierek nie podał ręki zdobywcom Mount Everestu

No i zrobiła się spora afera. Władze komunistyczne się wściekły, gdy się dowiedziały, że nasi himalaiści zostawili na szczycie Mount Everestu różaniec papieski i krzyżyk, a o ich sukcesie przed I sekretarzem KC PZPR dowiedział się Papież. Z tego powodu Edward Gierek się obraził i nie złożył gratulacji zdobywcom Mount Everestu.

Tymczasem Polacy w kraju szaleli ze szczęścia. Sukces ekipy Andrzeja Zawady bardzo ich podbudował. Cieszyli się, że w każdych warunkach jesteśmy zdolni do osiągnięć, które zadziwiają świat.

Lodowi wojownicy

Bo też wejście Polaków w warunkach zimowych stało się światową sensacją. – Nieraz się zastanawiam, co by było, jakbyśmy wtedy nie weszli. Jak by się potoczył los eksploracji zimowej Himalajów. Może nadal by twierdzono, że żadnego z ośmiotysięczników nie można zdobyć zimą – mówi Krzysztof Wielicki.

W każdym razie Polacy, przełamując pewną barierę, rozpoczęli nową epokę w dziejach himalaizmu. I bynajmniej nie poprzestali na jednym wyczynie. Dość powiedzieć, że na trzynaście ośmiotysięczników zdobytych zimą aż dziesięciu pierwszych wejść dokonali polscy himalaiści! Dzięki temu w swoim środowisku nazywani są „ice warriors” – lodowymi wojownikami.

Różaniec u Basków

A co z różańcem papieskim? Prawem zdobywców jest zabranie ze szczytu tego, co zostawili poprzednicy. W związku z tym Andrzej Zawada miał mały ból głowy, bo następną ekipą na K2, tym razem wiosną, również mieli być Polacy. Rozumował, że w środowisku himalaistycznym mogłoby wzbudzić podejrzenie to, iż Polacy wnoszą i zabierają różaniec. Szczęśliwym trafem okazało się, że mniej więcej w tym samym czasie miała szturmować ten szczyt ekipa z kraju Basków. Zawada celowo opóźniał naszą wyprawę, aby Baskowie weszli przed Polakami. Tak też się stało. Różaniec zabrał jeden z członków baskijskiej ekipy – Martin Zabaleta. Podarował go swojej głęboko wierzącej mamie, która następnie oddała go do muzeum.

Gdy Andrzej Czok i Jerzy Kukuczka z ekipy Zawady stanęli 19 maja 1980 r. na Mount Evereście, zastali flagę baskijską separatystycznego ugrupowania ETA.

Niezdobyte K2, czyli wyprawa na Księżyc

Kiedy „Niedziela” z tym artykułem dotrze do czytelników, 13-osobowa ekipa polskich himalaistów pod kierunkiem 68-letniego Krzysztofa Wielickiego będzie rozkładać w Pakistanie obóz pod szczytem K2. Ta druga co do wysokości góra świata (8611 m n.p.m.) to jedyny z czternastu ośmiotysięczników niezdobyty jeszcze zimą.

Teraz temperatura dochodzi tam do -50°C, a wiatr hula z prędkością ponad 200 km/h. „Okna pogodowe”, kiedy nie wieje, zdarzają się rzadko. Wyzwanie dla polskich wspinaczy jest zatem przeogromne, przez środowisko alpinistyczne porównywane do wyprawy na Księżyc. Zimą K2 było szturmowane tylko cztery razy, w tym dwa razy przez ekipę, w której skład wchodził Krzysztof Wielicki. Za każdym razem decydujący atak się nie powiódł. Może teraz, na zasadzie „do trzech razy sztuka”?

Gdyby Polacy zdobyli K2 zimą, to i tak Krzysztof Wielicki nie dorówna wyczynowi wspaniałego włoskiego wspinacza – Simone Moro, który cztery razy zdobywał ośmiotysięczniki zimą. Szef wyprawy postanowił bowiem, że nie będzie odbierał satysfakcji kolegom z ekipy i nie zamierza wchodzić na szczyt. – Ja już swoje zdobyłem. Niech teraz młodzi piszą historię – mówi słynny himalaista. O tym, komu przypadnie ten zaszczyt, kierownik wyprawy zadecyduje na kilkaset metrów przed szczytem. Kryterium wyboru będą kondycja i stan zdrowia.

Simone Moro pokazał klasę, życząc powodzenia polskim kolegom. W wywiadzie dla Polskiego Radia powiedział: „Przecież to Polacy rozpoczęli grę o nazwie «himalaizm zimowy» w 1980 r., wchodząc na Everest. Byłoby wspaniale, gdyby 38 lat od tego wydarzenia ostatni z czternastu ośmiotysięczników został zdobyty przez polski zespół. Polacy rozpoczęli tę grę i to Polacy powinni ją zakończyć – takie jest moje marzenie. To byłby najlepszy koniec zimowego podboju najwyższych gór świata”.

Krzysztof Wielicki ma dwa marzenia: aby ktoś z jego kolegów wszedł na szczyt i aby ekipa w komplecie wróciła do Polski.

Krzysztof Wielicki (ur. 1950) – jeden z najsłynniejszych himalaistów świata, piąty człowiek, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli wszystkie ośmiotysięczniki. Jako pierwszy dokonał wejścia zimą na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse. Na ten ostatni ośmiotysięcznik wszedł samotnie, w gorsecie ortopedycznym, który nosił po kontuzji kręgosłupa doznanej podczas wcześniejszej wspinaczki. Kilkakrotnie też wchodził samotnie na ośmiotysięczniki latem. Należy do ekskluzywnego „The Explorers Club”. Stowarzyszenie to przyznało mu w 2001 r., jako pierwszemu Polakowi, prestiżowe wyróżnienie „Lowell Thomas Award”.

Tagi:
himalaiści Góry

Wakacyjne zdobywanie szczytów

2018-07-17 13:10

Adrian Ziątek
Edycja świdnicka 29/2018, str. I

Rochu_2008/fotolia.com

Okres wakacyjny sprzyja wyjazdom urlopowym, a niekiedy pobliskim wędrówkom. Również wolne od handlu niedziele wpływają na to, że zaczynamy coraz częściej wykorzystywać czas, zwiedzając okoliczne atrakcje lub wędrując po górskich szczytach, których w naszej diecezji nie brakuje. W okresie wakacyjnym często powraca na usta stare przysłowie „po Bożym Ciele nie ma ludzi w kościele”. Wielu księży wręcz apeluje do swoich wiernych, aby podczas wakacji nie odpoczywali od Pana Boga. Zachęcają do tego, aby w urlopowym czasie nie odpuszczać sobie coniedzielnej Mszy św., ponieważ nie można odpoczywać od miłości Pana Boga, która powinna nam zawsze towarzyszyć. Coraz częściej powstają nowe możliwości uczestnictwa w niedzielnej Eucharystii. Już nie tylko harcerze mają swoich kapelanów, którzy odprawiają coniedzielne Msze św. podczas obozów harcerskich, które niekiedy są w dalekich lasach, oddalonych od cywilizacji. Również turyści, którzy uwielbiają górskie wędrówki, mają niebywałą okazję, aby zatrzymać się, odpocząć i co najważniejsze – uczestniczyć we Mszy św. Tereny diecezji świdnickiej niewątpliwie są terenami górzystymi, począwszy od gór wałbrzyskich, aż po Kotlinę Kłodzką. Piękne szlaki górskie obfitują w znaki naszej wiary, jak chociażby stacje drogi krzyżowej usytuowane na szlaku wiodącym na górę Chełmiec z Boguszowa-Gorc czy krzyże i kapliczki Matki Bożej, których spotkać możemy bardzo wiele w różnych górskich zakątkach. Także na terenie naszej diecezji znajduje się kilka kościołów, które znajdują się na szczytach gór i to właśnie w nich odprawiane są coniedzielne Eucharystie, szczególnie w okresach wakacyjnych.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Francja: bracia z Taizé pomagają uchodźcom

2018-07-17 18:11

vaticannews.va / Taizé (KAI)

Do budowania zaufania między ludźmi i poszerzania przyjaźni w oparciu o wiarę wezwał przeor ekumenicznej Wspólnoty z Taizé brat Alois. Spotykając się z uczestnikami odbywających się przez cały tydzień refleksji, zaznaczył, że nasza tożsamość ubożeje, kiedy zamykamy się tylko w kręgu tych, którzy nas otaczają.

wikipedia.org

Brat Alois przypomniał, że na całym świecie są ludzie zmuszeni do opuszczenia swej ojczyzny. Ich liczny napływ wzbudza w nas zrozumiałe poczucie zagrożenia. Nie może nas ono jednak paraliżować. „Nie dopuśćmy do tego, żeby odrzucenie cudzoziemca zakorzeniło się w naszej mentalności, ponieważ odmowa pomocy drugiemu jest zarodkiem barbarzyństwa” – stwierdził przeor Taizé.

Bracia z tej wspólnoty nie ograniczają się do słów. Od samych początków przyjmowali uchodźców. Czynią tak i dzisiaj. „Jest tutaj rodzina z Iraku – rodzice z trójką małych dzieci. Jest też piątka chłopaków z Sudanu, Erytrei, z tej osiemnastki, którą przyjęliśmy w 2016 roku. Uczą nas wytrwałości i wielkiego zaangażowania, żeby ratować życie, żeby ich życie było piękne i sensowne” - mówi brat Marek.

W tym tygodniu w spotkaniach w Taizé bierze udział ponad 3 tys. osób, w tym duża grupa anglikanów z Wielkiej Brytanii, z którą przybył abp John Sentamu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Kard. Baldisseri: synod młodych nie zapomni o rodzinie

2018-07-17 20:44

vaticannews.va / Watykan (KAI)

Temat rodziny nieodłącznie związany jest z młodzieżą, stąd na pewno wybrzmi na październikowym Synodzie Biskupów. Wskazuje na to kard. Lorenzo Baldisseri przypominając, że Franciszek apeluje do młodych, by troszczyli się o przyszłość rodziny.

Włodzimierz Rędzioch

Kard. Baldisseri, który jest sekretarzem generalnym Synodu Biskupów wskazuje, że Ojciec Święty wielokrotnie mówił o odpowiedzialności młodego pokolenia za przyszłe rodziny. Ostatnio karaibską młodzież zachęcił do tego, by inspiracji do przemiany rodziny szukała w jego adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Franciszek wskazał młodym jej czwarty rozdział, który mówi, jak żyć miłością w rodzinie. „Papież swym przykładem pokazuje, że młodym ludziom trzeba towarzyszyć, tak by czerpiąc ze swych korzeni potrafili zbudować przyszłość” – mówi kard. Baldisseri.

„Młodym trzeba towarzyszyć, ponieważ mocno pociąga ich perspektywa przyszłości i zafascynowani nią, często niestety palą wszelkie mosty łączące ich z przeszłością. Oczywiście wpisuje się w to rozwój człowieka, nastolatek szuka własnej autonomii, wychodzi poza rodzinę – mówi Radiu Watykańskiemu kard. Baldisseri. – Chciałbym jednak podkreślić ciekawą rzecz, która wyszła w czasie przedsynodalnych spotkań i sondaży, a mianowicie to, że elementem, jaki młodzi stawiają na pierwszym miejscu, mówiąc o swych nadziejach na przyszłość, zawsze jest rodzina. Oznacza to, że młodzi nie chcą sami żeglować przez życie, tylko szukają konkretnej busoli, potrzebują wsparcia rodziny. Oczywiście obok rodziny trzeba wysiłku szkoły, Kościoła, różnych grup i stowarzyszeń. Trzeba ich ukierunkować, i to jest obok towarzyszenia kolejne ważne słowo, o którym przypomina nam Papież Franciszek. A wszystko po to, by młodzi mogli dobrze rozeznać i podjąć właściwe decyzje, co do swojej przyszłości”.

W perspektywie październikowego spotkania kard. Baldisseri wskazuje też na znaczenie papieskiej nominacji dotyczącej czterech kardynałów, którzy pokierują obradami synodu. „Franciszek swym zwyczajem zaczerpnął z krańca świata. Wybrał hierarchów z Syrii, Madagaskaru, Birmy i Papui-Nowej Gwinei. W ten sposób Kościół z peryferii staje się centrum” – wskazuje sekretarz generalny Synodu Biskupów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem