Reklama

Pfizer - PoloCard

Joanna od ks. Dolindo

2017-12-20 11:39

Rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 52/2017, str. 28-32

Hanna Chmielewska/zdjęcie udostępnione przez wydawnictwo Esprit
Joanna Bątkiewicz-Brożek

Z Joanną Bątkiewicz-Brożek – dziennikarką, tłumaczką i autorką książki „Jezu, Ty się tym zajmij! O. Dolindo Ruotolo. Życie i cuda” – rozmawia Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Pierwsza biografia autora modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij!” jest już bestsellerem, ale całkiem niedawno nikt w Polsce nie słyszał o ks. Dolindo. Jak go znalazłaś?

JOANNA BĄTKIEWICZ-BROŻEK: – W 2014 r. przekładałam książkę Antonia Socciego „Caterina. List do córki” i tam znalazłam fragment aktu zawierzenia „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Przeczytałam tę modlitwę i kilkakrotnie wstawałam od biurka. Świadomość, że to są słowa podyktowane przez Jezusa... Jednak w książce była podana tylko lakoniczna informacja, że słowa te spisał o. Dolindo Ruotolo, mistyk z Neapolu – i nic więcej.
Kiedy znalazłam informację, że to kapłan, do którego odsyłał Ojciec Pio, od razu się zapaliłam: ależ to musiał być gigant!

– Znalazłaś więcej informacji?

– Od razu nie, ale upłynęło mniej więcej półtora miesiąca, gdy w drodze na kolegium redakcyjne intensywnie myślałam o tym, jaki materiał mogę zaproponować. Miałam dziurę w głowie, żadnych pomysłów, ale modlitwa, a właściwie ten jej skrawek, mocno już we mnie pracowała. I wtedy, po raz pierwszy świadomie, postanowiłam sprawdzić, kto to był i napisać o nim artykuł. Sięgnęłam po włoski tekst autobiografii ks. Dolindo i czytałam całą noc. Łzy mi się lały, to było przeżycie intensywne, głębokie. Przygotowując artykuł do „Gościa Niedzielnego”, jednego byłam pewna: Chcę Czytelnikom pokazać tę modlitwę, dlatego nadałam tytuł: „Jezu, Ty się tym zajmij”. Potem się okazało, że artykuł ukazał się w rocznicę śmierci ks. Dolindo, a więc 19 listopada.

– Pierwszy prezent ks. Dolindo?

– Nie było tak łatwo. W redakcji czekała na mnie „niespodzianka”. Zobaczyłam na ścianie wydruki stron bieżącego numeru i okazało się, że modlitwa zawierzenia zniknęła, a w jej miejscu pojawiła się reklama. Niestety, tak się dzieje wszędzie.
Modlitwę dodaliśmy później w wersji internetowej, ale w wydaniu papierowym tytuł nie miał już za bardzo sensu. Wtedy uderzyłam się mocno w serce i mówię: „Jezu, Ty się tym zajmij teraz”. Miałam tak ogromne pragnienie, aby ta modlitwa dotarła do ludzi...
I On się zajął – dwa dni później, po ukazaniu się numeru, rozdzwonił się telefon. Dzwonił codziennie przez prawie trzy miesiące. Kolejni czytelnicy pytali o ks. Dolindo – byli dosłownie spragnieni jego życia, pytali też o książki. Zainteresowanie było tak duże, że musiałam poprosić panią sekretarkę, aby nie łączyła kolejnych rozmów, bo nie byłam w stanie pracować. I tego samego dnia był jeszcze jeden telefon – z wydawnictwa Esprit, z pytaniem: „Czy napisze pani książkę o ks. Dolindo?”.

– Czyli „zajął się” z rozmachem?

– O, tak. Ale nie zgodziłam się od razu. Wiedziałam, że czeka mnie mnóstwo pracy, a miałam inne zobowiązania. Wreszcie sprawy tak się ułożyły, że poczułam: tak, to jest ten moment.
Najpierw napisałam do Sióstr Franciszkanek Niepokalanej w Neapolu – były zdziwione, że szukam kontaktu i jestem zainteresowana osobą księdza. Szybko okazało się, że żyje bratanica ks. Dolindo – pani Grazia Ruotolo. Dostałam numer telefonu...

– I...?

– ...i nie zadzwoniłam od razu. Z różnych powodów odkładałam i rozmowę, i wyjazd. Ciągle coś stało na przeszkodzie. Wreszcie zadzwoniłam i w słuchawce usłyszałam reakcję, której nikt, absolutnie nikt nie mógłby się spodziewać. Pani Grazia powiedziała: „Nareszcie! Chyba na ciebie czekam!”.

– Umówiłyście się na spotkanie przy grobie ks. Dolindo?

– Tak, jak to powiedziała pani Grazia – „da padre Dolindo”, czyli u o. Dolindo. Spotkałyśmy się przy grobie jej wuja w kościele pw. Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa w Neapolu.

– Trudno tam trafić...

– Tak, opowiedziałam w książce o tej dzielnicy pełnej schodów i wąskich uliczek. Pamiętam do dziś ten kadr: kiedy weszłam, pani Grazia siedziała na krześle z różańcem w ręku, niemal przytulona do płyty nagrobnej wuja. Czekała na mnie elegancka, pięknie umalowana, wyperfumowana, z torebką dopasowaną do koloru butów – urzekająca. I przywitała mnie z taką serdecznością, jak się wita kogoś bardzo bliskiego. Usiadłam obok niej i przez sześć godzin słuchałam o jej wujku.
To było niesamowite! Brakło mi miejsca w dyktafonie, ale to nie miało znaczenia, bo opowieść była niewiarygodna. Już wtedy przepadłam na dobre. Oczywiście, co rusz ktoś podchodził do grobu, przyklękał i pukał głośno w płytę.

– Nie dziwiłaś się?

– Bardzo! To wyglądało na szaleństwo, ale Grazia wyjaśniła, że nie ma w tym nic szalonego, że ludzie tak robią, by wypełnić zapis testamentu księdza: „Kiedy tu przyjdziesz, zapukaj, nawet zza grobu odpowiem: ufaj Bogu!”.
Grazia Ruotolo, ale potem także jedna z sióstr franciszkanek Niepokalanej powiedziały mi, że ks. Dolindo chce, bym go wyciągnęła na światło dzienne. „On cię wybrał” – usłyszałam. „Ależ marne narzędzie!” – pomyślałam, nie do końca rozumiejąc wtedy, o co chodzi. Zresztą, co ciekawe, dokładnie to samo usłyszał w tym czasie ks. Robert Skrzypczak, który bardzo mnie dziś wspiera; sam także kocha ks. Dolindo i propaguje jego kult. Dopiero kolejny z pobytów w Neapolu, gdy siostry nabrały do mnie zaufania, uświadomił mi, że nikt od 1970 r., a więc od śmierci ks. Dolindo, nie dotykał materiałów zgromadzonych w archiwach i pamiątek po nim. Istniała wtedy tylko cieniutka książeczka napisana przez postulatora procesu beatyfikacyjnego ks. Dolindo, a poza nią jedynie materiał źródłowy, pisma, autobiografia, która w sumie ma ponad 4 tys. stron, no i wciąż niespisane rękopisy ks. Dolindo. Nikt, nawet we Włoszech, nie napisał jeszcze książki o kapłanie, który zmarł w opinii świętości, do którego ciągnęły rzesze ludzi, a wielu z nich przysyłał do Neapolu sam Ojciec Pio. Zresztą sama wędrówka śladami księdza była niezwykła.

– Możesz uchylić rąbka tajemnicy?

– Drzwi w klasztorze Sióstr Franciszkanek Niepokalanej otworzyła mi zakonnica – anioł. Nie mogę podać jej imienia, bo o to prosiła, ale dziś widzę, że naprawdę postawili ją na mojej drodze Pan Bóg i ks. Dolindo. Bez niej nic by się nie udało. Ona była aniołem stróżem na etapie zbierania materiałów do książki. Pewnego dnia szłam z nią ulicą w Neapolu, a ona nagle się zatrzymała i powiedziała: „Pamiętaj, że będzie ci trudno, będzie ci bardzo trudno. Przyjdą chwile, gdy będziesz miała ochotę to wszystko rzucić – wtedy zamykaj oczy i mów: Jezu, Ty się tym zajmij. I idź dalej, ks. Dolindo cię poprowadzi”.

– Ks. Robert Skrzypczak opowiada o podobnym przesłaniu: „Kto zajmuje się ks. Dolindo, musi trochę pocierpieć”.

– Tak, bo „dolindo” w dialekcie neapolitańskim znaczy cierpienie. Ksiądz doktor pisze o tym we wstępie do mojej książki. I nie jest to na wyrost. Trudności, które towarzyszyły powstaniu tej publikacji – i te fizyczne, materialne, i te duchowe szczególnie, były ogromne. Nie mogłam usiąść do pracy. Wszystko jakby sprzymierzało się przeciwko mnie – w życiu domowym i zawodowym. Miałam wrażenie, że toczy się walka na pograniczu świata duchowego. Mój wydawca w czasie jednego z moich pobytów w Neapolu miał przez cały czas 40 stopni gorączki. Mogłaby powstać osobna książka o tym, co się działo przy powstawaniu biografii ks. Dolindo.
Modliło się za mnie wielu ludzi. Zamawialiśmy co rusz Msze św., dwa zgromadzenia zakonne modliły się non stop, gigantycznym wparciem było wydawnictwo – oni mnie omadlali codziennie! A ja codziennie rozmawiałam z ks. Dolindo: jeśli chcesz tej książki, pomóż, Ty pisz. I wtedy szło jak burza. Przyszedł też moment, kiedy chciałam to rzucić. I powtarzałam: „Jezu, Ty się tym zajmij!”. Byłam bardzo zmęczona, termin był przekroczony, a ja nie mogłam dokończyć pracy. Ale dziś, kiedy otrzymuję setki listów o cudach, które dzieją się w życiu czytelników tej książki, dziękuję Bogu za wylane łzy i trudności. Pan Bóg posłużył się mną jak narzędziem – i to jedyna moja rola w tym dziele. Było potrzebne pokazanie życia ks. Dolindo, wszystkich trudności, zwłaszcza w kapłaństwie, których doświadczył.

– Coraz częściej mówi się o kryzysie kapłaństwa, o braku wierności, który rodzi się z zanikającej świadomości tego, kim jest, w oczach Chrystusa, Jego kapłan. Gdy się przeczyta o tym, jak ks. Dolindo z pokorą walczył o swoje kapłaństwo, chce się wciskać tę książkę do rąk wszystkim znajomym księżom.

– Dzwonił do mnie duszpasterz akademicki z lat studenckich i powiedział: „Słuchaj, już piąty egzemplarz dostałem!”. Jest w Polsce ruch osób, które kupują tę książkę i podarowują ją kapłanom, a potem oni sobie nawzajem – bardzo mnie to cieszy. Ks. Dolindo mógłby być patronem kapłanów. Świadectwo jego życia wytrąca nam z rąk wszystkie argumenty. To szczególnie ważne, kiedy coraz częściej słychać o odejściach od kapłaństwa, o zniechęceniu... Ks. Dolindo pokazuje, że z Bogiem wszystko da się przetrzymać. Pokora heroiczna – on nawet przed wrogami klękał i to on ich prosił o wybaczenie – zwłaszcza wtedy, gdy na prawie 20 lat zawieszono go w czynnościach kapłańskich, a on chodził w sutannie, codziennie do Komunii św., za ludźmi... nie wygłaszał manifestów, milczał. Mówił, że „Kościół to Jezus” – kochał go bezgranicznie i nigdy nie pozwolił powiedzieć o Kościele złego słowa, krytykować. Kto by to dzisiaj wytrzymał? Ks. Dolindo kochał kapłanów. Mówił, że gdybyśmy wiedzieli, kim są dla nas kapłani, nie odstępowalibyśmy ich na krok. A w czasie Eucharystii powinniśmy w chwili konsekracji wstrzymywać oddech z wrażenia, tak wielkie rzeczy dzieją się wtedy w niebie. Chrystus oddaje życie na każdym ołtarzu świata. Przez ręce kapłanów... To jest wielka tajemnica.

– Jeszcze nie jest ogłoszony świętym, ale wydaje się, że w jakiś szczególny sposób dba o kapłanów...

– Tak, on już im pomaga z nieba. Byłam niedawno na północy Polski, by opowiadać o ks. Dolindo. Po wejściu do kościoła zobaczyłam gigantyczny krucyfiks – piękny, potężny i bardzo wymowny. Ksiądz, który mnie zaprosił do swojej parafii, wyznał, że ustawiono go niedawno, a stało się to dzięki ks. Dolindo. I zaczęła się opowieść... Kapłan, który był na krawędzi, w depresji, przeczytał książkę o ks. Dolindo i w ciągu jednej nocy całkowicie się zmienił. I żeby była jasność: to nie mój tekst dokonał tej rewolucji, a Bóg przez ks. Dolindo, który dorwał się do serca tego kapłana i uratował jego kapłaństwo. Ludzie, z którymi rozmawiałam później w tej parafii, opowiadali, że wydarzył się cud. Ich ksiądz jest szczęśliwy, uśmiechnięty i wciąż im opowiada o ks. Dolindo!

– I dlatego ten wielki krzyż...

– Tak, to wielki znak dziękczynienia za odnowienie, za przemianę, za nowe życie. Takich historii jest bardzo dużo. Kiedy opowiedziałam je biskupowi Neapolu, w jego oczach dostrzegłam błysk. Od razu poprosił o dołączenie tych świadectw do materiałów procesu beatyfikacyjnego ks. Dolindo.

– Wracając jeszcze do przyjaciół ks. Dolindo w Neapolu – czy rozmawiałaś ze świadkami jego życia?

– Rozmawiałam, właśnie te rozmowy sprawiły, że zaczęło do mnie docierać, kto stanął na mojej drodze. Jego przyjaciele, duchowe córki – płakali, gdy mi o nim opowiadali.
Przejmujące było spotkanie z prof. Umbertem Cervo. To prawie 90-letni staruszek ze schorowaną nogą, porusza się o lasce. Pokazał mi różaniec, krzyż ks. Dolindo i modlitwę, którą ksiądz napisał specjalnie dla nich. Poprosił mnie, bym ją odczytała. Czytałam, a on stał wyprostowany, podparty na lasce i płakał gorącymi łzami wzruszenia. A ja płakałam z nim... Dla tych ludzi ks. Dolindo wciąż żyje, jest kimś stale obecnym. Oni go nie tylko wspominają – oni żyją jego obecnością, poradami, modlitwami. Wiedzą, widzą, jak im na co dzień pomaga.

– Gdyby zrobić konkurs na użycie aktów strzelistych, to od jakiegoś czasu „Jezu, Ty się tym zajmij!” pobija „Jezu, ufam Tobie”. To, oczywiście, żart, ale każdy, kto zetknął się z aktem zawierzenia ks. Dolindo, od razu widzi powiązanie tych dwóch próśb i niezwykłą kontynuację: pójście w głąb, w bezpośrednie, jakby mniej oficjalne, zwracanie się do Jezusa...

– Moja 10-letnia córka znalazła most: „Jezu, ufam Tobie”, więc „Ty się tym zajmij”.

– Wspaniale! Ale czy tak stawiana prośba nie popycha nas w bierność? Jezu, Ty się tym zajmij, a więc czekam na obiad?

– Absolutnie nie. Po pierwsze – Jezus działa na różne sposoby, stawia na naszej drodze i ludzi, i rozwiązania – trzeba się wsłuchiwać. Poza tym chodzi też o sytuacje graniczne, w których ludzka siła nic nie może poradzić. I wtedy mówimy: Ufam Ci, a więc Ty mnie prowadź. Gdy już po ludzku nic nie da się zrobić, On chce, byśmy uderzyli się pięścią w serce i powiedzieli: Zajmij się tym. Zajmij, bo nie daję rady, przecież to widzisz... Nie chodzi o nieśmiałe, pobożne westchnienie. Chodzi o odważną, może zdesperowaną, prośbę do wszechmocnego Przyjaciela. To musi wyjść z serca. Jezus o to prosi w tym akcie.

– Ale wielu pisze: „Modliłem się i nic”.

– Halo, Pan Bóg to nie jest automat, że wrzucasz monetę i wychodzi coca-cola.
Nic z tych rzeczy. Wielu z nas ma gotową receptę, dyktujemy Panu Bogu, jak mają się zakończyć nasze sprawy. Nie o to tu chodzi. Bóg widzi nasze życie z lotu ptaka. Ufaj Mu, nawet jeśli coś się nadal wali. Zresztą w akcie zawierzenia Jezus mówi o tym, że jeśli sprawy będą się komplikowały, wtedy tym głośniej i częściej powtarzaj: „Jezu, Ty się tym zajmij!”, nie rezygnuj, trzymaj kurs. Jeśli ktoś mówi, że nie działa, to znaczy, że nie pomodlił się według – jak ja to nazywam – „instrukcji” Jezusa.

– Ks. Dolindo jest sługą Bożym. Kiedy możemy się spodziewać jego beatyfikacji?

– Proces został zakończony na poziomie diecezji Neapolu, akta trafiły przed kilku laty do Watykanu. Pierwszy postulator procesu zmarł, drugi – franciszkanin Niepokalanej – jest zawieszony. Na Kongregację Braci Franciszkanów Niepokalanej we Włoszech Stolica Apostolska nałożyła zarząd komisaryczny z powodu ujawnionych tam wielu nieprawidłowości. Akta procesu ks. Dolindo są w rękach tego zgromadzenia i do tej pory wydawało się, że proces utknął w martwym punkcie. Ale na szczęście jest Polska!

– My, Polacy, mamy jakiś wpływ na przebieg procesu ks. Dolindo?

– Mówię to ze wzruszeniem – to najnowsza wieść: proces beatyfikacyjny, głównie dzięki Polakom, przyspieszy! Napływ pielgrzymów, właśnie z Polski, jest tak duży, że nie można już czekać. Jestem teraz często w Neapolu i sama to widzę. Polacy pokochali ks. Dolindo! Podjeżdżają tam całe autokary pielgrzymów! Stąd więc sprawą zainteresowały się władze kościelne w 47. rocznicę śmierci ks. Dolindo, a więc w tym roku, arcybiskup Neapolu ogłosił, że kard. Crescenzio Sepe zwraca się z oficjalną prośbą do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych o przyspieszenie sprawy. Jestem przeszczęśliwa! Zresztą ks. Dolindo sam mówił, że przyjdzie czas, gdy zostanie całkowicie zrehabilitowany, ale będzie to wtedy, gdy ludzie będą mieć Pismo Święte w domu i gdy zatriumfuje Niepokalane Serce Maryi.

– Znając ks. Dolindo, dzięki Twojej książce, możemy mieć pewność, że wciąż powtarza: „Jezu, Ty się tym zajmij!”.

– Tak, i oddaje się Bogu do pełnej dyspozycji. Ale i czeka na nasze modlitwy – on jest niezwykle skutecznym orędownikiem w Niebie – zgadzając się, jak zawsze ufnie, na chwilowe niepowodzenia.

Tagi:
o. Dolindo

Urodził się jako święty

2018-06-06 10:32

Rozmawia Lidia Dudkiewicz
Niedziela Ogólnopolska 23/2018, str. 12-14

Archiwum
Ks. Dolindo Ruotolo zostawił nam orędzie o bliskości Chrystusa i sile zaufania: „Jezu, Ty się tym zajmij!”

LIDIA DUDKIEWICZ: – Wydaje się, że zaczyna do nas docierać głos św. Jana Pawła II, który uważał, iż święci uratują świat. Dziś coraz bardziej zaludnia się kontynent cyfrowy – ludzie przenoszą się do przestrzeni wirtualnej – świat się laicyzuje, a jednocześnie biografia nieznanego wcześniej kapłana z Neapolu błyskawicznie staje się bestsellerem. Jak to wytłumaczyć? Skąd, zdaniem Księdza Profesora, bierze się dziś nadzwyczajna popularność ks. Dolindo Ruotolo?

KS. PROF. ROBERT SKRZYPCZAK: – Zaraz po Soborze Watykańskim II powstało poczucie ogromnego kryzysu chrześcijaństwa na Zachodzie. Było to związane z podziałami, które nastąpiły w Kościele. Z jednej strony stanęli wówczas zwolennicy szybkich zmian, podążania za postępem, dostosowania Kościoła do zmieniającego się świata, z drugiej – zwolennicy włączenia biegu wstecznego, powrotu do tradycji. A przy tym wszystkim mieliśmy pustoszejące kościoły, seminaria, zakony, kryzys zainteresowania modlitwą, kryzys spowiedzi – w związku z tym również odczuwania grzechu – kontestację nauczania Kościoła, wszystko, co przyniosła rewolucja seksualna w 1968 r. To naprawdę przerażało wielu obserwatorów, pasterzy i teologów zamiast dostarczać radość nowej wiosny Kościoła. Kard. Joseph Ratzinger w swojej głośnej książce „Raport o stanie wiary” napisał, że jeśli w Kościele nie pojawią się owoce świętości, to odbije on w sobie cały kryzys pokolenia. Tylko święci mogą ratować Kościół. I gdy przypatrujemy się historii chrześcijaństwa, widzimy, że kiedy dochodziło do zamętu, braku jedności, pesymizmu, Bóg budził wybitne jednostki – świętych, którzy ratowali Kościół. W wiekach średnich, gdy rozkwitały herezje, był to m.in. św. Dominik. Spójrzmy na ogromny wysyp świętych po Soborze Trydenckim – od mistyków hiszpańskich przez Ignacego Loyolę, Karola Boromeusza po Andrzeja Bobolę. Tak samo jest po Soborze Watykańskim II. Bóg wychodzi naprzeciw – a czasami uprzedza znaki kryzysu, wzbudzając świętych. W Polsce jesteśmy szczęściarzami – w zlaicyzowanym świecie wciąż stanowimy wyspę żywej wiary. Wciąż są u nas ludzie, którzy chętnie przychodzą do kościoła, biorą udział w pielgrzymkach, w rekolekcjach i w nabożeństwach, przystępują do sakramentów i chcą się nawracać.

– Z czego to wynika?

– Przez długi czas przeżywaliśmy ucisk wiary, prześladowanie, a poza tym jesteśmy pokoleniem dotkniętym zasiewem świętości, o którym wspomniałem. Jesteśmy pokoleniem, które miało wielkiego świętego – Jana Pawła II. I myślę, że duchowo to odczuwamy – nawet jeśli ktoś się zagubi, odłączy od praktykowanej wiary, gdzieś w głębi duszy ten posiew zostaje. Polacy są także bardzo wrażliwi na św. Faustynę, na św. Szarbela i podobnie teraz bardzo dobrze zareagowali na postać świętego kapłana z Neapolu.

– Czy mógłby Ksiądz Profesor przybliżyć duchową sylwetkę ks. Dolindo? Jego najbliższa żyjąca krewna twierdzi, że urodził się już jako święty.

– Myślę, że ks. Dolindo przemawia do nas bardzo mocno swoją postawą wewnętrznej radości w przeciwnościach. Oznacza to, że znalazł on prawdziwe oparcie w życiu. To bardzo ważne – dziś wielu ludzi nie ma na co ani na kogo liczyć. W związku z tym liczą na samych siebie i wpadają w przewlekły stres czy przerażenie, mówiąc: wszystko jest na mojej głowie, nikt mi nie pomaga. Tymczasem ks. Dolindo jest świadkiem szukania oparcia w miłości Boga, w Chrystusie. Nawet jeśli ktoś jeszcze nie poznał samej postaci kapłana z Neapolu, to zapewne słyszał wcześniej o modlitwie „Jezu, Ty się tym zajmij!”. To jest kwintesencja takiej postawy zaufania. Oczywiście, wymaga ona wyjaśnienia, nie wszyscy właściwie ją rozumieją. Łatwo można pomyśleć, że jest to pewien rodzaj spychologii, że przez ten akt zawierzenia wyznacza się Chrystusowi powinności, którymi sam nie mam ochoty się zająć. Nie o to chodzi. „Jezu, Ty się tym zajmij!” to akt radykalnego zaufania. Ks. Dolindo często mówił, że ludzie nie widzą Boga właśnie dlatego, że Mu nie ufają. Tymczasem Boga możesz zobaczyć, kiedy obdarzysz Go zaufaniem. Wywodzi się to wprost z Ewangelii – gdy ludzie przychodzili do Chrystusa ze swoimi sprawami, prosili Go o zdrowie dla siebie lub dla kogoś bliskiego, o uwolnienie od demona, Jezus często zaczynał od pytania o wiarę. Uzależniał spotkanie z Jego mocą od wiary człowieka, który do Niego przychodził. I nie chodziło o wiarę jako światopogląd religijny, ale o osobiste otwarcie, często wbrew oczywistym, namacalnym faktom.

– Jak realizowało się to w życiu ks. Dolindo?

– Została po nim potężna autobiografia pt. „Dolindo znaczy ból”. Opisuje on tam swoje życie – i rzeczywiście, jest to prawdziwe pasmo bólu i nieszczęść, które rozpoczęły się już w dzieciństwie. Jego rodzice się rozwiedli. Wcześniej jego ojciec, Rafaele, sadystycznie wychowywał swoje dzieci. Mały Dolindo nieraz był bity, za drobne przewinienia trafiał na długie godziny do komórki ze szczurami. Wtedy klękał i modlił się za tatę. W tak strasznych warunkach budziły się w nim miłość i zaufanie do Chrystusa! Później, jako chłopak, przeżywał niepowodzenia w szkole – co z pewnością było efektem wieloletniego udręczenia i zamknięcia. Został wysłany do prestiżowego liceum w Neapolu – był z niego dwukrotnie wyrzucony, następnie wstąpił do mniejszego seminarium duchownego – dostawał same dwóje, jedna po drugiej... Aż do momentu, kiedy pewnego dnia zwrócił się ze łzami do Matki Bożej: Maryjo, jeśli chcesz, żebym został księdzem, pomóż mi, żebym nie był takim kretynem – on tak często o sobie mówił... Sam nie mógł nic zrobić, oddał się w ręce Maryi i prosił o wstawiennictwo – i to był moment zaufania. Zerwał się nagły podmuch wiatru, aż obrazek, który stał na półce, niespodziewanie znalazł się na jego czole. I ten symboliczny moment go odblokował. Okazało się, że w chłopcu drzemie ogromny intelekt. Już jako młody kapłan rozpoczął coś, co dzisiaj moglibyśmy nazwać duszpasterstwem akademickim, ówcześnie zupełnie nieznanym. Ponieważ cechowała go ogromna miłość do Pisma Świętego, zaczął studiować język hebrajski, dużo czytał i modlił się. Szybko stał się słynny z powodu swoich biblijnych katechez, które głosił w kościołach i w domach – a to gromadziło wokół niego wielu studentów, młodych ludzi. Znajdowali oni w ks. Dolindo niezwykłego ewangelizatora, spowiednika i ojca duchowego. To, oczywiście, budziło w wielu ludziach coś odwrotnego: zazdrość, zawiść, pomówienia, próby wplątania go w lokalne afery... Jak wiemy, te doprowadziły ks. Dolindo do postawienia go przed Świętym Oficjum, oskarżenia o herezję i, ostatecznie, do lat suspensy. Ks. Dolindo cierpiał, ale nigdy nie odpłacił złem za zło. Nie słyszano, żeby kiedykolwiek narzekał, pomstował czy kogoś krytykował. Nie pozwalał także innym ludziom na szemranie przeciwko Kościołowi czy pasterzom. Zawsze powtarzał, że Kościół to Jezus. To była jego ulubiona definicja. Jednocześnie jest to serce Dobrej Nowiny: w Kościele pośród ludzkich grzechów i mimo ludzkiej słabości działa Chrystus – nieskończenie potężniejszy od nas. Ks. Dolindo doskonale to rozumiał i wiedział, że trzeba przede wszystkim ufać Jezusowi.

– Biografia ks. Dolindo cieszy się wielkim zainteresowaniem zwłaszcza wśród księży. Świadectwo jego życia dla wielu z nich stanowi umocnienie w powołaniu... Dlaczego? Co kapłani odkrywają w życiu księdza z Neapolu?

– Często spotykam się z kapłanami, którzy chętnie rozmawiają na temat ks. Dolindo, pytają o niego, czasem piszą do mnie z prośbą o więcej jego pism w języku polskim. Wiem, że także niektórzy księża biskupi są poruszeni postacią kapłana z Neapolu. Ostatnio zostałem nawet poproszony, by w jednej z diecezji poprowadzić dzień formacyjny dla kapłanów właśnie na temat ks. Dolindo. Słyszę świadectwa, że ks. Dolindo uratował już niektórych kapłanów z sytuacji kryzysowych, wątpliwości, cierpień, które zamieniały się w zniechęcenie. Są także kapłani, którzy w tej intencji pojechali do Neapolu – modlić się przy grobie ks. Dolindo, by powierzać tam swoje kapłaństwo... Ks. Dolindo rzeczywiście jest dużym wsparciem w tym powołaniu. Dlaczego? Myślę, że wszyscy jesteśmy w kruchym momencie zaburzenia tożsamości i jest to generalny powód duchowego cierpienia wielu ludzi. Coraz mniej oczywista staje się odpowiedź na pytanie, co to znaczy być kobietą, mężczyzną, matką, ojcem, małżonkiem... To dotyka również kapłanów, którzy często tracą z oczu jednolity model bycia pasterzem, wpadają w myślenie, że bycie dobrym księdzem oznacza bycie menadżerem, organizatorem pielgrzymek, turniejów sportowych, bycie dobrym psychologiem czy budowniczym... Wtedy pomija się to, co dla każdego księdza powinno być najbardziej smakowite – głoszenie ludziom Ewangelii i dawanie Chrystusa w sakramentach. Z tego płyną miłość, pokora, prostota – to jest jako pierwsze kojarzone z byciem człowiekiem Boga i tego przede wszystkim oczekują od nas wierni. Właśnie taki model kapłaństwa pokazuje ks. Dolindo. Wystarczy dzisiaj pojechać do Neapolu i spytać tamtejszych mieszkańców o „padre Dolindo” – natychmiast się ożywiają i zaczynają opowiadać o jego dobroci. Tymczasem dzisiaj księża starają się być profesjonalistami w konkretnych świeckich dziedzinach, a to często jest przyczyną wewnętrznego znerwicowania i w konsekwencji prowadzi do kryzysów. Ks. Dolindo wiedział, że chodzi o to, by mieć w sobie dobroć samego Chrystusa.

– „Nic, co wyszło spod pióra ks. Dolindo, ani jedno słowo, nie może być zaprzepaszczone. Święty to kapłan” – powiedział św. Ojciec Pio. Ksiądz Profesor sprawił, że Polacy otrzymali porcję dzieł ks. Dolindo pt. „W twej duszy jest niebo. Konferencje i świadectwa”. Co znajdziemy w tej książce?

– Bardzo się cieszę, że ta książka mogła się ukazać w Polsce. To zaledwie pierwsza próbka dzieł ks. Dolindo. Jego dziedzictwo jest naprawdę imponujące, bo zostawił on m.in. 33 tomy komentarzy do Pisma Świętego, autobiografię, która liczy ponad 2 tys. stron, ogromną liczbę listów do kapłanów... Moim marzeniem jest, by móc je udostępnić polskim księżom. Osobiście jestem już 20 lat po święceniach i dość trudno mnie zaskoczyć, ale kiedy czytałem listy ks. Dolindo do kapłanów, nieraz miałem gęsią skórkę. Poza tym jest wiele jego prac teologicznych o życiu Jezusa, o Duchu Świętym, są teksty na temat Matki Bożej. Swoją ostatnią książkę poświęcił właśnie Jej – żył z Nią w dużej bliskości, przez większość życia odczuwał Jej obecność, towarzyszyła mu we wszystkich trudnych momentach aż do ostatnich lat – ciężkiej choroby, udaru i jego skutków. Właśnie w takiej sytuacji podjął się napisania wielkiego dzieła o Maryi, w którym, jak mówi, Ona sama przekazywała mu rzeczy, które powinien był napisać. Doznawał przy tym ogromnych ataków ze strony złego ducha, demon bardzo nie chciał, by ta książka powstała. Chciałbym, by te wszystkie prace dotarły do jak najszerszego grona. Było to zresztą także życzenie ks. Dolindo, które wyraził w swoim testamencie. Proszę czytelników o modlitwę, by to było możliwe. Sama książka „W twej duszy jest niebo” zawiera natomiast bezcenne świadectwo Enziny Cervo, jednej z duchowych córek ks. Dolindo, kobiety, która opiekowała się nim w ostatnim okresie życia. Druga część to próbka zakosztowania konferencji na temat Bożej miłości, które ks. Dolindo wygłaszał w różnych częściach Neapolu – czasem nawet po osiem razy dziennie – w kościołach i w domach... Czytelnik wreszcie może posmakować słów ks. Dolindo i odkryć, co było pociągające w jego sposobie głoszenia.

– A skąd tytuł książki?

– Tytuł jest diagnozą, którą św. Ojciec Pio postawił ks. Dolindo. Ojciec Pio znał ks. Dolindo, odsyłał nawet do niego swoich penitentów. Gdy nieraz do San Giovanni Rotondo przyjeżdżali neapolitańczycy, pytał ich: – Dlaczego przyjeżdżacie do mnie? Macie świętego u siebie! Do spotkania tych dwóch mistyków doszło w 1958 r. – 10 lat przed śmiercią Ojca Pio. Ks. Dolindo pojechał do niego razem z biskupem pomocniczym Neapolu. Gdy przyjechali do San Giovanni Rotondo i udało im się spotkać z Ojcem Pio, a ks. Dolindo poprosił go o spowiedź, ten spojrzał na niego i powiedział: – Chcesz się wyspowiadać? Przecież ty cały jesteś błogosławiony! Kiedy potem się żegnali, Ojciec Pio powiedział do ks. Dolindo właśnie te słowa: – W twej duszy jest niebo. Wszystkich to bardzo poruszyło, pytali potem ks. Dolindo, co to znaczy. Pomyślałem, że to diagnoza, którą stawiają sobie nawzajem święci, by dodać odwagi, umocnić się, dać świadectwo, które płynie od samego Ducha Świętego. Myślę, że to był właśnie taki moment, dotyczący identyfikacji tego świętego kapłana. Jaka nauka płynie z tego dla nas? Ludzie nieraz szukają nieba w zaświatach, w wyobraźni, myślą o tym, że niebo będzie po śmierci... A można je nosić w sobie.

– Ks. Dolindo jeszcze nie został oficjalnie wyniesiony na ołtarze. Jak wygląda jego proces beatyfikacyjny? Czy prawdziwa jest opinia, że ostatnio Polacy wpłynęli na przyspieszenie procesu?

– Ks. Dolindo zmarł 19 listopada 1970 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym. Po dwóch latach na prośbę wielu wiernych, którzy nieustannie gromadzili się tam na modlitwie, dokonano ekshumacji jego ciała. Został przeniesiony do kościoła pw. Matki Bożej z Lourdes i św. Józefa przy Via Salvatore Tommasi w Neapolu, gdzie służył za życia. Proces beatyfikacyjny – zbieranie materiałów, świadectw, dokumentacji – rozpoczął się bardzo szybko, zaraz po śmierci ks. Dolindo. Niestety, pierwszy postulator zmarł, a drugi, który zajmował się tą sprawą, w pewnym momencie ze względu na trudną sytuację zgromadzenia zakonnego, do którego należy, został zablokowany. Siłą rzeczy sam proces również zablokowano. Jest on na poziomie uznania heroiczności cnót ks. Dolindo – co oznacza, że ks. Dolindo ma tytuł sługi Bożego. Rzeczywiście – pod wpływem licznie przyjeżdżających pielgrzymów z Polski proboszcz parafii, w której spoczywa ks. Dolindo, postanowił napisać świadectwo do kardynała Neapolu. W odpowiedzi neapolitańska Kuria podjęła decyzję o reaktywacji procesu beatyfikacyjnego. Na nowo jesteśmy proszeni o zbieranie świadectw dotyczących pomocy ks. Dolindo, czekamy na świadectwa cudów fizycznych, uzdrowień, które dokonały się za jego wstawiennictwem. Kiedy usłyszeliśmy tę odpowiedź kardynała Neapolu zawartą w liście przeczytanym podczas Mszy św. odprawionej w rocznicę śmierci ks. Dolindo w ubiegłym roku, bardzo wzruszona Grazia, jego bratanica, powiedziała: „Wy, Polacy, doprowadzicie ten proces do końca”. Dzięki temu, że ks. Dolindo został zaprezentowany, doświadczamy w Polsce przebudzenia, otwarcia się na jego przesłanie. Mam nadzieję, że jeśli uda się przetłumaczyć publikacje na inne języki, duchowość tego kapłana zacznie dotykać serca ludzi na całym świecie. Osobiście jestem przekonany, że Bóg w tym pokoleniu postanowił zapalić dwa wielkie reflektory. Jednym jest to, co zostało przekazane światu dzięki ubogiej i pokornej zakonnicy z Polski – s. Faustynie Kowalskiej. To pokolenie bardzo potrzebowało przesłania o Bożym Miłosierdziu, odkrycia na nowo tego, zapomnianego nieco, aspektu Dobrej Nowiny. Przyjęli je ludzie, którzy zostali zmasakrowani przemocą, bestialstwem, okropnością grzechu i podłości, które pojawiły się w postaci wojen, totalitaryzmów, nazizmu i komunizmu, tego ogromnego zła i cierpienia. Natomiast drugi reflektor, moim zdaniem, Bóg zapalił w Neapolu. To jest inny aspekt Ewangelii – przesłanie o obdarzeniu Chrystusa całkowitym zaufaniem i objawienie się Boga poprzez zewnętrzne doświadczenie Jego czułości. Ks. Dolindo szczególnie przemawia do ludzi w dzisiejszych czasach: zmęczonych, zagubionych, będących w nieustannej gonitwie... Trafia do ludzi, którzy nie dają rady pogodzić wszystkich obowiązków, do tych, którzy są nieustannie przytłoczeni życiowymi okolicznościami, świadomością wziętych kredytów i koniecznością ich spłaty, do ludzi, którzy są zmuszani do całkowitej dyspozycyjności w wielkich korporacjach... Niestety, nieraz za cenę oddalenia się od modlitwy, sakramentów, Kościoła – to jest haracz, który postnowocześni ludzie składają bożkowi cywilizacji. W związku z tym odczuwają wewnętrzne wyjałowienie, duchowy głód. Ks. Dolindo udziela odpowiedzi, na którą od dawna czekali – możliwości zaznania dotyku Boga, Jego miłości i czułości, a także ogromnej siły, która płynie z wiary. Jezu, Ty się tym zajmij!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Abp Mokrzycki: w naszych rękach spoczywa odpowiedzialność za zgodę

2018-07-17 06:39

pab / Strachocina (KAI)

To w naszych rękach spoczywa odpowiedzialność za wiarę i Kościół, za zgodę i wzajemne poszanowanie – mówił abp Mieczysław Mokrzycki, który w poniedziałek przewodniczył Mszy św. na „Bobolówce” w Strachocinie – miejscu urodzenia św. Andrzeja Boboli.

Adam Łazar

– Umiejmy być ludźmi prawego sumienia, aby nie tylko osądzić, ale przede wszystkim podnosić na duchu i umacniać nadzieję. Odnawiając w sobie postawę czystości wiary i obyczajów, nie idąc na kompromis ze złem, lecz odważnie służyć prawdzie, oceniając rzeczywistość świata według ewangelicznego „tak – tak, nie – nie” – mówił metropolita lwowski.

Były sekretarz Jana Pawła II i Benedykta XVI zachęcał, aby zadać sobie pytanie, czy mamy w sobie tyle wiary i odwagi, aby całemu światu przypomnieć o obecności Boga w świecie. Przywołał homilię Jana Pawła II, którą wygłosił na inaugurację swojego pontyfikatu, a w której wzywał: „Nie bójcie się! Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi!”.

W dalszej części kazania metropolita lwowski zwracał uwagę na potrzebę dobrego rozumienia wolności oraz miłości do ojczyzny. Zapewniał, że Jan Paweł II wszędzie, gdzie się tylko znajdował, zawsze był dumny z tego, że jest Polakiem. – Potrzeba pytać samych siebie, bez względu na to, gdzie żyjemy i pracujemy: czy potrafimy być dumni, że naszą ojczyzną jest Polska? Czy czujemy na sobie odpowiedzialność za jej dzisiaj i jutro? Czy potrafimy poświęcić jej swoje życie nie dzieląc jej, lecz jednocząc ją wokół Chrystusa, wybierając Go jako drogę, prawdę i życie, czyli jako naszą wspólną przyszłość? – pytał. – Przecież to w naszych rękach spoczywa odpowiedzialność za wiarę i Kościół, za zgodę i wzajemne poszanowanie – zaznaczył.

Hierarcha zachęcał, aby trzymać się mocno Pana Boga i Ewangelii, gdyż jest to droga pokoju i dobra. – Gdy jej braknie, to przychodzi niepokój i zło, czego my dzisiaj, żyjąc w Ukrainie doświadczamy. Trwająca wojna pozostawiła już swój owoc w tysiącach grobów młodych ludzi poległych na froncie i w tysiącach okaleczonych. Pozbawione miłosierdzia myślenie jest ślepe na tragedię setek tysięcy rodzin, którym zburzono domy, zabierając jednocześnie szczęście, do którego mają prawo – opowiadał.

Na zakończenie kaznodzieja wzywał, aby wpatrując się w postawę życia św. Andrzeja Boboli i św. Jana Pawła II, nie dać się zwieść i omamić złu i nie otwierać dla niego „drzwi naszych domów, serc i umysłów, ale zwyciężajmy je dobrem i miłością”. – Tam, gdzie jest zło, tam nie ma Boga, bo On jest najwyższym dobrem. Tam, gdzie jest nienawiść, tam nie ma Boga, bo On jest miłością. Tam, gdzie jest wojna, tam nie ma Boga, bo On jest pokojem. Tam, gdzie jest kłamstwo, tam nie ma Boga, bo On jest prawdą – podkreślił.

Modlitwy ku czci św. Andrzeja Boboli odbywają się każdego 16. dnia miesiąca. Rozpoczynają się w kościele, który jest sanktuarium tego świętego, skąd wyrusza procesja na tzw. Bobolówkę, gdzie najprawdopodobniej znajdował się dom rodzinny św. Andrzeja. Następnie sprawowana jest Msza św., po której następuje procesyjny powrót do sanktuarium. W drodze odmawiany jest różaniec. Na zakończenie jest możliwość ucałowania relikwii świętego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Baldisseri: synod młodych nie zapomni o rodzinie

2018-07-17 20:44

vaticannews.va / Watykan (KAI)

Temat rodziny nieodłącznie związany jest z młodzieżą, stąd na pewno wybrzmi na październikowym Synodzie Biskupów. Wskazuje na to kard. Lorenzo Baldisseri przypominając, że Franciszek apeluje do młodych, by troszczyli się o przyszłość rodziny.

Włodzimierz Rędzioch

Kard. Baldisseri, który jest sekretarzem generalnym Synodu Biskupów wskazuje, że Ojciec Święty wielokrotnie mówił o odpowiedzialności młodego pokolenia za przyszłe rodziny. Ostatnio karaibską młodzież zachęcił do tego, by inspiracji do przemiany rodziny szukała w jego adhortacji apostolskiej „Amoris laetitia”. Franciszek wskazał młodym jej czwarty rozdział, który mówi, jak żyć miłością w rodzinie. „Papież swym przykładem pokazuje, że młodym ludziom trzeba towarzyszyć, tak by czerpiąc ze swych korzeni potrafili zbudować przyszłość” – mówi kard. Baldisseri.

„Młodym trzeba towarzyszyć, ponieważ mocno pociąga ich perspektywa przyszłości i zafascynowani nią, często niestety palą wszelkie mosty łączące ich z przeszłością. Oczywiście wpisuje się w to rozwój człowieka, nastolatek szuka własnej autonomii, wychodzi poza rodzinę – mówi Radiu Watykańskiemu kard. Baldisseri. – Chciałbym jednak podkreślić ciekawą rzecz, która wyszła w czasie przedsynodalnych spotkań i sondaży, a mianowicie to, że elementem, jaki młodzi stawiają na pierwszym miejscu, mówiąc o swych nadziejach na przyszłość, zawsze jest rodzina. Oznacza to, że młodzi nie chcą sami żeglować przez życie, tylko szukają konkretnej busoli, potrzebują wsparcia rodziny. Oczywiście obok rodziny trzeba wysiłku szkoły, Kościoła, różnych grup i stowarzyszeń. Trzeba ich ukierunkować, i to jest obok towarzyszenia kolejne ważne słowo, o którym przypomina nam Papież Franciszek. A wszystko po to, by młodzi mogli dobrze rozeznać i podjąć właściwe decyzje, co do swojej przyszłości”.

W perspektywie październikowego spotkania kard. Baldisseri wskazuje też na znaczenie papieskiej nominacji dotyczącej czterech kardynałów, którzy pokierują obradami synodu. „Franciszek swym zwyczajem zaczerpnął z krańca świata. Wybrał hierarchów z Syrii, Madagaskaru, Birmy i Papui-Nowej Gwinei. W ten sposób Kościół z peryferii staje się centrum” – wskazuje sekretarz generalny Synodu Biskupów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem