Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Nie zrezygnowaliśmy i nie zrezygnujemy

2017-11-29 09:42

Z Arkadiuszem Mularczykiem rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 49/2017, str. 36-37

vege/pl.fotolia.com

O prawno-historycznych racjach domagania się reparacji wojennych od Niemiec z Arkadiuszem Mularczykiem rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Współbrzmiąca z niemieckimi mediami polska opozycja wyraża wielkie zdziwienie, że temat reparacji wojennych od Niemiec pojawił się w Polsce dość nieoczekiwanie. Pada pytanie: dlaczego właśnie teraz?

ARKADIUSZ MULARCZYK: – Dlatego, że dopiero teraz dzięki prezesowi PiS Jarosławowi Kaczyńskiemu pojawiła się wola polityczna, żeby ten temat wreszcie gruntownie zbadać i przedstawić opinii publicznej. Niemcy już wcześniej uregulowały problem reparacji wojennych w traktatach pokojowych z większością krajów europejskich, z którymi prowadziły wojnę. Polska jest jednym z nielicznych, które do dziś nie zawarły traktatu pokojowego z Niemcami. Jest jedynym krajem, któremu Niemcy nie zapłaciły żadnych reparacji wojennych: ani państwu, ani obywatelom.

– W zamian mieliśmy, głównie po 1989 r., wielką akcję pojednania – jako biedny, zakompleksiony naród czuliśmy się w ten sposób dowartościowani – i nawet nie było już mowy o wybaczaniu, za to pojawiło się hasło „budowania mostów” między Polakami i Niemcami... Dlaczego dziś uznajemy, że to jednak za mało?

– Dlatego, że za tymi sloganami o pojednaniu nigdy nie kryło się rzeczywiste pojednanie, czyli adekwatne zadośćuczynienie za wyrządzone nam szkody.

– Dość późno się ocknęliśmy!

– To prawda. Do 1989 r. Polska nie funkcjonowała jako niezależne państwo, potem byliśmy szantażowani kwestią zmiany granic i przyjęcia do UE. A dodatkowo Niemcy prowadziły politykę „wychowywania” i „kupowania” elit III RP – fundowano stypendia, granty, wyjazdy studyjne ekspertów, zwłaszcza prawników i historyków, a także dziennikarzy. Dzisiaj dostrzegam, że podobną politykę wdrażają wobec krajów „bałkańskiej szóstki”, które także mogłyby się pokusić o roszczenia reparacyjne. Tego rodzaju socjotechnika sprawia, że temat reparacji wojennych staje się białą plamą. W Polsce tuż po wojnie starano się jeszcze coś w tej sprawie robić, a później te działania z uwagi na dwubiegunowy podział świata były nieskuteczne.

– Na ile to dzisiejsze artykułowanie polskich roszczeń jest podyktowane tym, że doszło do zamazywania niemieckiej winy za wojenne zbrodnie, że próbowano tak manipulować światową opinią, iż wkrótce mogłoby się okazać, że to Polacy są odpowiedzialni za II wojnę światową?

– Rzeczywiście, mamy do czynienia z przemyślnym odwracaniem historycznej prawdy. Z pewnością te nasze – na razie postulowane tylko publicznie – roszczenia są jednym z elementów odkłamywania historii. I chyba widzimy już pewne efekty; w mediach, nie tylko polskich, częściej się przypomina, że to Niemcy wywołały II wojnę światową, że to Niemcy na naszych ziemiach popełniali zbrodnie przeciwko ludzkości, że zamordowali 6 mln polskich obywateli, a w sumie w czasie tej wojny z ziem polskich ubyło aż 12 mln Polaków.

– Ale nadal nie zastanawiamy się nad tym, że przez 70 lat nie odrobiliśmy wojennych strat...

– Skandaliczne jest zwłaszcza to, że właśnie przez Niemcy jesteśmy teraz – w sposób oficjalny oraz zakulisowy – ustawiani w szeregu, pouczani, strofowani. Przypominamy zatem, że Niemcy nie rozliczyły się z Polską z reparacji wojennych, mimo że w porównaniu z innymi krajami uczestniczącymi w tej wojnie nasze straty były największe, że na skutek wywołanej przez Niemcy wojny Polska wpadła w sowiecką strefę wpływów na 50 powojennych lat, a tym samym straciła możliwość domagania się jakichkolwiek odszkodowań. Dopiero teraz zaczynamy o nich głośno mówić.

– Ambasador Niemiec Rolf Nikel mówi, że nie sądzi, by była to poważna debata pomiędzy Polską a Niemcami, ponieważ „na tę chwilę nic nie zostało zaprezentowane Niemcom”.

– Zapewniam pana ambasadora i niemieckie media, że traktujemy tę sprawę bardzo poważnie. Powołaliśmy w Sejmie zespół, którego celem są szacowanie i waloryzacja szkód. Staramy się porządkować naszą wiedzę na ten temat, w Kancelarii Premier Beaty Szydło odbyło się spotkanie z grupą przedstawicieli kilkunastu instytucji publicznych, których szefowie dostali zadanie przeprowadzenia kwerendy dokumentacji w tym zakresie, co już zostało wykonane.

– O jakie instytucje tu chodzi?

– Przede wszystkim o instytucje rządowe: o Ministerstwo Obrony Narodowej, Ministerstwo Spraw Zagranicznych, a także o IPN, ZUS, GUS, Muzeum II Wojny Światowej oraz o archiwa – Archiwum Państwowe, Archiwum Akt Nowych. Punktem wyjścia jest dla nas raport sporządzony przez Biuro Odszkodowań Wojennych przy Prezesie Rady Ministrów w latach 1945-47, który mimo że z biegiem czasu wciąż napływały informacje o szkodach, jest jedynym dokumentem uznawanym przez państwo polskie – innego już później nie wytworzono. Oczywiście, musimy się też posługiwać wszelkimi dostępnymi materiałami, np. rocznikami statystycznymi. Naszym celem jest oszacowanie strat oraz ich konsekwencji dla potencjału rozwojowego – demograficznego, gospodarczego – Polski.

– Rzadko myślimy o tych utraconych korzyściach...

– A powinniśmy! Szacunkowo wyliczyłem, że gdybyśmy rozwijali się w tempie przedwojennym, gdyby nie było II wojny, to dzisiaj Polska liczyłaby ok. 70 mln obywateli. Biuro Demograficzne przy Ministerstwie Skarbu Państwa w 1939 r. przewidywało, że już w 1951 r. Polska miałaby 40 mln obywateli... Tymczasem dopiero 70 lat po II wojnie doszliśmy do stanu demograficznego sprzed jej wybuchu. Zastanówmy się więc wreszcie, co ta wojna zrobiła z państwem polskim i dlaczego do dziś nie możemy dogonić Zachodu. Ze wspomnianego powojennego raportu wynika, że zostało zniszczone 39 proc. PKB. Ponadto Niemcy wywieźli z Polski wszystko, co miało jakąkolwiek wartość – fabryki, zakłady rzemieślnicze, dzieła sztuki, biblioteki – możemy więc mówić o ogromnym ubytku publicznym i państwowym, który nie został nigdy wyrównany.

– Niemcy twierdzą inaczej. Zastępczyni rzecznika rządu Niemiec Ulrike Demmer przekonuje, że Niemcy „wypłaciły już reparacje w znacznej wysokości za ogólne szkody wojenne, także dla Polski, i nadal świadczą zadośćuczynienie za nazistowskie krzywdy”...

– Na tego rodzaju stwierdzenia ogarnia mnie pusty śmiech! Zwłaszcza gdy niemieccy politycy mówią, że przecież pomagają Polsce w ramach UE. Polska dostaje fundusze strukturalne z UE i nie jest to ani zasługą, ani łaską Niemiec, bo przecież w zamian otworzyliśmy przed Europą – a zwłaszcza właśnie przed Niemcami – nasz wielki i chłonny rynek. Polska dostała z UE, po odjęciu naszych wpłat, 100 mld euro, a w przypadku reparacji możemy mówić o kilku bilionach należnych nam dolarów.

– W 2004 r. powstał raport dotyczący strat wojennych Warszawy, sporządzony przez zespół powołany przez ówczesnego prezydenta stolicy Lecha Kaczyńskiego. W jaki sposób zostanie on uwzględniony w pracach Pańskiego zespołu?

– Gdy zakończymy nasze prace raportem dotyczącym strat całej Polski, uzupełnimy go raportami dotyczącymi kilku miejscowości, w których straty były szczególnie duże. Zespół powołany przez Lecha Kaczyńskiego wyliczył, że straty wojenne Warszawy wyniosły 54 mld dol., co oczywiście musiałoby być dziś zwaloryzowane. Podobny raport przygotowały już inne miasta – Łódź, Poznań, Przemyśl. Apeluję do wszystkich poszkodowanych polskich miast, aby też zrobiły takie wyliczenia.

– Czy możliwe są dziś roszczenia indywidualne Polaków? Bundestag stwierdził, że prawo międzynarodowe „nie zna roszczeń z tytułu zadośćuczynienia za szkody lub odszkodowań ze strony osób indywidualnych przeciwko państwom”.

– To dziwne, że niemiecki parlament nie zauważa, iż prawo międzynarodowe bardzo ewoluuje na rzecz praw człowieka... Dziś bezpośrednio do naszego zespołu napływają informacje od wielu osób, że ich rodziny zgłaszały do władz publicznych zawiadomienia o rozmiarze poniesionych strat. Zapewne istnieje wiele dokumentów na ten temat. Stąd moje apele do Archiwów Państwowych oraz do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego o tworzenie specjalnych katalogów, w których każdy obywatel mógłby sprawdzić, czy jego przodkowie składali wnioski o odszkodowania wojenne.

– Dotychczas dochodzenie indywidualnych roszczeń musiało się kończyć jedynie na składaniu wniosków niejako w próżnię. Dlaczego?

– Niestety, to prawda, dlatego w tej sprawie złożyłem wniosek do TK, gdyż dotychczasowa praktyka orzecznicza w zakresie dwóch zaskarżonych przeze mnie przepisów postępowania cywilnego (1103.7 pkt. 2 kpc i 1113 kpc) prowadziła do tego, że postępowania przeciwko Niemcom o odszkodowania były przez polskie sądy umarzane z uwagi na immunitet jurysdykcyjny państwa obcego. Mamy tu niezgodność z polską konstytucją, bo poszkodowanym przez niemieckie zbrodnie wojenne zamyka się jakąkolwiek ścieżkę sądową. W przypadku uznania niekonstytucyjności tych przepisów zarówno obywatele, jak i inne podmioty mogłyby występować przed polskimi sądami o odszkodowania za zbrodnie wojenne.

– Dlaczego w innych krajach nie ma z tym problemu? Niedawno włoski sąd skazał Niemcy na zapłatę ponad 6 mln euro (ok. 26 mln zł) odszkodowania za zbrodnię wojenną w niewielkiej miejscowości regionu Abruzja.

– Istnieje tam świadomość tego, że poszczególne kraje są podmiotami kształtującymi prawo międzynarodowe, że nie są tylko bezwolnie podporządkowanymi mu przedmiotami. Jestem skonfundowany dotychczasową postawą polskich sądów i ich koniunkturalizmem! Wstyd, bo przecież ani włoskie sądy, ani greckie niczego się nie obawiały. W Polsce, mimo że już od wielu lat wnoszono takie sprawy, sądy zawsze je oddalały.

– Wydaje się, że dziś nawet sami Niemcy – o czym świadczą dość pokrętne uzasadnienia ekspertyzy naukowej Bundestagu na temat reparacji wojennych – nie są do końca przekonani co do apodyktyczności prawa międzynarodowego, w związku z jego ewolucją pojmowania praw człowieka...

– Mają pełną świadomość, że praktyka prawa międzynarodowego jest żywa, że wciąż się kształtuje. Stawiam dziś zarzut polskim elitom prawniczym, że w ogóle nie włączyły się w ten proces. Polska ma, jak żaden inny kraj, obowiązek i moralne prawo do kształtowania prawa międzynarodowego w tym zakresie, a, niestety, przez 70 lat siedziała cicho w kącie.

– W czasach PRL-u było to niejako oczywiste.

– W 1953 r. Bolesław Bierut podjął decyzję narzuconą mu przez Rosjan i sam podpisał się pod uchwałą o zrzeczeniu się reparacji wojennych od Niemiec, podjętą rzekomo przez ówczesną Radę Ministrów. Powstał dokument fikcyjny i niezgodny nawet z ówczesnym prawem, według którego to Rada Państwa była władna podejmować decyzje o charakterze międzynarodowym. Jeśli do tego dodać, że Bierut nie był obywatelem Polski, a był agentem NKWD, to można powiedzieć, że to wszystko było „jedną wielką lipą”, że tamten dokument z 1953 r. nie ma i nigdy nie miał mocy wiążącej. W archiwach ONZ znalazłem niedawno dokument z 1969 r., w którym czytamy, że Polska wystąpiła do Komisji Prawnej z próbą uregulowania kwestii dochodzenia roszczeń indywidualnych, w którym wskazano całą paletę nieuregulowanych spraw odszkodowawczych. A więc jednak komuniści próbowali cokolwiek robić i trzeba przyznać, że boleśnie wtedy odczuwano zbrodnie niemieckie, jednak pamiętano...

– I pamiętamy też, jak bardzo oburzano się na list biskupów polskich do niemieckich o wzajemnym polsko-niemieckim przebaczeniu...

– To prawda. Wydaje się, że nadal mamy – choć może głęboko schowany – problem z tym przebaczaniem. Chyba dlatego, że jak to wynika z nauki Kościoła, z każdym przebaczeniem musi się wiązać odpowiednie zadośćuczynienie, którego nigdy się nie doczekaliśmy... Co więcej, prowadzono z nami perfidną grę na przeczekanie, przedawnienie, liczono na zapomnienie. Pod wszystkimi możliwymi pretekstami przez kilkadziesiąt lat Niemcy odrzucały wszelkie skargi Polaków.

– Niemcy twierdzą dziś, że jeśli w ogóle były jakieś niedomówienia, to problem został ostatecznie rozwiązany w 1990 r., bo Polska wówczas „milcząco zrezygnowała z reparacji wojennych”.

– Jest to kolejne kłamstwo. Apelowałbym do niemieckich dziennikarzy, żeby nie obrażali inteligencji Polaków, pisząc dziś o tamtym „ostatecznym rozwiązaniu”. Podpisany w 1990 r. traktat „2+4” regulował wprawdzie kwestię zjednoczenia Niemiec i sprawy dotyczące wojny, jednak bez udziału Polski, która przecież miała największe prawo do zabierania głosu w tej materii. Horst Teltschik, doradca kanclerza Helmuta Kohla, we wspomnieniowej książce „329 dni” pisze, że kanclerz Kohl obawiał się podniesienia przez Polskę tematu reparacji, dlatego szantażował nasz kraj niestałością granic. Kohl wiedział, że sprawa reparacji może się pojawić, ponieważ w tamtym czasie marszałek polskiego Sejmu Mikołaj Kozakiewicz pojechał do Berlina z żądaniem wypłaty 200 mld marek. Stąd działania niemieckiej dyplomacji szły w kierunku wyeliminowania Polski z rozmów traktatowych „2+4”.

– Kiedy może dojść do tego, że strona niemiecka zasiądzie do rozmów z Polską?

– Jestem pewien, że wcześniej czy później Niemcy będą zmuszone usiąść do rozmów, ale my musimy być do tych rozmów naprawdę dobrze przygotowani. Dziś trwają prace na wielu płaszczyznach. Czekaliśmy 70 lat, poczekajmy jeszcze kilkanaście miesięcy. Znajdziemy drogę, aby Niemcy zapłaciły Polsce i Polakom należne zadośćuczynienie za II wojnę światową.

Arkadiusz Mularczyk, polityk, adwokat, poseł na Sejm V, VI, VII i VIII kadencji, były przewodniczący klubu parlamentarnego Solidarnej Polski, obecnie w PiS. Przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Oszacowania Wysokości Odszkodowań Należnych Polsce od Niemiec za Szkody Wyrządzone w Trakcie II Wojny Światowej

Tagi:
historia

Zagadka ostatnich książąt mazowieckich

2018-02-14 11:10

Roman Stańczyk
Edycja warszawska 7/2018, str. VI

490 lat temu król Zygmunt I Stary wydał edykt stwierdzający, że ostatni książęta mazowieccy – Stanisław i Janusz – zmarli z przyczyn naturalnych. Nie rozwiązało to zagadki śmierci ostatnich przedstawicieli mazowieckiej gałęzi dynastii Piastów. Dyskusja trwa do dzisiaj

Artur Stelmasiak
Sarkofag ostatnich książąt mazowieckich w archikatedrze św. Jana Chrzciciela. Ich szczątki zostały pochowane w podziemiach pod prezbiterium

Jest marzec 1522 r. Władzę w Księstwie Mazowieckim sprawują książęta Stanisław i Janusz. Zasiadają na tronie już od czterech lat. Jednak dopiero teraz mogą czuć się na nim swobodnie. Wcześniej, do 1518 r., regencję w ich imieniu sprawowała matka – Anna Radziwiłłówna, która nawet po osiągnięciu przez książąt wieku umożliwiającego samodzielne sprawowanie władzy nie utraciła wpływu na sprawy Mazowsza.

Książęca miłość

Prywatnie Stanisław i Janusz prowadzili bardzo rozrywkowy tryb życia. Zdaniem historyków, obaj ulegli wdziękom Katarzyny Radziejowskiej. Pierwszy w córce kasztelana sochaczewskiego Andrzeja Radziejowskiego zakochał się Stanisław – starszy z książąt. Obiecywał jej nawet małżeństwo. Związkowi sprzeciwiła się jednak Anna Radziwiłłówna. Wówczas do Katarzyny zaczął zalecać się młodszy z braci – Janusz. O tym, jakim uczuciem zaczął pałać do szlachcianki, świadczy fakt, że podarował jej książęce Błonie.

Tragiczna historia zaczyna się w 1524 r., kiedy Stanisław udał się z wizytą do młodszego brata do Błonia. Po obfitej uczcie, w której najprawdopodobniej uczestniczyła również Katarzyna Radziejowska, Stanisław, nie czując się najlepiej, powrócił do Warszawy. Wcześniej niewiele jadł. Miał się posilić wyłącznie kapłonem polanym małmazją octową. Starszy z mazowieckich Piastów czuł się coraz gorzej. Wkrótce zmarł. W chwili śmierci (sierpień 1524 r.) miał 24 lata. Zgon uznano za naturalny, zaś u władzy pozostał młodszy książę Janusz. W marcu 1526 r. młodszy z synów Anny Radziwiłłówny zwołał do Warszawy sejm. Czując, że opuszczają go siły, spisuje testament. W nim zapisuje wszystko swojej siostrze – Annie. Janusz przeżył brata jedynie o 2 lata. Zmarł w nocy z 9 na 10 marca 1526 r. Odtąd miała zacząć obowiązywać umowa zawarta w 1496 r. między ojcem Stanisława i Janusza – księciem Konradem III Mazowieckim a królem Polski – Janem III Olbrachtem. W myśl jej zapisów Księstwo Mazowieckie traciło suwerenność.

Wówczas to dramatyczną próbę utrzymania odrębności Mazowsza podjęła siostra Stanisława i Janusza – Anna. Ogłosiła się ostatnią przedstawicielką rodu. Nie zyskała jednak szerszego poparcia. Szlachta mazowiecka coraz mocniej zaczęła sprzyjać pomysłowi połączenia się z Polską. Spór Anny i jej pretensje do Księstwa Mazowieckiego zakończył w 1537 r. sejm, który zmusił Annę i jej męża Stanisława Odrowąża do zrzeczenia się praw dziedzicznych do Mazowsza.

Królewska komisja weryfikacyjna

Śmierć Stanisława i Janusza nadal wywołuje sporo kontrowersji. Tuż po niej pojawiały się oskarżenia o celowe otrucie. Nazwiska winnych śmierci ostatnich mazowieckich Piastów zmieniały się jak w kalejdoskopie. Pierwotnie cień oskarżenia padł na Katarzynę Radziejowską. Szlachcianka, która najpierw romansowała ze Stanisławem, a potem uwiodła Janusza, miała w ten sposób odreagowywać niechęć ze strony matki książąt. Popularne są opinie, że to właśnie ona otruła najpierw Annę Radziwiłłównę, a potem Stanisława i Janusza.

– Kwestię rzekomego otrucia dwóch ostatnich książąt mazowieckich można traktować jako legendę, tak typową dla czasów, w których powstała. Już wówczas prowadzone śledztwa wskazywały, że oskarżenia o zastosowaniu trucizn są niespójne, pełne stereotypów, wiary w magię i zabobon – ocenia dr Sebastian Adamkiewicz, publicysta portalu Histmag.org.

– Brakowało twardych dowodów, które mogłyby wskazywać na fakt otrucia. Zresztą wersja ta pojawiła się dopiero po śmierci Stanisława, bo zgon Janusza uważano za zupełnie naturalny. Dopiero później zaczęto te kwestie łączyć. Historycy są jednak zgodni co do tego, że o śmierci dwóch ostatnich Piastów decydowały przyczyny naturalne. Wymienia się przede wszystkim chorobę alkoholową lub schorzenia weneryczne.

Rosnąca nagonka w celu wykrycia osoby winnej śmierci książąt zmusiła do reakcji nawet króla. Zygmunt I Stary powołał spośród mazowieckiej szlachty komisję „weryfikacyjną” , która miała wyjaśnić tę kryminalną zagadkę. Sprawę badali medycy, ale niczego niepokojącego nie znaleźli. „Dlatego ogłosiliśmy i niniejszym edyktem ogłaszamy, stanowimy i oznajmujemy, że wszystkie doniesienia, oskarżenia, świadectwa o otruciu i śmierci rzeczonego pana księcia (...) były i są próżne, niedołężne i żadnej siły ani wagi. (...) Okazało się, że pan książę nie sztuką ani sprawą ludzką, lecz z woli Pana Boga wszechmogącego (w którego mocy rozrządzenie życia i śmierci) z tego zeszedł świata i umarł” – czytamy w edykcie króla Zygmunta I Starego z 9 lutego 1528 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Zmarła Agnieszka Kotulanka

2018-02-24 11:22

wpolityce.pl

Nie żyje Agnieszka Kotulanka, aktorka teatralna, filmowa i serialowa. Od 1997 do 2013 roku wcielała się w rolę Krystyny Lubicz w serialu Klan. Od lat zmagała się też z alkoholizmem. Aktora zmarła 20 lutego 2018 r.

youtube.com

O śmierci Kotulanki poinformowali najbliżsi, zamieszczając nekrolog na stronie „Gazety Wyborczej”

Agnieszka Kotulanka miała dwójkę dzieci Katarzynę i Michała. Jej byłym mężem jest aktor Jacek Sas-Uhrynowski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Trwa kongregacja Ruchu Światło - Życie

2018-02-24 14:56

o. Stanisław Tomoń

Pod hasłem „Młodzi w Kościele” na Jasnej Górze trwa 43. Kongregacja Odpowiedzialnych Ruchu „Światło-Życie”. Tegoroczne spotkanie trwa w dniach 23-26 lutego z udziałem ponad tysiąca osób. Kongregacja, odbywająca się na Jasnej Górze, jest czasem poświęconym na przygotowanie do kolejnego roku pracy formacyjnej, która rozpocznie się latem.

Niedziela TV

W tym roku w czasie Kongregacji rozważane jest pytanie o przyszłość ruchu, który postrzegany był głównie jako wspólnota młodzieżowa, a dziś gromadzi głównie dorosłych i małżonków z Domowego Kościoła. Papież Franciszek podkreśla, że młodzi są nadzieją Kościoła, stąd ruch stanął przed wyzwaniem, jak w swoim charyzmacie odnaleźć siły, które pozwolą mu na nowo przyciągnąć dzieci i młodzież do grup oazowych.

Zobacz zdjęcia: Oaza melduje się

„Ta coroczna Kongregacja Ruchu Światło-Życie, w tym roku już 43., związana jest z prezentacją nowego tematu na najbliższy rok formacyjny. W tym roku właśnie tym tematem będą słowa: ‘Młodzi w Kościele’ – one nawiązują do hasła tegorocznego Synodu Biskupów w Rzymie: ‘Młodzież, wiara i rozeznanie powołania’ – mówi ks. Marek Sędek, moderator generalny Ruchu Światło-Życie – Po to się gromadzimy, żeby odpowiadać sobie na to pytanie – jak zachęcać młodych ludzi do bycia w Kościele. Ewangelia jest zawsze atrakcyjna dla ludzi młodych, ona pociąga ludzi młodych, daje przestrzeń, pewną perspektywę, nadzieję. Problemem natomiast jest znalezienie odpowiedniego języka komunikacji z młodymi, bo zmieniają się czasy , zmienia się sposób przekazu pewnych treści, i trzeba znaleźć adekwatne do tych czasów słowa, środki, aby Ewangelię głosić młodym”.

Tradycyjnie do sanktuarium przybyli moderatorzy i animatorzy z Polski i zagranicy - Niemiec, Ukrainy, Słowacji, Czech i Białorusi. Po raz pierwszy jako delegat ds. Ruchu Światło-Życie z ramienia Episkopatu, w Kongregacji bierze udział bp Krzysztof Włodarczyk, biskup pomocniczy diec. koszalińsko-kołobrzeskiej. Jak podkreśla biskup-delegat, inspiracja do tegorocznej Kongregacji jest podwójna: „Pierwsza to jest przygotowywany Synod Biskupów, który będzie poświęcony młodym ludziom – ‘Młodzież, wiara i rozeznanie powołania” (15. Zgromadzenie Zwyczajnego Synodu Biskupów, zwołanego przez papieża Franciszka, odbędzie się w październiku 2018 r. w Rzymie – przyp. BPJG). To jest jakby wyjście naprzeciw. Natomiast druga inspiracja, to patrzymy, jakie są w tej chwili proporcje członków Ruchu Ś-Ż – okazuje się, że jest po 50%. Kiedyś mówił się, że Ruch Ś-Ż to ruch dzieci i młodzieży, dzisiaj te proporcje wyrównały się, to znaczy 50% to są dzieci i młodzież, a 50% to już Ruch dojrzały, czyli rodzinna gałąź - Domowy Kościół. Dobrze, że on się rozwija, że ci ludzie, którzy są ukształtowani w tej formacji dziecięcej, młodzieżowej, kontynuują swoją obecność w Ruchu, i czerpią z charyzmatu właśnie w tej gałęzi rodzinnej, natomiast nie przybywa tak szybko dzieci i młodzieży. I trzeba sobie postawić pytanie, skąd to się bierze. Sam Synod Biskupów to też jest sygnał, że to nie jest problem nasz – krajowy, polski, ale jest to też ogólnoświatowy problem obecności młodego pokolenia w Kościele. Jest ich mniej, rzeczywiście. Nawet, jeśli przyjmują sakrament bierzmowania, to widzimy tę dziwną tendencję do zerwania później ze wspólnotą Kościoła. Ale nie można tylko ubolewać, tylko wiedzieć problem, ale trzeba szukać rozwiązania, szukać antidotum”.

Jak mówi Jolanta Szpilarewicz, odpowiedzialna główna Instytutu Niepokalanej Matki Kościoła, aby zaprosić młodych do uczestnictwa w życiu Kościoła, „potrzebne są wydarzenia – i te ewangelizacyjne, głoszenie Słowa Bożego, zaproszenie młodych. Tutaj te środowiska mają szansę zapraszać młodych. Ważne jest też oddziaływanie w szkole – młodzi do młodych najprędzej docierają, więc i formowanie młodych, aby oni mieli odwagę, śmiałość, by znali konkretne sposoby, jak wychodzić do swoich rówieśników i zapraszać ich na tę drogę. To zawsze pozostaje jako droga uniwersalna. Oczywiście są też środki bardziej nowoczesne – Internet otwiera bardzo duże przestrzenie, by zapraszać młodych”.

W programie dorocznego spotkania przewidziane są m.in. wykłady, spotkania modlitewne, świadectwa, a także błogosławieństwo nowo przyjętych członków. Sobotniej Mszy św. o godz. 14.15 w bazylice jasnogórskiej przewodniczyć będzie bp Marek Solarczyk, biskup pomocniczy diec. warszawsko-praskiej, a w niedzielę i poniedziałek w Kaplicy Matki Bożej Eucharystie celebrować będzie bp Krzysztof Włodarczyk, delegat KEP ds. Ruchu Światło-Życie.

Podczas spotkania na Jasnej Górze po raz pierwszy zostanie zaprezentowana piosenka Marty i Darka Madejskich pt. „Młode serca”, która wygrała w konkursie na piosenkę roku formacyjnego 2018/2019 Ruchu Światło-Życie. „U nas jest zwyczajem, że na każdy rok pracy formacyjnej, niezależnie od stałego programu formacyjnego, wybieramy znak roku, piosenkę roku. W tym roku piosenkę skomponowali nasi ludzie z Ruchu Ś-Ż , na podstawie Ewangelii św. Marka i homilii Ojca Świętego Franciszka. Piosenka nosi tytuł ‘Młode Serca’” – informuje ks. Marek Sędek.

Na pytanie, jakich owoców spodziewa się po tegorocznej Kongregacji, moderator generalny ks. Marek Sędek odpowiada: „Taka Kongregacja to przede wszystkim nabranie ‘nowego ducha’. Nasze spotkanie to nie tylko rozważanie, nie tylko referaty, ale i modlitwa, podtrzymywanie więzi. Zjeżdżamy się tu z całej Polski, ale nie tylko – bo są też z zagranicy, z Niemiec, Ukrainy, Słowacji, Czech, Białorusi, mamy też listy jedności z Filipin i Chin. Więc jest to dla nas takie spotkanie jedności. A czego się spodziewam? Przede wszystkim odnowienia nowej gorliwości. Chcemy przekazywać tradycję Kościoła, ale przekazywanie tradycji to nie znaczy przekazywanie popiołu, tylko to znaczy rozpalanie ognia, który ciągle z Kościele płonie i ma płonąć”.

„Ruch Światło-Życie przede wszystkim jest propozycją, aby kroczyć z Chrystusem przez życie, żeby w Nim odnajdywać fundamenty dla budowania, tak jak to Jan Paweł II mówił, projektu na swoje życie. I właśnie temu chce służyć Ruch Światło-Życie. Chcemy różnymi nowymi inicjatywami, pomysłami towarzyszyć młodym w ich podejmowaniu decyzji życiowych, i towarzyszyć im przede wszystkim ze słowami Chrystusa” – podkreśla moderator generalny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem