Reklama

Jestem od poczęcia

„Byłem sparaliżowany przez 10 miesięcy”

2017-09-27 10:10

Z o. Markiem Krupą OFMConv rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 40/2017, str. 22-23

Krzysztof Tadej
O. Marek Krupa OFMConv z mamą

Krzysztof Tadej: – Dramat zaczął się 16 maja 2011 r.

O. Marek Krupa OFMConv: – To był 22. rok mojej pracy misyjnej w Boliwii. W tym dniu trafiłem do szpitala w Santa Cruz z wysoką gorączką, silnymi bólami głowy, mięśni i stawów. Kilka dni wcześniej poczułem się bardzo źle. Pojawiły się jakieś dziwne zmiany w organizmie. Nie miałem np. ochoty, żeby cokolwiek zjeść. W szpitalu lekarze stwierdzili, że jestem chory na dengę – wirusową chorobę tropikalną przenoszoną przez komary. Może ona powodować gwałtowny spadek odporności organizmu – uaktywniają się wtedy inne choroby. Tak było w moim przypadku.

– Nastąpiło to bardzo szybko, już 2 dni później...

– Symboliczna data – 18 maja, czyli dzień urodzin Jana Pawła II – ale to uświadomiłem sobie dopiero później... W tym dniu przewróciłem się na korytarzu w szpitalu. I od tego momentu już nie mogłem chodzić. W moim organizmie rozwinęła się inna choroba – zespół Guillaina-Barrégo.

– Choroba atakująca układ nerwowy, która nieraz prowadzi do śmierci.

– Zaczęło się od paraliżu nóg. Jeszcze w tym dniu, na wózku, pojechałem do szpitalnej kaplicy odprawić Mszę św. Później paraliż zaczął obejmować całe ciało. Stopniowo, każdego dnia. W końcu miałem sparaliżowane niemal wszystkie mięśnie – rąk, nóg, twarzy. Miałem nawet sparaliżowane powieki.

– Powieki?!

– Tak, nie mogłem zamknąć powiek przez 3 miesiące. Patrzyłem w jeden punkt. Po jakimś czasie lekarze zaczęli mi na noc zakładać czarną opaskę na oczy. Całe szczęście, że normalnie pracowały serce, płuca i mózg. Byłem świadomy tego, co się dzieje.

– Wtedy życie Ojca zmieniło się całkowicie...

– Radykalnie, nagle. Z pozycji stojącej na leżącą. Byłem zupełnie sparaliżowany przez 10 miesięcy. Leżałem na łóżku i czułem się jak więzień w swoim ciele. Nie mogłem zrobić nic, nie mogłem samodzielnie jeść. Zresztą przez pierwsze miesiące dostawałem tylko kroplówki. Bardzo chudłem. Przed chorobą ważyłem 89 kg, a później w którymś momencie – zaledwie 42 kg. Gdy spojrzałem na swoje ręce, zobaczyłem, że były to tylko skóra i kości.

– Czas w szpitalu jakby się zatrzymał.

– Dobre określenie. Nigdzie już nie musiałem się spieszyć, bo nie mogłem. A zanim tam trafiłem, byłem przecież proboszczem dużej parafii. Na jej terenie mieszka 60 tys. ludzi, jest kilka kaplic w promieniu 30 km. Prowadziłem takie życie, jakie prowadzi się w placówkach misyjnych, czyli ciągle w biegu. Nie było czasu na odpoczynek. Wstawało się bardzo wcześnie rano, a padało ze zmęczenia w nocy. W ciągu dnia odprawiałem kilka Mszy św. Spowiadałem, prowadziłem katechezy, grupy modlitewne – do dzisiaj mamy ich bardzo dużo: Rycerstwo Niepokalanej, Legiony Maryi, grupy franciszkańskie, Żywy Różaniec, grupa modlitewna niepełnosprawnych... Kończyłem jedno zadanie i natychmiast zaczynałem następne. W ciągu dnia przychodzili też ludzie ze swoimi problemami, chcieli porozmawiać, poradzić się. Posiłki jadłem „w locie”, bo w parafii ciągle coś się działo.

– Gdy nastąpił całkowity paraliż ciała, był Ojciec załamany?

– Nie, bo od początku miałem pomoc duchową. Każdego dnia do szpitala przychodzili kapłani i odprawiali Mszę św. Kładli stułę na łóżku, na którym leżałem, i łączyłem się z nimi w koncelebrze. Na początku prawie nie mogłem mówić. Nie mogłem też spożywać pokarmów, więc dawali mi prawie niewidoczny okruszek Komunii św. Po każdej Mszy św. dostawałem jakiejś niesamowitej siły. Nieraz mówię, że to była najlepsza „kroplówka”. Niezwykle ważny był również malutki obrazek od sióstr sercanek, ze zdjęciem Jana Pawła II i relikwią – kropelką krwi. Siostry dostały go w Krakowie od kard. Stanisława Dziwisza. Patrzyłem w ciągu dnia na ten obrazek, a jak przychodził jeden ze współbraci, to odmawialiśmy modlitwę do Jana Pawła II, która znajdowała się na odwrocie obrazka. Wtedy uświadomiłem sobie, że paraliż nastapił 18 maja, czyli w dzień urodzin Papieża. Dlatego modliłem się o pomoc za jego wstawiennictwem. Myślę, że dzięki Mszy św. i modlitwom nigdy nie nastąpiło u mnie całkowite załamanie psychiczne. To mnie uratowało, bo przecież nie ma tak mocnych ludzi na świecie, którzy spokojnie wytrzymaliby taką sytuację.

– Bał się Ojciec śmierci?

– Wiedziałem, że niektórzy chorzy mający zespół Guillaina-Barrégo umierają, inni zostawali do końca życia na wózku. Ja podchodziłem do tego ze spokojem. Gdy rozmawiałem ze współbraćmi, mówiłem, żeby pozałatwiali wszystkie sprawy związane z moim odejściem. A oni odpowiadali krótko: „Musisz przeżyć i wrócić!”.

– Czy pojawiły się pytania: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało?”...

– Tak nie pytałem, ale gdy się modliłem, mówiłem do Boga: „Niech się dzieje, co Ty chcesz. Jeżeli mam odejść, to przygotuj mnie do tego momentu, a jeżeli mam wrócić, to daj mi cierpliwość”. Oddałem się w ręce Jezusa Miłosiernego. Nie wiedziałem, czy będę żył, a jeśli tak – czy będę sprawny, czy nie. Nikt z lekarzy nie potrafił powiedzieć, jak to się skończy. Gdybym nie był cierpliwy, to pojawiłaby się złość wobec świata i ludzi.

– Podobno przed szpitalem ustawiały się ogromne kolejki ludzi, bo każdy chciał Ojca odwiedzić?

– Lekarze musieli ograniczyć czas tych wizyt do godziny, bo tak wielu było parafian! Ludzie chcieli się pomodlić ze mną, niektórzy opowiadali o swoich problemach, inni przychodzili z ciekawości. Najbardziej wzruszające były wizyty dzieci. Kiedyś przyniosły zawiniątko. Powiedziały, że to dla mnie na leki, bo chcą, żebym wyzdrowiał. Po ich wyjściu zobaczyłem, że są tam drobne pieniążki – w przeliczeniu 20, 50 groszy. I to był najpiękniejszy prezent. Dzieci zrezygnowały ze swoich oszczędności, które dostawały od rodziców na ciastko czy coś do picia, i oddały je mnie. Podczas odwiedzin zauważyłem, jak bardzo wyostrzyły się moje zmysły. Szczególnie słuch i węch. Byłem w stanie usłyszeć to, co ktoś mówił 50 m dalej. Nieraz lekarze wychodzili z mojego pokoju i szli na koniec korytarza. Drzwi nie były domknięte i słyszałem, jak o mnie rozmawiali. Mówili na początku, że nie wiedzą, jaka to choroba i czy z tego wyjdę. A przez węch omal się nie udusiłem. Jak ktoś przychodził, a wcześniej używał dość mocnych perfum, to nie mogłem oddychać. Inni, stojący obok takiej osoby, prawie nic nie czuli, a ja miałem te zapachy spotęgowane. Moja choroba to historia pięknych gestów solidarności. Znajomi dowiedzieli się o mojej chorobie w różnych częściach świata i zaczęli organizować koncerty charytatywne, np. w rodzinnym Przeworsku koncert „Zagrajmy dla Marka”. Te działania pomogły mi przetrwać. Wiedziałem, że nie jestem sam.

– Przez 10 miesięcy był Ojciec sparaliżowany, a później nastąpił powrót do zdrowia. Przez kolejnych 6 miesięcy poruszał się Ojciec na wózku, a przez następne pół roku o kulach.

– Kiedy poczułem się lepiej, rozpoczęła się walka. Każdego dnia. Na początku starałem się wykonywać małe ruchy palcami, ręką. Potem próbowałem siadać, ale wytrzymywałem zaledwie 5 minut. Uczyłem się też wymawiać poszczególne słowa.

– Po roku przyjechał Ojciec do Polski.

– Wróciłem na wózku akurat w Wielki Czwartek. Po Wielkim Tygodniu ponownie zaczęła się rehabilitacja. Stopniowo powracałem do zdrowia. Śladem po chorobie jest mniej sprawna prawa noga. Ale innych dolegliwości nie odczuwam.

– Jak ta choroba zmieniła Ojca? Jak wpłynęła na myślenie o życiu, ludziach?

– Myślę, że inaczej patrzę na ludzi. Jak jestem z kimś, to zapominam o innych rzeczach. Chcę poświęcać czas tylko konkretnej osobie, z którą rozmawiam, a nie myśleć, jakich dziesięć następnych spraw muszę załatwić. Zrozumiałem, że przyjście kogoś do zakrystii to może być jedyna szansa, żeby porozmawiać z tą osobą o Bogu czy pomóc jej rozwiązać jakiś problem. Zawsze znajduję na to czas, bo przecież ten człowiek może już więcej nie wrócić. Mam inne podejście do chorych. Wielu ludzi nie rozumie potrzeb osób ciężko chorych. Nie wiedzą, jak z nimi postępować. Boją się okazywać emocje i dotykać chorych. Poza przypadkami chorób zakaźnych wiem, że nie należy się bać. Ten chory i cierpiący na łóżku człowiek reaguje na bodźce tak jak my. Czeka na każde dobro, które możemy wyrazić na różne sposoby. Często rozmawiam z chorymi. Pytają: Jak mam znieść cierpienie, ten krzyż w moim życiu?

– Co Ojciec wtedy odpowiada?

– Mówię, że potrzebna jest głęboka relacja z Panem Bogiem. Otwarcie się na Niego i zgoda na Jego plan w naszym życiu. Zachęcam do modlitwy. Ona dodaje sił i wzbudza nadzieję. Bez tej nadziei można się załamać. Często też opowiadam o swoich przeżyciach. W najbardziej krytycznym momencie, gdy byłem najbardziej sparaliżowany, odczuwałem, że nie jestem sam. Czułem się, jakbym był w rękach Boga. Ważne są oczywiście lekarstwa, proces leczenia, ale gdy wykorzystujemy sferę duchową, to – moim zdaniem – wznosimy się na inny poziom. Ten okres chorowania był dla mnie również jakimś oczyszczeniem – z zaniedbań, grzechów, podejścia do życia. Gdy leżałem, godzinami myślałem o ludziach, których spotkałem, o wszystkich sytuacjach, o tym, co zrobiłem źle. Patrzyłem też na to, co dzieje się wokół mnie. I na nikim się nie zawiodłem. Zobaczyłem, jak ludzie potrafią być dobrzy i pomocni. Jedna z osób – Boliwijczyk James Oliveira od razu zgłosił się, żeby być moim opiekunem. Miał ponad 60 lat, był bardzo biedny, żył w skrajnie trudnych warunkach. Był mi bardzo pomocny, ponieważ po 3 miesiącach pobytu w szpitalu zostałem przeniesiony do celi w klasztorze. Lekarze i pielęgniarki przychodzili na wizyty, ale przecież nie mogli być ze mną przez cały czas. A on pozostawał i bardzo mi pomagał. Bezinteresownie. Nigdy nie wziął żadnych pieniędzy. Pytany, dlaczego to robi, odpowiadał: „Misjonarz ofiarował swoje życie, przyjeżdżając do nas, to ja chcę ofiarować mój czas, gdy on tego potrzebuje”.

– Jakie są teraz jego losy?

– Namówiłem go, żeby rozpoczął studia i został u nas diakonem stałym. Okazało się, że nie ma matury, ale poradził sobie z tym, ucząc się zaocznie. I rozpoczął studia, mając ponad 60 lat!

– Gdy Ojciec w Polsce całkowicie wyzdrowiał, to zaskoczył wszystkich swoją decyzją. Powiedział: Teraz wracam do Boliwii.

– Wróciłem do tej samej parafii w Santa Cruz. Tam, gdzie byłem proboszczem przed chorobą. Teraz jestem wikarym. Oprócz mnie jest tylko 2 kapłanów, Boliwijczyków, a parafia liczy już ponad 60 tys. ludzi! Dlaczego wróciłem? Jestem związany z Boliwią. Mam 55 lat i połowę życia spędziłem w tym kraju. To, co przeżyłem, pogłębiło moje relacje z ludźmi. Wiele razy dziękowałem Bogu za odzyskane zdrowie, ale też za wiernych, którzy nie opuścili mnie w najtrudniejszych momentach. Jak mógłbym do nich nie wrócić?!

Jeśli ktoś chciałby pomóc w działalności duszpasterskiej o. Marka Krupy OFMConv w Boliwii, może to zrobić, kontaktując się z franciszkańską Fundacją Brat Słońce, ul. Hetmana Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków, tel./fax +48 12 423 18 98 (od poniedziałku do piątku w godzinach 8.00-16.00). Tam można znaleźć nr konta dla fundacji (z dopiskiem: o. Marek Krupa – Boliwia).

Tagi:
świadectwo uzdrowienie

Krwawiące ślady, czyli okiem zakonnicy

2018-04-25 11:32

S. Dawida Ryll
Edycja przemyska 17/2018, str. IV

Archiwum autora
S. Dawida Ryll

Byłam już prawie dorosła, gdy po raz pierwszy usłyszałam piosenkę o czerwonych makach pod Monte Cassino. Ale wówczas, gdy moja mama z wielkim smutkiem powiedziała: – I znów w tym miejscu zakwitły maki – miałam zaledwie kilka lat. Do dziś kwitnące maki kojarzą mi się ze śladami krwi i od tamtej chwili wiem, jak boleśnie dusi ściśnięta z żalu krtań. Nie był to smutek z powodu poległych w bohaterskiej walce żołnierzy – jak w piosence „Czerwone maki”– ale z powodu śmierci małego żydowskiego chłopca, którego na tym właśnie polu dosięgła kula niemieckiego żołnierza.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Przemysł pogardy

2018-04-25 20:33

Ks. Paweł Rozpiątkowski

Kiedy rzuciłem okiem na ten tytuł, choć przecież to nie pierwszy spotkany przeze mnie przypadek takiej metody manipulacji, zrobiło mi się niedobrze. Do szpiku zmroził mnie stopień pogardy zawarty w tych kilku słowach: „Znany działacz antyaborcyjny ma nową pracę, został konsultantem wojewódzkim.” Cóż w istocie znaczą te słowa? Ano tyle, że „Pan nikt” dostał pracę. Przecież a przecież „Pan nikt”, nie powinien dostawać pracy, bo „Pan nikt” jest zerem. Ten „Pan nikt”, to lekarz, który leczył i ratował życie wielu ludziom. Profesor, który wykształcił tysiące innych lekarzy. Tylko dlatego, że twardo opowiada się za życiem został nazwany pogardliwie „znanym działaczem antyaborcyjnym”. Czyli właśnie nikim. Chodzi o prof. Chazana.

BOŻENA SZTAJNER

Wiele już napisano o przemyśle pogardy, który był wymierzony w śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Powstały cale analizy działań jego przeciwników politycznych zmierzających do obalenia godnościowych podstaw jego prezydentury. A to pisano o kartoflu. A to zadawano pytania czy prezydent jest alkoholikiem. W ten sposób również starano się wmówić społeczeństwu, że Lech Kaczyński jest nikim. Wielu w to uwierzyło i wierzy nadal.

Przemysł pogardy nadal dobrze funkcjonuje. Jego tryby mielą dziś co znaczniejszych, co odważniejszych obrońców życia. Używane są najbardziej nieczyste chwyty. Prawdziwa wolna amerykanka.

Wściekłą histerię wywołuje np. pokazanie w przestrzeni publicznej niewinnego i prawdziwego zdjęcia kilkutygodniowego dziecka zrobionego za pomocą ultrasonografu. Niedawno w Rzymie urzędnicy wystraszeni przez agresywnych lewaków nakazali je usunąć natychmiast. Nad Wisłą też to przerabialiśmy. Ileż razy urzędnicy nakazywali usunąć, albo bezprawnie niszczono, czy organizowano „społeczne” pikiety przeciw wystawom podobnych zdjęć. To ze strachu, bo odkłamują one aborcjonistyczną narrację pokazując czarno na białym, że pod sercem matki żyje nie płód, ale człowiek. Każdy z nas w piątym czy dziesiątym tygodniu życia tak wyglądał, a że nie jest podobny do siebie dzisiaj? Przecież wielu ma kłopoty z rozpoznaniem siebie na zdjęciach z dzieciństwa. Człowiek się przecież zmienia.

Kilka tygodni temu oglądałem w telewizji dyskusję Kaji Godek z dwoma feministkami. Jedną z nich była prowadząca program w TVN 24 znana dziennikarka. Kaja Godek dala sobie radę doskonale, mimo, że naprzeciw siebie miała nie skrywające niechęci, wściekłości i pogardy dwie lwice, które najchętniej by ją zakneblowały.

I wreszcie fizyczny atak. Ten na Kurię Biskupią w Warszawie z niewybrednymi hasłami, ba groźbami wobec biskupów i księży po tym jak Episkopat Polski wyraził wsparcie dla społecznej inicjatywy „Zatrzymaj aborcję”. Napastnicy gotowi byli na pewno poszturchać. Nie zawahaliby się przed poturbowaniem, a może i znaleźliby się tacy nakręceni, którzy odważyliby się zabić. Nie przesądzam. Boję się tylko, bo widząc nienawiść w czystej postaci, a także przyzwolenie i brak potępienia takich haseł i działań ze strony wspierających mediów, nie mając zbyt bujnej wyobraźni potrafię to sobie jednak wyobrazić.

I co wobec tego? Schować głowę w piasek? Jak struś. To najgorsze, co można zrobić. Gdy chodzi o życie nie można odpuścić „dla świętego spokoju”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rzym: konferencja "Jan Paweł II i jego dziedzictwo"

2018-04-26 19:53

vaticannews.va / Rzym (KAI)

"Jan Paweł II i jego dziedzictwo" – to temat międzynarodowej konferencji na papieskim uniwersytecie Angelicum. Zorganizowała ją w 40. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża polska ambasada przy Stolicy Apostolskiej.

Ze zbiorów Natalii Janowiec

Zdaniem kard. Pietra Parolina - który nie mogąc osobiście wziąć udziału w konferencji, przysłał swoje przesłanie – prawdziwym dziedzictwem Jana Pawła II jest Sobór Watykański II. To bowiem soborowe nauczanie niczym kompas wyznaczało kierunek jego pontyfikatu.

Ks. prof. Piotr Mazurkiewicz podkreślił jednak, że rozważając pontyfikat św. Jana Pawła II, trzeba mieć świadomość, że należy on do grona najznamienitszych papieży w historii Kościoła. Jego dziedzictwo sytuuje się na tym samym poziomie, co teksty św. Augustyna czy św. Tomasza z Akwinu. Jest to skarb, który nie ulegnie zapomnieniu – mówi ks. Mazurkiewicz.

- Jan Paweł II zostawił nam bardzo wiele bardzo głębokich tekstów, które mogą dziś być trochę zakurzone, dlatego, że pokolenia się zmieniają i jest moda także na nowość. Nawet jeśli coś jest wyrażone mniej trafnie, mniej głęboko, ale wyrażone zostało wczoraj, to ludzie na to często bardziej reagują – powiedział Radiu Watykańskiemu ks. prof. Mazurkiewicz. – Natomiast myślę, że dla nas, także jako tych, do których Jan Paweł II przemawiał bezpośrednio i na których wywarł olbrzymi wpływ, zadaniem jest to, żeby nie tylko powtarzać, lecz dalej prowadzić refleksję Jana Pawła II, czyli tekst rozumieć w ten sposób, że on odnosi się do nas w dzisiejszych warunkach. To jest nasze zadanie. Nie zamknąć w muzeum myśli Jana Pawła II, tylko nieustannie prowadzić nad tym tekstem refleksję, a ta nasza refleksja będzie ożywiała te teksty.

Wśród uczestników konferencji znaleźli się również naoczni świadkowie tego pontyfikatu, jak abp Mieczysław Mokrzycki, jeden z sekretarzy osobistych Jana Pawła II, a dziś metropolita lwowski. W swym wystąpieniu mówił w wkładzie Papieża Polaka w pojednanie z Kościołem prawosławnym.

- Jan Paweł II od samego początku wziął sobie do serca tę modlitwę: "Spraw, aby nastała jedna owczarnia i jeden pasterz". Ojciec Święty spotykał się z przedstawicielami Kościoła prawosławnego – powiedział Radiu Watykańskiemu abp Mokrzycki. – Bardzo zabiegał o spotkanie z patriarchą Moskwy. Różne spotkania i wspólne modlitwy przełamywały bariery. Mogliśmy to odczuć na nieoficjalnych spotkaniach. Nawet jeśli nie było oficjalnego zbliżenia, deklaracji, to jednak w spotkaniach osobistych, mniej urzędowych było widać tę wielką rolę, jaką Jan Paweł II odegrał w przełamaniu barier. My tego osobiście doświadczamy. Na Ukrainie śmiało mogę pójść do arcybiskupa z Patriarchatu Moskiewskiego. W Poczajowie, w wielkim sanktuarium prawosławnym jesteśmy przyjmowani z wielkimi honorami.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem