Reklama

Kalendarze 2019

Przyjąłem – przekazuję!

2017-11-08 11:46

Anna Skopińska
Edycja łódzka 46/2017, str. 4

Ks. Paweł Kłys
Abp Grzegorz Ryś

Anna Skopińska: – „Kościół krakowski tysiące razy mi służył... Służba temu Kościołowi przemienia, czyni piękniejszym, bogatszym i mądrzejszym” – kilka dni temu tak pięknie żegnał się Ksiądz Arcybiskup ze swoim Krakowem. Kościół łódzki jest dużo młodszy, ma zaledwie 100 lat. Czy kiedyś takie słowa padną pod adresem także tego, naszego Kościoła?

Abp Grzegorz Ryś: – Nie mam wątpliwości. Bo Kościół to nie jest abstrakcja, to są przede wszystkim ludzie. I w tym Kościele od początku do końca chodzi o ewangelizację. A ta ma wymiar lokalny. Nie mogę inaczej myśleć o Krakowie jak tylko z sentymentem. To jest miasto, które mnie jako człowieka kształtowało. Tam przeżyłem całe swoje życie i tylko rok spędziłem poza nim. Ale to nie oznacza, że tu ma być Kraków. To oznacza tylko tyle, że do Łodzi przyjechał człowiek ukształtowany w Krakowie. I tu będzie żył. Więc proszę się nie bać (śmiech).
Nie będę też udawał, że jestem kim? – nikim? W każdej sytuacji i miejscu trzeba być sobą. Zresztą na tyle, na ile się zorientowałem, np. w Domu Księży Emerytów, gdzie dwóch kapłanów pochodzi z Podhala, ktoś jest też z Łomży i z Koszalina, łódzkiego prezbiterium nie tworzą sami rdzenni łodzianie. Są tu księża z rożnych stron Polski, którzy jakoś w tym Kościele się odnaleźli. I to uważam za atut tego Kościoła – bo każdy wnosi do niego ze sobą inne rozumienie tego, co dla wszystkich wspólne.
– Ksiądz Arcybiskup głosi skandal miłosierdzia. Prosto i głośno, na każdym kroku, mówi o tej Bożej miłości do człowieka. Kraków miłosierdzia, św. Siostry Faustyny, z Łagiewnikami, z sanktuarium, Łódź – miejsce, w którym wszystko się zaczęło – to nie to miłosierdzie przyprowadziło nam Księdza Arcybiskupa?
– Żyjemy w Kościele, który w Duchu Świętym coraz bardziej odczytuje Ewangelię jako Ewangelię miłosierdzia. Mamy też to szczęście żyć w czasach papieża Franciszka, który mówi, że miłosierdzie jest imieniem Boga. My wiemy, że Bóg jest miłością. Św. Jan pisze o tym wprost w swoim Pierwszym Liście, a papież Franciszek interpretuje ten Janowy zapis: Bóg jest miłością, która jest miłosierdziem. Myślę, że wszędzie Kościół żyje tym, jak się mu Pan Bóg na tym konkretnym etapie dziejów zbawienia objawia. A Pan Bóg objawia się nam dzisiaj szczególnie jako Ten, który jest miłosierny. I to jest ważne w każdym miejscu. Bo nie jest tak, że Kraków „ma” miłosierdzie, bo ma Łagiewniki, brata Alberta, a po drodze miał jeszcze św. Jadwigę Królową i św. Jana Kantego. Niewątpliwie to jest Kościół, który dostawał od Boga sygnały przez całe swoje 1000 lat, że miłosierdzie jest czymś, albo lepiej – Kimś – niesamowicie istotnym. I w Krakowie do osób związanych z miłosierdziem dołączy niedługo Hanna Chrzanowska – osoba, która stworzyła ruch hospicyjny i zupełnie nowoczesne pielęgniarstwo. Jej beatyfikacja przed nami.
Ale nie możemy powiedzieć, że tylko Kraków czy Łódź są związane z miłosierdziem. A może jest jednak tak, że w każdym miejscu, trochę inaczej, przez ludzi, ale ostatecznie odkrywamy tego samego Boga? W Warszawie będą to Laski i Matka Czacka, w pozostałych regionach inne szczególne miejsca. Na tym właśnie polega bogactwo Kościoła: ten sam Duch Święty w różny sposób i z różnymi ludźmi, ale ostatecznie objawia nam Boga. Tego samego.

– Nosi Ksiądz Arcybiskup na palcu szczególny pierścień...

– Ostatnio jest tak, że ile razy zajdę do kard. Stanisława Dziwisza, to on mi coś daje na drogę. To jest taki przykład – nie boję się tego powiedzieć – ojcowskiej miłości. A kard. Stanisław wie, kim dla mnie w życiu był kard. Franciszek Macharski. To jest pierścień, który kard. Franciszek dostał od mnichów z Mogiły w dniu swoich święceń biskupich w Rzymie w 1979 r. na Trzech Króli. I pewnie dostał go, włożył na palec, a potem podarował Ojcu Świętemu na pamiątkę tej sakry. A kard. Stanisław przechował ten pierścień.

– To jakieś zobowiązanie?


– To jest przede wszystkim łaska, bogactwo. Jest takie słowo, którego często używamy, a które brzmi „dziedzictwo”. Dziedzictwo jest zobowiązaniem, ale przede wszystkim jest obdarowaniem. Można chodzić i w kółko, jak mantrę, powtarzać: mam wielkie zobowiązanie. Ale wielkość tego zobowiązania odkrywa się wtedy, gdy doświadcza się go w sobie. Gdy się odkrywa, jakie ono jest wielkie. I kiedy odnajdę je wreszcie w sobie, to ono samo w sobie staje się wiążące. Wtedy nie przeżywa się tego jako ciężar i nie mówi: muszę uważać, bo mogę zepsuć coś po wielkich poprzednikach.
Noszę też krzyż, także po kard. Franciszku. To wielka radość wiedzieć, że nic się ode mnie nie zaczyna. Że przede mną byli fantastyczni ludzie, którzy uczyli mnie wiary. W Kościele wszystko odbywa się według tego schematu: przyjąłem – przekazuję.
– Tak, jak pamięć... Listopad to szczególny miesiąc, gdy wspominamy tych, których już nie ma. Gdy bardziej może widzimy świętych. Mówił Ksiądz Arcybiskup w jednym z wywiadów, że ma takich swoich świętych niekanonizowanych. Powie Ksiądz Arcybiskup o nich?
– Ich jest cała lista. Nawet tu, w Łodzi, mówiłem o takiej osobie. To Józefa Mikowa, siostra ks. Ferdynanda Machaya, proboszcza kościoła mariackiego w Krakowie. Pierwszy raz się o niej dowiedziałem, szukając w mariackim archiwum zupełnie czegoś innego. Przeczytałem opis przetrzymywania jej przez Niemców w krakowskim więzieniu na Montelupich. Przez tydzień przebywała w celi głodowej. Potem została przeniesiona do szpitala więziennego, gdzie ją zabito. W tej celi, po tygodniu głodu, strażnicy wstawili jej jakiś kubeł z piciem. Spróbowała go i było bardzo słone, więc zrozumiała, że to jest jeszcze kolejna tortura. Bo gdyby się napiła, to potem miałaby już pragnienie zupełnie nie do opanowania. Więc nie piła wcale. Potem jakiś strażnik rzucił jej kawałek chleba. Czarnego chleba. Ona znowu miała wątpliwości: czy może jeść ten chleb, czy nie... Istniało przecież niebezpieczeństwo, że też chleb jest nafaszerowany jakimiś chemikaliami. I wtedy strażnik odchylił judasza i powiedział: „Szczęść Boże”. Domyśliła się, że to może był Ślązak wcielony do wojska. Poczuła też, że to zapewne jakiś przyzwoity człowiek, więc uklęknęła i zjadła ten chleb jako komunię duchową z Panem Jezusem...
Pamiętam zapis tej modlitwy. Że od tygodni czy miesięcy nie ma możliwości przyjmowania Eucharystii, bo jest uwięziona, więc ten kawałek chleba rzucony ręką żołnierza spożyje na kolanach jako komunię duchową. Pamiętam też, jak pierwszy raz w życiu czytałem ten tekst, potem go cały spisałem... Popłakałem się, choć naprawdę nie zdarza mi się to często. A potem zacząłem dalej szukać śladów po tej osobie. Aż trafiłem na opis jej śmierci. Kiedy już leżała w szpitalu, przyszła do niej współwięźniarka, prosząc o przebaczenie, bo to ona ją wydała. Wsypała dlatego, że była szantażowana przez Niemców, którzy – mając jej męża – grozili, że zostanie zabity. I ta kobieta powiedziała Józefie Mikowej: „Wsypałam cię, bo wiedziałam, że na tobie się to zatrzyma”. Ten opis sporządzili współwięźniowie. Opis wybaczenia i pojednania dwóch kobiet. Takie teksty są czystą Ewangelią...

– Mamy dziś szansę choćby dotknąć takiej świętości? W tych czasach być takimi?

– A po co ten Kościół istnieje? Nie po to? Nikt się nie rodzi świętym, tylko świętymi się stajemy. Każdy z nas jest grzesznikiem. To nie jest tak, że Józefa Mikowa nie miała w swoim życiu momentów słabszych. Na takie też trafiłem. Ale o nich dziś nie powiem. Człowiek staje się świętym i nieraz wystarczy mu na to ostatnia sekunda w życiu. Tak, jak dobremu łotrowi na krzyżu – pierwszemu człowiekowi, który wszedł do nieba. A ostatecznie tym, co przesądza o świętości, jest otwarcie na łaskę. I myślę, że tu jest kłopot. Bardzo często pokazujemy świętych jako takich heroicznych i to najlepiej heroicznych od niemowlęctwa. I świętość osiąganą własnymi siłami. A to bzdura i nieprawda.

– To otwarcie na Boga jest nas w stanie tak przemienić w każdym czasie?

– Świętość bierze się z otwartości na łaskę, a ta człowieka zmienia. Wszyscy jesteśmy wezwani do świętości. I nie jest tak, że Pan Jezus jest dla nas tylko wzorem osobowym. Jest kimś, kto chce z nami być w komunii, w jedności. I wtedy takie bycie z Nim nas zmienia. Najprostsze odniesienie jest takie, że kiedy ludzie są ze sobą, kochają się, to się zmieniają. Żyjący w małżeństwie upodabniają się jakoś do siebie. Ale nie jest to łatwy proces. Moi rodzice mają za sobą 60 lat małżeństwa i widzę, jakimi są cudnymi ludźmi. Ile na to trzeba było czasu? Ale bycie ze sobą razem stało się dla nich doświadczeniem przemieniającym. Jest obok mnie ktoś, kto mnie kocha, kto mnie akceptuje, komu na mnie zależy. Na niego, na nią, zawsze mogę liczyć. Nie zrobię tego choćby z racji na nią czy na niego... To samo dzieje się w relacji człowieka z Bogiem.

– Odkrywa Ksiądz Arcybiskup takich świętych?

– Chodzą między nami!

– „Bierzmowanie jest ogromną szansą ewangelizacyjną” – to słowa Księdza Arcybiskupa, ale dla bardzo wielu bierzmowanie jest po to, by zdobyć papierek potrzebny do zawarcia małżeństwa...


– Czyja to wina? Moja. Błąd jest już w założeniu, że mamy kogoś przygotować „do bierzmowania”. My go mamy przygotować do życia wiarą. Do odkrycia tożsamości chrześcijańskiej. I momentem niesłychanie ważnym na tej drodze, momentem inicjacji chrześcijańskiej, jest bierzmowanie. A myśmy zafundowali młodym w Polsce takie doświadczenie, że bierzmowanie to jest punkt dojścia. I jaką propozycję dostają „po”? Ile jest takich miejsc w polskim Kościele, że tym młodym bierzmowanym dzisiaj jest proponowane coś następnego dnia, coś za tydzień? Tylko odpocząć, bo 3 lata pracowali...
To jest szaleństwo! Przygotowujemy ludzi do sakramentów. Chcę być dobrze zrozumiany – sakramenty są ogromnie ważne, ale tylko wtedy, gdy są przeżywane w wierze. I to dotyczy momentów inicjacyjnych, takich, jak chrzest w rodzinie, I Komunia św., jak bierzmowanie. One muszą być przeżywane w wierze i one też wiarę budują. Co to znaczy przygotować do bierzmowania? Czy to oznacza opanować elementarną wiedzę, rudymenty katechetyczne i wszystko wyrecytować? I ten młody powie mi jedną definicję modlitwy, drugą, trzecią, ale ja się z nim nigdy nie pomodlę? Nie zaproponuję mu czegoś, co św. Jan Paweł II nazywał szkolą modlitwy? Przecież jeśli on tej modlitwy nie zasmakuje, nie odkryje jaka to istotna w życiu przestrzeń, to po co mu cała ta wiedza?
– Ale tak też się dzieje na katechezach w szkole...
– Katecheza w szkole jest ważna, wiedza jest ważna, katechetyczna wiedza jest ogromnie ważna, ale to wszystko musi być budowane na doświadczeniu ewangelizacyjnym. Na tym, że człowiek naprawdę odkrywa Jezusa Chrystusa jako Tego, który jest dla niego Panem i Zbawicielem. Moim. I gdy człowiek ma to odkrycie za sobą, to ma w sobie pasję poznawania tego, kim ten Jezus jest, kim jest Kościół. Wtedy otwiera się przestrzeń tego, co w Kościele nazywa się „didache”, właśnie nauczania, na każdy możliwy temat. I ci młodzi inaczej słuchają.
Pamiętam katechezę we wspólnocie neokatechumenalnej. Uczestniczyli w niej w większości młodzi ludzie – studenci, licealiści. Katecheza miała być o miłości, seksie, życiu erotycznym. Tak słuchali! A to przecież taki temat, że gdy się go rusza na katechezie, ma się od razu przeciwko sobie całą klasę. Albo otwiera się potężną przestrzeń do debaty, w której zaraz się pokłócimy, bo każdy ma swoje zdanie. Tam nie było żadnej kłótni. Były pytania. Dlaczego nie było sporu? Bo byli to ludzie, którzy odkryli w życiu Jezusa Chrystusa i teraz słuchają Go jako Nauczyciela. W zaufaniu. Oni nie uczą się czegoś na poziomie wiedzy ogólnej – co Kościół myśli na dany temat? Chodzi o to, jakie jest nauczanie Jezusa Chrystusa, który jest twoim Panem... I moim, który ci to głoszę! Jesteśmy w zupełnie innym świecie z tą samą katechezą. I nawet w tym samym miejscu – w szkole. Dlaczego nie? Tylko trzeba, by ta młodzież, która jest na katechezie, miała także poza szkołą doświadczenie ewangelizacji. Wtedy katecheza przestanie być wojną, po której katecheci wracają do domów wykończeni, umęczeni i niemający już na nic siły i ochoty.

– W tym pomocna może być nowa ewangelizacja?

– W listopadzie odbędzie się IV Kongres Nowej Ewangelizacji poświęcony bierzmowaniu. Będzie kilkanaście warsztatów, gdzie pokazane zostaną metody, jak można z młodymi i starszymi pracować. I nie tylko przygotować do bierzmowania, ale do całego chrześcijańskiego życia. Zapraszam: kongres.bierzmowanie.org.

– Dziękuję za rozmowę.

Tagi:
wywiad abp Grzegorz Ryś

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Koncert kolęd 2019 300x300 nowy termin

Jerzy Owsiak na bakier z Kościołem i patriotyzmem

2014-06-10 14:43

Jerzy Robert Nowak
Niedziela Ogólnopolska 24/2014, str. 42-43

TOMASZ URBANEK/DDTVN/EAST NEWS
Jerzy Owsiak

Niedawno ogłoszono, że laureatem plebiscytu „Ludzie Wolności”, organizowanego przez „Gazetę Wyborczą” i TVN, w kategorii „społeczeństwo” został Jerzy Owsiak. Dla wielu osób była to wiadomość szokująca ze względu na ogromną kontrowersyjność tej postaci. Powszechnie znana jest rola Jerzego Owsiaka jako najgłośniejszego propagatora „luzu”, amoralnej zasady „róbta, co chceta”. Wielokrotnie wskazywano również, jak za jego rzekomą apolitycznością i ogromnie nagłaśnianą przez media ideą charytatywnej zbiórki pieniędzy kryje się jednoznaczna stronniczość na rzecz lewej części sceny politycznej. W tym tekście chciałbym skrótowo pokazać niektóre – nie dość znane – fakty, ilustrujące wyraźne uprzedzenia Owsiaka wobec Kościoła i Polaków jako narodu.

Antykościelne fobie

Jerzy Owsiak jest synem pułkownika milicji, zajadłego ateisty. Jego ojciec w pisanych przez siebie życiorysach akcentował swój negatywny stosunek do duchowieństwa katolickiego, określając je jako „szkodnika państwa demokratycznego” (P. Lisiewicz, M. Marosz, „Ten, który zniszczył bunt”, „Nowe Państwo”, ½013). Niewierząca była również matka Owsiaka (por. M. Narbutt, „Człowiek orkiestra”, „Rzeczpospolita” z 31 stycznia – 1 lutego 2004 r.).

Pomimo wychowania w ateistycznej rodzinie Owsiak deklarował się jako „niechodzący do kościoła katolik” (M. Narbutt, tamże). O tym, jaki jest faktyczny stosunek Owsiaka do Kościoła, najwymowniej świadczy fakt, że na początku lat 90. Owsiak ogłaszał jako hymn w programie „Róbta, co chceta” antyklerykalną piosenkę „Hipisówka” zespołu „Kobranocka” (por. P. Lisiewicz, „Seks zamiast armat”, „Gazeta Polska” z 3 stycznia 2007 r.). Piosenka w obrzydliwy wręcz sposób lżyła Kościół i duchownych. Dość zacytować choćby taki fragment:

„Modlitw szept w usta wbiegł
O stosunkach, o stosunkach przerywanych,
Głupi pech i lęk klech
Na głupotę, na durnotę przekuwany.
Wiara w cud, mrowie złud,
Które ty opłacasz swoją mrówczą pracą,
Dokąd pójść, zewsząd gnój,
Zwykły znój, za który nigdy nie zapłacą”.

I jakoś dziwne wyszydzanie w piosence „lęku klech na głupotę przekuwanego”, „wiary w cud” nijak nie przeszkadzało „katolikowi” Owsiakowi. Promowanie antykościelnej „Hipisówki” u Owsiaka nie było czymś odosobnionym. Grzegorz Wierzchołowski wspominał: „Na pierwszej edycji Przystanku w 1995 r. gromkie brawa wśród części publiczności zebrał np. lewacki zespół «Hurt», śpiewając m.in.: «Zdejmij ten krzyż, on przeszkadza ci, zdejmij ten krzyż, wyrzuć go za drzwi»” („Przystanek Postęp”, „Gazeta Polska” z 29 sierpnia 2007 r.).

W wywiadzie dla czasopisma „Zdrowie” „katolik” Owsiak wprost wyszydzał wiarę w cudowne powstanie człowieka, mówiąc m.in.: „Ludzie za granicą mnie pytają: «Czy naprawdę u was w rządzie myślą, że człowiek powstał wyłącznie w sposób cudowny?». Co ja mam odpowiadać? Jak głupoty opowiada ktoś w autobusie, można się odwrócić. Ale kiedy to mówią politycy – trzeba reagować” (za postkomunistycznym „Przeglądem” z 14 stycznia 2007 r.).

Szokujący był fakt, że „katolik” Owsiak jakoś szczególnie nietolerancyjny był wobec Kościoła katolickiego, podczas gdy równocześnie był bardzo łaskawy wobec innych wyznań, zwłaszcza wobec sekty Hare Kryszna. Socjolog Jacek Kurzępa komentował: „Pan Owsiak z niewiadomych powodów toczy boje z Przystankiem Jezus, podczas gdy bez oporów przyzwala na aktywność sekty Hare Kryszna, która ponad 20 lat temu została uznana za szczególnie niebezpieczną przez Parlament Europejski. Hare Kryszna zaprasza woodstockową młodzież do udziału w procesjach, oferuje tanie posiłki, wabi do swojej świątyni, z której dobiegają dźwięki modlitwy i mantry. Ludzie nie rozumieją, że uczestniczą w rytuałach sekty. Ten kryptoprzekaz oceniam jako bardzo subtelną, ale niebezpieczną promocję Hare Kryszny” (wywiad A. Mikołajczyka z dr. J. Kurzępą pt. „Świat według Owsiaka”, „OZON” z 2 sierpnia 2008 r.). Trzeba stwierdzić, że dr Kurzępa (dziś już profesor) miał rację. Na tle życzliwego stosunku Owsiaka do sekty Hare Kryszna tym bardziej szokujący był jego nader niechętny stosunek do Przystanku Jezus. Po kilku latach tarć i trudnych rozmów w końcu doszło do ostatecznego konfliktu z winy Owsiaka. W marcu 2003 r. Jerzy Owsiak w wypowiedzi dla „Gazety Lubuskiej” (powtórzonej później przez KAI) powiedział, że „nie chce widzieć na Przystanku Woodstock namiotu i duchownych z Przystanku Jezus”. Na uwagę ks. Draguły, że organizatorzy Przystanku Jezus spełnili już w zeszłym roku wszystkie warunki Owsiaka, szef WOŚP warknął: „Powiedzmy, że w tym roku odbiła mi palma”. Wśród zbieraniny młodych na Woodstocku nader silnie uzewnętrzniały się nastroje antykatolickie. W czasie Przystanku Woodstock w 1999 r. pod adresem młodzieży z Przystanku Jezus, która szła w Drodze Krzyżowej, „posypały się wyzwiska ze strony zbuntowanych punków. Poleciało też kilka butelek” (M. Majewski, „Żar stu tysięcy”, „Rzeczpospolita” z 7 sierpnia 1999 r.). Wielokrotnie dochodziło do profanowania krzyża przy namiocie na Przystanku Jezus. Zdziczali młodzi ludzie rzucali w niego puszkami od konserw i wyszydzali go (por. M. Jeżewska, M. Marosz, D. Łomicka, „Przystanek Woodstock – profanują krzyż”, „Gazeta Polska Codziennie” z 3 sierpnia 2013 r.). Ze szczególną zajadłością Owsiak atakował Radio Maryja i o. Tadeusza Rydzyka. Po publikacji we „Wprost” osławionych „taśm Rydzyka” pisał w liście do prezydenta i premiera: „Słowa o. Rydzyka mogę tylko porównać z najbardziej absurdalnymi wypowiedziami partyjnych bonzów III Rzeszy (...). Jest tak głupio znowu wstydzić się za ten kraj” („Gazeta Wyborcza” z 11 lipca 2007 r.).

Owsiak: „Polacy są straszliwymi rasistami”

W 2000 r., w czasie ogromnego kryzysu prawicy w związku z upadkiem AWS-u, Jerzy Owsiak pozwolił sobie na publiczne ujawnienie całej fobii wobec swego narodu. Zrobił to w wywiadzie dla tropiącego „nacjonalizm” i „antysemityzm” antyfaszystowskiego czasopisma „Nigdy Więcej”, mówiąc m.in.: „Polacy są straszliwymi rasistami. Szowinizm narodowy jest obecny w Polsce i nie jest to wcale bardzo marginalne zjawisko. Potwierdza to np. program Wojciecha Cejrowskiego «WC Kwadrans» (...). Polacy lubią być rasistami, chcą polepszyć przez to swój wizerunek, swoją własną wartość. (...) Duży udział w tym ma np. Kościół, który, nie rozumiejąc pewnych rzeczy, stawia kropkę nad «i». (...) Jesteśmy bardzo nietolerancyjni w stosunku do osób innej wiary. (...) Polacy są okropnymi rasistami (wywiad A. Zachei z J. Owsiakiem pt. „Trzeba być konsekwentnym”, „Nigdy Więcej”, 1½000). W wywiadzie znalazło się jeszcze odpowiednie określenie Polski w porównaniu z innymi krajami, zdaniem Owsiaka – „Polska... to zaścianek”.

Owsiaka pogarda dla Polski

Można tylko żałować, że te niemądre uogólnienia Owsiaka są tak mało znane w Polsce, bo na pewno pomogłyby w podważeniu jego mitu. Przypomnijmy jednak, że kilkakrotnie nawet podczas publicznych spotkań posuwał się on do otwartego wypowiedzenia jakiejś obrzydliwej opinii o Polsce. Oto kilka przykładów. 8 czerwca 2001 r. w Żarach, podczas publicznego spotkania zorganizowanego przez władze miasta i w ich obecności, Owsiak wypowiedział słowa: „W Polsce, tym pieprzonym kraju, zawsze będą narkotyki” (MZM, „Polska to «piep... kraj»”, „Nasza Polska” z 19 czerwca 2001 r.). Oburzony wypowiedzią Owsiaka Krzysztof Błażejczyk skierował do prokuratury doniesienie o popełnieniu przestępstwa z art.133, polegającego na znieważeniu Ojczyzny. Wkrótce okazało się jednak, że prokuratura, decyzją z 31 lipca 2001 r., odmówiła wszczęcia dochodzenia w sprawie znieważenia narodu i Rzeczypospolitej Polskiej. Pismo prokuratury nie zawierało żadnej argumentacji (por. A. Echolette, „Nie obraził Narodu”, „Nasza Polska” z 21 sierpnia 2001 r.). Do ponownego plugawienia imienia Polski przez Owsiaka doszło na Przystanku w Woodstock w 2003 r. Andrzej Poray tak pisał na ten temat: „«Polska to pop... kraj. Żyjemy w pop... kraju» – tymi słowami lider Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jerzy Owsiak otwierał Przystanek Woodstock. Wykreowany przez lewicowe media «autorytet» i później nie szczędził wulgarnych, agresywnych słów pod adresem Ojczyzny” („Owsiak i jego armia”, „Nasza Polska” z 12 sierpnia 2003 r.).

Dziennikarz „Do Rzeczy” Wojciech Wybranowski wspominał podobnie ohydne wystąpienie Owsiaka: „To był 2002 lub 2003 rok. Jeden z Przystanków Woodstock, jakie jako dziennikarz relacjonowałem (...). Mija godzina 17-ta. W tym czasie w wielu miastach Polski ludzie stają na baczność, w milczeniu oddając hołd Powstańcom Warszawskim. A w Żarach na scenę wychodzi Owsiak. (...) I dokładnie w rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego wrzeszczy do tych młodych zgromadzonych pod sceną obraźliwe słowa pod adresem Polski, coś, że pieprzy Polskę, że Polska to… i tu padają bardzo wulgarne słowa. (...)” („Jerzy Owsiak publicznie zbluzgał mój kraj, czyli jak szef WOŚP «oddał hołd» Powstaniu Warszawskiemu”, www.niezlomni.com, dostęp z 11 stycznia 2014 r.). W czasie gdy mamy tak wielkie zaległości w odsłanianiu przemilczanej najnowszej historii, dziejów Żołnierzy Wyklętych czy prześladowań politycznych doby stanu wojennego, Owsiak perorował: „Trzeba raz na zawsze skończyć z tymi pomnikami ku czci i chwale, z tym wiecznym gadaniem, co kto zrobił 30 lat temu” (wywiad M. Szymaniaka z J. Owsiakiem pt. „Mam dość pomników ku czci i chwale”, „Życie Warszawy” z 25-26 sierpnia 2007 r.).

Szerszy portret J. Owsiaka znajduje się w świeżo wydanym 3. tomie mojej książki „Czerwone dynastie przeciw Narodowi i Kościołowi”, którą można zamówić – tel. 608-854-215 i e-mail: maron@upcpoczta.pl) J.R.N.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Inną drogą udali się z powrotem

2019-01-19 22:06

A.Cz.

Kiedy zastanawiamy się nad wędrówką Trzech Króli, myślimy przede wszystkim o gwieździe, która ich prowadziła, o spotkaniu z przebiegłym Herodem i darach, jakie wcielony Bóg otrzymał od przybyłych z daleka podróżników. Mamy świadomość, iż złoto, kadzidło i mirra stanowią antycypację losu Jezusa i już w chwilę po narodzinach określają jego przeznaczenie. Wiemy, jak potoczy się dalej historia życia Zbawcy.

www.pl.wikipedia.org
Podróż Magów, James Tissot.
Zobacz

Scena pokłonu Trzech Króli fascynowała wielu malarzy. Zapewne dlatego, że wielkim artystycznym wyzwaniem są odmienna, egzotyczna uroda podróżników, nieznane zwierzęta, na których jechali, wymyślne nakrycia głów dostojników, długie kolorowe płaszcze uszyte z ciężkich tkanin, przy królewskich pokłonach układające się w skomplikowane struktury i wymyślnie udrapowane figury. Albrecht Dürer, Sandro Botticelli, Leonardo da Vinci, Giovanni di Paolo, Fra Angelico, El Greco… Ranga wymienionych malarzy najlepiej świadczy o popularności tematu i nieodpartej chęci przedstawienia go w swoisty, oryginalny sposób. We wszystkich ikonograficznych prezentacjach historii podróży wschodnich władców centralne miejsce zajmuje pokłon Trzech Króli.

Fragment Ewangelii św. Mateusza (2, 1-12) dużo uwagi poświęca spotkaniu Mędrców z Herodem i roli gwiazdy w ich podróży. Autor relacjonuje także spotkanie wędrowców z Bogiem, dary, jakie składają Dzieciątku. Mało uwagi poświęca temu, co nastąpiło po spotkaniu Magów z Dzieciątkiem. Św. Mateusz pisze tylko, że Królowie “inną drogą udali się z powrotem do swojego kraju”. Oczywiste jest, że zmiana trasy odbyła się po ingerencji Anioła i z troski o bezpieczeństwo małego Jezusa. Ale co po drodze przeżywali Królowie? Jak zmieniło się ich życie? Przysłowie mówi, że “podróże kształcą”. Jaką naukę wynieśli władcy ze spotkania z Nowonarodzonym?

Na te pytania daje odpowiedź amerykański poeta mieszkający w Wielkiej Brytanii, laureat Nagrody Nobla z 1948 roku, Thomas S. Eliot, w swoim wierszu Podróż Trzech Króli. Napisany w 1927 roku utwór możemy czytać po polsku dzięki przekładom Józefa Czechowicza (najwcześniejszy, z 1938 roku), Jerzego Pietrkiewicza i Antoniego Libery. Przyjmuje się, że wiersz stanowi wyraz przełomu duchowego autora, jest figurą jego nawrócenia i włączenia do wspólnoty kościoła anglikańskiego. Eliot opowiada dzieje wyprawy Trzech Króli – trudy wędrówki, zmaganie się ludzi i zwierząt z nieprzychylnym klimatem, poczuciem wyobcowania, trudnościami z aprowizacją, głodem i zniechęceniem. Przybywający z bogatych, ciepłych krain wędrowcy musieli pokonać nie tylko zmęczenie, ale i własny głos rozsądku, kierujący ich z niebezpiecznej drogi z powrotem do domu.

Można powiedzieć, że wierszowi Trzej Królowie podążali ku Jezusowi po znakach, które w przyszłości miały się wypełnić treścią Chrystusowej biografii. Pisze Eliot:

“Stanęliśmy przed gospodą porosłą liśćmi wina;

W otworze drzwi sześć rąk rzucało raz po raz kośćmi i zgarniało srebrniki,

Stopy zaś uderzały w puste bukłaki po winie.

Nikt jednak tam nic nie wiedział; ruszyliśmy więc dalej

I dopiero pod wieczór, prawie w ostatniej chwili,

Trafiliśmy w to miejsce – można powiedzieć – właściwe. “

Przedstawiona gra w kości, w której wygraną są srebrniki jest wyraźnym sygnałem zdrady Judasza. My już wiemy, że ma ona nastąpić w trzydzieści trzy lata po podróży Trzech Króli. Potrącane pod stołem puste bukłaki po winie są oczywistą prezentacją stanu świadomości grających – biblijne stare zbiorniki tutaj nie zostały napełnione nową treścią, dlatego też, jak pisze poeta, “nikt jednak tam nic nie wiedział”.

Sens wędrówki Magów nie polega na ich geście złożenia darów. Złoto, kadzidło i mirra znaczą dopiero w perspektywie życia Chrystusa i jego męki. Podobnie mijani po drodze ludzie w gospodzie też nie wiedzą – ich srebrniki nie ważą jeszcze tyle, co zdrada, a bukłaki są zwykłymi przedmiotami. Przed spotkaniem z Bogiem wędrowcy pozostają nieświadomi. Dopiero droga powrotna naznacza sensem całą ich, wydawałoby się, nierozsądną wyprawę. Pisze Eliot:

“Pamiętam, było to dawno;

Dziś bym postąpiłbym tak samo, tylko trzeba zapytać

Trzeba zapytać

O to: czy cała ta droga nas wiodła

Do Narodzin czy Śmierci? Że były to Narodziny, to nie ulega kwestii,

Mieliśmy na to dowody. Bywałem świadkiem narodzin i byłem też świadkiem śmierci,

I było dla mnie jasne, że są to różne rzeczy; jednak te narodziny

Były dla nas konaniem, ciężkim jak Śmierć, śmierć nasza.

Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw,

Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,

Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa.

Rad byłbym innej śmierci.”

Powrót do domu oznacza więc całkowitą, radykalną zmianę świadomości. Trasa, w Biblii uzasadniona poleceniem Anioła, jest inna, bo podróżują nią inni ludzie. Narodziny Chrystusa stały się dla wędrowców śmiercią, konaniem. Podczas drogi do Betlejem umarło stare ja, nowy człowiek nie mieści się już w pozostawionym niegdyś, ciepłym i wygodnym świecie. Spotkanie z prawdziwym Bogiem przekreśla sens całego dotychczasowego życia Trzech Króli. I sprawia, że dopiero teraz poznają prawdziwą wartość swojej egzystencji. Cena tej wiedzy już nie jest ważna. “Dziś postąpiłbym tak samo” – mówi po zakończeniu trudów wędrówki jeden z nich, odnowiony człowiek.

Czy Boże Narodzenie odnowiło także nas? Czy oddany przez nas nie tak dawno pokłon przed Dzieciątkiem w stajence pozostał tylko pustym, rytualnym gestem?

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem