Reklama

Zawsze modlę się przed startem

2017-10-31 14:00

Bogdan Nowak
Edycja szczecińsko-kamieńska 45/2017, str. 7

Bogdan Nowak
Ewa połowę swego życia uprawia lekkoatletykę, dając dowód, że wszystko można osiągnąć

– Zawsze przed startem modlę się, by Bóg mnie wsparł swoją mocą – podkreśla 40-letnia paraolimpijka z Nowogardu Ewa Durska, zajmująca się przez całe swoje dorosłe życie konkurencją lekkoatletyczną polegającą na wypchnięciu czterokilogramowej kuli jednorącz

Gdziekolwiek bywamy w świecie, odwiedzamy rzymskokatolickie kościoły, a nawet, gdy tylko pozwala nam czas, uczestniczymy w Mszy św. Czujemy się wtedy, jak na ojczystej ziemi, w której króluje Chrystus, i tamże szczycimy się polską tożsamością.

Dzięki uprzejmości trenera mogłem nawiązać kontakt z najpopularniejszą nowogardzianką Ewą, która swoim życzliwym głosem zaprosiła mnie telefonicznie na spotkanie przy kawie w jej bardzo przytulnym, nowocześnie urządzonym mieszkaniu.

Ład, porządek i stała troska o elegancję miejsca zamieszkania jeszcze bardziej podnosi rangę tej skromnej mistrzyni świata w pchaniu kulą, której życie było pasmem rozmaitych cierpień.

Reklama

– Urodziłam się w Wojcieszynie niedaleko Nowogardu – wspomina Ewa ubrana w sportowy strój z godłem Polski, w którym reprezentuje swój klub „Barnimie” w Goleniowie na europejskich i światowych mistrzostwach oraz na paraolimpiadach. – Już w polickim ośrodku szkolno-wychowawczym grałam z pasją w koszykówkę. Wprawdzie z tej szkoły wyszłam z dyplomem ogrodnika, to jednak sport stał się domeną całego mojego późniejszego życia. Dobrze, że tak się stało, bo wypełnił u mnie pustkę, jaka powstała po przedwczesnej śmierci moich rodziców. Naszym wychowaniem zajęła się babcia, ale też już nie żyje.

– Od dwudziestu lat trenuje Pani swoją ulubioną dyscyplinę lekkoatletyczną – pchnięcie kulą? – pytam mistrzynię.

– Zrządzeniem boskim moim trenerem od 1997 r. jest pan Waldemar Nowotny z Uczniowskiego Klubu Sportowego „Barnim” w Goleniowie, pod którego kierunkiem cierpliwie ćwiczę, codziennie tam dojeżdżając z Nowogardu. Bez jego sportowego kierownictwa nic bym nie osiągnęła. W pchnięciu kulą istotna jest zarówno technika, jak i siła rzutu. Przygotowując się do zawodów, muszę intensywnie ćwiczyć na siłowni i wykonywać rozmaite pchnięcia kulą z miejsca oraz doskoku. Mam też finansowe i moralne wsparcie aktualnego burmistrza Goleniowa. Czuję się zatem wszędzie ambasadorką tego miasta nad Iną, z dumą nosząc strój z orłem białym.

Wspomniany trener wysoko ceni osobowość mistrzyni paraolimpijskiej Ewy Durskiej: – Ewa jest bardzo wytrwała, skryta, pracowita, systematyczna i nigdy nie poddaje się. Jak coś postanowi, to za wszelką cenę dąży do celu.

Ta wysoka (180 cm wzrostu) sportsmenka mocnej budowy ciała specjalizuje się w pchnięciu kulą w kategorii niepełnosprawności F20. Wywalczyła złote medale na paraolimpiadach w Sydney (2000), w Londynie (2012) i w Rio de Janeiro. A ponadto szczyci się zwycięstwami na mistrzostwach świata w Nowej Zelandii (2011), we Francji (2013) i w Katarze (2015). Także ma sukcesy na mistrzostwach Europy w pchnięciu kulą.

Za swój przykład poświęcenia się lekkoatletyce doceniły ją władze naszego państwa przyznając Brązowy Krzyż Zasługi i rok temu Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski, który wręczył jej sam prezydent RP Andrzej Duda.

Ewa stała się wzorem dla młodzieży, że warto uprawiać czynnie sport, a nie być tylko biernym kibicem sportowców lub rozmaitych meczów. Tylko w taki sposób troszczymy się o zdrowie i sprawność psychofizyczną. Szkoły chętnie ją zapraszają, by z ust takiego autorytetu usłyszeć rady i słowa zachęty, jak uprawiać dyscyplinę lekkoatletyczną, by cieszyć się wszechstronnym rozwojem, zamiast ślęczyć sztywno przy komputerze lub smartfonie.

Zawsze uśmiechnięta olimpijka jest wrażliwa na ludzkie cierpienie. Wspiera potrzebujących w różnym wieku przede wszystkim w swoim regionie.

Złoty medal wywalczony na paraolimpiadzie w Brazylii przekazała na licytację na rzecz ratowania 9-letniej Wiktorii z Goleniowa chorej na białaczkę. Durska była przekonana, że swoją bezinteresowną postawą zachęci innych do finansowej i modlitewnej ofiarności w celu dokonania przeszczepu szpiku u tej uczennicy goleniowskiej szkoły.

Dziewczynka przeszła już stosowny zabieg w Bydgoszczy i jej organizm przystosowuje się do właściwego funkcjonowania. Takie ratowanie ze śmiertelnej choroby jest jednak kosztowne, dlatego każda złotówka jest potrzebna.

Wzruszająco o Ewie mówi jedna z goleniowskich nauczycielek: – Pani Ewa jest osobą niezwykłą. Jest bardzo optymistyczna, emanuje radością i pozytywną energią. Każdy, kto choć raz miał z nią kontakt, zapamięta ją na całe życie… Jest przykładem tego, że jeżeli bardzo się chce, to można osiągnąć wszystko, a bariery są tylko w naszych głowach.

Durska ma świadomość, że jej dalsze sukcesy i występy międzynarodowe (szczególnie na paraolimpiadzie w Tokio) zależą od własnej kondycji, zdrowia i systematycznych ćwiczeń, dlatego w tym swoim powołaniu nie ustaje.

Mówi sobie i innym: – Trzeba iść ciągle do przodu, nie wracając do przeszłości. Tak jest w sporcie, ale także we wszystkim innych dziedzinach życia. Po nas zostanie tylko dobro, które czyniliśmy.

Tagi:
sport sportowiec

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego

2018-05-20 08:25

awo, mo, mp / Warszawa (KAI)

Dziś - siedem tygodni po obchodach zmartwychwstania Jezusa Chrystusa - Kościół katolicki obchodzi uroczystość Zesłania Ducha Świętego. Tym samym świętuje swoje narodziny, bo w tym dniu, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich, grono Apostołów zostało "uzbrojone mocą z wysoka" a Duch Święty czyni z odkupionych przez Chrystusa jeden organizm - wspólnotę. Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele okres wielkanocny.

Pio Si/Fotolia.com

W języku liturgicznym święto Ducha Świętego nazywa się "Pięćdziesiątnicą" - z greckiego Pentecostes, tj. pięćdziesiątka, - bo obchodzi się 50-go dnia po Zmartwychwstaniu Pańskim.

Na zgromadzonych w Wieczerniku Apostołów, jak pisze św. Łukasz w Dziejach Apostolskich Jezus Chrystus zesłał Ducha Pocieszyciela, by Ten, doprowadził do końca dzieło zbawienia. "I stał się z prędka z nieba szum, jakoby przypadającego wiatru gwałtownego, i napełnił wszystek dom, gdzie siedzieli. I ukazały się im rozdzielone języki jakoby ognia, i usiadł na każdym z nich z osobna: i napełnieni są wszyscy Duchem Świętym i poczęli mówić rozmaitymi językami, jako im Duch Święty wymawiać dawał" (Dzieje Ap., II, 2-4).

W ten sposób rozpoczyna się nowy etap - czas Kościoła, który ożywiony darem z nieba rozpoczyna przepowiadanie radosnej nowiny o zbawieniu w Chrystusie.

Duch Święty dzięki swoim darom: mądrości, rozumu, rady, męstwa, umiejętności, pobożności i bojaźni Bożej uzdalnia wiernych do dojrzałej obecności w świecie. Kieruje losami Kościoła, kiedy wybiera do grona Apostołów w miejsce Judasza św. Macieja, kiedy prosi o wyznaczenie Barnaby i Pawła, jak pisze święty Łukasz "do dzieła, które im wyznaczyłem", czy kiedy posyła Apostołów do tego, by w określonych częściach świata głosili Ewangelię. Wprowadza wspólnotę wierzących w głębsze rozumienie tajemnicy Chrystusa, dając im zrozumienie Pisma świętego.

Uroczystość liturgiczna Zesłania Ducha Świętego sięga pierwszych wieków chrześcijaństwa. Łączono ją z Wielkanocą, a od IV w. wyodrębniono jako osobne święto, uroczyście obchodzone zarówno w Kościele Wschodnim jak i Zachodnim. Synod w Elwirze urzędowo wprowadził ją w 306 roku. W wigilię Pięćdziesiątnicy, podobnie jak w wigilię Wielkanocy, święcono wodę do chrztu świętego i udzielano chrztu katechumenom.

Papież Leon XIII wprowadził nowennę, czyli dziewięciodniowe przygotowania modlitewne na przyjście Ducha Świętego, aby dokonał przemiany w naszych sercach, tak jak przemienił Apostołów w Wieczerniku.

W Polsce w niektórych regionach Wielkanoc nazywa się Białą Paschą, a Zesłanie Ducha Świętego - Czerwoną, prawdopodobnie dlatego, że dopiero po Jego zstąpieniu Apostołowie stali się zdolni do dawania świadectwa krwi.

Uroczystość tę powszechnie nazywa się w Polsce Zielonymi Świętami, gdyż w okresie, w którym jest obchodzona, przyroda odnawia się po zimie, a zieleń jest dominującym kolorem pejzażu. Wszystkie obrzędy ludowe z nimi związane noszą piętno radości i wesela. Kościoły, domy, obejścia przybrane są "majem" - najczęściej młodymi brzózkami; posadzkę kościelną, podłogę chat i wiejskie podwórka potrząsają wonnym tatarakiem; wszędzie rozlewa się rzeźwa woń świeżej majowej zieleni.

Uroczystość Zesłania Ducha Świętego kończy w Kościele katolickim okres wielkanocny.

Symbolem Ducha Świętego jest gołębica. Zwykło się też przedstawiać go w postaci ognistych języków, gdyż tak Dzieje Apostolskie opisują jego zesłanie na Apostołów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Módl się więcej…”

2018-05-21 00:30

Agnieszka Bugała

Agnieszka Bugała
o. Norbert Oczkowski rozpoczyna Adorację Najśw. Sakramentu

- Wujku, a czy pan Alan będzie mówił o tym, jak był bardzo zły, a Pan Bóg naprawił mu życie? – spytała mała dziewczynka siedząca w drugim rzędzie w czasie Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego zorganizowanego we wrocławskiej Hali Stulecia. – O tym już mówił – odpowiedział szczupły mężczyzna w granatowej marynarce.

– A, to szkoda, bo najbardziej lubię słuchać o tym jak mu naprawił.

Ta rozmowa odbyła się między dziewczynką, która przyjechała z opiekunami, z wydawnictwa Esprit i tłumaczem Alana Amesa w czasie spotkania. Australijski wizjoner mieszka w Perth, w Australii. Ma kierownika duchowego i spowiednika. Spisany na podstawie jego prywatnych objawień zbiór opowieści o życiu Jezusa pt. „Oczami Jezusa” (w Polsce wydany przez wyd. Esprit) przypomina wizje bł. Anny Katarzyny Emmerich i św. Brygidy Szwedzkiej. Ale nie zawsze tak było i o tym właśnie wspomniała dziewczynka: Był złym człowiekiem i Bóg naprawił mu życie.

Carver Alan Ames ma 65 lat, od 23 lat jest nawrócony. Był gangsterem motocyklowym, mówi, że popełnił wszystkie grzechy, które są na liście do popełnienia, bez żadnych skrupułów. Teraz ma wizje, rozmawia z Jezusem, Matką Bożą, z aniołami i świętymi. Kościół nie potwierdził jego prywatnych objawień, ale Ames jeździ po świecie i głosi Ewangelię, zawsze za zgodą miejscowego biskupa.

W maju br. przyjechał do Polski, zaplanowano, że odwiedzi sześć miast. Wigilię Czuwania przed Zesłaniem Ducha Świętego spędził we Wrocławiu, gdzie wygłosił dwie konferencje i poprowadził modlitwę o uzdrowienie.

Czuwanie w Centrum Wystawowym Hali Stulecia zorganizowała wspólnota Galilea z o. Norbertem Oczkowskim, ich dominikańskim opiekunem i Odnowa w Duchu Św. archidiecezji wrocławskiej z ks. Wojciechem Jaśkiewiczem (obydwaj obecni na czuwaniu). Oprawę muzyczną w czasie modlitwy i Eucharystii zapewnił zespół N.O.E., czyli Nieograniczona - Odpowiedzialność – Ewangelizacyjna. W spotkania, które trwało od godz. 15.00 w sobotę 19 maja do ok. 3.w nocy 20 maja wzięło udział niemal tysiąc osób.

Alan Ames nie jest typowym liderem charyzmatycznym. Raczej schowany, niż dający się rozchwytywać. Unika tłumów, choć w kameralnym gronie jest bardzo serdeczny. Zależy mu, aby nie być w centrum modlitwy. Dba o to, aby w czasie adoracji i spotkań modlitewnych, w których bierze udział, była szansa na spowiedź (we Wrocławiu takiej nie było). Mówi, że można mieć wizje i one są darem cudownym, ale najważniejszy jest Jezus w Eucharystii. Z tym darem, Obecnością Żywego Boga, nic nie może się równać.

Udało mi się go spotkać zanim wszedł do sali, w której miał głosić. Trwała tam już modlitwa uwielbienia prowadzona przez Artura Skowrona, trwał muzyczny ferwor, w powietrzu wirowały chusty z woalu. Przed drzwiami stał Alan Ames, z pochylona głową, na której kładł ręce skupiony kapłan. Dowiedziałam się później, że poprosił o kapłańskie błogosławieństwo, bo nie głosi konferencji bez niego. Jeszcze jakaś pani zdążyła mu podarować słoiczek polskich przetworów, ktoś poprosił o autograf w książce i wtedy dopiero ruszył do ludzi. Uśmiechnięty, ale bardzo skupiony. Ani śladu gwiazdora, ani śladu blichtru. Niski, w błękitnej koszuli, z teczką pełną drobiazgów pierwszej potrzeby – jest cukrzykiem, a taka posługa to dla niego wyczerpujący wysiłek.

Gdy stanął przy pulpicie, była w nim cisza a w oczach radość. Jakby odbijał inny świat i te wszystkie spotkania, z Jezusem, Maryją, świętymi – i chciał się tym w jak najlepszy sposób podzielić. Ledwie zaczął mówić, a niespodziewanie stanęła obok niego nieduża dziewczynka. Wtuliła się w niego i stała przez dłuższą chwilę. Wywołała burze oklasków, ale Ames tylko się uśmiechnął i zrobił jej na czole znak krzyża.

- Nasza wiara jest wiarą radości – zaczął. - Kiedy pozwolimy Duchowi Świętemu otworzyć nas całkowicie na Boga, to ta wspaniała radość może być w nas w każdej chwili naszego życia. Wielką pomocą w naszym życiu duchowym jest Maryja, ona jest przecież Oblubienicą Ducha. - Skoro jesteśmy w miesiącu maju, to muszę wam chociaż trochę opowiedzieć o Matce Bożej – wyznał.

I przypomniał ten moment swojego życia, kiedy Bóg dotknął go po raz pierwszy, ukazała mu się wtedy św. Teresa z Avila i poprosiła, aby odmawiał 15. dziesiątek różańca każdego dnia. To wiązało się z wielkim zmaganiem, byłem człowiekiem, który nigdy wcześniej nie modlił się różańcem – mówił. Ale po jakimś czasie udało mi się zdyscyplinować i odmawiałem.

Przypomniał też swoja podróż do Londynu, którą odbył już po nawróceniu. Urodził się tam, tam też był gangsterem, prowadził życie przestępcy, ale potem wyemigrował do Australii, gdzie mieszka do dziś.

- Pojechałem do Londynu, na wakacje i wszedłem do kościoła, który kiedyś, gdy byłem młody, okradłem. Ale na szczęście nie było tam tego samego proboszcza – dodał serdecznie wywołując gromki śmiech. - Podszedłem do przodu, przed figurę Bożego Serca i zacząłem się modlić. Po chwili ta figura zmieniła się, zaczęła jaśnieć na biało i serce w figurze też się odmieniło. Przede mną stała Najświętsza Dziewica. Mogłem dostrzec Jej Serce z białymi różami. Dopiero później uświadomiłem sobie, że dane mi było zobaczyć Niepokalane Serce Maryi!

Alan mówił przejęty, że przecież nigdy wcześniej nie słyszał o Niepokalanym Sercu! Zrozumiał też, że te dwa Serca są jednym, widział Je jako jedno. Maryja powiedziała mu: Jestem twoją Matką, jestem matką każdego i kocham cię, jak Matka. I wszystko, czego pragnę dla ciebie i dla wszystkich moich dzieci, to przyprowadzić cię bliżej do Boga, otworzyć wasze serca na Boga. Powiedziała mu: Módl się, módl się, módl się…

Według Alana Maryi chodziło o to, aby zaczął odmawiać 45. dziesiątków różańca dziennie. I odmawiał, chociaż to było wielkie zmaganie! Przyznawał też, że czas biegł i odmawianie stało się coraz prostsze, zaczynał dzień od tych 45. dziesiątek. Ale potem Matka Boża powiedziała, by modlił się więcej, więc dodał Koronkę do Miłosierdzia Bożego – wspaniałą modlitwę.

- Matka Boża znów przyszła i powiedziała: Módl się więcej… Więc zacząłem w ciągu dnia dodawać kolejne modlitwy. Ale Matka Boża nie była usatysfakcjonowana, powiedziała: Módl się więcej… - opowiadał Ames. - Więc spytałem: Jak mogę się modlić więcej? Odmawiam 45. dziesiątek różańca, Koronkę i inne modlitwy, jak mogę więcej? To jest niemożliwe…

Gdy to mówił, w sali wypełnionej tysiącem osób panowała cisza przerywana serdecznymi westchnieniami. Trudno sobie wyobrazić rozpoczynanie dnia od odmówienia 45.dziesiatek różańca. Jednak patrząc na starszego, uśmiechniętego pana, który podobno kiedyś był niebezpiecznym gangsterem, można było uwierzyć w ciemno, że to robił. Nasuwała się myśl: Jaką musiał mieć moc głos Maryi, że Alan Ames, który kiedyś bez skrupułów okradł swój kościół parafialny, chciał modlić się więcej?

Maryja podpowiedziała mu jak to robić. Że nie chodzi o ilość modlitw, choć to jest bardzo ważne, ale o zupełnie inny aspekt, aspekt serca i zapraszania Boga do wszystkiego.

- Wiesz, jeśli poprosisz Ducha Świętego, żeby ci pomógł ofiarować każda myśl, którą masz, każde słowo, które wypowiadasz, każdy oddech, który bierzesz, każde uderzenie swojego serca, każde działanie, czyn, jeżeli to ofiarujesz jako modlitwę miłości dla Boga – mówił mu Maryja. - Ale przecież ja nie umiem tego robić! – odpowiadał. Matka Boża powiedziała: spróbuj, po prostu postaraj się.

Tylko tego Bóg oczekuje od nas: abyśmy robili co w naszej mocy. Oczywiście, możemy upadać, ale próbujmy, dlatego, że próbując, robiąc to, co w naszej mocy, robimy to, co Bogu wystarcza – mówił Alan. I przyznawał, że spróbował, ale nic się nie stało. Długo próbował, aż wreszcie pewnego dnia uświadomił sobie, że wszystko, co robił, robił dla Boga. Nawet, gdy spotykał się z ludźmi, w myślach prosił Boga, aby te słowa, które wypowiadał, były od Niego. W ten sposób cały dzień stawał się nieustanną modlitwą miłości do Boga. To było niesamowite i wciąż jest.

Gdy tak robimy, to radość Boża w nas przebywa. Duch Boży jest z nami i całe nasze życie należy do Niego – pouczał. - Czasem jednak temu przeszkadzamy, przeszkadzamy, aby to się w naszym życiu wydarzało. Nasza własna wola jest tu barierą. Myślimy: To jest to, czego Bóg ode mnie oczekuje i my decydujemy o tym, co Bóg ma uczynić w naszym życiu.

Australijczyk podkreślał jak bardzo wchodzimy w kompetencje Boga. Modlimy się, ale podpowiadamy Bogu, co byłoby dla nas najlepsze. - Czasem nawet mówimy Mu co ma w naszym życiu zrobić. Chcemy ten dar, tę łaskę. I nagle okazuje się, że zaczynamy od Boga wymagać, naszą wole stawiamy przed wolą Bożą. - A ważne jest, aby każdego dnia zostawiać własną wolę z boku. Tego, oczywiście, nie da się uczynić własnymi siłami, o tę łaskę trzeba prosić Ducha Świętego każdego dnia, abyśmy stawali się podlegli woli Bożej. Musimy prosić o poddanie się Jego woli całkowicie, nawet jeśli miałoby to wiązać się ze śmiercią. Dlatego, że to w poddaniu Bogu ukazujemy, że nasza miłość jest prawdziwa. Gdy otwieramy się z pokorą na Boga, gdy uświadamiamy sobie, że to On powinien rządzić w naszym życiu, wtedy przestajemy się lękać Bożej woli – tłumaczył.

Podkreślał też, że aby pozwolić Bożej woli panować w naszym życiu, to musimy zgodzić się na zmiany, a my bardzo często nie chcemy zmieniać własnego życia. Jesteśmy zadowoleni z rzeczy tego świata i te przedkładamy nad Boga. Gdy jesteśmy podatni na Boga, dzieją się najlepsze rzeczy w naszym życiu. I nawet, jeśli są w naszym życiu ciężkie krzyże, to wołajmy do Boga: Panie, jeśli Ty chcesz, abym ja miał ten krzyż, to aj go obejmę z miłości do Ciebie.

W czasie drugiej konferencji podzielił się wstrząsającym doświadczeniem wizji, gdy zobaczył

Jezusa na krzyżu – cierpiącego i umierającego. - To był jednocześnie najpiękniejszy i najgorszy dzień w moim życiu – mówił. - Widziałem Jezusa wiszącego na krzyżu, który przeprowadził mnie przez wszystkie grzechy, które popełniłem od dzieciństwa. Wydawało mi się, że grzeszyłem w każdej chwili mojego życia, widziałem, jak te grzechy raniły Jezusa, jak stawały się biczem, który smagał Jego plecy, jak stawały się koroną z cierni na Jego głowie. Ujrzałem gwoździe, jako moje grzechy. Widząc Go na krzyżu uświadomiłem sobie, że to ja Go ukrzyżowałem. A jednak, mimo tego wszystkiego, wołał mnie łagodną miłością i mówił, że mnie kocha, że chce mi przebaczyć. W tamtej chwili nie chciałem więcej istnieć. Prosiłem Jezusa, by pozwolił mi umrzeć i pójść do piekła. Jaka ja mogłem zranić Tego Delikatnego…?

Upadłem na ziemię, płakałem, szlochałem – przez trzy godziny błagałem Pana, by mnie posłał do piekła. Jezus powiedział: Ja ci przebaczam, poproś o moje przebaczenie. Po tej Jego delikatnej zachęcie poprosiłem o to Jego przebaczenie. I On mi go udzielił! Poczułem się tak, jakby spadło brzemię. Jezus podniósł mnie na krzyż, do siebie. I przez chwilę doświadczyłem ułamek z Jego cierpienia. Ale doświadczyłem też Jego wielkiej radości, kiedy patrzył ponad czas i widział wszystkie dusze, które zostaną zbawione przez Jego cierpienie. W ten sam sposób może posługiwać się naszym cierpieniem, aby wylewać łaskę na potrzebujące dusze. Gdy objąłem krzyż, razem z Jezusem, zapragnąłem, bym mógł cierpieć więcej, jeśli to pozwoli, aby ktoś mógł być zbawiony. Wtedy ujrzałem, jak cenne są ludzkie dusze dla Boga.

- Jeśli doświadczasz cierpienia, jeśli nosisz ciężki krzyż w życiu – nie obwiniaj Boga za te trudności. Podziękuj Bogu za okazje do cierpienia w Jego Imię – radził.

Ważną częścią tego wystąpienia była refleksja nt. sakramentu spowiedzi. W czasach, gdy pojawia się pogląd, że wiara jest sprawą prywatną, a Bóg równie mocno może mówić do człowieka nie tylko w kościele, ale również w górach i w lesie, a wyznanie Mu grzechów nie potrzebuje pośrednictwa księdza, bo przecież Bóg wszystko wie, Alan Ames potwierdził swoimi objawieniami to, co głosi Kościół: Tylko wyznanie grzechów w sakramencie spowiedzi gładzi grzechy i oczyszcza nasza duszę przed Bogiem.

Ames, który rozmawia z Jezusem, ma pewność Jego istnienia i miłości, został przez samego Jezusa wezwany do odbycia spowiedzi.

- Pan powiedział mi też: Idź do spowiedzi - mówił. Dlaczego? Przecież przeprowadziłeś mnie przez wszystkie moje grzechy, chciałem nawet umrzeć, iść do piekła, a Ty powiedziałeś, że mi przebaczyłeś a teraz mówisz mi, że mam jeszcze iść do spowiedzi? – pytał Jezusa. Postrzegał spowiedź, jako takie miejsce, w którym kapłan pokazuje swój autorytet, władzę, ale Jezus wyjaśnił, że to zupełnie nie tak. - W sakramencie spowiedzi Duch Św. oczyszcza i uzdrawia duszę i jest bardzo ważne, aby często przychodzić i przyjmować tę łaskę po przez kapłana. Jest również ważne, aby w czasie spowiedzi rozpoznawać zło, które popełniamy i mieć siłę się tego wyrzec –tłumaczył Ames powołując się na wyjaśnienia Jezusa.

Podpowiadał też konieczność zerwania z grzechem, nawet najmniejszym.

- Jeśli chcesz uzdrowienia w swoim życiu, to ono się nie wydarzy, jeśli będziesz trzymał się swoich grzechów. Jeśli trzymasz się swojego grzechu, nawet najmniejszego, to zostawiasz uchylone drzwi w swej duszy i Zły może cie przez to dosięgnąć, może cię przyciągać do jeszcze większych i większych rzeczy. I będziesz coraz dalej i dalej od Boga…

Jezus wie o nas wszystko, nie musimy próbować niczego o sobie ukrywać, On zna nasze złe myśli i czyny. On chce, aby przyjść i powiedzieć Mu to, co On już wie, i w ten sposób dać szansę Duchowi Świętemu oczyścić i uleczyć naszą duszę.

- I nie trzeba się bać – dodawał – bo Bóg jest kimś cudownym.

Wystąpienie Alana Amesa było ostatnią z konferencji w czasie Czuwania. Po nim australijski charyzmatyk modlił się nad każdym z uczestników spotkania indywidualną modlitwą o uzdrowienie. Chętni stawali w rzędzie przed ołtarzem w oczekiwaniu na krótką modlitwę. Ames, z krzyżem w prawej ręce, stawał przed każdym i kreślił znak krzyża na czole. Modlitwa o uzdrowienie odbywała się w czasie wystawienia Najświętszego Sakramentu.

- To konieczne, powiedział mi Alan Ames – to Jezus uzdrawia, to On jest tu Gospodarzem i Cudotwórcą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem