Reklama

Koncert kolęd 2019 nowy termin

Halo to my – papieska młodzież

2017-10-04 10:52

Ks. Piotr Bączek
Edycja bielsko-żywiecka 41/2017, str. 4

FB
Stypendyści z naszej diecezji na formacyjnym spotkaniu

Dla jednych osobiste wspomnienia papieża Jana Pawła II to ledwo odtwarzane z pamięci kilkulatków emocje. Inni nie znali go wcale. Nazywani są papieską młodzieżą, żywym pomnikiem Świętego Papieża. Stypendyści papieskich fundacji: Dzieło Nowego Tysiąclecia i diecezjalnej Światło Nadziei

Myślę, że to jest bardzo dobra młodzież. Warto w nią inwestować. I trzeba także się nią opiekować. Temu służą spotkania formacyjne – mówi Irena Olma, prezes Fundacji Światło Nadziei która powstała w 2003 r. z inicjatywy ówczesnego bp. Tadeusza Rakoczego i Akcji Katolickiej. Diecezjalna fundacja obejmuje też duchową opieką młodych objętych ogólnopolskim programem stypendialnym Dzieła Nowego Tysiąclecia, organizując kilka razy w roku dni skupienia. – Widać, że oni chcą się ze sobą spotykać. A jeżeli przy tym jest jeszcze kapłan, to dla nich także okazja do duchowej formacji, do rozmowy duszpasterzem – mówi Irena Olma

Trudno polemizować z tą opinią. To rzeczywiście młodzież wartościowa i uzdolniona. Wielu oprócz dobrych wyników w nauce może pochwalić się różnymi talentami. Ale wszyscy muszą być pracowici. Bez pracy nie ma kołaczy i nie ma stypendium.

Jedna z dziewięciorga

Agata Iskierka jest gimnazjalistką z Targanic. Średnia w drugiej klasie: 5.5. Jak twierdzi, najbardziej ze wszyskich przedmiotów lubi chemię. Z chemią też wiąże swoją przyszłość. Marzy o dostaniu się do technikum dla analityków w Bielsku-Białej.

Reklama

– Chcąc dobrze skończyć szkołę, to naprawdę muszę się przyłożyć – mówi, wyliczając, że na naukę w domu poświęca 2-3 godziny każdego dnia. Mimo tego znajduje czas na inne zajęcia. Chodzi na Oazę. W ramach wolontariatu, który zaproponował im ksiądz wikariusz, razem z koleżanką odwiedzała chorą panią Antoninę. – Niestety nasza pani zmarła. To była bardzo religijna osoba. Dużo opowiadała o przeszłości, o czasach wojny. Dla nas to było ciekawe doświadczenie. Zawsze też modliłyśmy się razem – opowiada o swoim wolontariacie.

Agata jest przedostatnim dzieckiem z dziewięciorga rodzeństwa. Najstarsza siostra ma 33 lata, najmłodsza 10. Jedna z sióstr niedawno zawarła ślub. Prowadzi z mężem firmę, inna jest krawcową, kolejna fryzjerką, trzecia farmaceutką, jedna wstąpiła do zgromadzenia sióstr misjonarek w Poznaniu. – Bycie członkiem takiej rodziny daje poczucie, że można mieć wsparcie w innych, nie ma czasu na nudę – tłumaczy Agata.

Św. Jan Paweł II to dla niej przede wszystkim autorytet. Ale 15-latka podkreśla także otwartość papieża na innych, umiejętność przebaczania.W dzieciństwie przygotowując się do konkursów szkolnych, czytała książki o papieżu pisane dla dzieci.

Pieniądze stypendialne pozostają do dyspozycji Agaty. – Przeznaczam je na potrzebne w danym momencie wydatki, na przykład na składki klasowe, odzież, obuwie. Chcę w ten sposób odciążyć rodziców – mówi. Tata jest na emeryturze. Mama – kiedyś przedszkolanka – została jednak w domu by wychowywać dzieci. – Jestem wdzięczna rodzicom. Całe życie poświęcili na to, by nas wychować, by przekazać nam wiarę.

12 godzin na dobę

Dominik Bocek (17 lat) jest uczniem trzeciej klasy Technikum Budowlanego w Bielsku-Białej. To ponad 50 kilometrów od rodzinnej Pietraszonki, niewielkiego przysiółka w okolicach Baraniej Góry, przynależącego do parafii Matki Bożej Fatimskiej na Stecówce.

W gimnazjum Dominik rozpoczął dodatkową naukę w szkole muzycznej, w klasie organów: zajęcia teoretyczne w Wiśle, a w Cieszynie – instrument. 2 razy w tygodniu. Wsiadał w autobus, jednego dnia jechał do Wisły, innego do Cieszyna. Do domu wracał nawet o godz. 20.30.

Teraz mieszka w Bielsku-Białej, w internacie. Łączy technikum z muzyczną szkołą organistowską. Zajęcia w obu placówkach to, jak policzył, 60 godzin w tygodniu, w tym dziewięć ćwiczenia na instrumencie w szkole. W przeliczeniu, uczy się 12 godzin na dobę. Kiedy wraca na weekend do domu, siada za organami w kościele na Stecówce i w parafii w Istebnej. Gra na Mszach świętych. Kiedy czas na odpoczynek? – Właściwie odpoczywam między zajęciami. I oczywiście muszę się dobrze wyspać – tłumaczy z uśmiechem Dominik.

Otrzymuje 310 zł stypendium; 160 socjalne, 150 naukowe. Pytany, na co przeznacza pieniądze, mówi, że socjalne na osobiste wydatki, czasem na ubranie.

– Ostatni raz szedłem do szkoły, czuję, że coś mokro w butach. Dziura. Trzeba kupić nowe – opowiada. Z naukowego może pokryć – przynajmniej po części – czesne w szkole muzycznej.

W ubiegłym roku wypracował średnią 4.85. Startował też w Olimpiadzie Teologii Katolickiej – zajmując 6. miejsce wśród uczniów naszej diecezji. Na poziomie szkolnym osiągnął najlepszy wynik w historii swojej szkoły.

Druhu, druhu!

Średnia ocen 5.35 to ubiegłoroczny wynik Michała z żywieckiego mechanika. Michał Stępień (18 lat) mieszka w Ciecinie. – W tym roku byłem po raz pierwszy na ogólnopolskim obozie stypendystów w Białymstoku. To dało mi najlepszy obraz fundacji jako wspólnoty i było chyba jedną z najlepszych rzeczy, jakie mnie spotkały. Mogłem poznać ludzi z całej Polski. Oni też dali mi świadectwo wiary w Boga. Wychodziliśmy na miasto w żółtych, stypendialnych koszulkach – wspomina wakacyjny obóz Dzieła Nowego Tysiąclecia.

Wyjazd do Białegostoku wiązał się z niełatwym wyborem; trzeba było zrezygnować z obozu harcerskiego. A harcerstwo to od lat jego pasja. Teraz Michał prowadzi gromadę zuchów. Prowadzi zbiórki dla dziesięciu chłopaków w „Dziupli”, która przed wieloma laty pełniła funkcję katechetycznego domu w Węgierskiej Górce. – Trzeba przygotować plan pracy, tematy zbiórek, zaplanować biwaki. Jesteśmy z tej pracy rozliczani, trzeba robić dokumentację. Dla mnie to najtrudniejsza rzecz, ale jak trzeba, to trzeba. Ale jak na zbiórkę przychodzi dziesięciu małych chłopaków, żywe srebra, krzyczą: druhu, druhu! Każdy chce coś powiedzieć – i można z nimi pracować – to daje wielką satysfakcję i radość – tłumaczy Michał. Michał kocha góry. – W naszych Beskidach jest wiele szlaków, którymi wędrował Karol Wojtyła, patron naszej Fundacji. Mamy taką grupkę kolegów, z którą wychodzimy w góry w pełnym umundurowaniu. Z harcerskim krzyżem na piersi. Koncepcję tego znaku rozpoznawczego harcerzy wymyślił ks. Kazimierz Lutosławski w początkach XX wieku. No i w głowie mamy, to, co przyrzekaliśmy: służbę Bogu i ludziom – podkreśla. Swoją przyszłość Michał wiąże albo z jakąś formacją mundurową (obrona narodowa, policja, wojsko), albo z językiem niemieckim, który świetnie wchodzi mu do głowy. Aha, stypendystką jest także jego młodsza siostra Nina

Co to znaczy być młodzieżą papieską?

Podobnych portretów papieskiej młodzieży można by mnożyć. Są siostry Marysia i Kinga Sikorskie z Lalik (dwie z siedmiorga rodzeństwa), które poza normalnym tokiem edukacji poznają jeszcze tradycję i góralski folklor, ucząc się gry na instrumentach ludowych w szkole Golców, służą do Mszy św. w parafialnym kościele. Jest szesnastoletnia Magdalena Matejko, na co dzień ucząca się w kęckim liceum im. Stanisława Wyspiańskiego. Z Wyspiańskim łączy ją nie tylko szkoła, ale także zainteresowania teatrem. Z tego względu Magda uczęszcza na zajęcia aktorskie do Bielska-Białej, a swoją przyszłość widzi w działalności artystycznej.

– Dzień Papieski to czas, kiedy o nich myślimy, za to wielkie dzieło stypendialne się modlimy, ale przede wszystkim wspieramy go finansowo. – Dla nas to takie podkreślenie: halo, to my jesteśmy. To my jesteśmy tą papieską młodzieżą. Mamy się pokazać. Mamy coś zrobić, coś udowodnić. Przede wszystkim odwdzięczyć się ludziom za to, że nas wspierają. To jest nasz obowiązek. Ale to także obowiązek wobec św. Jana Pawła II. Być papieską młodzieżą to realizować wartości, o których mówił, którymi żył – mówi Dominik.

Tagi:
papież

Franciszek w „ogrodzie aniołów”

2018-11-07 08:41

Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 45/2018, str. 30

W dzień po uroczystości Wszystkich Świętych obchodzimy w Kościele Zaduszki, czyli wspomnienie Wszystkich Wiernych Zmarłych. W tym szczególnym dniu kolejni papieże nawiedzają groby swoich poprzedników spoczywających w podziemiach Bazyliki Watykańskiej oraz udają się na rzymskie cmentarze

Grzegorz Gałązka
Ojciec Święty na rzymskim cmentarzu Laurentino, 2 listopada 2018 r.

Przez lata Jan Paweł II odwiedzał historyczny cmentarz Rzymu, Campo Verano. – Gdy wspominamy zmarłych – mówił Papież Polak – wkraczamy w wielką tajemnicę eschatologiczną, która ogarnia każdego z nas. Tradycję tę kontynuował Benedykt XVI, a teraz podtrzymuje ją Franciszek, który w poprzednich latach odwiedził trzy cmentarze: w 2015 r. odprawił Mszę św. na Campo Verano; w 2016 r. był na największym cmentarzu miasta – Prima Porta; w zeszłym roku natomiast odwiedził amerykański cmentarz wojskowy w nadmorskiej miejscowości Nettuno, gdzie jest pochowanych 7861 żołnierzy i pielęgniarek, którzy zginęli w czasie II wojny światowej na terenie Włoch.

W tym roku natomiast Franciszek odwiedził cmentarz na peryferiach Rzymu, przy ul. Laurentina, na którym znajduje się szczególna kwatera – „Ogród Aniołów”, przeznaczony do pochówku dzieci, które nigdy się nie narodziły. Zajmuje on powierzchnię ok. 600 m2 i jest symbolicznie strzeżony przez dwa marmurowe posągi aniołów. Gdy sześć lat temu wiceburmistrz Rzymu dokonał otwarcia cmentarza nienarodzonych, podkreślił, że zorganizowanie tego miejsca dla dzieci nienarodzonych jest odpowiedzią władz na potrzebę rodziców, pragnących pochować swoje nienarodzone dzieci. W przeciwnym razie płód byłby traktowany jako „odpady szpitalne”.

W Dzień Zaduszny, 2 listopada br., papież Franciszek przybył na cmentarz Laurentino o godz. 15.45 witany przez wikariusza diecezji rzymskiej – kard. Angela De Donatisa, biskupa pomocniczego dla sektora południowego Paolo Lojudice, oraz kapelana kościoła Jezusa Zmartwychwstałego, który znajduje się na terenie cmentarza – ks. Claudia Palmę. Papież przeszedł po „Ogrodzie Aniołów”, zatrzymując się i składając kwiaty na niektórych grobach dzieci nienarodzonych. Ten krótki spacer był najbardziej wzruszającym momentem wizyty Franciszka na cmentarzu Laurentino. Następnie Papież przeszedł do sąsiedniej kwatery, przeznaczonej na pochówek dzieci, i dopiero stąd udał się do kaplicy cmentarnej, przed którą odprawił Mszę św.

W czasie homilii Ojciec Święty mówił o „trzech wymiarach życia: przeszłości, przyszłości i teraźniejszości”. – Dzień Zaduszny jest dniem pamięci (przeszłości), dniem, w którym należy pamiętać o tych, którzy byli przed nami, towarzyszyli nam, dawali nam życie – powiedział.

– Pamięć – dodał – jest tym, co czyni lud silnym, ponieważ czuje się on zakorzeniony w drodze, w historii, w ludziach. To dzięki pamięci rozumiemy, że nie jesteśmy sami, ale że jesteśmy ludem – zwrócił uwagę Papież. Natomiast przyszłość to nadzieja życia wiecznego, oczekiwanie na niebiańską Jerozolimę. Dlatego mamy nadzieję „spotkać się, dotrzeć tam, gdzie jest Miłość, która nas stworzyła, tam, gdzie czeka na nas miłość Ojca”. I jest też trzeci wymiar – teraźniejszość – to „droga, którą musimy pokonać”. Na tej drodze potrzebujemy nawigatora, światła, które „Bóg dał nam, abyśmy nie popełnili błędu”, a tym światłem są Błogosławieństwa. Na zakończenie Papież zachęcił wszystkich, aby modlili się do Boga o łaskę „zachowania naszej pamięci”, ale także o „łaskę nadziei”.

Wizyta Franciszka na trzecim cmentarzu Rzymu jest czymś szczególnym, gdyż przejdzie do historii jako pierwsze papieskie nawiedzenie grobów dzieci nienarodzonych.

Z wizyty papieża Franciszka w „Ogrodzie Aniołów” zadowolony jest szczególnie ks. Maurizio Gagliardini – przewodniczący stowarzyszenia „Difendere la Vita con Maria” (Bronić Życia z Maryją). To katolickie stowarzyszenie wierzących, organizacja non-profit, która powstała, aby konkretnie odpowiedzieć na apel Jana Pawła II o obronę życia zawarty w encyklice „Evangelium vitae”, promulgowanej przez Ojca Świętego 25 marca 1995 r. Stowarzyszenie działa na rzecz rodzącego się życia, prowadzi badania nad statutem embrionu ludzkiego z punktu widzenia naukowego, antropologicznego i prawnego oraz zajmuje się pochówkiem nienarodzonych dzieci.

We Włoszech obowiązuje ustawa, na mocy której rodzice mogą poprosić o ciało dziecka zmarłego nawet przed 20. tygodniem ciąży. Natomiast jeżeli nikt nie upomina się o nie, to według prawa powinno być ono traktowane jako specjalne odpady szpitalne. – Nie można do tego dopuścić – podkreślił ks. Gagliardini, gdyż instrukcja „Donum vitae” Kongregacji Nauki Wiary o szacunku dla rodzącego się życia ludzkiego i o godności jego przekazywania wyraźnie mówi: „Zwłoki embrionów lub płodów ludzkich, pochodzące z dobrowolnych przerwań ciąży czy też nie, powinny być uszanowane tak jak zwłoki innych istot ludzkich”. Dlatego stowarzyszenie zawarło umowy ze strukturami sanitarnymi w 60 miastach Włoch, by móc zapewnić pochówek zmarłym przed narodzeniem dzieciom – organizuje proste uroczystości pogrzebowe, które przewiduje prawo kościelne.

Na syboliczne znaczenie gestu Franciszka zwraca uwagę także prof. Marina Casini, stojąca na czele włoskiego Ruchu na rzecz Życia: „Grzebanie martwych płodów podczas ceremonii pogrzebowej, tak jak ma to miejsce w przypadku osób już urodzonych, jest bardzo wymownym sposobem przypomnienia ludzkiej godności i tożsamości poczętego dziecka. To nie są przedmioty, ale istoty ludzkie. Dlatego ich ciało zasługuje na uznanie jego godności i na pochowanie w miejscu, w którym krewni mogą się modlić, w przekonaniu, że w tajemnicy życia wiecznego «żyją oni w miłości Pana» – jak pisał św. Jan Paweł II”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Duszpasterska wizyta, duszpasterska szansa

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 3/2004

Graziako/Niedziela
Kapłan podąża z wizytą kolędową

Gdy ksiądz chodzi po kolędzie, w pogotowiu jest cały blok albo cała ulica. Kobiety zwalniają się z pracy, aby na czas przygotować stół przykryty obrusem, kropidło, naczynie z wodą święconą, pasyjkę i świece. Dzieciaki na gwałt uzupełniają zeszyty do religii albo gwarem wypełniają klatki schodowe, by co chwilę meldować pod „którym ksiądz jest numerem”. W blokach, w wielkich parafiach wizyta trwa krótko, najwyżej kilka minut. Jedni nie kryją irytacji: Na co komu taka kolęda? Czy coś z niej wynika? Inni bronią księży: przecież parafia liczy 15 tys. osób - musi wystarczyć krótka modlitwa i wymiana kilku zdań. Tak czy owak, nie milkną dyskusje wokół celowości kolędy.

Skąd się wzięła

O chodzących po kolędzie księżach pisał już Mikołaj Rej wkładając w usta wójta krytykę plebana: „... potym bieży po kolędzie / w każdym kącie dzwonić będzie / Więc woła Illuminare / a ty chłopku musisz dare...”. Skąd się jednak wziął zwyczaj duszpasterskich wizyt, trudno ustalić.
W starożytnym Rzymie odwiedzano się w styczniowe kalendy (callandae), zaczynające nowy rok. Wiadomo także, że wyraz „kolęda”, który do Polski dotarł za pośrednictwem Czechów, oznaczał pierwotnie pieśń noworoczną, śpiewaną podczas odwiedzania z tej okazji wiejskich gospodarzy.
Kościół zaadaptował te ludowe zwyczaje, łącząc je z błogosławieństwem domów w uroczystość Trzech Króli. A że nie dałoby się tego dnia odwiedzić wszystkich, wizyta rozłożyła się na czas poświąteczny.
Niemiecka i polska tradycja każe z okazji Trzech Króli napisać poświęconą kredą na drzwiach domów „K+M+B” (lub „C+M+B”) i datę roczną. Litery nie tyle są, jak zazwyczaj się uważa, skrótem od tradycyjnych imion Trzech Króli, lecz od łacińskiego Christus mansionem benedicat (lub polskiego: Chrystus Mieszkanie Błogosławi).
Dziś wizyta duszpasterska to nie tylko błogosławieństwo, ale może przede wszystkim spotkanie duszpasterza z parafianami. Przygotowanie do takiej wizyty powinno przebiegać w dwóch wymiarach: duchowym i zewnętrznym przygotowaniu domu.

... i jak przebiega?

Odwiedziny duszpasterskie mają charakter domowej liturgii. Rozpoczynają się od obrzędu błogosławieństwa rodzin (w czterech wersjach) ze wspólną modlitwą i ewentualnie rozważaniem Słowa Bożego. Niekiedy wizyta rozpoczyna się od zaintonowania kolędy, którą wraz z domownikami (i czasami ministrantami) śpiewa kapłan. Witając się słowami „pokój temu domowi” życzy, aby stale był w tym domu obecny Chrystus, który przychodząc na świat przyniósł ludziom pokój. Po tym pozdrowieniu następuje modlitwa o błogosławieństwo Boże dla całej rodziny i obrzęd błogosławieństwa mieszkania z pokropieniem wszystkich obecnych wodą święconą.
Podczas wizyty powinien być czas na rozmowę duszpasterza z wiernymi, przedstawienie księdzu rodzinnych radości i problemów; jest możność zademonstrowania osiągnięć szkolnych pociech, czy też ich udziału w parafialnych ruchach.
Dziś jednak często dominuje pesymizm. Biedniejemy, wielu traci pracę i stać ich na skromną lub żadną ofiarę. Wstydzimy się tego, bo przecież chcemy złożyć jakiś datek na potrzeby najbliższej nam wspólnoty. Zatem „ ile dać?”, staje się często przedmiotem długich dysput i przysłania zupełnie inne możliwości, jakie stwarzają odwiedziny księdza w naszym domu.
Na ogół nie wiemy też, dlaczego i po co duszpasterze zapisują coś w swoich kartotekach. Czyżby spisywali wysokości ofiar, albo liczyli „pogłowie”? Tymczasem księża tłumaczą, że informacje zebrane podczas kolędy pozwalają na rozeznanie potrzeb danej rodziny, uregulowanie jej spraw dotyczących życia sakramentalnego (np. stwierdzenie pożycia w związku niesakramentalnym).
- Dokładne przestudiowanie kartotek przed kolędą było dla mnie zawsze bardzo cenną sugestią - wyjaśnia ks. Dariusz Gącik, notariusz Kurii diecezjalnej w Kielcach. - Wynikało z nich np., że ktoś z rodziny jest poważnie chory, że jest w niej problem alkoholowy albo, że ludzie żyją bez ślubu. Znając te fakty mogłem odpowiednio przygotować się do rozmowy. I zdarza się, że wizycie duszpasterskiej towarzyszą naprawdę budujące doświadczenia - jej owocem jest np. chrzest dziecka, przystąpienie do sakramentu pokuty po długim okresie przerwy, zawarcie zawiązku małżeńskiego, albo skierowanie do rodziny konkretnej pomocy materialnej. Ogólnie - „powrót do praktyki wiary”, jak mówią księża.
Niekiedy, z myślą o swych następcach, szczególnie w miejskich parafiach, duszpasterze przekazują sobie uwagi zabawne i nietypowe, np. gdzie można liczyć na posiłek. Chociaż, co do posiłku, to w miastach brakuje zupełnie nań czasu - chyba że jest to naprawdę ostatnie mieszkanie w tym dniu.
- Dzień chodzącego z wizytą duszpasterską księdza przedstawia się zazwyczaj tak - wyjaśnia ks. D. Gącik. - Rano katecheza w szkole, powrót na obiad lub nieco później, przejrzenie kartotek i już ok. 15.00 rozpoczynamy wizytę duszpasterską. Kończymy zwykle ok. 21.00 - 21.30. Potem ewentualnie jakaś kolacja i przygotowanie się do katechezy na następny dzień. Czasem przez tydzień zdarzało mi się nie odsuwać zaciągniętych na noc zasłon…

Po co w ogóle takie odwiedziny

W Kodeksie Prawa Kanonicznego odnajdujemy kan. 529 § 1, który mówi: „Pragnąc dobrze wypełnić funkcję pasterza, proboszcz powinien starać się poznać wiernych powierzonych jego pieczy. Winien zatem nawiedzać rodziny, uczestnicząc w troskach wiernych, zwłaszcza niepokojach i smutku oraz umacniając ich w Panu, jak również - jeżeli w czymś nie domagają - roztropnie ich korygując”.
Wizyta duszpasterska jest dobrym sposobem realizacji tej „funkcji pasterza”. Ks. D. Gącik przestrzega przed nazywaniem jej kolędą. Bo kolęda dotyczy tylko okresu Bożego Narodzenia i choć jest umocniona w Polsce silną tradycją, nie należy ograniczać możliwości wyboru przez proboszcza innego czasu.
Coraz częściej dzieje się tak w wielkich miejskich parafiach, gdzie wizytę rozpoczyna się na początku Adwentu - np. w kieleckiej parafii św. Maksymiliana. - Siła tradycji jest tak wielka, że ludzie oburzają się na tę praktykę. A nie ma ku temu podstaw - wyjaśnia ks. Gącik, zalecając wyrozumiałość wobec realiów konkretnej parafii. W innych diecezjach spotkać można daleko bardziej nowatorskie praktyki, np. odwiedzanie parafian przez cały rok w dwa wybrane dni tygodnia. Wówczas są to wizyty rzeczywiście długie. Ale u nas… - My pochodzimy z Bielin, Wilkowa, Lisowa - tłumaczą parafianie ze św. Maksymiliana - w naszych wsiach nie rozbierało się choinki, dopóki ksiądz nie przyszedł po kolędzie. To i niełatwo przywyknąć...

Jak to jest w naszej diecezji

Diecezja kielecka ma w zdecydowanej większości charakter rolniczy, gdzie na dobre zakorzenił się obyczaj celebrowania kolędy. Nie ma mowy o krótkich odwiedzinach. Ksiądz musi wysłuchać tego, co ludzie mają mu do powiedzenia, czasem pokosztować ciast upieczonych na tę okazję, „omodlić” nowe domowe sprzęty, skorzystać z transportu organizowanego przez parafian. Pan Stanisław z Morawicy nie wyobraża sobie, żeby ksiądz chodził na piechotę albo jeździł własnym samochodem. - To jedyna okazja, żeby z księdzem bliżej pogadać, poznać go. No i nie wypada - kwituje krótko. - Co ksiądz, to ksiądz.
- Dla mnie kolęda jako ciągłe pogłębianie relacji z parafianami, ma duży sens - wyjaśnia ks. prob. Marian Gawinek. - W takiej parafii jak Stojewsko, ksiądz zna wszystkich i wszyscy znają księdza, więc tym bardziej jest o czym porozmawiać. Odwiedzanie rodzin i domów odbywa się na sposób tradycyjny, w ciągu godziny mniej więcej są to cztery „numery”. Księdza poprzedzają zawsze ministranci, którzy zaśpiewają gospodarzom kolędę. Pan domu czeka przed bramą, zaprasza do wysprzątanego wnętrza. Z księdzem starają się spotkać wszyscy domownicy. Ludzie chcą się wygadać; mówią, że coraz trudniej im o nadzieję, rolnictwo jest bez szans. Ale ostatnio obserwuję, że część młodych zaczyna osiedlać się w rodzinnej parafii, głównie za sprawą dobrze prosperującego zakładu drzewnego.
Jednak i na kieleckiej wsi w tradycję wkraczają realia. - Ja z kolędą chodzę od rana, więc uwijamy się dość szybko - wyjaśnia ks. Jerzy Siemiński, proboszcz z Mieronic k. Wodzisławia. - Dlaczego? To proste. Ludzie nie pracują prawie w 100%, więc można odwiedzać ich od rana. W parafii Mieronice, liczącej ok. 1300 osób, kolęda trwa ok. 15 dni. Chociaż ludzie są ubodzy, to absolutnie nie spotkałem się z mniejszą niż kiedyś serdecznością. Chcą księdza zatrzymać jak najdłużej, wygadać się. Panuje zupełnie wyjątkowa atmosfera - inna, nie naznaczona takim pośpiechem, jak np. wspominam z Kielc czy Pińczowa.
Kolęda, choć nieraz krytykowana za jej formę, jawi się jako szansa i propozycja. Otwarte drzwi domów, tradycja staropolskiej gościnności i wreszcie zaproszenie do rewizyty - bo taki sens ma przecież jakakolwiek wizyta - stwarzają wielkie możliwości. Warto z nich skorzystać.

Wydarzyło się podczas kolędy...

Państwu N. pomyliła się data wizyty księdza, więc na pukanie kapłana otworzył tylko pan domu. Ponieważ zapewniał, że żona za chwilę nadejdzie, a do wizyty są w zasadzie przygotowani - psychicznie i duchowo, ksiądz zgodził się zaczekać i nawet ofiarował swą pomoc w szybkim przygotowaniu ładnie wysprzątanego pokoju. Jakaż była konsternacja pani domu, która na to właśnie nadeszła i stwierdziła, że stół został nakryty... poszewką na kołdrę.

* * *

Gospodarze długo oczekujący swej kolejki włączyli telewizor i zapomnieli go wyłączyć, gdy ksiądz wreszcie nadszedł. Usadowili go w fotelu naprzeciw ekranu, gdzie właśnie trwały wybory Miss Nastolatek, zapewniając, że to będzie najlepsze dla księdza miejsce…

* * *

Zmęczony całodzienną kolędą ksiądz trafił wreszcie na koniec do swych dobrych znajomych i rozluźniony rozpoczął wspólną modlitwę: „A teraz pomódlmy się słowami, którymi Pan Jezus zwrócił się do swego Ojca: Zdrowaś Maryjo, łaskiś pełna...

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości już w Panamie

2019-01-22 21:17

pb (KAI Panama) / Panama

Uczestnicy Rejsu Niepodległości są już w Panamie. Na 34. Światowe Dni Młodzieży przybyły osoby, które właśnie przypłynęły tam na żaglowcu „Dar Młodzieży”, jak również te, które wcześniej uczestniczyły w poszczególnych etapach podróży. – Panama jest piękna! – mówią w rozmowie z KAI.

Krzysztof Tadej

„Dar Młodzieży” pozostanie w stolicy Panamy do 28 stycznia. Cumuje w porcie Balboa, znajdującym się w pobliżu wejścia do Kanału Panamskiego od strony Oceanu Spokojnego. Uczestnicy rejsu zaprosili na pokład żaglowca papieża Franciszka, który będzie przebywał z wizytą w Panamie w dniach 23-27 stycznia.

- Chcemy być młodymi ambasadorami Polski – powiedziała KAI Dominika Hoft ze Środy Wielkopolskiej. Dodała, że już sam fakt udziału w Rejsie Niepodległości był wielkim zaszczytem, bo „mogliśmy w różnych portach świata mówić o Polsce, o tym, jaka jest piękna”. - Chcemy się tym podzielić także tutaj, w Panamie. To w końcu u nas dwa i pół roku temu odbyły się poprzednie Światowe Dni Młodzieży. Jest to dla nas fajne podsumowanie tego czasu i wykorzystamy to w stu procentach – podkreśliła Dominika, która na koszulce miała napis: „Bądź spokojny, Bóg czuwa i wie, co robi”.

- Ludzie w różnych krajach nas rozpoznawali i pytali o Polskę – zaznaczyła Anna Konopka z Krakowa. Rejs Niepodległości nazwała niesamowitą inicjatywą, dzięki której świętowała niepodległość „całym ciałem i duchem”.

Przyznała, że pierwszy raz miała okazję być na statku i poczuła na własnej skórze trudy z tym związane, które ją jednak umocniły.

Wyjaśniła, że rejs był podzielony na dziewięć odcinków i poszczególne grupy uczestników uczestniczyły w jednym z nich. Ale zwieńczeniem całego rejsu są Światowe Dni Młodzieży, dlatego do Panamy przylecieli wszyscy, którzy płynęli w Rejsie Niepodległości.

- Kiedy w czasie Światowych Dni Młodzieży w Krakowie papież ogłosił, że kolejne odbędą się w Panamie, to zamarzyłam, że chcę tam być, choć wydawało się to czymś dla mnie niemożliwym – zwierza się Agnieszka Szymczyk z Kielc. - Ale kiedy poszłam na studia, zobaczyłam ogłoszenie o konkursie na udział w Rejsie Niepodległości, którego kulminacją miał być właśnie pobyt na ŚDM w Panamie. Zgłosiłam się, choć z żeglowaniem nie miałam nigdy żadnej styczności. Mieszkam w województwie świętokrzyskim, więc nigdy nie sądziłam, że będę marynarzem, że będę wchodziła na reję, że będę myła pokłady i że poznam tylu niesamowitych ludzi. To niezwykłe doświadczenie i przygoda. Po dwóch i pół roku przyleciałam do Panamy ze znajomymi z Rejsu Niepodległości i mam zaszczyt uczestniczyć w tych wydarzeniach – opowiada Agnieszka.

Pytana, co trzeba było zrobić, żeby wygrać konkurs na udział w rejsie, tłumaczy, że składał się on z dwóch etapów. - Pierwszym było dodanie na Facebooku zdjęcia, które przedstawiało naszą małą ojczyznę, miejsce, do którego jesteśmy przywiązani, i zbieranie lajków od znajomych. Kto przeszedł do drugiego etapu, uczestniczył w Warszawie w konkursie wiedzy z zakresu Biblii, żeglugi i historii Polski. Po drugim etapie zostali wyłonieni zwycięzcy – wyjaśniła Szymczyk.

„Dar Młodzieży” wyruszył z Gdyni 20 maja 2018 r. W czasie całego rejsu przez jego pokład przewinie się niemal 1000 uczestników. Przybili lub jeszcze przybiją w sumie do 22 portów w 18 państwach świata na czterech kontynentach. Do Gdyni żaglowiec wróci 28 marca br.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem