Reklama

Blask dobra

2017-10-11 11:11

Rozmawia Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 42/2017, str. 27-29

Krzysztof Tadej
Genowefa Chrapek – mama bp. Jana Chrapka

KRZYSZTO TADEJ: – Tragedia wydarzyła się 18 października 2001 r. W tym dniu zginął Pani syn, bp Jan Chrapek.

GENOWEFA CHRAPEK: – Dowiedziałam się wieczorem. Przyjechał brat synowej i powiedział, że Janek miał wypadek samochodowy, nie żyje... Tego nie da się zapomnieć ani o tym opowiedzieć. O niewyobrażalnym bólu. Gdy matka usłyszy, że jej dziecko nie żyje, to co może być gorszego? Ale co mogłam zrobić? Zgodziłam się z wolą Bożą.

– Pan stawiał sobie pytanie: Dlaczego? Dlaczego odszedł człowiek, który czynił tak wiele dobra?

MAREK CHRAPEK: – Pojawiało się pytanie: Dlaczego tak się stało? Brat miał zaledwie 53 lata. Był w pełni życia. I tyle miał jeszcze do zrobienia. Był biskupem radomskim przez 2 lata, ale ciągle miał mnóstwo pomysłów. Opowiadał, że chce założyć kolejne jadłodajnie dla biednych, domy samotnej matki, otworzyć drukarnię, kupić mammobus do wykrywania nowotworów u kobiet. Chciał zorganizować zajęcia artystyczne dla ubogich dzieci.

– Wiele osób wspomina bp. Jana Chrapka, podkreśla, że był wyjątkowy. Czy tę wyjątkowość zaobserwowała Pani, gdy był dzieckiem?

G. Ch.: – Janek urodził się w 7. miesiącu ciąży. W niedzielę nad ranem. Był bardzo mały, taki mizerny. Zaraz go ochrzciliśmy. Na początku nie dawał znaków życia, ale jakoś pomału przeżył.

M. Ch.: – W tym czasie był to wielki wyczyn tego malutkiego organizmu. Nie było przecież inkubatorów. Urodził się tutaj, na wsi, w Skolankowskiej Woli, która kiedyś nosiła nazwę Józefin.

G. Ch.: – Jako dziecko bardzo dobrze się uczył. Lubił czytać książki. Od maleńkiego był bardzo grzeczny. Pamiętam, jak kiedyś przyszedł do naszego domu ksiądz po kolędzie. Janek nie chodził jeszcze do szkoły. Ksiądz spytał go, czy potrafi się przeżegnać i odmówić pacierz. Syn stanął i pięknie wszystko powiedział. Ksiądz zostawił katechizm. Mówił, żebym przysłała Janka na naukę religii i że on go przygotuje do przyjęcia Pierwszej Komunii św. „Przecież jest jeszcze za młody, ma zaledwie 7 lat” – powiedziałam. Ale ksiądz odpowiedział, że trzeba wpierw myśleć o Panu Bogu, a nie o świecie, i że taki wiek nie przeszkadza. Minęło trochę czasu i ksiądz przepytał go z tego katechizmu, bardzo szczegółowo. Janek odpowiedział na wszystkie pytania. Ksiądz był zadziwiony. Tylko wyszeptał: „Idź jeszcze, mały Chrapeczku, do kościoła i pomódl się”. Potem Janek został ministrantem. Stale chodził do kościoła na Msze św. Od początku był bardzo pobożny, zresztą tak jak wszystkie moje dzieci. Nigdy nie miałam z nimi problemów. Marysia i Zosia są siostrami zakonnymi w zakonie michalitek. Kazik, niestety, zmarł 2 lata temu. Najmłodszy Marek jest dzisiaj moim opiekunem. Bardzo dobrym.

– Bp Chrapek nieraz podkreślał w wywiadach, że pochodzi z bardzo pobożnego domu.

G. Ch.: – Oczywiście, wszyscy chodziliśmy na niedzielne Msze św. W zimie czytaliśmy dużo książek, w tym wiele życiorysów świętych. A każdego dnia wieczorem klękaliśmy i razem odmawialiśmy modlitwy.

– Nikt się nie buntował?

G. Ch.: – Wie Pan, tak jak dzieci. Żartują, że trudniej było wstawać rano w sobotę na Godzinki.

– Jak się wtedy żyło?

G. Ch.: – Po II wojnie światowej było bardzo ciężko. Kiedy pobraliśmy się z mężem, nie mieliśmy dosłownie nic. Tylko zdrowie i te ręce. Sami postawiliśmy dom. A potem mieszkaliśmy w kuchni przez 2 czy 3 lata, bo nie mieliśmy pieniędzy na wykończenie pozostałych pomieszczeń. Gospodarstwo miało prawie 7 hektarów. Mąż poważnie zachorował. Trzeba było pracować w polu, dzieci wychowywać, gospodarzyć. Nie było maszyn, tylko konie. Nie mogliśmy nikogo nająć do pracy, bo nie było z czego zapłacić. Janek był najstarszym dzieckiem. I musiał pomagać. W żniwa jeździł w pole, snopki zwoził. Wszystko robił. Nie miał lekkiego dzieciństwa. Było bardzo biednie.

– Jak dowiedziała się Pani, że syn chce zostać księdzem?

G. Ch.: – W naszym kościele odbywały się misje. W niedzielę moi chłopcy poszli rano na Mszę św., a ja później na Sumę. W kościele misjonarz powiedział, że uczeń z siódmej klasy złożył prośbę do Matki Najświętszej, że chce zostać misjonarzem. Wróciłam do domu i to opowiedziałam. A Janek z nieśmiałością przyznał się: „Mamusiu, to moja prośba”. Rozpłakałam się. „Pójdziesz do seminarium, a ja zostanę sama?” – pytałam. To były dla mnie trudne, dramatyczne chwile. Bardzo chciałam, żeby najstarszy syn został i zajmował się gospodarstwem. On wtedy z płaczem powiedział: „Mamusiu, ja będę przyjeżdżał na wakacje i wszystko zrobię”.

– Dlaczego wybrał zakon michalitów?

G. Ch.: – Kiedy Janek mówił, że chce zostać pustelnikiem lub misjonarzem, to napisałam o tym do męża, który był w sanatorium w Iwoniczu-Zdroju. Odpisał, że jeśli chce zostać księdzem, to niech tak będzie. Mąż mi napisał, że jeśli poradzi sobie z chorobą i będzie dalej żył, to jakoś sobie damy radę, a jeśli umrze, to, niestety, będę musiała przetrwać w biedzie. Napisał również, że niedaleko Iwonicza znajduje się dom macierzysty Zgromadzenia św. Michała Archanioła i żeby Janek zobaczył ten zakon. I tak się stało. Syn pojechał po raz pierwszy do Miejsca Piastowego w wieku zaledwie 14 lat. Na karteczce zapisał sobie nazwę miejscowości, gdzie musi się przesiąść na inny autobus, i pojechał. Bałam się, przeżywałam, bo przecież nigdy tak daleko nie wyjeżdżał. Ale co mogłam zrobić? Dzieci były bardzo małe, trzeba było zająć się gospodarstwem, a nie miał mnie kto zastąpić. Wszystko się jednak udało. Wrócił zachwycony.

– Pogodziła się Pani wtedy, że syn zostanie księdzem?

G. Ch.: – Tak, i byłam bardzo zadowolona. Zrozumiałam, że całe swoje życie chce poświęcić Panu Bogu. Czy może być coś piękniejszego? Później 2 razy odwiedziłam go w Miejscu Piastowym. Raz, gdy przysłano zaproszenie, że zakonnicy wystawią misteria Męki Pańskiej. Drugi – gdy była wywiadówka. Wszyscy mówili, że Janek bardzo dobrze się uczy i są z niego zadowoleni. Ucieszyłam się tym.

– 3 maja 1975 r. Jan Chrapek otrzymał święcenia kapłańskie z rąk bp. Ignacego Tokarczuka. Potem skończył studia specjalistyczne na KUL-u, w następnych latach uzyskał tytuł doktora. Został mianowany prefektem w krakowskim seminarium księży michalitów.

M. Ch.: – Jak został księdzem, to od razu mocno zaangażował się w ruch oazowy. Księża michalici już przed nim się tym zajmowali, a on rozszerzył tę działalność. Do dzisiaj spotykam ludzi, którzy mówią, że byli na oazach organizowanych przez brata. A trzeba pamiętać, że były to zupełnie inne czasy. Ksiądz nie mógł sobie dowolnie wyjeżdżać z młodzieżą. Władze chciały to kontrolować, sprawdzać, kto uczestniczy w oazach. Część młodzieży bała się jechać. Brat, żeby jej nie narażać, chodził po cmentarzu i spisywał imiona i nazwiska. Potem rejestrował wyjazd z tymi danymi. Tak było na oazach w Krośnie, Jasieniu czy Dukli. Młodzi uczyli się nieznanych nazwisk, bo mogli być w każdym momencie skontrolowani. Dzięki temu ich prawdziwe pozostawały nieznane i nie można było wyciągnąć wobec nich konsekwencji, że wyjechali. Władze komunistyczne ciągle prześladowały brata. Wzywali go na milicję, kilka razy przesłuchiwali. Śledzili. Pilnowali, kto wchodzi do kościoła...

– Kolejny ważny etap życia ks. Jana Chrapka zaczął się w 1981 r. Został wtedy rektorem słynnego Papieskiego Sanktuarium Maryjnego w Castel Sant’ Elia k. Rzymu. To wyjątkowe miejsce, w którym już w IV wieku osiedlali się pustelnicy.

M. Ch.: – Kiedy michalici dostali nową placówkę pod Rzymem, duża jej część była w ruinie. Brat opowiadał, że narkomani i pijacy urządzali tam sobie schadzki. Odnowienie i uporządkowanie wszystkiego wymagało dużo pracy. Pojechałem do tego miasteczka w 2006 r. Burmistrz pamiętał mojego brata. Podkreślił, że był zszokowany, bo w tak krótkim czasie zakonnikom udało się odbudować to miejsce pod względem nie tylko materialnym, ale przede wszystkim duchowym. Ludzie zaczęli przychodzić do sanktuarium i stało się ono ponownie miejscem kultu.

– Później o. Jan Chrapek został generałem zakonu michalitów, biskupem pomocniczym diecezji drohiczyńskiej, następnie toruńskiej i w 1999 r. biskupem ordynariuszem diecezji radomskiej.

G. Ch.: – Byłam bardzo szczęśliwa, gdy został biskupem. Choć wiedziałam, że będzie miał jeszcze mniej czasu. Był ciągle zajęty, zawsze coś robił. Niektórzy pytali, skąd ma tyle sił. Myślę, że od Pana Boga. Sam z siebie przecież tego wszystkiego by nie zrobił.

M. Ch.: – Dla mnie był idolem. Różnica wieku między nami była bardzo duża, bo byłem młodszy o 17 lat. Był dla mnie kimś, kto wyrwał się z tej wsi, jak kiedyś mówiłem – „z tej dziury”. Teraz zmieniłem zdanie o mojej rodzinnej miejscowości, ale wtedy tak myślałem. Byłem dumny, że udało mu się skończyć studia, poznać 5 języków; bywał we Włoszech, Francji, w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Widziałem też, jak wielkim szacunkiem cieszy się wśród ludzi. Ale miałem też pretensje.

– Pretensje?

M. Ch.: – Mówiłem, że za mało czasu poświęca rodzinie, że jak przyjeżdża, to powinien dłużej pobyć w domu, odpocząć. Teraz myślę inaczej. Wiem, że jak podejmuje się jakąś misję, trzeba się do końca poświęcić i całkowicie zaangażować. On tak właśnie robił. Pamiętam też ważne słowa, które wypowiedział do niego tatuś, gdy brat został generałem zakonu. To było tylko jedno zdanie: „Im, dziecko, wyżej wychodzisz, tym niżej głowę noś”. Proste stwierdzenie, ale ile w nim mądrości.

G. Ch.: – Przyjeżdżał rzeczywiście na krótko. Był 3-4 godziny, ale co to jest? Nigdy nie miał czasu. Ostatni raz był we wrześniu 2001 r. Pytałam: „Czy przyjedziesz na Wszystkich Świętych?”. „Przyjadę, mamusiu” – odpowiedział. Ale już nigdy nie przyjechał...
Kiedy z nim rozmawiałam, nigdy nie powiedział o nikim złe słowa. Nigdy. Według mnie, każdy powinien taki być. Potrafił dostrzec dobro w ludziach. Pomagał potrzebującym. Mówiłam mu, że dla mnie wszyscy są dobrzy. Może jeden znajdzie się zły na tysiąc. Ale to wyjątek.
M. Ch.: – Kiedyś przyjechał i zaczęliśmy rozmawiać o sprawach bieżących. W pewnym momencie mówię: „Wiesz, niektórzy uważają, że naciągają cię różni ludzie; że jesteś za bardzo otwarty, naiwny. Proszą cię o pomoc finansową i o inne wsparcie, a wielu to zwykli naciągacze”. Pamiętam jego odpowiedź: „Wolę, żeby mnie dziewięciu na dziesięciu naciągnęło, ale żebym nie pominął tego jednego, który naprawdę potrzebuje pomocy”. Mówił też, jak wiele jest osób potrzebujących. Nie chodzi tylko o rzeczy materialne, ale również o wysłuchanie i bycie z kimś w trudnych momentach. To, uważał, jest nieraz o wiele ważniejsze niż sprawy materialne. On potrafił słuchać ludzi. Jak się z kimś spotykał, to czas przeznaczał wyłącznie dla konkretnego człowieka. I cały był z nim. Bardzo często nie mieścił się w ramach czasowych. Rozmawiał z kimś, a potem ktoś jeszcze przychodził i chciał być wysłuchany. Jego otoczenie przypominało mu, że musi już jechać, że nie zdąży na uroczystości, spotkanie, a on dalej słuchał ludzi.
– Kiedy przyjeżdżał do domu, opowiadał o osobach, które poznał – np. o Matce Teresie czy Janie Pawle II, którego obserwował w czasie papieskich pielgrzymek? M. Ch.: – Raczej przekazywał krótkie informacje. Gdzie był, kogo spotkał. Ale raz rzeczywiście opowiadał o Ojcu Świętym. To było po pielgrzymce, podczas której Papież się przewrócił i skaleczył w czoło. Brat mówił, że pomimo zmęczenia Jan Paweł II po całym dniu poszedł do kaplicy i modlił się w nocy. Najpierw widział Papieża, jak siedział, a potem – jak 2 godziny modlił się na klęczniku. Tej nocy Ojciec Święty spał zaledwie 3 godziny. To zrobiło na moim bracie niesamowite wrażenie.

– Czy mówił o trudnościach, o kłopotach, które go spotykały?

G. Ch.: – Kiedy ogłosili, że będzie biskupem radomskim, to jakoś bał się tego Radomia. Nie wiem dlaczego.

M. Ch.: – Chciał poznać Radom. Często wychodził z kimś i odwiedzał różne dzielnice. A czasami było tam naprawdę niebezpiecznie. Kiedy objął biskupstwo w Radomiu, to miasto nie było bogate. Padł przemysł, było ogromne bezrobocie. To była młoda diecezja z ogromnymi wyzwaniami. Na początku miał ciężko. Ale ludzie szybko zobaczyli, jak bardzo angażuje się w różne inicjatywy, jak próbuje pomóc biednym.

– O Radomiu mówił: „To moje piękne miasto”.

M. Ch.: – Szybko zjednał sobie ludzi, bo zobaczyli, że to, co robi, jest szczere, że bardzo chce zmienić diecezję na lepsze. Zauważyli to nie tylko mieszkańcy Radomia. Kiedy pracowałem w Warszawie, opowiadali mi artyści, że na pierwszy koncert „Verba Sacra” w Radomiu nikt nie chciał przyjechać. Ale już na następne z niecierpliwością czekali, czy brat zadzwoni i ich zaprosi.
Umiał też dostrzec potrzebujących. Jak przyszedł do Radomia, to od razu się zastanawiał, jakie są najpilniejsze potrzeby ludzi. I szybko działał. Sądzę, że to wyniósł przede wszystkim z domu. A potem został dobrze ukształtowany przez opiekunów w zakonie.

– Co chcieliby Państwo, żeby ludzie szczególnie zapamiętali z życia bp. Jana Chrapka?

M. Ch.: – Dla mnie ważne jest to, że był normalnym, zwyczajnym człowiekiem dla każdego. Nie biskupem, nie naukowcem, ale pozostał wrażliwym duszpasterzem. Pokazał, że trzeba spalać się jak świeca, to znaczy, że tak jak świeca można dawać światło i ciepło innym. Mówił, że trzeba próbować zrozumieć drugiego człowieka. Nie pouczać, ale być z nim w trudnych chwilach.
Myślę, że pozostawił po sobie wiele dobra. Bardzo się cieszymy z każdego śladu pamięci. Są szkoły jego imienia, nagrody, tak jak np. „Viventi Caritate”, czyli nagroda dla ludzi, którzy „przeżywają swoje życie z pasją wiary”. Wiele osób o nim pamięta. To, że dzisiaj Pan do nas przyjechał, a jest uczniem mojego brata, to przecież też znak tej pamięci. W różnych miejscach, w różnych okolicznościach nieraz spotykają mnie ludzie i pytają, czy jestem kuzynem bp. Chrapka. Mówią, że jestem do niego podobny. Odpowiadam, że to mój brat. I zaczynają się opowieści. Komuś powiedział coś ważnego w życiu, komuś pomógł. To znaczy, że zostawił po sobie wiele dobra.

G. Ch.: – Ja stale odczuwam jego obecność. Chciałabym, żeby ludzie zapamiętali, jaki był. A był dobry. Mówiłam zawsze, że nie można nikomu robić krzywdy i trzeba żyć tak, jak Pan Bóg przykazał. I myślę, że Janek tak właśnie żył. Bo w życiu bardzo ważne jest to, żebyśmy czynili dobro. Jak coś dobrego się zrobi, to człowiek jakoś inaczej się czuje. Może wyjść o każdej porze i z każdym miło porozmawiać. Serdecznie, życzliwie. A jak się zrobi coś złego, to ma się wyrzuty sumienia i nie można z tym czekać, bo życie jest bardzo krótkie.
Nieraz wydaje mi się, że jeszcze niedawno stawałam na palcach, żeby na stole zobaczyć łyżkę. A teraz? Mam już 88 lat. Prawie nie chodzę i z każdą chwilą odczuwam, że trzeba będzie odejść z tego świata. Codziennie myślę o śmierci. Wiem, że jest już bardzo blisko. Ale odchodzę ze spokojem. Gdybym komuś coś złego zrobiła, to miałabym wyrzuty sumienia i bałabym się śmierci. A tak nie jest. Myślę, że dobrze wykorzystałam życie. Mam spokojne sumienie.

– Niektórzy mówią o bp. Janie Chrapku: „To było święte życie”.

G. Ch.: – A to niech Pan Bóg osądzi. Wielu opowiada o jego skutecznej interwencji w ich trudnych sprawach u Boga.

– Bardzo dziękuję za rozmowę.

Tagi:
rozmowa bp Jan Chrapek

To moja służba Polsce

2018-07-04 11:07

Rozmawia Maria Fortuna-Sudor
Niedziela Ogólnopolska 27/2018, str. 28-29

W roku świętowania stulecia odzyskania niepodległości naszej ojczyzny do Kapituły Orderu Orła Białego został powołany Adam Bujak – polski artysta fotografik, laureat wielu prestiżowych wyróżnień, w tym m.in.: Orderu Wielkiego św. Zygmunta, nagrody Totus, medalu „Per Artem ad Deum” (Przez sztukę do Boga), Feniksa Maltańskiego i Orderu Orła Białego. Artysta uwiecznił w kadrze życie aktywność duszpasterską Karola Wojtyły – biskupa i kardynała oraz papieża Jana Pawła II. Jest także znanym i uznanym dokumentalistą polskiej historii, tradycji, zwyczajów i architektury oraz autorem albumów upamiętniających obrzędy i rytuały religijne chrześcijan nie tylko w Polsce.

Jakub Szymczuk/KPRP
Prezydent RP Andrzej Duda wręcza Adamowi Bujakowi nominację na członka Kapituły Orderu Orła Białego

MARIA FORTUNA-SUDOR: – Panie Adamie, gratuluję nowej roli! Proszę powiedzieć, czy spodziewał się Pan takiego wyróżnienia?

ADAM BUJAK: – W życiu bym sobie nie pomyślał, że będę współdecydował o tym, komu przyznać najważniejsze odznaczenie naszej Rzeczypospolitej, że będę, obok Prezydenta RP, w pięcioosobowej kapitule, która opiniuje kandydatury do Orderu Orła Białego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież do młodych: bądźcie zakorzenieni w historii i kulturze

2018-07-15 17:33

vaticannews.va / Fort-de-France (KAI)

Nie wyprodukowano nas w laboratorium. Wyrastamy z konkretnej rodziny, historii, kultury i musimy być w niej zakorzenieni. Tylko tak możemy coś zmienić – mówił papież Franciszek w przesłaniu do młodzieży z archipelagu Antyli na Morzu Karaibskim.

Grzegorz Gałązka

Spotkali się oni na Martynice, by zastanowić się nad przyszłością rodziny na Karaibach. Franciszek przyznał, że jeśli chcą ją zmienić, to czeka ich trudne zadanie. Najpierw jednak muszą sami zastanowić się nad sobą, czy są jeszcze młodzi, czy nie za szybko się w życiu ustawili.

- To trudne zadanie – przyznał Ojciec Święty. – Jesteście młodzi, ale zastanawiam się, czy naprawdę, a może jesteście zestarzałymi młodzieńcami? Bo jeśli się już zestarzeliście, to niczego nie zrobicie! Musicie być naprawdę młodzi! Z całą siłą młodości, by coś zmienić. Pierwsza rzecz, jaką musicie zrobić, to sprawdzić, czy nie jesteście ustawieni. Jeśli jesteście ustawieni, to nie dobrze. Kto się ustawił, musi zrobić krok wstecz.

Papież zachęcił młodych, aby inspiracji do przemiany rodziny na Karaibach szukali w jego adhortacji apostolskiej "Amoris laetitia", a w szczególności w jej czwartym rozdziale. Jest to najważniejsza część dokumentu, mówi bowiem, jak żyć miłością w rodzinie.

Franciszek wskazał też na potrzebę silnego zakorzenienia w historii. Drzewo wydaje owoce dzięki swym korzeniom. Jeśli chcecie przemieniać rodzinę, musicie mieć korzenie – mówił papież.

Musimy mieć korzenie

“ Nie można patrzeć na jutro, bez spojrzenia na wczoraj – mówił Ojciec Święty. – Nie można patrzeć w przyszłość, nie zastanawiając się nad przeszłością. Przygotowujecie się do przemiany tego, co zostało wam dane przez waszych poprzedników. Przyjmujecie historię, przyjmujecie tradycję, to, co było wczoraj. Macie korzenie. Nad tym chciałbym się na chwilę zatrzymać. Nic nie można zrobić w teraźniejszości ani w przyszłości, jeśli się nie jest zakorzenionym w przeszłości, w swej historii, kulturze, rodzinie, jeśli w swoim wnętrzu nie jesteś dobrze zakorzeniony. Z korzeni będziesz czerpał siłę, by iść naprzód. Nikt z nas, ani ja, ani wy, nie został wyprodukowany w laboratorium. Mamy swoją historię, mamy korzenie. I to, co robimy, owoce, które wydamy, piękne rzeczy, które stworzymy w przyszłości, wyrastają z tych korzeni. ”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Gorzków na szlaku Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki

2018-07-15 19:36

Beata Pieczykura

Martyna Rechul/Radio Fara

Ostatniej Mszy św. podczas rekolekcji w drodze dla pątników 38. Przemyskiej Pieszej Pielgrzymki na Jasną Górę przewodniczył metropolita przemyski abp Adam Szal 14 lipca w Gorzkowie Nowym. Metropolita Przemyski przypomniał żywą więź łączącą Częstochowę z Przemyślem, co dzieje się za sprawą jasnogórskiego sanktuarium i „Niedzieli”, oraz zachęcał do sięgania do tego pisma. Wyrazem tej jedności była obecność ks. inf. Ireneusza Skubisia, honorowego redaktora naczelnego Tygodnika Katolickiego „Niedziela”, który do pątników skierował słowo Boże. Podkreślił on, że Chrystus zmartwychwstał, żyje i działa. Przybliżył również ideę Ruchu „Europa Christi”, którego jest moderatorem. – Trzeba nam wracać do teologii życia. Zechciejcie więc podjąć teologię zmartwychwstania – podkreślił kaznodzieja. I w tym duchu z mocą mówił: – Chrześcijanie muszą się obudzić, także kapłani! Muszą zobaczyć perspektywę płynącą z teologii zmartwychwstania, radosne kapłaństwo, które będzie owocowało powołaniami, bo młody człowiek, który zobaczy księdza cieszącego z Mszy św., z tego, że jest kapłanem, pójdzie za Chrystusem, bo zobaczy szczęśliwych kapłanów i siostry zakonne. Wszystkich zaprosił do udziału w kongresie Ruchu „Europa Christi”, który rozpocznie się w Częstochowie 14 października.

W domu św. Jana Berchmansa, patrona parafii w Gorzkowie – Trzebniowie, w miejscu naznaczonym jego obecnością w znaku relikwii, a także św. Dominika Savio, św. Stanisława Kostki i św. Alojzego Gonzagi, patronów liturgicznej służby ołtarza, proboszcz miejsca ks. kan. Bogumił Kowalski powiedział: – Przynosicie do naszej wspólnoty parafialnej i archidiecezji częstochowskiej wielki dar Ducha Świętego – dar pobożności. Jesteśmy wdzięczni za waszą modlitwę oraz wsparcie materialne. Proszę was, abyście ten dar pobożności wyprosili także dla naszej wspólnoty parafialnej i archidiecezji częstochowskiej.

Ksiądz Proboszcz wyraził radość z obecności ks. inf. Skubisia i przypomniał udział redakcyjnej delegacji na uroczystości poświęcenia figury św. Dominika Savio oraz zaprosił pielgrzymów na ciepły posiłek; tych, którzy z wiarą, nadzieją i miłością wędrują do Czarnej Madonny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem