Reklama

Sklep sakralny

gps na życie

Trzeźwy – znaczy silny

2017-10-31 11:27

Z Natalią Niemen rozmawia Przemysław Chmielowiec
Niedziela Ogólnopolska 45/2017, str. 50-51

Materiały prasowe organizatorów kampanii „Nie piję, bo kocham"

Natalia Niemen, wokalistka i kompozytorka, ambasadorka kampanii społecznej „Nie piję, bo kocham”, mówi o problemie alkoholizmu

PRZEMYSŁAW CHMIELOWIEC: – Co dla Pani oznacza hasło przewodnie kampanii społecznej „Nie piję, bo kocham”?

NATALIA NIEMEN: – To znaczy, że podejmuję twardą decyzję, iż nie będę robić rzeczy, które wpłyną źle fizycznie, duszewnie i duchowo na ludzi, którzy są dla mnie najważniejsi. Nie jest to łatwe, zwłaszcza kiedy mamy jakiś problem, który krótkotrwale rozwiązujemy np. przy pomocy alkoholu. Uważam, że człowiek nie jest robotem. Jesteśmy bardzo słabi. Ja jestem bardzo słaba. I bywa tak, że nawet jak kochamy, strasznie ciężko jest porzucić jakiś nałóg, krótkonożny sposób na doznanie choć krótkotrwałej ulgi nawet wtedy, kiedy wiemy, że niszczymy naszych bliskich. Człowiek jest stworzeniem niezwykle złożonym. I takie decyzje nie są wcale łatwe.
Zaproszono mnie do wzięcia udziału w owej akcji i po prostu uznałam, iż jest to dobre i wartościowe. Poza tym, jestem w ciąży i sprawa jest dla mnie tym bardziej istotna.

– Czy miała Pani w swoim życiu takie sytuacje, które zniechęciły Panią do alkoholu?

– Oczywiście. Poważne problemy ze zdrowiem, kiedy już stałam pod ścianą i czułam, że czeka mnie niechybnie tamta strona. Nie stroniłam specjalnie od alkoholu. Nie przeczę, że lubiłam się napić dobrego wina czy innych trunków. W pewnym momencie jednak zauważyłam, iż mój organizm coraz gorzej reaguje na podaż tego typu wlewek. Jednakowoż, sprawiało mi to również jakiś rodzaj przyjemności, w związku z czym dość trudno było mi z tego zrezygnować.

– A czy był taki moment, kiedy powiedziała sobie Pani – „więcej się nie napiję”?

– Tak. Tak jak wspomniałam powyżej. Poważne problemy zdrowotne, spowodowane nie piciem, ale wieloletnim zatruciem toksynami zawartymi w jedzeniu, stresami życiowymi oraz pewnymi kłopotami ze zdrowiem, które mam od wczesnego dzieciństwa. Mam dla kogo żyć i być zdrowa. Autentycznie, byłam wdzięczna Bogu za swoiste apogeum spiętrzonych problemów zdrowotnych, bo to doprowadziło do tego, że powiedziałam sobie: „Nigdy już nie chcę pić żadnego alkoholu”. Być może, gdy przestanę karmić, napiję się kiedyś lampki dobrego wina lub pół szklaneczki prawdziwego piwa do obiadu. Mój mąż robi świetne likiery. Chyba kiedyś się skuszę na odrobinę. Natomiast zdecydowanie wolałabym trwać na stanowisku, iż nie biorę alkoholu do ust. Jak tak będę myśleć, to taka odrobinka, powiedzmy raz na pół roku, wierzę, że mi nie zaszkodzi.

– Zna Pani ludzi, którzy cierpią, bo ich najbliżsi – np. rodzice – nadużywali alkoholu i ta trauma ciągnie się za nimi do dziś?

– Oczywiście. Bardzo wielu. To bardzo polski problem. Znam przypadki, kiedy tacy rodzice byli potworami, ale także chyba więcej przypadków, gdy ojciec lub matka nie radzili sobie zwyczajnie z życiem, własnymi traumami, odrzuceniem i innymi możliwymi problemami i wówczas pili. Byli niewolnikami nałogu, jednocześnie nienawidząc siebie za tę słabość, fatalną moc sprawczą. To jest prawdziwy dramat. Ludzki dramat. Bo życie ludzkie jest dramatem. Jeżeli chcesz dobrze, ale wokół wszystko się wali, chcesz być silny, ale nie dajesz rady, nie znajdujesz miłości i pomocy wśród bliskich, czujesz, że Bóg milczy, możesz wejść na grząskie tereny alkoholizmu. Jego formy wyraźnej bądź ukrytej.
Osobiście uważam, że częste zaglądanie do kielicha najczęściej jest spowodowane samotnością, poczuciem odrzucenia, niepotrzebności oraz nieprzebaczeniem samemu sobie. To są bardzo trudne sprawy i nie jest dobrze takich ludzi osądzać. Trzeba im pomóc. Bo oni sobie często zwyczajnie nie radzą. Nie wystarczy gadanie i pouczanie. Ono właściwie zawsze przynosi efekt odwrotny od zamierzonego. A potomstwo takich osób? Tak, ponosi konsekwencje. Ich dzieci i wnuki, czasem prawnuki. Ciężkie i bardzo trudne są to sprawy.

– Co to znaczy według Pani być wolnym od alkoholu?

– To znaczy nie czuć do niego namiętności i pożądania.

– Czy uważa Pani, że kwestia trzeźwości jest ważna?

– Bardzo ważna. Ze względu na wspomniane przeze mnie osobiste problemy zdrowotne, które ciągnęły się latami i nikt nie umiał mi pomóc. Doszłam do wniosku, iż człowiek trzeźwy to człowiek silniejszy. I nie chodzi tu o picie na umór. Można być nietrzeźwym również po lampce wina, jeżeli ktoś ma słabą głowę. Tu trzeba osobistego rozeznania. W Nowym Testamencie czytamy, że wino jest zdrowe. Natomiast od osobistej intuicji i mądrości, umiejętności obserwowania reakcji swojego organizmu zależy, ile ja mogę się napić, aby wino czy jakaś zdrowotna nalewka mi nie zaszkodziły, a pomogły. Trzeba siebie po prostu obserwować i wyciągać mądre wnioski. Czyli, napić się tak, aby pozostać trzeźwym na ciele, duchu i umyśle. To jest mądre.

– Co daje wolność od alkoholu?

– Poczucie bycia prawdziwie wolnym, szczęśliwym, oddychającym pełną piersią. Cieszącym się lepszym zdrowiem fizycznym, psychicznym, wszelakim. To się tyczy każdego nałogu i zgubnych dla nas i naszych bliskich tendencji. Miałam i mam kilka nałogów, jednym z nich był przez parę lat facebook. Okradał mnie z cennych rzeczy, takich jak spokój, sowity czas z rodziną, z hobby etc. Skończył się poprzez ostrą traumę facebookową w postaci kilkumiesięcznego zaszczuwania mnie przez złych ludzi piszących na tym portalu społecznościowym do mnie. „Siedzenie” na fb przeszło mi na amen. Czasami potrzeba niestety niezwykle mocnego szarpnięcia, by przerwać „picie z cysterny dziurawej”, nawiązując do nomenklatury starotestamentowej. Tak, że wiem, jak to jest.

– Czy zatem warto organizować takie kampanie społeczne jak „Nie piję, bo kocham”? Co one mogą dać?

– Hm... myślę, że istnieje w tym spora wartość, jeżeli łączy się to z autentyczną pomocą wobec schorowanych na duszy ludzi. Któż z nas takiej duszy nie ma. Dlatego powinniśmy rozumieć tych, którzy sobie nie radzą. Nikt nie pije bez powodu. Zawsze jest jakiś powód. I w tym kontekście uważam, że dużo więcej można zrobić będąc po prostu blisko takich ludzi. W zależności od mocy sprawczych można je otoczyć modlitwą, stać się terapeutą, stworzyć ośrodek dla uzależnionych i robić dużo innych praktycznych rzeczy, aby takim osobom autentycznie pomóc. Kampania sama w sobie ze zdjęciami ambasadorów, gadaniem, teoretyzowaniem, reklamą zdziałać może niewiele. Może tylko tyle, że ludzie trzeźwi i potępiający tych, którzy mają z alkoholem problem, ucieszą się, że coś takiego się nagłaśnia. Ale przecież nie o to w tym wszystkim chodzi, prawda?

– Oczywiście. Faktem jednak jest, że młodzi coraz szybciej sięgają po alkohol. Jak według Pani można temu przeciwdziałać?

– Rodzina, rodzina, rodzina. Relacje, relacje, relacje. Miłość, miłość, miłość. Tylko tyle i aż tyle. Recepta brzmi super. Gorzej rzecz się ma z jej realizacją. Jeżeli rodzice od dzieciństwa nie budują z dziećmi relacji, nie dbają w sposób świadomy i poważny o ich rozwój emocjonalny, o wspólną zdrową relację, nie wspierają swoich dzieci, to te w wieku dojrzewania z reguły idą w tzw. długą. Dlaczego? Z powodu samotności, poczucia bycia nieważnym, małowartościowym. Nie znają swojej tożsamości. Bardzo łatwo wtedy o skwapliwe skorzystanie z ułudy alkoholizmu, narkotyków, seksu. To wszystko, niestety, zaczyna się z braków w rodzinie.

– Dlaczego alkoholizm to problem społeczny?

– Jest to problem społeczny, gdyż jest bardzo nagminny, szczególnie w Polsce. Moim zdaniem, jest to problem w dużej mierze – nie chcę, by to zabrzmiało zbyt metafizycznie – duchowy. Coś jest w tym narodzie takiego, że alkoholizm potwornie „jeździ” po ludziach. Po całych pokoleniach. Dużą pokusą jest tego narodowego problemu strywializowanie.
Osobiście uważam, że mądry człowiek ma nieprzepartą chęć, by nad sobą pracować. Byłoby super, gdybyśmy wszyscy pragęli gorąco nad sobą pracować i zmieniać się na lepsze. W takich rodzinach, grupach, środowiskach, krajach młodzi wchodzący w życie byliby jak dobrze wyhodowane rośliny. Marzenia utopisty?... (śmiech).

– Zna Pani kobiety, które w ciąży piły/piją alkohol? Powszechnie mówi się o FAS (alkoholowy zespół płodowy – przyp. red.) i innych skutkach, ale w codziennym życiu często słyszymy, że „jeden nikomu nie zaszkodził” albo „dobre na krążenie”.

– Nie znam ich osobiście, ale słyszałam o wielu. Powiem szczerze, że znałam kiedyś lekarza, który twierdził, że jedna lampka raz na jakiś czas w ciąży nie zaszkodzi i będzie dobra właśnie na krążenie. Myślę, że sprawa wygląda tak: jeżeli kobieta miała problemy z alkoholem przed ciążą, wie, iż jest to jej pięta achillesowa, to winna postawić sobie całkowity zakaz picia choćby owej przysłowiowej lampki. Z lampki mogłyby się zrobić dwie lub więcej.

– Czy uważa Pani, że potrzebne są też jakieś regulacje prawne obostrzające sprzedaż i kupno alkoholu?

– Uważam, że żadne prawo nie zmieni serc ludzkich. A gorzej – doprowadzi do gorszych rzeczy w myśl zasady, że zakazany owoc smakuje najlepiej. Aczkolwiek bez praw, ustaw, zasad człowiek się rozpada, rozleniwia, zostaje powoli demontowana jego moralność. Ramy są dobre, ale kiedy są przepełnione empatią, zrozumieniem i chęcią pomocy drugiemu człowiekowi. Suche zasady łączone z pogardą do innych zawsze wywołają wściekłość, bunt i nieposłuszeństwo.

– Czy piła Pani alkohol przy dzieciach? Jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu?

– Tak, kiedyś piłam alkohol przy dzieciach. Mój mąż jest zapalonym winiarzem, przyjaźni się z właścicielem winiarni, mają wspólny temat. Przypominam, że już w Ewangeliach czytamy o zdrowotnych właściwościach wina. Sam Jezus wino pił. W krajach śródziemnomorskich regularne pochłeptywanie małych ilości wina utrzymuje w zdrowiu mieszkańców tego regionu. Rozumiem, że w Polsce nawet takie podejście może się źle kojarzyć, gdyż jak już wspominałam i jak też wszyscy wiemy, alkoholizm jest problemem wybitnie polskim. Picie wina do posiłku, moim zdaniem, nie jest dawaniem złego przykładu dzieciom. Przyjaźnimy się z wieloma rodzinami, gdzie przy wspólnym stole siedzą dzieci i dorośli i jest to normalne, że dorośli popijają posiłek dobrym winkiem. Nie stanowi to zagrożenia dla naszych dzieci.
Jak rozmawiać z dziećmi o alkoholu? O tym, dlaczego my pijemy (uściślę – ja od prawie roku nie piję, bo i zdrowie, i ciąża) nie rozmawiamy, bo dla naszych synów to normalne, że czasem jest wino na stole, gdy jesteśmy w gościach lub ktoś przychodzi do nas na obiad czy kolację. Z synami natomiast bywa, że rozmawiam o alkoholu, gdy gdzieś zobaczymy osobę pijaną albo usłyszymy o kimś, kto ma poważne problemy alkoholowe. Tłumaczę im wtedy, że nie można takich ludzi odrzucać i potępiać, bo to, że ktoś pije, nigdy nie bierze się bez powodu. I jest to straszliwy dramat ludzki.

– Uczy Pani synów wrażliwości na człowieka, a czy problem alkoholowy może kogoś nie dotyczyć?

– Wydaje mi się, że zważywszy na to, iż każdy człowiek jest grzeszny, potencjalnie każdy mógłby taki problem mieć. Jako naród jesteśmy też duchem alkoholizmu bardzo zniewoleni. Jak nie my sami, to nasi przodkowie. Więc, niejako, bardzo wielu Polaków problem alkoholizmu dotyczy.

Tagi:
wywiad

Ks. Ptasznik: dziś Jan Paweł II wzywałby nas do jedności

2018-10-15 13:46

rozmawiali Krzysztof Stępkowski i Małgorzata Muszańska / Warszawa (KAI)

– Niestety, wydaje mi się, że pontyfikat Jana Pawła II coraz bardziej idzie w zapomnienie. Osoba nie, ale pontyfikat tak – mówi w wywiadzie dla KAI ks. prałat Paweł Ptasznik z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej. W przeddzień 40. rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły wspomina swoją pracę u boku św. Jana Pawła II i podkreśla konieczność refleksji nad Jego pontyfikatem.

Archiwum ks. Pawła Ptasznika
Ks. prał. Paweł Ptasznik na tle Pałacu Apostolskiego w Watykanie

Ks. Paweł Ptasznik: – Propozycja pracy w Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu przyszła z Watykanu. Było to rok po moim powrocie ze studiów w Rzymie. Była tak niespodziewana, że w pierwszej chwili zacząłem się głupio wymawiać, że seminarium, że klerycy, że dopiero co zacząłem... Ale – dzięki Bogu – kard. Franciszek zamknął kwestię jednym zdaniem: „Wiesz, nie możemy powiedzieć Ojcu Świętemu, że nie ma nikogo, kto by cię tu zastąpił...”. Nieustannie jestem mu za to zdanie wdzięczny. Wtedy dopiero dotarło do mnie, co znaczy ta propozycja i przyjąłem ją z radością.

Na czym miała polegać moja praca, tak do końca dowiedziałem się dopiero za kilka dni, gdy już przyjechałem do Watykanu. Wtedy ks. prał. Stanisław Ryłko, którego miałem zastąpić, wyjaśnił mi, że chodzi nie tylko o zajęcia związane z biurem Sekretariatu, ale przede wszystkim o bezpośrednią współpracę z Ojcem Świętym przy przygotowaniu tekstów, które wygłaszał albo przekazywał na piśmie w formie dokumentów czy książek. Miało to polegać na zapisywaniu tego, co Papież dyktował, i tłumaczeniu na język włoski. Szybko jednak okazało się, że Ojciec Święty oczekiwał również twórczego wkładu: zachęcał do rozmowy, do wyrażenia opinii, wątpliwości, sugestii.

- Praca w cieniu postaci tej miary, co Jan Paweł II wymagała przecież specjalnych predyspozycji? Czy towarzyszyła Księdzu trema? Jak wyglądał „zwykły” dzień pracy? Na czym polegała specyfika pracy w Sekcji Polskiej Sekretariatu Stanu w tym czasie?

- – Oczywiście, miałem tremę... W czasie studiów miałem kilkakrotnie okazję osobiście spotkać Ojca Świętego i mogłem spodziewać się, że zostanę przyjęty serdecznie. Tak też było od pierwszego dnia. Ale perspektywa pracy z człowiekiem tego formatu wykraczała poza wszelkie wyobrażenia... Jednak szybko przekonałem się, że Jan Paweł II ani na chwilę nie przytłaczał swoją wielkością. Był pełen życzliwości i prostoty.
Zwykle pracę w biurze zaczynałem ok. 8.30. Do Ojca Świętego chodziłem prawie każdego dnia przed 10.00. Pracowaliśmy w niewielkim gabinecie (w oknie tego pomieszczenia Papież ukazuje się na modlitwę Anioł Pański). Ojciec Święty przychodził zwykle po porannej medytacji na tarasie. Po krótkim przywitaniu zasiadaliśmy przy biurku i rozpoczynał dyktowanie. Widać było, że nosi już w sobie to, co chce powiedzieć. Skupiony, dyktował pełnymi zdaniami, w równym tempie pozwalającym na zapisanie bez trudności. Po każdym akapicie prosił, aby mu go przeczytać i kontynuował.
Nasza praca trwała zwykle nieco ponad godzinę. Potem Ojciec Święty podejmował zaplanowane na dany dzień spotkania i audiencje, a ja wracałem do swojego biura, aby jak najszybciej przetłumaczyć to, co zostało zapisane i przekazać innym sekcjom językowym.
Resztę czasu w biurze zajmowały rutynowe zajęcia w ramach kompetencji Sekretariatu Stanu: korespondencja, kontakty z biskupami, z nuncjaturą, z Ambasadą RP przy Stolicy Apostolskiej, przedstawicielami rządu i organizacji pozarządowych, spotkania.

- Papież przyjął niezwykle otwarty styl swej posługi. Był to najwnikliwiej śledzony pontyfikat w historii papiestwa. Od pierwszych dni posługi, aż do godziny śmierci, określanej czasem ostatniej encykliki. Skąd wypływała tak wielka otwartość i duchowa siła Jana Pawła II?

- – Ojciec Święty był wewnętrznie zjednoczony z Chrystusem i cały oddany ludziom. Jemu zależało na tym, by przyprowadzić do Chrystusa każdego człowieka. Wiedział, że jedynie dobrocią, otwartością, życzliwością może pociągnąć człowieka, zachęcić do drogi – często niełatwej – ku spotkaniu z Chrystusem. Kiedy trzeba było, nie unikał ojcowskiego napomnienia, ale o wiele częściej zachęcał, pokazywał perspektywy dobra, budził nadzieję, przekonywał o wspaniałości człowieka i godności, którą każdy może w sobie odkrywać, jeśli pozwoli światłu Ducha Świętego wydobyć Boży obraz i podobieństwo, jakie człowiek w sobie nosi od dnia stworzenia.
Wydaje mi się, że tajemnica popularności Jana Pawła II, tego, że przyciągał uwagę, tkwi w jego autentyczności. W każdej sytuacji był sobą, niczego nie ukrywał, ani nie udawał. Tak było również wtedy, gdy przyszła starość, choroba i cierpienie. On, przez swoją autentyczność, pozwalał nam uczestniczyć w swym przeżywaniu zjednoczenia z Chrystusem, zarówno w Jego chwale, jak i w Jego męce.

- Jak wyglądało ostatnie spotkanie z Janem Pawłem II? Czy duchowy kontakt z Janem Pawłem II wciąż trwa?

- – Po raz ostatni spotkałem się z Janem Pawłem II w dniu jego śmierci, około południa. Gdy wszedłem do jego pokoju, był tam już kard. Joseph Ratzinger. Ojciec Święty był świadomy, choć nie mógł mówić. Pomodliliśmy się chwilę razem, a potem abp Stanisław Dziwisz poprosił, aby nas Ojciec Święty pobłogosławił. Uklęknąłem przy łóżku, a on w milczeniu położył dłoń na mojej głowie i nakreślił znak krzyża na czole. Nigdy nie zapomnę tej chwili pożegnania.
Oczywiście, mój duchowy kontakt z Janem Pawłem wciąż trwa. Co dnia modlę się za jego wstawiennictwem, polecając mu swoje sprawy i sprawy innych ludzi. Kiedy pojawia się jakiś problem, proszę, żeby pomógł mi go rozwiązać. Wierzę, a czasem tego doświadczam, że tak, jak przed laty, tak i teraz, z życzliwością mi towarzyszy.

- Jak Ksiądz Prałat ocenia z perspektywy 13 lat jakie minęły od śmierci Jana Pawła II odbiór pontyfikatu? Czy dobrze wykorzystujemy jego owoce? Co należałoby zmienić w naszym podejściu do Jana Pawła II?

- – Niestety, wydaje mi się, że pontyfikat Jana Pawła II coraz bardziej idzie w zapomnienie. Osoba nie, ale pontyfikat tak... Powracamy jeszcze do wydarzeń, pielgrzymek, spotkań, anegdot, wzruszamy się może oglądając archiwalne nagrania, ale z nauczania w naszej świadomości pozostają tylko poszczególne frazy, hasła, apele – ważne, wciąż aktualne, ale jakby pozbawione całego kontekstu jego nauczania o Bogu, o człowieku, o świecie, ale też o powołaniu do świętości i o wymaganiach płynących z wiary, nadziei i miłości, które nadają konkretny kształt naszemu przeżywaniu chrześcijaństwa. Chyba trzeba częściej i głębiej sięgać do tego skarbca.

- W tym roku świętujemy stulecie niepodległości. Obchodom towarzyszy wiele inicjatyw, przedsięwzięć. Jak Ksiądz sądzi, co powiedziałby nam papież, gdyby żył na temat wolności, niepodległości?

- – Również w wymiarze społecznym i politycznym Jan Paweł II ma nam wiele do powiedzenia, począwszy od wyznania: „To jest moja Matka, ta Ojczyzna...”. No właśnie, widzieć w Ojczyźnie matkę. On wciąż przypomina, że ta matka wiele wycierpiała i dlatego należy się jej miłość szczególna. A miłość ta powinna przekładać się na wysiłek budowania, bo łatwo jest zniszczyć, trudniej odbudować.
Myślę, że dziś Ojciec Święty wzywałby nas, Polaków, przede wszystkim do jedności. On zawsze łączył, szukał tego, co wspólne w różnorodności, która sama w sobie też jest wartością i może ubogacać, o ile nie staje się źródłem niezgody. A dziś niezgody w naszym narodzie – i w Kościele również – jest za wiele.
Nie wiem, czy przeczucie, czy znajomość ducha polskiego dyktowały Janowi Pawłowi II słowa, jakimi żegnał się z Polską po ostatniej pielgrzymce, w 2002 roku: „Odjeżdżając, te trudne sprawy Ojczyzny chcę polecić Bożej Opatrzności i zachęcić wszystkich odpowiedzialnych za stan państwa do troski o dobro Rzeczypospolitej i jej obywateli. Niech zapanuje duch miłosierdzia, bratniej solidarności, zgody i współpracy oraz autentycznej troski o dobro naszej Ojczyzny”. Właśnie: zgody, współpracy i troski o dobro Ojczyzny.
***
Paweł Ptasznik (ur. 15 czerwca 1962 r. Węgrzcach Wielkich). Kierownik Sekcji Polskiej i Słowiańskiej Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej, bliski współpracownik Jana Pawła II, Benedykta XVI i Papieża Franciszka. Od 2007 r. rektor kościoła Św. Stanisława Biskupa Męczennika w Rzymie i duszpasterz polskiej emigracji w Wiecznym Mieście. Studiował w związanym z Papieską Akademią Teologiczną w Krakowie Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Krakowskiej. Święceń kapłańskich udzielił mu 17 maja 1987 r. w katedrze wawelskiej kardynał Franciszek Macharski.
W latach 1990–1994 studiował na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie. W 1994 r. uzyskał doktorat z teologii dogmatycznej. W latach 1994–1995 pełnił funkcję ojca duchownego w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Krakowskiej.
W 1996 r. został pracownikiem sekcji polskiej Sekretariatu Stanu, od 2001 r. jest odpowiedzialny za jej prace. Jest redaktorem m.in. serii „Dzieła zebrane Jana Pawła II” oraz watykański konsultant filmów „Jan Paweł II” oraz „Karol. Człowiek, który został papieżem”. Współscenarzysta filmu „Świadectwo”. W listopadzie 2009 r. został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Meksyk: zamordowano kolejnego kapłana

2018-10-15 17:12

vaticannews / Tijuana (KAI)

W Meksyku zamordowano kolejnego kapłana. Ciało o. Icmara Arturo Orta znaleziono w sobotę po południu w Tijuanie. "Powierzamy go Bożemu miłosierdziu. To wielka tragedia i strata dla naszej archidiecezji" – napisał abp Francisco Moreno Barrón, metropolita Tijuana w Meksyku. To 29. ksiądz zamordowany w tym roku na świecie, a 7. w tym latynoskim kraju.

©Mazur/episkopat.pl

O. Orta zaginął w czwartek, 11 października po Mszy, którą odprawił w jednej z dzielnic Tijuany. Według raportu policji jego ciała zostało znalezione ze związanymi nogami i rękami oraz licznymi śladami tortur.

Tijuana to miasto położone w północno-zachodniej części Meksyku, w pobliżu granicy ze Stanami Zjednoczonymi. Ze względu na swoją bardzo złą sławę bywa nazywane miastem grzechu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Abp Ryś o synodzie: ćwiczenia z rozeznawania

2018-10-16 09:48

pb (KAI Rzym) / Rzym

Ćwiczeniami z rozeznawania nazwał abp Grzegorz Ryś metodę pracy na Synodzie Biskupów, zaproponowaną przez papieża Franciszka. Jednocześnie wyraził opinię, że Instrumentum laboris – dokument roboczy, będący podstawą synodalnych dyskusji, nie będzie dokumentem końcowym zgromadzenia. - Zbiorowa mądrość ojców synodalnych bardzo poszerza tę wizję młodych ludzi i Kościoła w relacji do młodych ludzi, przedstawioną w Instrumentum - stwierdził hierarcha w rozmowie z KAI.

o. Lech Dorobczyński OFM/ biskup-rys.pl

Z synodu metropolita łódzki zapamięta „metodę narzuconą nam, z całą miłością, przez papieża Franciszka”, polegającą na zachowaniu trzech minut ciszy po każdych pięciu czterominutowych wystąpieniach ojców synodalnych. – Myślę, że to „ustawiło” synod. Czasem niewielki szczegół decyduje o całości. Franciszek nam powiedział, że chodzi nie tylko o to, żebyśmy siebie nawzajem słuchali, tylko żebyśmy usłyszeli, co Pan Bóg ma wszystkim do powiedzenia głosami poszczególnych ojców. Jednym z głównych tematów synodu jest rozeznawanie, a my na bieżąco mamy ćwiczenia z rozeznawania. Naprawdę nasłuchujemy, co chce Pan Jezus Kościołowi powiedzieć – zauważył abp Ryś.

Jego zdaniem „Instrumentum laboris, przygotowane jako podstawa do debaty rzeczywiście okazało się podstawą do debaty, a nie już tekstem finalnym”. Praca w grupach językowych „otwiera raz po raz nową perspektywę w analizie tematów podpowiedzianych w Instrumentum”. – Myślę, że Instrumentum jest bardzo dobrym tekstem, gdy chodzi o zbiór tematów do dyskusji. Ale też zbiorowa mądrość ojców synodalnych bardzo poszerza tę wizję młodych ludzi i Kościoła w relacji do młodych ludzi, przedstawioną w Instrumentum laboris. Wydaje mi się, że chyba wszyscy ojcowie to już widzą – wyraził nadzieję metropolita łódzki.

Przyznał, że na synodzie dowiedział się dużo nowego o młodzieży, gdyż ludzi młodych zna głównie z Krakowa, gdzie był księdzem i biskupem pomocniczym, i trochę z Łodzi, „a tu rozmawiamy o młodych z całego świata”. – Czymś innym jest wiedzieć coś na ten temat z gazet, a czymś innym posłuchać samych młodych – zauważył hierarcha.

– Gdy rozmawialiśmy w gronie ojców synodalnych o Instrumentum laboris, to wielu mówiło, że obraz młodzieży jest w nim zbyt rozdrobniony, jakby się starał uwzględnić wszystkie możliwe sytuacje życiowe młodych ludzi na świecie. W pewnym momencie może to już być obezwładniające, prowadzące do stwierdzenia: „Nie wiemy jaka jest młodzież”. Natomiast wtedy, kiedy zaczyna się nie czytać tekst, lecz słuchać młodych, to widać, jak jednak jest bardzo potrzebna świadomość tego, że nie ma jednej sytuacji młodzieży w świecie. Ktoś, kto przyjeżdża z naszej części świata, mówi o młodych tak wciągniętych w świat wirtualny, że powstaje pytanie, czy żyją jeszcze gdzieś poza Siecią. A rozmawiamy z ojcami z Afryki, którzy mówią, że u nich 50 proc. młodych jest niepiśmiennych, nie ma w ogóle dostępu do nauki czytania i pisania. Jedni i drudzy młodzi ludzie mają zupełnie inne potrzeby! - zauważył abp Ryś.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem