Reklama

Studia na UKSW - pielęgniarstwo

Fakty są druzgocące

2018-01-03 12:37

Andrzej Tarwid
Edycja warszawska 1/2018, str. IV

Marcin Żegliński
Sebastian Kaleta

– W jednym zdaniu Hanna Gronkiewicz-Waltz twierdzi, że w jej urzędzie działała mafia, a w drugim chce, aby informacje o błędach urzędników zostały usunięte z decyzji komisji – mówi Sebastian Kaleta, członek Komisji Weryfikacyjnej ds. Reprywatyzacji w Warszawie

Andrzej Tarwid: – Minęło pół roku pracy Komisji Weryfikacyjnej (KW). Jaki jest bilans Państwa dokonań?

Sebastian Kaleta: – Komisja podjęła dotychczas decyzje dotyczące łącznie 10 nieruchomości warszawskich, kolejnych kilkadziesiąt spraw jest w zaawansowanym opracowaniu. Zarejestrowaliśmy też kilkaset zgłoszeń.

– Czy można np. liczbowo zobrazować skalę pracy, którą wykonaliście?

– Obecnie akta spraw, które analizujemy mają co najmniej kilkaset tysięcy stron. 1 500 stron liczą tylko różnego rodzaju merytoryczne rozstrzygnięcia komisji. Nieruchomości, które oceniliśmy jako bezprawnie zwrócone warte są grupo ponad 500 mln zł. Liczb, które warto przytoczyć jest więcej, aczkolwiek żadna z nich nie zastąpi i nie odda uczuć setek osób, które przez lata były ofiarami reprywatyzacji. A dzisiaj, dzięki naszej pracy, mogą odzyskać poczucie godności, nadzieję na zakończenie gehenny reprywatyzacyjnej i wiarę w to, że nasze państwo jest sprawiedliwe i uczciwe.

– Co w dotychczasowych pracach KW okazało się najtrudniejsze?

– Jedna reprywatyzacja tworzy szereg skutków w różnych sferach. Po zmianie właścicieli budynku zmieniało się życie lokatorów, czyli już mamy skutek w kwestiach umów najmu, eksmisji. Dodatkowo, aby prawidłowo zbadać sprawy musimy zajrzeć 70 lat wstecz, odtworzyć realia odgruzowywanej Warszawy, ustalić prawidłowo przedwojennych właścicieli, zbadać ich życiorys, spadkobranie. Krótko mówiąc ciąg zdarzeń, które doprowadziły do reprywatyzacji. Ogrom problemów, które pojawiają się przy weryfikacji każdej ze spraw robi naprawdę wrażenie. Jednak mimo wszystko najtrudniejsze dla mnie było słuchanie na żywo historii zdesperowanych mieszkańców, którzy z dnia na dzień tracili dach nad głową. Dach, który nierzadko z mozołem ich rodziny odbudowywały po wojnie, który był dla nich schronieniem przez pokolenia. Trudno ze spokojem słuchać świadectw krzywd, jakich doznawali mieszkańcy stolicy w wolnej Polsce.

– 40 tys. poszkodowanych mieszkańców, kamienice przejmowane za 50 zł i sądowe postanowienia wydawane dla kuratorów poszukujących ponad 120- letnich właścicieli. Aż trudno uwierzyć, że taki proceder trwał latami. Jak Pan, wzbogacony o analizę dokumentów dostarczonych KW, odpowiada na pytanie: jak to w ogóle było możliwe, że organy państwa nie reagowały na tak olbrzymią patologię?

– Też było mi trudno w to uwierzyć zanim zacząłem się wgłębiać w dokumenty. W gruncie rzeczy przed ich lekturą miałem nadzieję, że relacje prasy dotyczące afery są przekoloryzowane. Niestety okazało się być inaczej. A fakty, które wypływają z dokumentów są o wiele bardziej druzgocące dla kondycji naszego państwa z czasów rządów PO-PSL niż wskazują doniesienia medialne, które siłą rzeczy stanowią skrótową formę opisu sprawy.

– To ocena, ale powtórzę pytanie: jak to możliwe, że taka afera mogła się wydarzyć?

– Z jednej strony bezwolność aparatu urzędniczego doprowadziła do tego, że zostały stworzone korzystne warunki do wyrastania patologii. W normalnym państwie organy ściągania na bieżąco kontrolują i eliminują takie patologii. W tym przypadku tak nie było. Prokuratura umarzała sprawy lub wręcz odmawiała prowadzenia śledztw. CBA i inne służby nie dotykały problemu Warszawy rządzonej przez wiceprzewodniczącą ówczesnej partii rządzącej, gdyż traktowano by takie działanie w zapleczu PO jako działania polityczne.

– Instytucje państwa próbowali wyręczyć mieszkańcy kamienic.

– Dokładnie tak. Mieszkańcy prowadzili własne śledztwa i ich wyniki składali w prokuraturze, ale nie było odzewu. A taka bierność instytucji państwa wobec patologii to wręcz zachęta dla różnej maści podejrzanych osób, by zintensyfikować nielegalne działania, które przynoszą łatwy zarobek. Tak niestety się stało i dzisiaj Komisja razem ze zreformowaną prokuraturą mają przed sobą gigantyczne wyzwanie wyjaśnienia afery, odwrócenia jej skutków, pociągnięcia do odpowiedzialności odpowiedzialnych i odbudowania szacunku dla naszego państwa.

– Kiedyś powiedział Pan, że „cała reprywatyzacja odbywa się na podstawie orzeczeń sądów”. Byli to konkretni sędziowie, czy oni ponieśli jakiekolwiek konsekwencje za swoje działania?

– Prokuratura bada obecnie wątek sądowy w całej aferze. Absurdalne orzecznictwo rodziło się przy bierności przedstawicieli Skarbu Państwa. Jak dobrze wiemy z dyskusji o sądownictwie, kwestie odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów kuleją, stąd pomysł utworzenia izby dyscyplinarnej w Sądzie Najwyższym. Co istotne, te wyroki sądowe nie uniemożliwiały urzędnikom ich kwestionowania. Urzędnicy dzisiaj chcą wygodnie zasłaniać się sądami, a to się nie uda, bo wobec nieprawidłowych orzeczeń pozostawali bierni.

– W jednym z numerów „Niedzieli” opisaliśmy przypadek adwokata, który po opuszczeniu aresztu z zarzutami w sprawie reprywatyzacji został odwieszony przez Okręgową Radę Adwokacką (ORA). Kilka dni później prawnik ten wysłał do mieszkańców pismo nakazujące im opuszczenie mieszkań w ciągu miesiąca. Czy nie świadczy to o tym, że mimo pracy KW niewiele się zmieniło?

– To wyjątkowy przypadek, po kilku dniach od przekazania informacji przez mieszkańców prokuratura nakazała zawieszenie adwokata zamieszanego w aferę.

– A czyje jest to zaniechanie, że powyższa sytuacja ma miejsce?

– Po uchyleniu aresztu ORA mogła zawiesić adwokata, miała ku temu stosowny przepis. Nie uznała za konieczne, by taki środek stosować, wobec czego prokurator, po powzięciu informacji o tej przykrej aktywności, zawiesił adwokata na innej podstawie prawnej.

– Podczas jednego z postępowań prowadzonych przez KW okazało się, że w stołecznym ratuszu działali także pozytywni bohaterowie. Mecenas Izabella Korneluk jako jedyna rzuciła rękawicę handlarzowi roszczeń i wywalczyła korzystne orzeczenie Sądu Najwyższego. Jakie były późniejsze losy tej urzędniczki?

– Rzeczywiście, mecenas Korneluk okazała się jedyną osobą w ratuszu, która zakwestionowała absurdalną umowę sprzedaży roszczeń do kamienicy za 50 zł. Mimo iż początkowo sądy się z nią nie zgadzały, doprowadziła sprawę do Sądu Najwyższego, który uznał, że takie transakcje naruszają elementarne poczucie uczciwości. W niejasnych okolicznościach mecenas Korneluk miała zostać zwolniona z ratusza, jednak po nagłośnieniu sprawy przez media ratusz odwołał swoje plany w tym względzie.

– O czym świadczą problemy mec. Korneluk?

– Świadczą o tym, że w ratuszu zarządzanym przez Hannę Gronkiewicz-Waltz osoby, które poddawały w wątpliwość niektóre roszczenia nie były mile widziane. Przecież jeszcze kilka miesięcy temu Prezydent Warszawy broniła procesu reprywatyzacji, a dziś twierdzi, że przez 10 lat w jej urzędzie grasowała mafia.

– Po decyzjach zwrotowych nieruchomość wraca do miasta. Co ratusz zrobił z kamienicami, które zwróciliście?

– Obecnie część decyzji czeka na wykonanie, aczkolwiek miasto zaskarża nasze decyzje, co jest sytuacją dość kuriozalną, bo decyzjami Komisji nieruchomości mają wrócić do miasta.

– Ratusz twierdzi, że zaskarża wyłącznie uzasadnienie zgadzając się z sentencją decyzji. Czy w Pana ocenie jest to postępowanie merytoryczne, czy tkwi w nim jakiś prawny kruczek?

– Prawnicy miejscy doskonale wiedzą, że składając skargę sąd będzie kontrolował całość decyzji, niezależnie od zarzutów miasta. A co jeszcze bardziej kluczowe, kwestionowane fragmenty uzasadnienia dotyczą błędów urzędników. Wycięcie ich z decyzji spowoduje uznanie, że urzędnicy ratusza działali prawidłowo, a zatem słusznie oddali nieruchomość. W jednym zdaniu Hanna Gronkiewicz-Waltz twierdzi, że w jej urzędzie działała mafia, a w drugim chce aby informacje o błędach urzędników zostały usunięte z decyzji Komisji Weryfikacyjnej.

– Przed każdym posiedzeniem KW odżywa spór pomiędzy członkami komisji a Hanną Gronkiewicz-Waltz, która mówi, że komisja jest niekonstytucyjna. Jakie są szanse, aby to przerwać?

– Każda ustawa dopóki Trybunał Konstytucyjny jej nie uchyli musi być stosowana i każdy prawnik to wie. Hanna Gronkiewicz-Waltz przestanie kwestionować możliwość pracy komisji dopiero wtedy, gdy ta uzna, że wszystko w ratuszu przebiegało w sprawie reprywatyzacji bez zarzutu. Czy mamy podstawy, by taką opinię o działalności ratusza wystawić? Chyba nasze decyzje mówią wszystko w tej sprawie, a oglądając rozprawy każdy może wyrobić sobie pogląd. Sądy administracyjne zresztą się jasno w sprawie wypowiedziały. Przypomnę, że nakazały Hannie Gronkiewicz-Waltz stawiennictwo na wezwanie komisji, jak również nie pozwoliły na obstrukcję jej prac poprzez składanie niesłusznych wniosków.

– Napiętą sytuację na linii Prezydent Warszawy – Komisja Weryfikacyjna może rozwiązać nowa ustawa. Kiedy nowela o KW zostanie przeprowadzona i co ona zmieni?

– Projekt nowelizacji jest obecnie procedowany przez Sejm. Zawiera wiele regulacji, które usprawnią pracę Komisji, gdyż kilka kwestii w ustawie wymaga doprecyzowania. To wyjątkowe przedsięwzięcie, gdzie ucierają się nowe procedury i dlatego na bieżąco ustawodawca chce usunąć ewentualne wątpliwości, aby komisja mogła jeszcze bardziej przyspieszyć. A przypominam, że przez pół roku pokazaliśmy patologie i podjęliśmy szereg konkretnych rozstrzygnięć. Pokazujemy, że państwo może rzetelnie i sprawnie reagować na gigantyczne i skomplikowane afery.

– Poza Prezydent Gronkiewicz-Waltz działania KW krytykował też Rzecznik Praw Obywatelskich, a ostatnio także prezes jednej z firm, który powiedział, że blokujecie inwestycje w mieście…

– Rzeczywiście, osoby których przedsięwzięcia związane były z dziką reprywatyzacją, a których praktyki biznesowe ujawnia również komisja narzekają na łamach prasy na to, że inwestorzy baczniej przyglądają się ich działaniom. Uważam, że to dodatkowy atut za komisją. Pokazuje on bowiem, że biznes musi być prowadzony z poszanowaniem słabszych będących w środku procesu, w tym przypadku mowa o lokatorach.

– Ile jeszcze spraw będzie rozpatrywanych przed KW? I Ile to może zająć czasu?

– Ciężko określić czas i liczbę spraw, gdyż co kilka tygodni odnajdujemy nowe i skandaliczne wątki oraz nowe sprawy, którym należy się przyjrzeć. Natomiast zależy nam na uchwaleniu dużej ustawy reprywatyzacyjnej, która zablokuje dziką reprywatyzację na przyszłość i pozwoli słusznie uprawnionym do odszkodowań za znacjonalizowanie po wojnie mienie. Ale już bez zwrotów w naturze, które generują dramatyczne skutki.

– To może trzeba pójść drogą wskazaną przez stowarzyszenie „Wolne Miasto Warszawa”, które twierdzi, że wszystkie decyzje reprywatyzacyjne Hanny Gronkiewicz-Waltz można uznać za nieważne, ponieważ w żadnej z nich nie zbadano jednej z przesłanek koniecznych do zwrotu?

– Rzeczywiście pojawiła się taka teza. Jednak my analizujemy każdą sytuację osobno, natomiast bardziej istotne jest to czy dana przesłanka była faktycznie spełniona oraz czy wystąpiły inne naruszenia prawa. Niestety w dotychczas badanych sprawach naruszeń było zawsze kilka. Jak widzimy z komunikatów prokuratury niektóre dotyczyły wprost korupcji i oszustw, czyli bardzo poważnych przestępstw.

– Skoro tylko taka droga jest możliwa, to na koniec proszę powiedzieć, kiedy teraz KW wznowi posiedzenia i jakimi sprawami zajmie się na początku Nowego Roku?

– Od razu po przerwie świątecznej wracamy do pracy. Mamy kilka decyzji do wydania w sprawach, w których były w tym roku przeprowadzone rozprawy. Jednocześnie mamy listę kilkunastu spraw, które są gotowe do pełnego zbadania przez Komisję Weryfikacyjną.

Tagi:
miasto

Jestem dumny, że mieszkam w Częstochowie

2018-09-04 13:45

Ks. Ireneusz Skubiś
Edycja częstochowska 36/2018, str. II

Bożena Sztajner/Niedziela

Przed kilkoma dniami absolwentka naszej częstochowskiej Politechniki w rozmowie ze mną powiedziała, że lubi to miasto, dlatego postanowiła tutaj zamieszkać, tutaj poszukuje pracy i mieszkania. I muszę powiedzieć, że nie jest to wyjątek. Niejednokrotnie spotkałem się z tym, że ktoś mówił: świadomie wybrałem na miejsce mojego życia Częstochowę, bo tutaj czuję się dobrze, tu przede wszystkim mam Jasną Górę, gdzie mogę skutecznie się modlić i gdzie zawsze otrzymam pociechę.

Jak to dobrze, że ludzie mają takie swoje małe ojczyzny! A Częstochowa z pewnością jest tu miastem wyjątkowym. Jest w końcu naszą duchową stolicą. Ma wspaniałą historię, wpisującą się wraz z o. Augustynem Kordeckim w historię naszej Ojczyzny, ma upamiętnienie w literaturze i poezji. Nie wolno nie brać pod uwagę, że jest Częstochowa miastem znanym na całym świecie. „Czarna Madonna” to określenie, które budzi radość i życzliwość u ludzi na wszystkich kontynentach. Jasna Góra to po prostu dom Matki. Iluż ludzi przychodzi tu każdego roku ze swoimi intencjami, prosząc o potrzebne łaski. Pamiętamy też wypowiedzi Ojca Świętego Jana Pawła II o Jasnej Górze. Powiedział, że trzeba pilnie przykładać ucho do murów jasnogórskich, żeby dowiedzieć się, co trapi nasz naród, jakie są jego niepokoje i troski. Powinni o tym pamiętać wszyscy rządzący naszym krajem.

Częstochowa to miejsce otwarte dla całego świata. Przybywali tu królowie, przybywają ludzie wielcy i mali, dlatego bardzo boli, gdy czasem słyszy się o tym, że ktoś z mieszkających tu ludzi nie był na Jasnej Górze. Bo mieszkać w tym mieście i nie znać siły tego sanktuarium, to jest po prostu absurd.

Dlatego musimy wciąż na nowo zdawać sobie sprawę z roli tego miejsca. Trzeba też pamiętać, że ono nas, jego mieszkańców, do czegoś zobowiązuje. Obywatel Częstochowy powinien być godnym miana częstochowianina, czyli mieszkańca grodu maryjnego. Powinien nie tylko znać jego historię i nazwiska ważnych częstochowian, ale też być człowiekiem dobrym, szlachetnym, szczerym i życzliwym wszystkim, bo takie jest chrześcijaństwo.

Są w Polsce ludzie i środowiska, które wywierają nacisk, by Częstochowa realizowała wizję ateistyczną, więcej – by przodowała tu innym polskim miastom, czego przykładów mieliśmy już wiele, choćby np. sprawa dofinansowywania in vitro. Jednak częstochowianie powinni pamiętać, że są nośnikami orientacji katolickiej i takie są oczekiwania innych. Zatem nasze wybory powinny zawsze iść w kierunku opcji chrześcijańskiej w tym mieście, która rozumiałaby lepiej jego rolę dla Polski, lepiej dbała o jego pełny rozwój – tak jak to się dzieje w miastach sanktuaryjnych na świecie.

A mieszkaniec Częstochowy o Jasnej Górze powinien mówić tylko dobrze i pamiętać, że jest ona chlubą miasta. Bo inaczej sam sobie wystawia odpowiednią opinię. Gdyby nie było Jasnej Góry, Częstochowa byłaby tylko niewiele znaczącym miastem na mapie Polski. Naszą wielkością jest Jasna Góra.

Podobnym znakiem dla naszego miasta jest wychodzący tu jeden z nielicznych tygodników katolickich – „Niedziela”, znana na całym świecie. A więc znajmy i kochajmy Jasną Górą oraz częstochowską „Niedzielę” – mieszkaniec Częstochowy nie może nic o nich nie wiedzieć.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Papież, który nie umiera

2018-10-10 11:16

Z kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia Krzysztof Tadej dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. 10-14

40 lat temu – 16 października 1978 r. kard. Karol Wojtyła został papieżem. Pierwszym po 455 latach następcą św. Piotra, który nie pochodził z Włoch (od czasów Hadriana VI, Holendra, którego pontyfikat trwał w latach 1522-23). Kard. Stanisław Dziwisz, były metropolita krakowski i osobisty sekretarz Jana Pawła II, opowiada o tych wyjątkowych, historycznych chwilach

Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

KRZYSZTOF TADEJ: – 16 października 1978 r., wieczorem, kiedy pojawił się biały dym...

KARD. STANISŁAW DZIWISZ: – Stałem wśród nieprzebranych tłumów ludzi na Placu św. Piotra, po lewej stronie, koło fontanny.

– Dokładnie o godz. 18.44 na centralnym balkonie Bazyliki św. Piotra pojawił się kard. Pericle Felici.

– Kard. Felici zaczął ogłaszać: „Annuntio vobis gaudium magnum – habemus papam...” (Zwiastuję wam radość wielką – mamy papieża... – przyp. K. T.). Gdy padło imię „Carolum”, zadrżało mi serce. Po chwili kardynał powiedział: „Wojtyla”, a ja pomyślałem: „Stało się!”.

– A nie np.: „Jak cudownie! Jak wspaniale!”?

– Radości, której wówczas doświadczyłem, nie da się opisać żadnymi słowami. Ale byłem też rozdarty między poczuciem dumy i szczęścia a świadomością, że od tej chwili zmienia się wszystko. To rodziło pewną nostalgię. Poza tym miałem świadomość, jak wielka odpowiedzialność została złożona w ręce kard. Wojtyły. Kościół i świat znajdowały się w szczególnym momencie dziejów. Polskiego Papieża czekało wiele ciężkiej pracy.

– Jak reagowali ludzie stojący obok Księdza Kardynała?

– Entuzjazm tłumów był porywający. Wielu jeszcze nie wiedziało, kim jest nowy papież. Dopytywali, skąd pochodzi. Plac szybko się zapełniał, bo na wieść o pozytywnym wyniku konklawe rzymianie zostawiali swoje zajęcia i biegli pod Bazylikę św. Piotra, by zobaczyć Ojca Świętego. Kiedy Jan Paweł II ukazał się na balkonie, zapanowała nieprawdopodobna euforia. Krzykom, oklaskom, radości nie było końca. Wiedziałem, że Papież z dalekiego kraju natychmiast podbił serca mieszkańców Wiecznego Miasta. Kard. Stefan Wyszyński wyznał mi później, że bardzo się bał tego momentu. Zastanawiał się, jak lud rzymski przyjmie nowego papieża. Czy go zaakceptuje? Ale reakcja na przemówienie nowego Ojca Świętego powiedziała nam wszystko: świat od razu pokochał Jana Pawła II.

– Kard. Wyszyński chciał, żeby nowym papieżem został Włoch. Czy to prawda?

– Przed wyjazdem z Polski nie dopuszczał innej możliwości. Uważał, że jeszcze nie czas na papieża z innego kraju. Z takim przeświadczeniem wchodził na pierwsze konklawe po śmierci Pawła VI, a potem na drugie. Ale czas konklawe dał mu do myślenia. Zrozumiał, że Duch Święty chce inaczej. Zmienił zdanie, a po wyborze stanął przy Papieżu, by dodać mu odwagi i przekazać wyrazy przyjaźni i serdeczności. Kiedyś Ojciec Święty wspominał o tym, co się działo w czasie konklawe. Mówił, że w decydującym momencie, gdy szala głosów przechylała się w jego stronę, Prymas Tysiąclecia podszedł do niego i powiedział, że nie wolno mu odmówić, że musi przyjąć ten wybór. On również zasugerował imię dla nowego papieża: Jan Paweł II.

– Czy przed konklawe kard. Wojtyła przewidywał, że może zostać wybrany?

– Nigdy o tym nie mówił. Ten temat nie był przez niego poruszany w żadnej rozmowie, a gdy ktoś z otoczenia zaczynał snuć domysły, ucinał je krótkim zdaniem: „Duch Święty wskaże”.

– Gdy czyta się wspomnienia o Karolu Wojtyle, można odnieść wrażenie, że wiele osób przepowiedziało ten wybór.

– Trochę jestem tym zdziwiony, bo przecież nie było powszechnego przekonania, że wyjedzie na konklawe i już nie wróci. Nic takiego nie miało miejsca. Owszem, zdarzały się osoby, zwłaszcza w Krakowie, które powtarzały: „To święty duszpasterz, święty biskup”. Niektórzy dodawali, że nadawałby się na papieża. Znałem nawet siostrę z Międzyzakonnego Wyższego Instytutu Katechetycznego, która często podkreślała, że gdyby kard. Wojtyła został papieżem, to byłaby ogromna szkoda, bo Kraków straci wybitnego człowieka. Po śmierci Jana Pawła I takich głosów było nieco więcej. Docierały wiadomości, że nasz kardynał był brany pod uwagę podczas poprzedniego konklawe. Ale pamiętajmy, że były to pojedyncze opinie. Później sprawy przybrały inny obrót, bo zaraz po ogłoszeniu nowego papieża na Placu św. Piotra rozdawano dziennik watykański z dossier na temat kard. Wojtyły. To przygotowanie watykańskiej prasy oznaczało, że był poważnym kandydatem.

– A Ksiądz Kardynał? Nigdy nie pomyślał, że tak się stanie?

– Od początku miałem świadomość, komu służę. Widziałem wielkość Karola Wojtyły. Mimo stosunkowo młodego wieku należał do najwybitniejszych postaci Kościoła. Uczestniczył w synodach z udziałem kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Tylko raz nie pojechał na synod do Rzymu. Władze nie wypuściły z kraju kard. Wyszyńskiego i na znak solidarności z Prymasem nie pojechał również kard. Wojtyła. Trzeba powiedzieć, że wyróżniał się w tych gremiach. Jego przemówienia nie pozostawały bez echa. Poza tym łączyła go przyjaźń z papieżem Pawłem VI. Ojciec Święty przyjmował go na prywatnych audiencjach zawsze, ilekroć kard. Wojtyła był w Rzymie. Powierzył mu także wygłoszenie rekolekcji dla niego i całej Kurii Rzymskiej, co było dowodem papieskiego uznania i szacunku dla polskiego hierarchy. Kard. Wojtyła był znany w Kościele i liczono się z jego głosem. Był oceniany jako wybitny myśliciel i duszpasterz. Interesowały się nim środki społecznego przekazu w Rzymie. Wspominałem już, że watykańskie media przygotowywały się na możliwość jego wyboru. Dziennik „L’Osservatore Romano” opracował sylwetki dziesięciu najważniejszych kandydatów i wśród nich był Karol Wojtyła. Przed konklawe konsultowali ze mną jego życiorys. Ale również inne poważne czasopisma wymieniały go jako kandydata na następcę św. Piotra.

– Nie było żadnych innych znaków, że zostanie wybrany? Kiedyś Ksiądz Kardynał opowiadał mi o dziwnej sytuacji po śmierci Pawła VI.

– Rzeczywiście, to było niezwykłe. Na początku sierpnia 1978 r. Karol Wojtyła wyjechał w Bieszczady z przyjaciółmi. Tam się dowiedział, że zmarł Paweł VI. Następnego dnia pojechałem po niego. Schodzili z gór przy pięknej pogodzie. W którymś momencie musieli przejść przez San. Zdjęli buty i boso, po kamieniach, przedostali się na drugi brzeg. I wtedy jakiś piorun strzelił obok. Jeden raz, z jasnego nieba. Pomyślałem, że to znak.

– Czyli wybór kard. Wojtyły na papieża nie był dla Księdza Kardynała czymś zaskakującym?

– Nie byłem zszokowany, choć to był szok dla świata. Zrozumiały, bo przecież od wieków papieżami zostawali Włosi. Dzisiaj, z perspektywy czasu, widzę, że Opatrzność Boża przygotowała Karola Wojtyłę do wielkich zadań. Był człowiekiem wielu talentów: myśliciel, filozof, aktor, poeta. Imponował znajomością języków obcych, którymi się posługiwał z niesłychaną swobodą. Mimo wielu obowiązków sam przygotowywał projekty swoich wystąpień. Współpraca z kurią układała się bardzo dobrze, ale zasadniczymi kwestiami metropolita krakowski zajmował się osobiście.

– Powróćmy do chwili, gdy Jan Paweł II pojawił się pierwszy raz na balkonie Bazyliki św. Piotra. Po przemówieniu i błogosławieństwie zniknął we wnętrzu bazyliki. A Ksiądz Kardynał? Od razu poszedł do Papieża?

– Nie było to takie proste, bo przecież konklawe wciąż trwało. Papież jednak chciał mnie zobaczyć i zostałem komisyjnie wprowadzony do refektarza, w którym kardynałowie wraz z Ojcem Świętym spożywali kolację. Do Jana Pawła II podprowadził mnie sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Jean-Marie Villot. Ojciec Święty wstał i serdecznie się ze mną przywitał.

– Nic nie mówił?

– Powiedział: „Ale dali szkołę!”.

– ?

– Tak zażartował. Już później, choć nie pamiętam dokładnie kiedy, dodał: „Skończyły się wyjazdy na narty!”.

– Co się działo dalej?

– Po kolacji Ojciec Święty poszedł do swojego pokoju i zaczął przygotowywać przemówienie do Kolegium Kardynalskiego, które miał wygłosić następnego dnia rano w Kaplicy Sykstyńskiej. Chciał, abym został, ale ja tego wieczoru pojechałem do Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria, gdzie mieszkaliśmy przed konklawe. Chciałem dzielić wielkie chwile z polskimi księżmi, którzy świętowali wybór nowego papieża. Euforia, radość, oklaski – słowami nie da się opisać tego, co tam się działo! Natychmiast też wzrosło zainteresowanie Polską. Pojawiło się wielu dziennikarzy. Pytali o kraj, który dał światu następcę św. Piotra. Wyczuwało się też, że wszyscy czekali na coś nowego, na jakieś nowe otwarcie dla Kościoła i świata. Nowy papież dawał nadzieję na zmiany.

– Następnego dnia wrócił Ksiądz Kardynał do Watykanu i...

– Pałac Apostolski, czyli dom papieża, był po śmierci Jana Pawła I zamknięty. Kard. Villot otwierał przy Ojcu Świętym drzwi apartamentów. Gdy to zrobił, przekazał mi klucze. Ogromny, ciężki pęk kluczy. W tej chwili zaczęła się moja troska o porządek w Pałacu Apostolskim.

– Początki były dla Księdza Kardynała ciężkie?

– Nie miałem doświadczenia. Byłem lekko przerażony, gdy dwa razy dziennie docierała ze wszystkich kongregacji poczta do Ojca Świętego. Dokumenty, pisma, prośby. To były stosy papierów, które trzeba było uporządkować i przedstawić Ojcu Świętemu. Pracy było tyle, że to przerażenie szybko mi przeszło. Nie było na nie czasu (śmiech).

– Czy w tych pierwszych dniach zajmował się Ksiądz Kardynał tak przyziemnymi sprawami, jak np. zorganizowanie przewozu rzeczy kard. Wojtyły z Krakowa do Watykanu?

– Akurat z tym nie było żadnego problemu. Papież praktycznie nic nie posiadał. Żył jak św. Franciszek z Asyżu. W Krakowie nie pobierał pensji, a wszystkie honoraria z książek i innych publikacji przeznaczał dla ubogich studentów i profesorów. Nie rozgłaszał tego. Pomagał tak, żeby poza zainteresowanymi nikt o tym nie wiedział. Nie lubił też, gdy kupowano mu coś nowego. Miał w Polsce stary płaszcz z podpinką. Zimą zakładał podpinkę do płaszcza i to było całe jego bogactwo.

– A jak się Papież zachowywał po wyborze? Czy jakoś się zmienił?

– Do końca pontyfikatu pozostał sobą. Tym zaskakiwał kapłanów w Watykanie od pierwszych chwil, od pierwszego wyjścia na balkon Bazyliki św. Piotra. Ceremoniarz, ks. Virgilio Noe, wskazywał, że według tradycji nowy papież nie przemawia, tylko błogosławi ludzi zebranych na Placu św. Piotra. Ale Ojciec Święty na widok wiwatujących tłumów nie mógł przecież nic nie powiedzieć! W Watykanie szybko zrozumieli, że nowy papież jest człowiekiem niezależnym. Od pierwszego dnia zachowywał spokój, nie targały nim emocje, które przecież byłyby zrozumiałe wobec tak przełomowego wydarzenia w życiu. Był w nim głęboki spokój, który udzielał się innym. Widziałem ludzi, którzy przed spotkaniem z Ojcem Świętym byli zdenerwowani, przychodzili z jakimś wewnętrznym napięciem. Wychodzili od niego uspokojeni, uśmiechnięci. Źródłem tego spokoju były modlitwa i zawierzenie Opatrzności Bożej. Papież nie musiał się niepotrzebnie martwić, bo wiedział, że jest z nim Bóg, który wszystko widzi i go wspiera. Jan Paweł II był człowiekiem ogromnej modlitwy. Wszystkie trudności, decyzje, które trzeba było podjąć, najpierw powierzał Bogu. Przed każdym spotkaniem szedł do kaplicy i się modlił. Przed Najświętszym Sakramentem przygotowywał wszystko, co chciał przekazać w przemówieniach i homiliach. Jego wizja duszpasterska, kierunki działań dla Kościoła i świata powstawały na klęczkach, w ufnym zawierzeniu wszystkiego Panu dziejów. Miał jasne, precyzyjne widzenie spraw. Opowiadał mi kiedyś jeden z kardynałów, że poszedł do Papieża z pewnym problemem i wyznał mu, że nie widzi rozwiązania. Papież odpowiedział, że za mało się modli, i poprosił, żeby szukali światła podczas wspólnej modlitwy. I rzeczywiście problem został dzięki temu rozstrzygnięty. Kiedyś grupa kardynałów spierała się w jakiejś sprawie. Nie potrafili dojść do porozumienia. Papież zadał proste pytanie: „Co zrobiłby nasz Pan, Jezus Chrystus, w tej konkretnej sytuacji?”. Wszyscy po chwili zastanowienia wiedzieli, co mają robić dalej.

– Papież zaskoczył wszystkich również wtedy, gdy dzień po wyborze wyjechał poza Watykan.

– Jeszcze przed konklawe wielki, wspaniały przyjaciel kard. Wojtyły – bp Andrzej Deskur nagle zachorował. Doznał wylewu i trafił nieprzytomny do szpitala. W dniu rozpoczęcia konklawe kard. Wojtyła postanowił go odwiedzić. Myślę, że cierpienie przyjaciela było dla niego znakiem wielkich zmian, ale także ogromnym duchowym kapitałem. Tak zresztą je po latach interpretował. Nie byłem zaskoczony, gdy 17 października Jan Paweł II zdecydował, że chce ponownie odwiedzić bp. Deskura. Protestował prefekt Domu Papieskiego. Dla niego było to niemożliwe, bo nigdy wcześniej żaden papież nie wyjeżdżał z Watykanu.

– Jak wyglądało spotkanie z bp. Deskurem?

– W poliklinice Gemellego czekały tłumy. Wszyscy chorzy chcieli zobaczyć nowego papieża. Jan Paweł II długo się modlił przy nieprzytomnym przyjacielu i udzielił mu błogosławieństwa. Bp Deskur był w ciężkim stanie i dopiero po jakimś czasie, po kilku dniach, odzyskał przytomność. Wrócił do swoich obowiązków, choć nigdy nie odzyskał dawnej sprawności i do końca życia dźwigał krzyż cierpienia. Ojciec Święty zapraszał go w każdą niedzielę na obiad. Pozostał wierny tej przyjaźni do końca.

– Ksiądz Kardynał wspominał, że Jan Paweł II czuł się w Pałacu Apostolskim tak, jakby był tam od lat.

– Sam mi to powiedział: „Dziwię się sam sobie, bo czuję, jakbym tu zawsze był”. Bez problemów szedł od zadania do zadania. Od początku dawał z siebie wszystko i wykorzystywał czas do maksimum. Pierwsze dni upłynęły pod znakiem przygotowań do Mszy św. inaugurującej pontyfikat. Kuria zaproponowała projekt homilii. Papież odłożył go na bok i zaczął pisać swoją. Pisał ręcznie, po polsku. Sam przygotowywał swoje homilie i wystąpienia. Pisał, a w ostatnich latach dyktował ich treść. Przychodziło mu to z wielką łatwością. Nie potrzebował książek naukowych, pomocy, słowników. Przygotowanie długiego przemówienia wymagało od niego poświęcenia dwóch godzin. By przygotować krótsze przemówienie, wystarczyła godzina. Po tym czasie tekst nie wymagał żadnych poprawek. W dniu inauguracji pontyfikatu padły słowa, które zrobiły wielkie wrażenie na wszystkich. Papież powiedział: „Nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się!”. Uważam, że dzisiaj te słowa są nadal aktualne.

– W czasie tej Mszy św. Jan Paweł II zrobił też coś niekonwencjonalnego. Wszedł w tłum ludzi.

– Zobaczył chorych i postanowił do nich zejść. Ks. Noe, papieski ceremoniarz, znów protestował. „Nie można! Nie można!” – wołał. A Ojciec Święty tylko na niego spojrzał i poszedł do ludzi. Po raz kolejny pokazał swoją niezależność. Robił to, co nakazywało mu serce, i nie wahał się wtedy przełamywać utartych zwyczajów.

– Od pierwszych dni Jan Paweł II odprawiał Msze św. w swojej prywatnej kaplicy z udziałem wiernych?

– Kilka razy samotnie odprawił Mszę św. w prywatnej kaplicy, ale to było dla niego trudne. Potrzebował poczucia więzi z innymi, bo Eucharystia ma przecież charakter wspólnotowy. Postanowił zapraszać zgromadzenia zakonne. Wziąłem więc książkę telefoniczną i zacząłem dzwonić do sióstr. Ale to nie było łatwe, bo siostry podejrzewały, że stroję sobie żarty. Nie wierzyły mi i sprawdzały w Sekretariacie Stanu, czy coś takiego jest możliwe, bo wcześniej w Watykanie nic takiego się nie zdarzało. Ale po kilku Mszach św. z Papieżem zgromadzenia zakonne same zaczęły się zgłaszać. Potem o możliwość uczestnictwa W Eucharystii z Papieżem prosiły różne instytucje i osoby prywatne.

– Czy Jan Paweł II myślał o pielgrzymce do Polski od pierwszych dni pontyfikatu?

– Na początku była podróż do Meksyku, na Dominikanę i Bahamy. Konferencja Episkopatu Ameryki Łacińskiej zaprosiła na swoje obrady Pawła VI. On jednak nie zdecydował się pojechać. Kolejny papież szybko zmarł. Jan Paweł II się nie zawahał, zwłaszcza że trzeba było rozstrzygnąć ważne problemy dotyczące teologii wyzwolenia. Na Konferencję Episkopatów mieli przyjechać delegaci wszystkich państw Ameryki Łacińskiej. W niektórych krajach pojawiły się pomysły, że wprowadzenie marksizmu i komunizmu jest drogą do wyzwolenia z nędzy. Papież przestrzegał, że to „lekarstwo” jest gorsze od choroby. Mówił o solidarności, współpracy i wrażliwości społecznej na krzywdy innych. Na spotkanie z Ojcem Świętym przychodziły rzesze ludzi. Pamiętam, że po wylądowaniu w Meksyku nie mogliśmy pokonać krótkiego odcinka z lotniska do mieszkania, bo na drodze były niezliczone tłumy wiwatujących ludzi. Dla Papieża pielgrzymka do Meksyku była otwarciem drogi do Polski. Meksyk miał wówczas chyba najbardziej antykościelną konstytucję. Tamtejszy Kościół był bardzo prześladowany. Jeśli tak antykościelne władze Meksyku przyjmują Ojca Świętego, to dlaczego miałaby odmówić Polska? Okazało się jednak, że to nie było takie proste. Papież chciał przyjechać do Polski na jubileuszowe obchody 900-lecia śmierci św. Stanisława w 1979 r. Władze powiedziały „nie” i zaczęły się negocjacje. Szczęśliwie pozwolono na pielgrzymkę w czerwcu.

– Gdy Ksiądz Kardynał wspomina dzisiaj te historyczne dni, to czy nie ma poczucia, że życie szybko mija i to, co wydaje się, że działo się tak niedawno, dla wielu jest jakimś odległym wydarzeniem?

– Nie, ponieważ wciąż spotykam ludzi z różnych krajów świata, którzy żyją nauczaniem Jana Pawła II. Interesują się wydarzeniami pontyfikatu i są zafascynowani świętym, wielkim Papieżem. Jego nauczanie dla wielu kapłanów stanowi źródło wiedzy. Spodobało mi się zdanie, które ktoś wypowiedział, że to jest „Papież, który nie umiera”. Powstają kościoły pod wezwaniem Jana Pawła II. Różne instytucje i szkoły obierają go sobie za patrona. W wielu krajach odbywają się sesje naukowe dotyczące Jana Pawła II. Mogę potwierdzić z przekonaniem, że to Papież, który nie umiera. Pozostał w sercach ludzi. Przekonuję się o tym każdego dnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Warszawa: międzynarodowa konferencja „Wspólnota – rodzina – ojcostwo – współczesne wyzwania”

2018-10-17 20:44

dg, maj / Warszawa (KAI)

„Wspólnota – rodzina – ojcostwo – współczesne wyzwania” to tytuł międzynarodowej konferencji naukowej, która odbyła się 17 października w Warszawie w ramach obchodów XVIII Dnia Papieskiego pod hasłem „Promieniowanie ojcostwa”. Organizatorem konferencji jest Fundacja „Dzieło Nowego Tysiąclecia”, a partnerem merytorycznym Centrum Myśli Jana Pawła II. Patronat honorowy nad wydarzeniem objął Prezydent RP.

MARIAN SZTAJNER

Konferencja rozpoczęła się Mszą św. w kościele seminaryjnym Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny i św. Józefa Oblubieńca. Następnie obrady na Zamku Królewskim otworzył kard. Kazimierz Nycz, metropolita warszawski. Gości przywitał też ks. Dariusz Kowalczyk, prezes Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia”. Spotkanie poprowadził red. Grzegorz Górny.

O. prof. Jarosław Kupczak, dogmatyk z UPJPII, wystąpił z referatem pt. „Macierzyństwo i ojcostwo jako obraz miłości Boga”. Analizując dramat Karola Wojtyły „Promieniowanie Ojcostwa”, wskazał na obecne tam dwa konkurujące ze sobą humanizmy – jeden odrzucający Boga ze wszystkimi tego konsekwencjami i drugi – integralny, wskazujący na człowieka jako „homo religiosus” i jego transcendentne odniesienia, dopełniające ludzkie poszukiwanie prawdy. Te dwa humanizmy ukazane są przez przeciwstawienie sobie samotności i ojcostwa.

– Samotność jest doświadczeniem każdego człowieka. Ta fundamentalna samotność, o której mówi Wojtyła, jest dla niego skutkiem jakiegoś upadku. Polegał on na tym, że Adam nie potrafił udźwignąć ojcostwa i sprostać mu, dlatego zrzucił je jak brzemię, co jest centralnym tematem dramatu. To odrzucenie ojcostwa można rozumieć na dwa sposoby, po pierwsze jako opis każdego człowieka, mężczyzny i kobiety, po grzechu pierworodnym. Człowiek odrzucił promieniowanie ojcostwa Ojca Niebieskiego, dlatego jest fundamentalnie samotny – mówił dominikanin. – W drugiej, doczesnej perspektywie, odrzucenie ojcostwa to sytuacja każdego człowieka, który opiera się miłości i wybiera siebie, sprzeciwiając się w ten sposób podstawowemu prawu rozwojowemu swojej osoby. Takie odrzucenie ojcostwa i macierzyństwa to sprawa nie tyle naszego dziedzictwa, ile teraźniejszego wyboru każdego z nas. Wojtyła sugeruje, że te dwa wymiary odrzucenia ojcostwa i ludzkiej samotności są ze sobą związane, gdyż ojcostwo i macierzyństwo są najważniejszym sposobem wierności Ojcu Niebieskiemu i wierności wobec swojej natury. Dojrzałość mężczyzny realizuje się w ojcostwie, kobiety w macierzyństwie, fizycznym bądź duchowym – dodał teolog.

Znawca nauczania Karola Wojtyły zaznaczył, że wg. niego alienuje człowieka nie relacja z Bogiem, a odcięcie od Niego i religijna samotność. Nawiązując do myśli włoskiego filozofa Massimo Serettiego, wskazał również na problem współczesnego buntu przeciwko ojcostwu, dekonstrukcji tradycyjnego modelu rodziny oraz zniesienia różnicy płci: „W prometejskiej kulturze tylko człowiek nadaje sens takim rzeczywistościom jak ojcostwo i macierzyństwo, płeć, męskość, kobiecość, rodzina, małżeństwo. Natura okazuje się wyłącznie konstruktem kulturowym, mówi tylko o człowieku, nie odsyła do Boga. Zanim więc rozpoczęła się w laboratoriach technologiczna abolicja ojcostwa przez procedurę in vitro, banki nasienia, praktykę anonimowych dawców i inne skandaliczne praktyki, od długiego czasu dokonywała się już filozoficzna i teologiczna dekonstrukcja idei ojcostwa”.

Nawiązując do opisów biblijnych, nauczania Wojtyły czy Levinasa, o. Kupczak omówił wagę różnicy płciowej jako podstawowego miejsca doświadczenia inności oraz fundamentu poznania. Za Lewinasem wskazał też na podstawy relacji rodzic-dziecko: „Syn, córka, nie jest własnością. Faktu płodzenia nie pozwalają uchwycić ani pojęcie przyczyny, ani pojęcie własności”.

– Akt poczęcia nie jest aktem tworzenia, uczynienia człowieka. Mężczyzna i kobieta nie mają władzy nad procesem poczęcia. Mogą starać się o dziecko, ale nigdy nie osiągną pewności, że w akcie seksualnym to poczęcie nastąpiło. Ten brak kontroli i władzy nad poczynającym się człowiekiem jest bardzo ważny, bo w biologię rodzenia wpisana jest genealogia osoby. Ten brak kontroli i władzy nad poczęciem jest etycznym warunkiem i metafizycznym znakiem godności procesu poczęcia jak również samej poczętej osoby, czyli każdego z nas, bo ostatecznie każdy z nas narodził się w ten sposób – mówił dominikanin i dodał: „Pochodzenie od innego, które implikuje zależność i wdzięczność, sprawia, że człowiek nie może myśleć o sobie, jako absolucie. Sama struktura procesu poczęcia i wychowania pokazuje, że istotą ludzkiego życia jest zależność i pochodzenie od innego. Przyjęcie i zdanie sobie sprawy z promieniowania ojcostwa jest warunkiem ludzkiej dojrzałości, dorosłości”.

Miłość mężczyzny i kobiety jest zamierzonym przez Stwórcę obrazem odwiecznej miłości Ojca, Syna i Ducha Świętego. „Sercem tej ludzkiej, płodnej miłości jest odpowiedzialność za drugą osobę, która czyni z kobiety matkę a z mężczyzny ojca. Istotą miłości erotycznej jest fakt, że dokonuje się pomiędzy osobami. Miłość jest wzięciem odpowiedzialności za drugie ‘ja’ i sprawia, że w społeczeństwie bez ojców na nowo pojawiają się ojcowie i matki” – powiedział dominikanin.

Hiszpańska pisarka, filozof i antropolog, członkini Królewskiej Akademii Lekarzy prof. Blanca Castilla de Cortazar z Nawary swoje wystąpienie poświęciła tematowi „Dar ludzkiego rodzicielstwa”. „Żyjemy w czasach kryzysu rodziny. Co się stało z naszym społeczeństwem, że ojcostwo stało się czymś mniej oczywistym, swego rodzaju czarną dziurą? Problemem w naszym społeczeństwie jest kryzys genealogii osoby i kryzys miłości” – mówiła.

Zaznaczyła, że bycie dzieckiem i rodzicem nie jest tylko kwestią biologiczną, ale musi mieć również wymiar duchowy. Omawiając przyczyny kryzysu rodziny, wskazała na konsekwencje rewolucji przemysłowej, zaangażowanie kobiet w pracę zawodową, a także przyczyny socjologiczne, takie jak dysocjacja między małżeństwem a rodzicielstwem, niezgodę u mężczyzny na własną tożsamość syna. Przyczyny kryzysu męskości natomiast hiszpańska antropolog widzi w upadku struktur patriarchalnych, rozprzestrzenianiu się homoseksualizmu i dysfunkcjach płci.

– Dorośli mężczyźni czują się często zdezorientowani z powodu upadku zasad patriarchatu, zaniku hierarchicznych ról, również zaniku podziału na sferę publiczną reprezentowaną przez mężczyzn i prywatną, zarezerwowaną dla kobiet. Włączenie kobiet do szkolnictwa wyższego i we wszystkie dziedziny pracy, gdzie kobiety często są bardziej kompetentne, sprawia, że mężczyźni czują się niepewni swojej tożsamości. Ustawienie w zbiorowej świadomości tego, że ludzie są równi sprawia, że mężczyźni kwestionują swoją tożsamość, nie wiedzą, co znaczy bycie mężczyzną, czy ma to podłoże biologiczne, czy istnieją uniwersalne i trwałe wzorce kulturowe, czy to prawda, że wszystko jest kwestią wychowania. Czy mężczyzna może być wrażliwy, dbający o siebie, wyrażający emocje, rezygnujący z przemocy, czy może wtedy zostanie uznany za zniewieściałego? Mężczyźni w wieku 60-70 lat zostali wychowani do tego, by byli wierni w małżeństwie i utrzymywali swoje dzieci. Ci, którzy mają 30-40 lat muszą sprostać różnym wymogom: być dobrym mężem, kochankiem, powiernikiem, wrażliwym, współodpowiedzialnym za obowiązki domowe, dobrze wychowującym dzieci. Ludzie nie wiedzą, jakie cechy społecznie promować, żeby ułatwić określanie tożsamości – mówiła prof. Castilla de Cortazar.

Odniosła się do kryzysu antropologicznego: „Mówi się dziś nawet o aborcji - niezgodnej przecież z prawem do życia - jako prawie. 50 lat po rewolucji seksualnej doświadczamy głębokiego kryzysu antropologicznego, gdzie każda osoba jest wewnętrznie pęknięta i nieświadoma związku między swoim ciałem, tożsamością, miłością, prokreacją, za to promuje się rodzaj nijaki, neutralność. Największą wartością zdaje się być niezależność”. – Nikt nie ma praw do żadnego człowieka. Nawet rodzice nie mają praw do dziecka, ponieważ ono też jest osobą. W kontekście in vitro podaje się jako argument prawo do dzieci, tymczasem jest to nieprawda. Nie ma prawa do posiadania dzieci – zaznaczyła prelegentka.

Mówczyni zauważyła, że dziś neguje się różnice między płciami. Tymczasem Jan Paweł II wskazywał, że „różnica pomiędzy mężczyzną a kobietą leży nie tylko w działaniu, ale również w sferze bytu. Jesteśmy bytami komplementarnymi nie tylko biologicznie i psychologicznie, ale także ontologicznie. Płeć biologiczna jest tym, co jest nam dane, a płeć społeczna, kulturowa się rozwija w społeczeństwie”. Płci się nie zmieni nawet operacją, która nie pozmienia chromosomów, ani tym bardziej nie naruszy stanu ontologicznego.

– W naszych czasach, kiedy mówi się o tym, że aborcja jest prawem, miłość matczyna pozostaje ostatnią ostoją miłości, ponieważ ojcostwo już zostało zniszczone. Dziś atakuje się również macierzyństwo. Aby je chronić, mężczyzna musi odnaleźć w sobie ojcostwo – powiedziała hiszpańska pisarka wskazując za Janem Pawłem II, by wzorców w budowaniu rodziny, szukaniu tożsamości ojca i matki szukać w świętej rodzinie z Nazaretu.

Ostatni podczas pierwszej sesji wystąpił Marek Grabowski, filozof i socjolog, prezes Fundacji Mamy i Taty. Zaprezentował on projekty i badania prowadzone przez Fundację. Omawiając przyczyny współczesnego kryzysu rodziny, wskazał na „problem z tradycyjną moralnością, związaną z chrześcijaństwem. Mamy coraz mniej zaangażowanych, świadomych chrześcijan. Z drugiej strony mamy dawno już rozpoczęte procesy, np. w czasie industrializacji, spowodowane poborami czy szkolnictwem, związane z migracjami. To wszystko nie wpływa pozytywnie na gotowość ludzi do zawiązywania związków i sprzyja rozpadaniu tych zawartych. Małżeństwo trwa dziś średnio 12-14 lat”. Omawiając badania wskazał, że młodzi mężczyźni w Polsce w dużej mierze definiują się poprzez pracę. Jest ona dla nich źródłem satysfakcji i dochodu. Chcą rywalizować, być zauważonymi. Obawiają się czasów, w których żyją, boją się porażki rodzinnej, dlatego nie chcą się żenić. Obawiają się, że są zdolni do zdrady partnerki, nie mają do siebie zaufania, brakuje im charakteru czy kręgosłupa moralnego. Są także uzależnieni od świata wirtualnego. Najnowsza kampania Fundacji poświęcona będzie problemowi rozwodów.

Druga część konferencji przebiegała pod hasłem „Ojcowizna – Ojczyzna – Tradycja – dziedzictwo narodowe”. Wykłady wygłosili: prof. Wojciech Roszkowski, ekonomista i autor prac historycznych, wykładowca SGH, dr Massimiliano Signifredi, historyk, wykładowca Uniwersytetu Roma Tre oraz ks. prof. Jacek Grzybowski, filozof, prof. UKSW. Spotkanie prowadził dr hab. Paweł Skibiński, historyk, wykładowca UW.

Prof. Roszkowski podkreślił, że Jan Paweł II odnosił się do spraw swojej Ojczyzny, szczególnie podczas swoich pielgrzymek do Polski. Przypomniał następnie te kolejne wizyty oraz papieskie nauczanie na temat Ojczyzny i patriotyzmu z kluczowym stwierdzeniem z 1979 r.: Polski nie można zrozumieć bez Chrystusa. Mówił o pielgrzymce z 1991 r. gdy Jan Paweł II przypominał rodakom Dekalog i pierwszy raz podniósł głos przestrzegając przed fikcją wolności rozumianej w sposób liberalny – która w istocie zniewala. Wspomniał też o testamencie Papieża – Polaka, który żegnając się z Ojczyzną w 2002 r. mówił, że wszystkie jej trudne sprawy powierza Bożej Opatrzności.

Dr Signifredi zwrócił uwagę, że w przeciwieństwie do swych poprzedników, którzy jako biskupi Rzymu raczej odcinali się od swych korzeni, Jan Paweł II podkreślał swoje pochodzenie. Do tego stopnia, że po raz pierwszy w historii Kościoła, wbrew protokołowi, swój list apostolski „Rutilans Agmen” z 1979 r. podpisał ”Jan Paweł II, Polak”. Podkreślił, że Jan Paweł II w dziejach swojego narodu szczególnie upodobał sobie epokę jagiellońską – wielonarodową Rzeczpospolitą, w której mogły pokojowo współistnieć różne nacje a władcy nie byli „królami sumień” obywateli, choć wkoło w Europie szalały wojny religijne. – W koncepcji Wojtyły nie istnieje naród bez narodów sąsiednich, każdy naród ma swoją misje, swoje szczególne powołanie – powiedział dr Signifredi. Podkreślił też, że patriotyzm Jana Pawła II zdecydowanie odrzucał nacjonalizm jako degenerację idei narodu, prowadzącą do totalitaryzmu.

Ks. prof. Jacek Grzybowski w swoim wystąpieniu zastanawiał się, czy rozumienie Ojczyzny i narodu przez Jana Pawła II - jako społeczności naturalnej i formy życia wspólnotowego która wyrasta z egzystencjalno – relacyjnej sytuacji osoby czy rodziny – może być aktualne dziś, w mobilnym cyfrowym, wielokulturowym, migracyjnym i społecznie różnorodnym XXI wieku.

Dr Paweł Rojek, filozof, wykładowca UJ, w komentarzu do jednego z wystąpień zwrócił uwagę, że papieskie przesłanie nie ma jedynie wymiaru historycznego: papież wnosi trwały wkład do świata idei, czego przykładem jest jego homilia w 1979 r. na Placu Zwycięstwa w Warszawie. Zaznaczył, że wezwanie do Ducha św. jest formą epiklezy, czyli modlitwy liturgicznej nad darami ofiarnymi. Przypomniał, że przed tym wezwaniem Ojciec Święty wspominał dzieje Ojczyzny i „wszystko, co Polskę stanowi”, ukazując przez to, że ludzka historia jest darem, elementem liturgii dziejów.

Marek Jurek, poseł do Parlamentu Europejskiego, podkreślił w rozmowie z KAI, że nie ma państwa i wspólnoty obywatelskiej bez wspólnoty społecznej, zgromadzonej wokół określonych wartości, określonych tradycji i nadziei. – Zarówno Ojczyzna jak i patriotyzm rozwija się i ma swoja historię ale sama idea się nie zmienia, to stały paradygmat, w którym zawsze chodziło o przywiązanie, odpowiedzialność i poświęcenie – powiedział. Zwrócił uwagę, że wspólnota jaką jest Ojczyzna opiera się na naturalnej więzi a nie na projekcie politycznym . – Jan Paweł II był wielkim orędownikiem prawdy o znaczeniu narodu w życiu człowieka. Mówił, że jest to kluczowa wspólnota, najważniejsza ze wspólnot naturalnych, obok rodziny – podkreślił.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem