Reklama

Biały Kruk 2

Joanna od ks. Dolindo

2017-12-20 11:39

Rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 52/2017, str. 28-32

Hanna Chmielewska/zdjęcie udostępnione przez wydawnictwo Esprit
Joanna Bątkiewicz-Brożek

Z Joanną Bątkiewicz-Brożek – dziennikarką, tłumaczką i autorką książki „Jezu, Ty się tym zajmij! O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda” – rozmawia Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Pierwsza biografia autora modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij!” jest już bestsellerem, ale całkiem niedawno nikt w Polsce nie słyszał o ks. Dolindo. Jak go znalazłaś?

JOANNA BĄTKIEWICZ-BROŻEK: – W 2014 r. przekładałam książkę Antonia Socciego „Caterina. List do córki” i tam znalazłam fragment aktu zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Przeczytałam tę modlitwę i kilkakrotnie wstawałam od biurka. Świadomość, że to są słowa podyktowane przez Jezusa... Jednak w książce była podana tylko lakoniczna informacja, że słowa te spisał o. Dolindo Ruotolo, mistyk z Neapolu – i nic więcej.
Kiedy znalazłam informację, że to kapłan, do którego odsyłał Ojciec Pio, od razu się zapaliłam: ależ to musiał być gigant!

– Znalazłaś więcej informacji?

– Od razu nie, ale upłynęło mniej więcej półtora miesiąca, gdy w drodze na kolegium redakcyjne intensywnie myślałam o tym, jaki materiał mogę zaproponować. Miałam dziurę w głowie, żadnych pomysłów, ale modlitwa, a właściwie ten jej skrawek, mocno już we mnie pracowała. I wtedy, po raz pierwszy świadomie, postanowiłam sprawdzić, kto to był i napisać o nim artykuł. Sięgnęłam po włoski tekst autobiografii ks. Dolindo i czytałam całą noc. Łzy mi się lały, to było przeżycie intensywne, głębokie. Przygotowując artykuł do „Gościa Niedzielnego”, jednego byłam pewna: Chcę Czytelnikom pokazać tę modlitwę, dlatego nadałam tytuł: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Potem się okazało, że artykuł ukazał się w rocznicę śmierci ks. Dolindo, a więc 19 listopada.

– Pierwszy prezent ks. Dolindo?

– Nie było tak łatwo. W redakcji czekała na mnie „niespodzianka”. Zobaczyłam na ścianie wydruki stron bieżącego numeru i okazało się, że modlitwa zawierzenia zniknęła, a w jej miejscu pojawiła się reklama. Niestety, tak się dzieje wszędzie.
Modlitwę dodaliśmy później w wersji internetowej, ale w wydaniu papierowym tytuł nie miał już za bardzo sensu. Wtedy uderzyłam się mocno w serce i mówię: „Jezu, Ty się tym zajmij teraz”. Miałam tak ogromne pragnienie, aby ta modlitwa dotarła do ludzi...
I On się zajął – dwa dni później, po ukazaniu się numeru, rozdzwonił się telefon. Dzwonił codziennie przez prawie trzy miesiące. Kolejni czytelnicy pytali o ks. Dolindo – byli dosłownie spragnieni jego życia, pytali też o książki. Zainteresowanie było tak duże, że musiałam poprosić panią sekretarkę, aby nie łączyła kolejnych rozmów, bo nie byłam w stanie pracować. I tego samego dnia był jeszcze jeden telefon – z wydawnictwa Esprit, z pytaniem: „Czy napisze pani książkę o ks. Dolindo?”.

– Czyli „zajął się” z rozmachem?

– O, tak. Ale nie zgodziłam się od razu. Wiedziałam, że czeka mnie mnóstwo pracy, a miałam inne zobowiązania. Wreszcie sprawy tak się ułożyły, że poczułam: tak, to jest ten moment.
Najpierw napisałam do Sióstr Franciszkanek Niepokalanej w Neapolu – były zdziwione, że szukam kontaktu i jestem zainteresowana osobą księdza. Szybko okazało się, że żyje bratanica ks. Dolindo – pani Grazia Ruotolo. Dostałam numer telefonu...

– I...?

– ...i nie zadzwoniłam od razu. Z różnych powodów odkładałam i rozmowę, i wyjazd. Ciągle coś stało na przeszkodzie. Wreszcie zadzwoniłam i w słuchawce usłyszałam reakcję, której nikt, absolutnie nikt nie mógłby się spodziewać. Pani Grazia powiedziała: „Nareszcie! Chyba na ciebie czekam!”.

– Umówiłyście się na spotkanie przy grobie ks. Dolindo?

– Tak, jak to powiedziała pani Grazia – „da padre Dolindo”, czyli u o. Dolindo. Spotkałyśmy się przy grobie jej wuja w kościele pw. Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa w Neapolu.

– Trudno tam trafić...

– Tak, opowiedziałam w książce o tej dzielnicy pełnej schodów i wąskich uliczek. Pamiętam do dziś ten kadr: kiedy weszłam, pani Grazia siedziała na krześle z różańcem w ręku, niemal przytulona do płyty nagrobnej wuja. Czekała na mnie elegancka, pięknie umalowana, wyperfumowana, z torebką dopasowaną do koloru butów – urzekająca. I przywitała mnie z taką serdecznością, jak się wita kogoś bardzo bliskiego. Usiadłam obok niej i przez sześć godzin słuchałam o jej wujku.
To było niesamowite! Brakło mi miejsca w dyktafonie, ale to nie miało znaczenia, bo opowieść była niewiarygodna. Już wtedy przepadłam na dobre. Oczywiście, co rusz ktoś podchodził do grobu, przyklękał i pukał głośno w płytę.

– Nie dziwiłaś się?

– Bardzo! To wyglądało na szaleństwo, ale Grazia wyjaśniła, że nie ma w tym nic szalonego, że ludzie tak robią, by wypełnić zapis testamentu księdza: „Kiedy tu przyjdziesz, zapukaj, nawet zza grobu odpowiem: ufaj Bogu!”.
Grazia Ruotolo, ale potem także jedna z sióstr franciszkanek Niepokalanej powiedziały mi, że ks. Dolindo chce, bym go wyciągnęła na światło dzienne. „On cię wybrał” – usłyszałam. „Ależ marne narzędzie!” – pomyślałam, nie do końca rozumiejąc wtedy, o co chodzi. Zresztą, co ciekawe, dokładnie to samo usłyszał w tym czasie ks. Robert Skrzypczak, który bardzo mnie dziś wspiera; sam także kocha ks. Dolindo i propaguje jego kult. Dopiero kolejny z pobytów w Neapolu, gdy siostry nabrały do mnie zaufania, uświadomił mi, że nikt od 1970 r., a więc od śmierci ks. Dolindo, nie dotykał materiałów zgromadzonych w archiwach i pamiątek po nim. Istniała wtedy tylko cieniutka książeczka napisana przez postulatora procesu beatyfikacyjnego ks. Dolindo, a poza nią jedynie materiał źródłowy, pisma, autobiografia, która w sumie ma ponad 4 tys. stron, no i wciąż niespisane rękopisy ks. Dolindo. Nikt, nawet we Włoszech, nie napisał jeszcze książki o kapłanie, który zmarł w opinii świętości, do którego ciągnęły rzesze ludzi, a wielu z nich przysyłał do Neapolu sam Ojciec Pio. Zresztą sama wędrówka śladami księdza była niezwykła.

– Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

– Drzwi w klasztorze Sióstr Franciszkanek Niepokalanej otworzyła mi zakonnica – anioł. Nie mogę podać jej imienia, bo o to prosiła, ale dziś widzę, że naprawdę postawili ją na mojej drodze Pan Bóg i ks. Dolindo. Bez niej nic by się nie udało. Ona była aniołem stróżem na etapie zbierania materiałów do książki. Pewnego dnia szłam z nią ulicą w Neapolu, a ona nagle się zatrzymała i powiedziała: „Pamiętaj, że będzie ci trudno, będzie ci bardzo trudno. Przyjdą chwile, gdy będziesz miała ochotę to wszystko rzucić – wtedy zamykaj oczy i mów: Jezu, Ty się tym zajmij. I idź dalej, ks. Dolindo cię poprowadzi”.

– Ks. Robert Skrzypczak opowiada o podobnym przesłaniu: „Kto zajmuje się ks. Dolindo, musi trochę pocierpieć”.

– Tak, bo „dolindo” w dialekcie neapolitańskim znaczy cierpienie. Ksiądz doktor pisze o tym we wstępie do mojej książki. I nie jest to na wyrost. Trudności, które towarzyszyły powstaniu tej publikacji – i te fizyczne, materialne, i te duchowe szczególnie, były ogromne. Nie mogłam usiąść do pracy. Wszystko jakby sprzymierzało się przeciwko mnie – w życiu domowym i zawodowym. Miałam wrażenie, że toczy się walka na pograniczu świata duchowego. Mój wydawca w czasie jednego z moich pobytów w Neapolu miał przez cały czas 40 stopni gorączki. Mogłaby powstać osobna książka o tym, co się działo przy powstawaniu biografii ks. Dolindo.
Modliło się za mnie wielu ludzi. Zamawialiśmy co rusz Msze św., dwa zgromadzenia zakonne modliły się non stop, gigantycznym wparciem było wydawnictwo – oni mnie omadlali codziennie! A ja codziennie rozmawiałam z ks. Dolindo: jeśli chcesz tej książki, pomóż, Ty pisz. I wtedy szło jak burza. Przyszedł też moment, kiedy chciałam to rzucić. I powtarzałam: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Byłam bardzo zmęczona, termin był przekroczony, a ja nie mogłam dokończyć pracy. Ale dziś, kiedy otrzymuję setki listów o cudach, które dzieją się w życiu czytelników tej książki, dziękuję Bogu za wylane łzy i trudności. Pan Bóg posłużył się mną jak narzędziem – i to jedyna moja rola w tym dziele. Było potrzebne pokazanie życia ks. Dolindo, wszystkich trudności, zwłaszcza w kapłaństwie, których doświadczył.

– Coraz częściej mówi się o kryzysie kapłaństwa, o braku wierności, który rodzi się z zanikającej świadomości tego, kim jest, w oczach Chrystusa, Jego kapłan. Gdy się przeczyta o tym, jak ks. Dolindo z pokorą walczył o swoje kapłaństwo, chce się wciskać tę książkę do rąk wszystkim znajomym księżom.

– Dzwonił do mnie duszpasterz akademicki z lat studenckich i powiedział: „Słuchaj, już piąty egzemplarz dostałem!”. Jest w Polsce ruch osób, które kupują tę książkę i podarowują ją kapłanom, a potem oni sobie nawzajem – bardzo mnie to cieszy. Ks. Dolindo mógłby być patronem kapłanów. Świadectwo jego życia wytrąca nam z rąk wszystkie argumenty. To szczególnie ważne, kiedy coraz częściej słychać o odejściach od kapłaństwa, o zniechęceniu... Ks. Dolindo pokazuje, że z Bogiem wszystko da się przetrzymać. Pokora heroiczna – on nawet przed wrogami klękał i to on ich prosił o wybaczenie – zwłaszcza wtedy, gdy na prawie 20 lat zawieszono go w czynnościach kapłańskich, a on chodził w sutannie, codziennie do Komunii św., za ludźmi... nie wygłaszał manifestów, milczał. Mówił, że „Kościół to Jezus” – kochał go bezgranicznie i nigdy nie pozwolił powiedzieć o Kościele złego słowa, krytykować. Kto by to dzisiaj wytrzymał? Ks. Dolindo kochał kapłanów. Mówił, że gdybyśmy wiedzieli, kim są dla nas kapłani, nie odstępowalibyśmy ich na krok. A w czasie Eucharystii powinniśmy w chwili konsekracji wstrzymywać oddech z wrażenia, tak wielkie rzeczy dzieją się wtedy w niebie. Chrystus oddaje życie na każdym ołtarzu świata. Przez ręce kapłanów... To jest wielka tajemnica.

– Jeszcze nie jest ogłoszony świętym, ale wydaje się, że w jakiś szczególny sposób dba o kapłanów...

– Tak, on już im pomaga z nieba. Byłam niedawno na północy Polski, by opowiadać o ks. Dolindo. Po wejściu do kościoła zobaczyłam gigantyczny krucyfiks – piękny, potężny i bardzo wymowny. Ksiądz, który mnie zaprosił do swojej parafii, wyznał, że ustawiono go niedawno, a stało się to dzięki ks. Dolindo. I zaczęła się opowieść... Kapłan, który był na krawędzi, w depresji, przeczytał książkę o ks. Dolindo i w ciągu jednej nocy całkowicie się zmienił. I żeby była jasność: to nie mój tekst dokonał tej rewolucji, a Bóg przez ks. Dolindo, który dorwał się do serca tego kapłana i uratował jego kapłaństwo. Ludzie, z którymi rozmawiałam później w tej parafii, opowiadali, że wydarzył się cud. Ich ksiądz jest szczęśliwy, uśmiechnięty i wciąż im opowiada o ks. Dolindo!

– I dlatego ten wielki krzyż...

– Tak, to wielki znak dziękczynienia za odnowienie, za przemianę, za nowe życie. Takich historii jest bardzo dużo. Kiedy opowiedziałam je biskupowi Neapolu, w jego oczach dostrzegłam błysk. Od razu poprosił o dołączenie tych świadectw do materiałów procesu beatyfikacyjnego ks. Dolindo.

– Wracając jeszcze do przyjaciół ks. Dolindo w Neapolu – czy rozmawiałaś ze świadkami jego życia?

– Rozmawiałam, właśnie te rozmowy sprawiły, że zaczęło do mnie docierać, kto stanął na mojej drodze. Jego przyjaciele, duchowe córki – płakali, gdy mi o nim opowiadali.
Przejmujące było spotkanie z prof. Umbertem Cervo. To prawie 90-letni staruszek ze schorowaną nogą, porusza się o lasce. Pokazał mi różaniec, krzyż ks. Dolindo i modlitwę, którą ksiądz napisał specjalnie dla nich. Poprosił mnie, bym ją odczytała. Czytałam, a on stał wyprostowany, podparty na lasce i płakał gorącymi łzami wzruszenia. A ja płakałam z nim... Dla tych ludzi ks. Dolindo wciąż żyje, jest kimś stale obecnym. Oni go nie tylko wspominają – oni żyją jego obecnością, poradami, modlitwami. Wiedzą, widzą, jak im na co dzień pomaga.

– Gdyby zrobić konkurs na użycie aktów strzelistych, to od jakiegoś czasu „Jezu, Ty się tym zajmij!” pobija „Jezu, ufam Tobie”. To, oczywiście, żart, ale każdy, kto zetknął się z aktem zawierzenia ks. Dolindo, od razu widzi powiązanie tych dwóch próśb i niezwykłą kontynuację: pójście w głąb, w bezpośrednie, jakby mniej oficjalne, zwracanie się do Jezusa...

– Moja 10-letnia córka znalazła most: „Jezu, ufam Tobie”, więc „Ty się tym zajmij”.

– Wspaniale! Ale czy tak stawiana prośba nie popycha nas w bierność? Jezu, Ty się tym zajmij, a więc czekam na obiad?

– Absolutnie nie. Po pierwsze – Jezus działa na różne sposoby, stawia na naszej drodze i ludzi, i rozwiązania – trzeba się wsłuchiwać. Poza tym chodzi też o sytuacje graniczne, w których ludzka siła nic nie może poradzić. I wtedy mówimy: Ufam Ci, a więc Ty mnie prowadź. Gdy już po ludzku nic nie da się zrobić, On chce, byśmy uderzyli się pięścią w serce i powiedzieli: Zajmij się tym. Zajmij, bo nie daję rady, przecież to widzisz... Nie chodzi o nieśmiałe, pobożne westchnienie. Chodzi o odważną, może zdesperowaną, prośbę do wszechmocnego Przyjaciela. To musi wyjść z serca. Jezus o to prosi w tym akcie.

– Ale wielu pisze: „Modliłem się i nic”.

– Halo, Pan Bóg to nie jest automat, że wrzucasz monetę i wychodzi coca-cola.
Nic z tych rzeczy. Wielu z nas ma gotową receptę, dyktujemy Panu Bogu, jak mają się zakończyć nasze sprawy. Nie o to tu chodzi. Bóg widzi nasze życie z lotu ptaka. Ufaj Mu, nawet jeśli coś się nadal wali. Zresztą w akcie zawierzenia Jezus mówi o tym, że jeśli sprawy będą się komplikowały, wtedy tym głośniej i częściej powtarzaj: „Jezu, Ty się tym zajmij!”, nie rezygnuj, trzymaj kurs. Jeśli ktoś mówi, że nie działa, to znaczy, że nie pomodlił się według – jak ja to nazywam – „instrukcji” Jezusa.

– Ks. Dolindo jest sługą Bożym. Kiedy możemy się spodziewać jego beatyfikacji?

– Proces został zakończony na poziomie diecezji Neapolu, akta trafiły przed kilku laty do Watykanu. Pierwszy postulator procesu zmarł, drugi – franciszkanin Niepokalanej – jest zawieszony. Na Kongregację Braci Franciszkanów Niepokalanej we Włoszech Stolica Apostolska nałożyła zarząd komisaryczny z powodu ujawnionych tam wielu nieprawidłowości. Akta procesu ks. Dolindo są w rękach tego zgromadzenia i do tej pory wydawało się, że proces utknął w martwym punkcie. Ale na szczęście jest Polska!

– My, Polacy, mamy jakiś wpływ na przebieg procesu ks. Dolindo?

– Mówię to ze wzruszeniem – to najnowsza wieść: proces beatyfikacyjny, głównie dzięki Polakom, przyspieszy! Napływ pielgrzymów, właśnie z Polski, jest tak duży, że nie można już czekać. Jestem teraz często w Neapolu i sama to widzę. Polacy pokochali ks. Dolindo! Podjeżdżają tam całe autokary pielgrzymów! Stąd więc sprawą zainteresowały się władze kościelne w 47. rocznicę śmierci ks. Dolindo, a więc w tym roku, arcybiskup Neapolu ogłosił, że kard. Crescenzio Sepe zwraca się z oficjalną prośbą do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o przyspieszenie sprawy. Jestem przeszczęśliwa! Zresztą ks. Dolindo sam mówił, że przyjdzie czas, gdy zostanie całkowicie zrehabilitowany, ale będzie to wtedy, gdy ludzie będą mieć Pismo Święte w domu i gdy zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi.

– Znając ks. Dolindo, dzięki Twojej książce, możemy mieć pewność, że wciąż powtarza: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.

– Tak, i oddaje się Bogu do pełnej dyspozycji. Ale i czeka na nasze modlitwy – on jest niezwykle skutecznym orędownikiem w Niebie – zgadzając się, jak zawsze ufnie, na chwilowe niepowodzenia.

Tagi:
o. Dolindo

Powstanie film o ks. Dolindo!

2018-04-20 18:42

Agnieszka Bugała

Pierwszy w Polsce dokument filmowy o życiu i misji ks. Dolindo Ruotolo, mistyka z Neapolu, ma szansę powstać już niebawem.


Sutanna i płaszcz były pierwszym w życiu nowym odzieniem, które dostał Dolindo.Dotąd biegał bez butów i w za dużych ubraniach po ojcu

Każdy z nas, kto zetknął się z włoskim kapłanem i doświadczył jego orędownictwa, kto pielgrzymował już do jego grobu, albo modli się za jego wstawiennictwem w domu, bo nie dane mu będzie uklęknąć i zapukać w płytę grobowca, może włączyć się w dzieło powstania filmu, dokładając swoją cegiełkę.

Fundacja „Solo Dios Basta” – organizator „Wielkiej Pokuty” i „Różańca do granic”, Joanna Bątkiewicz-Brożek – autorka pierwszej i jedynie rzetelnie udokumentowanej biografii ks. Dolindo oraz Filmowy Ruch Ewangelizacyjny proszą o wsparcie tego dzieła.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Brat ks. Popiełuszki i jego małżonka z medalem od Prezydenta RP

2018-04-24 19:04

Łukasz Krzysztofka

Prezydent Andrzej Duda wręczył w Pałacu Prezydenckim Medal za Długoletnie Pożycie Małżeńskie Józefowi i Alfredzie Popiełuszkom, starszemu bratu i bratowej bł. ks. Jerzego Popiełuszki.

Jakub Szymczuk/KPRP

Odznaczeni są małżeństwem od pięćdziesięciu lat. - Dostojni Jubilaci, cieszę się z Waszego święta. To ogromny zaszczyt, że mogę Państwu osobiście wręczyć odznaczenie. Z wielką radością przyjmujemy Państwa w Pałacu Prezydenckim. Życzę Państwu kolejnych pięćdziesięciu lat razem w zdrowiu i spokoju. Życzę, by w rodzinie Państwa układało się wszystko jak najlepiej – mówił po wręczeniu odznaczeń Prezydent Andrzej Duda.

Zobacz zdjęcia: Medal prezydencki dla państwa Popiełuszków

W uroczystości uczestniczyła rodzina i przyjaciele państwa Popiełuszków. Prezydent po wręczeniu odznaczeń żartował, że państwo Popiełuszkowie mają ponad dwa razy większy staż małżeński od niego i żony Agaty.

- Fundamentem naszego małżeństwa jest wiara w Boga oraz wzajemne zrozumienie, miłość, przebaczanie sobie wzajemnie – powiedzieli „Niedzieli” państwo Popiełuszkowie. W swoim życiu przeżyli wiele doświadczeń. - Kogo Bóg miłuje, temu daje krzyże. Pochowaliśmy syna, miał niecałe 18 lat. Ale czujemy, że Bóg się nami opiekuje i pomaga nam w życiu. Przez męki i cierpienia bł. ks. Jerzego otrzymujemy wiele łask od Boga – podkreślali Złoci Jubilaci.

Uroczystość zakończyło wspólne „Sto lat”, zaintonowane przez Pierwszą Damę Agatę Kornhauser-Dudę.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Londyn: Sąd Apelacyjny odrzucił apelację w sprawie Alfiego Evansa

2018-04-25 20:49

abd (KAI) / Londyn

Po trwającej blisko 5 godzin rozprawie, Sąd Apelacyjny w Londynie odrzucił apelację złożoną przez ojca Alfiego Evansa i tym samym odmówił zgody na transport chorego dwulatka do Włoch "gdyż nie jest to w jego najlepszym interesie".

Kaspars Grinvalds/fotolia.com

Po blisko pięciogodzinnej rozprawie Sądu Apelacyjnego w Londynie, zapadł wyrok w sprawie dwuletniego Alfiego Evansa, cierpiącego na niezdiagnozowaną i najprawdopodobniej nieuleczalną chorobę neurologiczną. Sąd odrzucił apelację złożoną przez ojca chłopca. Tym samym choremu dziecku po raz drugi odmówiono zgody na wyjazd do Włoch, w celu kontynuowania leczenia, argumentując to faktem, że "nie jest to w jego najlepszym interesie".

Alfie Evans przebywa obecnie w szpitalu Alder Hey w Liverpoolu. W poniedziałek został odłączony od aparatury podtrzymującej życie, na polecenie sądu i wbrew woli jego rodziców. Po 11 godzinach chłopcu ponownie podano tlen, a władze szpitala poinformowały, że kontynuowane będzie leczenie paliatywne. Rodzice chłopca walczyli o przetransportowanie go do należącego do Watykanu szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie. Także dyrektor szpitala przybył do Liverpoolu, by osobiście porozmawiać z władzami placówki, w której przebywa chłopiec, jednak nie został wysłuchany.

Apele o ratowanie chłopca ponawia wiele środowisk Kościelnych i świeckich. Kilkukrotnie prosił o to papież Franciszek, wezwanie ponawiał także prezes papieskiej Akademii Życia abp Vicenzo Paglia. Wiele instytucji zbiera podpisy pod petycjami o pomoc dla Alfiego. CitizenGo zebrała ponad 200 tys. podpisów pod apelem skierowanym do władz szpitala Alder Hey. Z kolei ojciec Alfiego Thomas Evans, prowadzi w internecie zbiórkę podpisów pod prośbą do królowej Elżbiety II i brytyjskiego Parlamentu.

Niespełna 2-letnie Alfie Evans cierpi na niezdiagnozowaną i najprawdopodobnie nieuleczalną chorobę neurologiczną. Od grudnia 2016 r. przebywa w szpitalu Alder Hey w Liveropplu, gdzie, wg lekarzy, utrzymywany jest przy życiu jedynie dzięki aparaturze medycznej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem