Reklama

Biały Kruk 2

UPAMIĘTNIAJĄ POLICJANTÓW Z CZASÓW II RP

O honor granatowego munduru

2017-09-21 09:31

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 39/2017, str. 2-4

TD
Szczaworyż, policjancji w hołdzie poprzednikom zamordowanym na nieludzkiej ziemi

Przez 20 lat Polski niepodległej, budującej swoją nową historię po odzyskaniu niepodległości, w policji służyły tysiące wartościowych ludzi: m.in. ekslegionistów, żołnierzy wojny polsko-bolszewickiej, którzy czuli się zawsze na służbie ojczyzny – tak Grażyna Szkonter, prezes stowarzyszenia Kielecka Rodzina Policyjna 1939, motywuje żmudny, ale konsekwentnie realizowany proces upamiętniania bohaterów policji masowo mordowanych w Katyniu, Miednoje, Twerze.

Znamienne jest, że ci policjanci nigdy nie zdjęli mundurów. – Jak wyszli w pierwszych dniach września 1939 r. ze swoich posterunków i skierowali się na wschód, tak pozostali w nich do śmierci. Na niektórych zdjęciach z ekshumacji widać, że ziemia jest granatowa. To od tysięcy tych mundurów, których barwa przeniknęła do ziemi, przyjmującej rozkładające się ciała – mówi Grażyna Szkonter.

Ostatnio w czasie wakacji kilku policjantów – ofiar tamtej zbrodni, upamiętniono w Szczaworyżu. Obecnie ruszyły starania o pamięć braci Ludwikowskich, z których szczególnie Bronisław był związany z Kielcami.

Reklama

Na Cmentarzu Starym w Szczaworyżu

Właśnie tam został odsłonięty obelisk upamiętniający tragiczną śmierć czwórki policjantów zamordowanych przez NKWD w Ostaszkowie i Miednoje w 1940 r. We Mszy św. w szczworyskim kościele z udziałem m.in. delegacji władz rządowych, wojewódzkich, policyjnych i samorządowych oraz harcerzy i mieszkańców gminy Busko-Zdrój, modlono się w intencji ojczyzny oraz o spokój duszy „czterech ofiar nieludzkiej ziemi”. Upamiętnieni policjanci to: Jan Kozieł, Piotr Szostak, Piotr Nocuń i Jan Kopeć.

Wicewojewoda Andrzej Bętkowski, nawiązując do zbrodni, przypomniał, że od tragicznej śmierci ponad 20 tys. polskich obywateli minęło 77 lat, a „droga do prawdy mówiącej o motywach zbrodni i jej inicjatorach była długa i bolesna”.

Uczestnicy uroczystości w Szczaworyżu nie kryli swojego wzruszenia. Wziął w nich udział m.in. Krzysztof Matyja, którego ojciec był przedwojennym policjantem z Komendy Powiatowej w Kielcach i podobnie jak funkcjonariusze ze Szczaworyża zakończył swoje życie w sowieckich łagrach. Obecny był także kuzyn upamiętnionego Jana Kopcia. Specjalny program artystyczny na uroczystość w Szczaworyżu przygotowała tamtejsza młodzież z klubu „Wolna Strefa”.

Jedną z form upamiętnienia jubileuszu Policji Państwowej będzie tablica dedykowana wszystkim policjantom z ziemi kieleckiej, zainstalowana i poświęcona w kościele garnizonowym w Kielcach.

Upowszechnić pamięć

Stowarzyszenie Kielecka Rodzina Policyjna 1939 na różne sposoby stara się upowszechnić prawdę o policjantach na służbie. Blisko 300 funkcjonariuszy związanych z ziemią kielecką w dawnych granicach ma swoją tablicę czy dąb zasadzony na szkolnych dziedzińcach lub w eksponowanych miejscach w gminie.

W 2019 r. przypada stulecie powstania Policji – stąd planowane są liczne uroczystości, a w Kielcach, m.in. – nowy patron dla Komendy Miejskiej (prawdopodobnie będzie nim Wacław Gocłowski pochowany w Miednoje) oraz upamiętnienie braci Ludwikowskich, z których dwóch zaznaczyło w mieście swoje ślady.

Bracia Ludwikowscy: Wiktor, Bronisław i Marian byli synami Stanisława Ludwikowskiego, zbrojmistrza 9. Pułku Piechoty we Lwowie, i Teresy Bertet, z pochodzenia Czeszki. Wychowali dziewięcioro dzieci, w tym trzech synów.

W sposób znaczący swoje losy z Kielcami związał średni z braci, Bronisław Ludwikowski.

Policjant i społecznik

Bronisław, ur. w 1887 r. we Lwowie, jak przystało na syna żołnierza, został ochrzczony przez kapelana wojskowego ks. E. Porta.

Był nauczycielem w szkole powszechnej w Kozłowie k. Brzeżan i w Czortkowie na Podolu. Gdy wybuchła I wojna światowa, powołany został do armii austriackiej. Walczył m.in. w Karpatach, na Przełęczy Dukielskiej oraz na Litwie i Wołyniu oraz na froncie włoskim. Wyróżniał się odwagą i zdyscyplinowaniem. Wielokrotnie był odznaczany.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości Bronisław przydzielony został do Polskiej Wojskowej Komisji Likwidacyjnej. Za namową brata Wiktora wystąpił o zwolnienie ze służby w administracji i o przeniesienie do Żandarmerii Krajowej w Kielcach. Służył tam jako adiutant w dowództwie tej formacji.

Gdy otrzymał przydział do komendy PP w Warszawie jako nadkomisarz, przez dwa lata pełnił służbę jako oficer inspekcyjny, następnie przeniesiono go do Nowogródka z nominacją na komendanta XV okręgu PP oraz awans na podinspektora policji. Po trzech latach służby w Brześciu kolejnym przydziałem dla Bronisława Ludwikowskiego stały się ponownie Kielce. 24 listopada 1927 r. objął tam stanowisko komendanta III okręgu PP. Po roku awansował do stopnia inspektora PP. Cztery lata później, po blisko 25 latach pracy, za zgodą ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, przeniesiony został w stan spoczynku.

Po opuszczeniu szeregów policji Ludwikowski wraz z rodziną pozostał w Kielcach. Dużo pracował społecznie. Udzielał się m.in. w pracach Stowarzyszenia Rodzin Policyjnych oraz w Społecznym Obywatelskim Komitecie Pomocy Zimowej Bezrobotnym. Był fanem lotnictwa. Zdobył licencję pilota samolotowego i przez kilka lat kierował Kieleckim Klubem Lotnictwa Cywilnego.

Gdy wybuchła II wojna światowa, w połowie września ewakuował się na wschód. W Kielcach pozostawił żonę Reginę i córkę Alinę. W Równym na Wołyniu, w wyniku denuncjacji, 20 października 1939 r. aresztowało go NKWD i trafił do obozu. Po rocznym pobycie w łagrze w 1940 r. sowiecki sąd kapturowy – tzw. Kolegium Specjalne – skazał go na 8 lat łagru w obwodzie iwdielskim k. Swierdłowska. Tam wszelki ślad po nim zaginął.

Bracia w mundurach

Najstarszy, znakomity specjalista daktyloskopii, Wiktor, urodzony w 1886 r. we Lwowie, ukończył m.in. Terezjańską Akademię Wojskową w Dolnej Austrii. Władał biegle kilkoma obcymi językami. Mimo służby w armii austriackiej zawsze czuł się Polakiem. Organizował tajne drużyny Związku Strzeleckiego w Sokalu i Czortkowie, wykładał młodym Polakom taktykę walk partyzanckich, uczył ich zasad posługiwania się bronią. W 1915 r. Ludwikowski przerzucony został na front rosyjski, dosłużył się stopnia generała brygady. Gdy w 1918 r. Polska odzyskała niepodległość, zgłosił się we Lwowie do polskiej armii. Przeszedł pomyślnie weryfikację i został przyjęty do korpusu oficerów Żandarmerii Wojska Polskiego ze stopniem majora. Premier RP Ignacy Daszyński oddelegował go do Kielc i powierzył mu zorganizowanie w tamtejszym województwie polskiej administracji. Jako szef Żandarmerii WP Wiktor Ludwikowski w kieleckim dowództwie okręgu przystąpił do formowania struktur żandarmerii w polskich oddziałach wojskowych. Włączył się też w rozbrajanie Niemców i usuwanie ich z Częstochowy i Wielunia. Efektem jego działań było zapewnienie bezpieczeństwa ludności oraz ustanowienie polskiej administracji w Kielcach, Radomsku, Piotrkowie, Wieluniu i Częstochowie.

Do PP przyjęty został 1 czerwca 1919 r. Powierzono mu zorganizowanie w Warszawie pierwszej polskiej centrali kryminalistycznej przy Komendzie Głównej Policji Państwowej. Jako kryminolog Ludwikowski stał się jednym z pionierów szerokiego stosowania daktyloskopii. Był autorem wielu nowatorskich podręczników i kursów w tym temacie. Od 1920 r. pracował w policji w Wielkopolsce. Równocześnie został delegatem rządu ds. powstań śląskich. Wyszkolił wówczas około 80 przyszłych dowódców powstańczych. Następnie insp. Ludwikowski został komendantem PP miasta stołecznego Warszawy. Prezydent RP w uznaniu jego zasług odznaczył go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski – Polonia Restituta. Uhonorowano go także Krzyżem Komandorskim Korony Rumuńskiej. Był także Ludwikowski, wraz z wysokiej rangi funkcjonariuszami policji w Pruskim Instytucie Policyjnym w Berlinie, współtwórcą Interpolu.

Gdy wybuchła II wojna światowa, prezydent Warszawy Stefan Starzyński polecił Ludwikowskiemu, aby wspólnie z prof. Januszem Regulskim organizował w stolicy Straż Obywatelską. Po kapitulacji i kilkumiesięcznym śledztwie został wywieziony na roboty przymusowe do ówczesnego Protektoratu Czech i Moraw. Po wojnie osiadł w Koźlu; był działaczem społecznym, pomagał m.in. repatriantom i członkiem PPS. Zmarł w 1959 r.

Najmłodszy – Marian Ludwikowski, ur. w 1901 r., przez kilka lat służył jako specjalista od daktyloskopii, pełnił służbę w komendzie okręgowej policji w Stanisławowie, a także w Warszawie. Po wybuchu II wojny światowej i wkroczeniu Armii Czerwonej na wschodnie tereny RP został aresztowany przez NKWD. Trafił do łagru w Szepietówce, skąd został wywieziony w nieznane miejsce.

Tagi:
policja

Policja moich marzeń

2017-12-20 11:40


Niedziela Ogólnopolska 52/2017, str. 66-68

Grzegorz Boguszewski
Nadinspektor dr Jarosław Szymczyk uważa, że w małych społecznościach policjant ma szansę stać się dla ludzi kimś bliskim

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Gdy 2 lata temu minister spraw wewnętrznych i administracji Mariusz Błaszczak przedstawiał Pana Nadinspektora jako nowego Komendanta Głównego Policji, zapewnił, że jest Pan gwarantem dobrej zmiany w policji. Jak Pan sądzi, dlaczego?

JAROSŁAW SZYMCZYK: – Te słowa pana ministra do dziś traktuję jako wielki kredyt zaufania. A samo powołanie na stanowisko komendanta głównego policji odebrałem jako nie tylko zaszczyt, ale też zobowiązanie do bardzo trudnej pracy, zwłaszcza że był to czas przygotowań Polski do wielkich imprez na skalę globalną – szczytu NATO i Światowych Dni Młodzieży.

– A Pan Nadinspektor jest uznanym specem w zakresie policyjnego zabezpieczania imprez masowych!

– Przyznaję, że specjalizowałem się w tej dziedzinie i jest to moją ogromną pasją. Stąd też z dużą energią podszedłem do powierzonych mi obowiązków na stanowisku Komendanta Głównego Policji. Operacja „Przymierze” to był czas ogromnego wysiłku, bardzo ciężkiej pracy, ale wtedy na swojej drodze spotkałem wielu fantastycznych ludzi, którzy byli równie mocno zaangażowani i nie mieli wątpliwości, że właśnie tak należy funkcjonować.

– Czyli jak?

– Z pełnym poświęceniem, bo taka jest praca policjanta na co dzień, a tym bardziej w chwilach wyjątkowych. Dlatego szczyt NATO był wielkim sukcesem polskiej policji – nie popełniliśmy ani jednego błędu, nie było ani jednej kolizji, żadnych uwag ani zastrzeżeń. Ale to, co wydarzyło się w czasie Światowych Dni Młodzieży – te obrazki, które obserwowałem w Krakowie, w Brzegach, w Częstochowie, a także w wielu innych miejscach kraju, zwłaszcza spontaniczne podziękowania kierowane do policjantów – przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

– Dlaczego?

– Z największą satysfakcją odnotowywałem entuzjastyczny odbiór pracy polskich policjantów przez młodych ludzi z całego świata. Oklaski dla policjantów, policjanci dzielący się wodą z pielgrzymami, zawsze przyjaźni, pomocni... Uważam, że był to moment przełomowy w funkcjonowaniu polskiej policji. Dla mnie osobiście to właśnie była taka policja, o jakiej przez całe życie marzyłem.

– I to jest samo sedno dobrej zmiany w polskiej policji według nadinsp. Jarosława Szymczyka?

– Tak! Uważam, że nawet najlepiej wyposażona, opłacona i świetnie zorganizowana policja nie będzie w stanie w sposób właściwy realizować swoich zadań, jeśli nie będzie współpracowała z tymi, dla których pełni swoją służbę. To ciągłe zbliżanie się do obywateli to dziś ważne zadanie dla polskiej policji. Chodzi o to, byśmy byli naprawdę blisko ludzi, zawsze postępowali zgodnie z hasłem, które wprowadziłem: „Pomagać i chronić”, żeby funkcja pomocowa była zawsze dominująca. Z zadowoleniem odnotowuję, gdy policjanci na co dzień pomagają ludziom w zwykłych, prozaicznych sytuacjach. To są drobiazgi, ale bardzo znaczące. One budują wzorce i etos policji.

– W rywalizacji o sympatię społeczeństwa policjanci jednakże jak zawsze przegrywają ze strażakami.

– Koledzy ze straży pożarnej ratują i pomagają, a my w swoich zadaniach mamy także represje – np. wypisujemy mandaty... A mimo to w rankingu sympatii i zaufania wyprzedzamy np. wojsko, które też tylko pomaga i broni.

– Dość smutne jest jednak to, że dziś już niewielu chłopców marzy, by być strażakiem albo policjantem. Jak do tego doszło, że 30 lat temu Pan Nadinspektor postanowił zostać policjantem?

– Zawsze fascynowała mnie praca policji, jednak moim marzeniem, kiedy zgodnie z tradycją rodzinną kończyłem technikum kolejowe, były studia informatyczne. Już składałem podanie na Politechnikę Śląską, ale jakoś tak przypadkowo przechodziłem koło Komendy Miejskiej w rodzinnych Gliwicach i postanowiłem zapytać o warunki przyjęcia do szkoły oficerskiej w Szczytnie. Wtedy powiedziano mi, że przedtem należy trochę popracować w terenie... Już rezygnowałem, gdy okazało się, że w ramach eksperymentalnego naboru prosto po maturze mogę zostać przyjęty do szkoły w Szczytnie. Zdałem egzaminy i po ukończeniu Wyższej Szkoły Policji poszedłem do normalnej służby...

– ...której przebieg jest wyjątkowo imponujący. Bodaj wszystko, co tylko możliwe, zaliczył Pan Nadinspektor w ciągu 27 lat.

– Rzeczywiście, mało jest takich miejsc w polskiej policji, gdzie by mnie nie było. Byłem dzielnicowym, służyłem w komórce patrolowej, komórce operacyjno-rozpoznawczej, byłem dyżurnym komendy miejskiej policji, komendantem komisariatu, komendantem miejskim, wojewódzkim, jestem komendantem głównym...

– Kiedy było najtrudniej?

– Każde z tych stanowisk ma swoją specyfikę i żadnego z nich nie nazwałbym łatwym. Oczywiście, poziom odpowiedzialności rośnie wraz z poziomem zarządzania i zdecydowanie najtrudniejszą rolę odgrywam dzisiaj.

– Dlaczego postanowił Pan napisać pracę doktorską na temat „modalności deontycznej w policyjnych aktach prawnych”?

– Historia mojego doktoratu zaczęła się od pewnego przypadku. Gdy byłem zastępcą komendanta miejskiego policji w Gliwicach, jeden z mieszkańców tego miasta napisał skargę na policjanta, który nie miał imiennego identyfikatora na mundurze. Okazało się, że zapis aktu prawnego jest w tej sprawie bardzo nieprecyzyjny; brzmiał, że „znak identyfikacji imiennej nosi się nad prawą kieszenią munduru”. Czy więc sformułowanie „nosi się” oznacza, że musi? Zwróciłem się o opinię do prof. Jadwigi Stawnickiej z Uniwersytetu Śląskiego, która potwierdziła moją wersję, że wyrażenie „nosi się” nie definiuje obowiązku. Gdy zacząłem zgłębiać temat, okazało się, że policyjne akty prawne są tak dalece nieprecyzyjne, iż dopuszczają dowolność interpretacji, nie dają policjantowi pewności, jak musi lub powinien postąpić. Prof. Stawnicka namówiła mnie do napisania doktoratu. Dzisiaj, gdy tworzę swoje akty prawne, czyli decyzje Komendanta Głównego Policji, staram się zwracać szczególną uwagę na precyzję zapisu, na dobór odpowiednich słów. To ułatwia życie policjantom.

– Rozmawiamy w cieniu niedawnego smutnego zdarzenia w małej miejscowości pod Wrocławiem, gdzie z rąk przestępcy rabującego bankomat zginął policjant, a trzej jego koledzy zostali ranni...

– Zawsze, gdy w trakcie wykonywania obowiązków służbowych ginie nasz kolega, jest to dla nas najtrudniejszy czas... Nie tylko łączymy się w bólu z osieroconą rodziną, ale też bardzo konkretnie ją wspieramy. W tym przypadku na wniosek ministra spraw wewnętrznych i administracji (SWiA) pani premier przyznała renty dla żony i dzieci poległego na służbie policjanta, minister SWiA przyznał specjalną zapomogę, a policja udziela wszelkiej pomocy, zwłaszcza w tych pierwszych – najtrudniejszych dniach...

– Jak często policjanci muszą się łączyć w tego rodzaju smutnej solidarności?

– Na tablicy pamięci KGP pojawi się już 114. nazwisko – od 1990 r., czyli od początku istnienia policji 114 naszych koleżanek i kolegów nie powróciło ze służby, do końca wypełniło rotę policyjnego ślubowania, oddając swoje życie na służbie.

– Nasuwa się – niestety, od wielu lat wciąż ta sama – refleksja, że potrzeba ludzkiej tragedii, śmierci policjanta z rąk bandyty, aby wszyscy naprawdę i choć przez chwilę docenili tę jedną z najtrudniejszych służb...

– Rzeczywiście, zazwyczaj lekceważy się to, że służba w policji to bardzo ciężka, odpowiedzialna i bardzo niebezpieczna praca. Dla nas, policjantów, bolesne jest właśnie to, że zazwyczaj dopiero w momencie takiej tragedii, jaką jest śmierć policjanta, budzi się większe zainteresowanie warunkami pracy w policji, płacami i wynagradzaniem policjantów.

– Min. Błaszczak zapowiedział niedawno aż 10 mld zł na modernizację policji w ciągu najbliższych 4 lat. Na co zostaną przeznaczone te pieniądze?

– Trzeba zaznaczyć, że są to środki przeznaczone na modernizację wszystkich służb mundurowych podległych ministrowi SWiA, m.in. policji. Policja jest tu rzeczywiście największym beneficjentem – dostanie 6 mld zł, które będą przeznaczone na podwyżki wynagrodzeń dla policjantów, na niezbędne inwestycje w budynki – komend, komisariatów, posterunków policji – oraz na sprzęt i lepsze wyposażenie policjantów, aby ich narażenie na skutki ataków i agresji było jak najmniejsze.

– Czy po przeprowadzeniu planowanej obecnie modernizacji można będzie liczyć na bardziej widoczną poprawę jakości służby policyjnej?

– Ustawa modernizacyjna z pewnością nie rozwiąże wszystkich problemów polskiej policji. Podwyżki płac będą wprawdzie zauważalne, jednak w mojej ocenie nie zrekompensują w pełni – o ile w ogóle można to zrekompensować – codziennego narażania życia i zdrowia. Z pewnością robimy wreszcie pierwszy duży krok w kierunku stałego i systematycznego podnoszenia wynagrodzeń funkcjonariuszy, bo one naprawdę od dawna powinny być znacząco większe.

– Choćby po to, żeby zachęcić młodych ludzi do tej trudnej służby?

– Musimy robić wszystko, aby przyciągać nowych adeptów sztuki policyjnej, ponieważ na rynku pracy stajemy się coraz mniej atrakcyjni. Zainteresowanie służbą w policji wprawdzie jest ciągle bardzo wysokie, ale jest niższe, niż miało to miejsce jeszcze kilka lat temu. Po prostu przegrywamy w konkurencji z innymi pracodawcami, którzy coraz częściej oferują młodym ludziom bardzo atrakcyjne warunki pracy. Robimy więc na razie ten pierwszy krok w kierunku doprowadzenia do wreszcie godnych wynagrodzeń w policji.

– Pierwszy krok w całej historii policji?!

– Podobna modernizacja była realizowana już ponad 10 lat temu przez rząd premiera Jarosława Kaczyńskiego. Później, niestety, nastąpił wieloletni przestój. Dzisiaj jest bardzo dużo do nadrobienia. Mamy świadomość, że jesteśmy ogromną formacją – ponad 100 tys. policjantów, 25 tys. pracowników cywilnych – a więc wszelkie podwyżki płac są dla budżetu państwa bardzo kosztowne. Dlatego konieczne jest, by to robić stopniowo, ale bezwzględnie i konsekwentnie trzeba stawiać kolejne kroki.

– Jak wielkie są obecnie niedobory kadrowe w polskiej policji?

– Mamy w tej chwili ok. 5 proc. wakatów, przy czym jeszcze w grudniu br. zamierzamy przyjąć ponad 2 tys. młodych funkcjonariuszy, co jednak jest uzależnione nie tylko od liczby chętnych, ale przede wszystkim od tego, jak wielu z nich przejdzie nasze testy, które nie są łatwe. Praktyka pokazuje, że zdaje je zaledwie ok. 30 proc. zgłaszających się.

– Dlaczego tak mało?

– Okazuje się, że wielu młodych ludzi ma duży problem ze zdaniem testu sprawności fizycznej, niełatwy jest też test psychologiczny. Są jeszcze test z ogólnej wiedzy oraz rozmowa kwalifikacyjna, no i oczywiście komisja lekarska potwierdzająca wymagany bardzo dobry stan zdrowia przyszłego policjanta. To wszystko powoduje, że wielu chętnych, niestety, musi odpaść. A my nie chcemy i nie możemy obniżać wymagań. Dlatego niełatwy do przejścia jest też półroczny kurs podstawowy w szkole policyjnej, gdzie adept zdobywa podstawy policyjnego rzemiosła. Ten kurs tak naprawdę kształtuje funkcjonariusza policji.

– Na co zwraca się dziś szczególną uwagę w kształtowaniu postaw policjantów?

– Duży nacisk kładziemy na poszanowanie praw człowieka, na umiejętność i sprawność podejmowanych interwencji, umiejętność stosowania środków przymusu bezpośredniego. Chodzi o to, aby przez odpowiednie szkolenie eliminować wszystkie złe zjawiska w obszarze codziennego funkcjonowania naszej formacji.

– Wiele jest do naprawienia w tej policyjnej codzienności?

– Na pewno dużo mniej, niż słyszymy o tym w mediach. W ostatnim czasie mamy do czynienia ze zmasowanym atakiem medialnym na polską policję. W mojej ocenie, bardzo nieodpowiedzialnym i graniczącym z głupotą, bo społecznie szkodliwym.

– Zupełnie nieuzasadnionym?

– My wcale nie twierdzimy, że jesteśmy doskonali, i rzeczywiście zdarzają się osoby, które munduru policyjnego nie powinny nosić – i takie osoby są natychmiast z naszych szeregów eliminowane – ale proszę pamiętać, że polscy policjanci podejmują rocznie ok. 6 mln interwencji oraz 6 mln kontroli drogowych, a przypadki, w których policjanci w jakiś sposób przekraczają swe uprawnienia, są naprawdę incydentalne. Tymczasem na ich podstawie media usiłują budować wyłącznie czarny obraz polskiej policji. Nie zauważają, że znacząco spada przestępczość, że wzrasta wykrywalność sprawców przestępstw, że poprawia się bezpieczeństwo na polskich drogach. Pociesza nas to, że jakby na przekór niektórym mediom policja cieszy się rosnącym zaufaniem Polaków; z badań opinii wynika, że obecnie ponad 72 proc. wystawia nam dobrą ocenę; 89 proc. uważa Polskę za kraj bezpieczny, a 95 proc. czuje się bezpiecznie w miejscu zamieszkania.

– Tyle że to deklarowane anonimowo zaufanie nie przekłada się jeszcze na zmianę codziennego nastawienia obywateli, którzy w policjancie raczej nie dostrzegają kogoś, do kogo można się zwrócić o pomoc w każdej sprawie...

– Moim zdaniem, to już się zmienia. Dobrze sprawdza się nowa formuła funkcjonowania dzielnicowych, którzy wyszli zza biurek, a cała ich aktywność jest teraz nastawiona na kontakt z ludźmi, na bycie w terenie, na diagnozowanie potrzeb i problemów. Uruchomiliśmy mobilną aplikację „Moja Komenda”, która każdemu umożliwia szybkie skontaktowanie się z policjantami z najbliższego posterunku. Bardzo przydatna okazała się też krajowa mapa zagrożeń bezpieczeństwa – dostępna na stronach internetowych polskiej policji – na której każdy może zaznaczać obserwowane w swoim rejonie problemy; mamy już blisko 570 tys. tego rodzaju zgłoszeń. To pokazuje, że ludzie w praktyce – a nie tylko przy wypełnianiu ankiet badania opinii – zaczynają ufać policji, chcą współpracować, chcą być bliżej nas, a my staramy się reagować na wszystkie, nawet najdrobniejsze zgłoszenia.

– Wielkie nadzieje budzi dziś ta najbardziej bezpośrednia obecność policji w małych miejscowościach, czyli odtwarzanie zlikwidowanych w minionych latach posterunków policji. Ile ich potrzeba, ile powstanie?

– Tyle, ile znajdzie uzasadnienie, nie zamykamy listy, będziemy jednak analizować zasadność zgłoszeń. Najbardziej cieszy mnie to, że gdy otwieram kolejne nowe posterunki, widzę w oczach licznie zgromadzonych ludzi zadowolenie i ufność oraz bardzo dobre warunki lokalowe dla policjantów. Właśnie tam, w tych małych społecznościach, policjant ma szansę stać się dla ludzi kimś bliskim, godnym zaufania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Młodzi w Kościele

2018-02-21 10:32

Ks. Adrian Put
Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 20-21

Kiedy mówimy o jakiejś wspólnocie w Kościele „oaza”, to zaraz na myśl przychodzi nam obraz grupy młodych ludzi. Przez długie lata oazę, czyli Ruch Światło-Życie, identyfikowano głównie z dziećmi i młodzieżą. Dziś ten ruch „dorósł” i więcej w nim dorosłych i małżonków. Co się stało z młodymi w oazie?

Archiwum „Aspektów”
Jaka będzie przyszłość młodych w Kościele?

Powyższe pytanie jest tyleż prowokacyjne, ile bardzo na miejscu. Dziś w Ruchu Światło-Życie jest znacznie mniej młodzieży niż w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Są takie diecezje, w których nadal organizuje się wakacyjne oazy dla kilkuset czy nawet kilku tysięcy młodych, ale są i takie regiony, w których trudno zebrać nawet stu- czy dwustuosobową grupę chętnych na wakacyjne rekolekcje. Co dalej?

Kilka uogólnień

Nie jest, oczywiście, tylko źle. Ruch Światło-Życie ciągle jest atrakcyjną formą dorastania do wiary dla całych zastępów młodzieży. W wielu miejscach Polski małe grupy oazowe każdego roku pozwalają młodym spotkać żywego Jezusa. Nadal jest to jedna z największych rzeczywistości gromadzących młodzież w polskim Kościele. Ale to nie to, co było kiedyś! Problem jednak nie polega tylko na wspominaniu minionych czasów i życiu tymi wspomnieniami. Wiedza o przeszłości nie jest przecież czymś złym. Chodzi jednak o to, że nie możemy wciąż utyskiwać, jak to kiedyś było i ilu to młodych było na wakacyjnych oazach. Charyzmatyczna odwaga stawiania pytań polega także na wierze, że Pan udzieli swojemu Kościołowi odpowiedzi. Pan da światło, które rozświetli życie.

Zanik wielu młodzieżowych inicjatyw w Kościele w Polsce to problem nie tylko oazy. Znawcy zagadnienia zauważają, że współczesna młodzież jest mniej chętna do tworzenia stałych, formalnych grup czy zrzeszeń. Nawet bez specjalnych badań gołym okiem widać, że w świątyniach jest mniej młodych niż dawniej. Nie jest to zresztą wyłączny problem Kościoła. Silne przed laty organizacje skupiające młodych działają współcześnie w mniejszym zakresie.

W stronę pytania

Nasze polskie doświadczenie z młodzieżą jest chyba szerszym problemem, skoro papież Franciszek zaproponował całemu Kościołowi refleksję nad kondycją młodych. W dniach 18-24 marca 2018 r. odbędzie się przedsynodalne spotkanie młodych z całego świata. Ma ono przygotować Kościół do XV Zgromadzenia Ogólnego Synodu Biskupów, które odbędzie się w Rzymie w dniach 3-28 października 2018 r. Temat obrad będzie brzmiał: „Młodzież, wiara i rozeznanie powołania”.

Zaproszenie Franciszka stało się inspiracją dla Ruchu Światło-Życie. Każdy nowy rok pracy formacyjnej w ruchu rozpoczyna się od poszukiwania tematu, który najbardziej odpowiada na potrzeby Kościoła w danym czasie. Po zapowiedzi zwołania synodu wybór wydawał się oczywisty.

Pierwsze próby sprecyzowania tematu pracy dla całej oazy podjęto już w czasie wakacji 2017 r. Następnie na początku grudnia w Częstochowie odbyła się ORDJ, czyli Oaza Rekolekcyjna Diakonii Jedności. To właśnie podczas tych rekolekcji moderatorzy, odpowiedzialni, członkowie diakonii specjalistycznych oraz animatorzy rozeznali ostatecznie temat przyszłego roku formacyjnego: „Młodzi w Kościele”.

Uczestnicy ORDJ wysłuchali świadectwa ewangelizatora Jacka Dudzica, który starał się przybliżyć problem, jak ewangelizować młodzież dzisiaj. W jego świadectwie pojawiło się zaproszenie do wyjścia z kościołów. Do tego nie wystarczy jednak zwykłe wyjście. Trzeba zrozumieć język młodych i nauczyć się nim posługiwać. Dla wielu uczestników rekolekcji odkrywcze były słowa, że współcześnie trzeba próbować przekazać Dobrą Nowinę w... 7 sekund. To tyle czasu, ile potrzebuje winda, żeby wjechać na ostatnie piętro.

Najważniejszym doświadczeniem rekolekcji było jednak świadectwo samych młodych, którzy przedstawili wiele pomysłów ewangelizacyjnych bazujących na mediach społecznościowych.

Istotnym głosem była zachęta, którą skierował do zebranych ks. Marek Sędek – moderator generalny Ruchu Światło-Życie. Przekonywał, że „trzeba poszerzać przedsionki” i szukać nowych dróg dotarcia do młodych. Dzisiaj – zdaniem moderatora – potrzeba nowości w prowadzeniu innych do Boga, a szczególnie w prowadzeniu młodych do Pana.

Na portalu oaza.pl Marcin Łęczycki, w relacji z Oazy Rekolekcyjnej Diakonii Jedności, zauważył, że zaproszenie młodzieży na te rekolekcje, ale „przede wszystkim posłuchanie tego, czym żyje młodzież, jakie ma potrzeby, było nie tylko dobrym strzałem, ale także naturalną konsekwencją przyjętego tematu Młodzież w Kościele. Ruch Światło-Życie, który u swej podstawy ma pracę z młodzieżą, który w drugiej połowie ubiegłego wieku był często pierwszym środowiskiem wzrostu młodego człowieka w wierze, stanął przed nowym wyzwaniem – ponownego spotkania z ludźmi młodymi, żyjącymi dzisiaj w dynamicznie zmieniającym się świecie, często czującymi się zagubionymi i nierozumianymi, ale jednocześnie wnoszącymi we wspólnoty Ruchu prostotę, radość i nadzieję, że wszystko jeszcze przed nami”.

W stronę odpowiedzi

W dniach 23-26 lutego na Jasnej Górze odbywa się 43. Kongregacja Odpowiedzialnych Ruchu Światło-Życie, w tym roku pod hasłem: „Młodzi w Kościele”. To konkretna odpowiedź ze strony ruchu na wołanie papieża Franciszka. Kongregacja Odpowiedzialnych to spotkanie wyjątkowe w rytmie wszystkich spotkań formacyjnych i modlitewnych oazy. Raz w roku gromadzi ona ok. tysiąca członków ruchu, którzy na modlitwie i refleksji starają się pogłębić temat formacyjny danego roku.

Tegoroczne rozważania prowadzą następujący prelegenci: Jacek Dudzic („Ewangelizacja w przedsionku”), ks. prof. Andrzej Kiciński, prorektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego („Między katechezą a mistagogią”), Katarzyna i Paweł Maciejewscy – para krajowa Domowego Kościoła („Młodzi w [Domowym] Kościele”) i ks. prof. Adam Maj COr z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego („Bierzmowanie – zwieńczenie czy początek drogi?”). Te wykłady i referaty połączone z modlitwą i świadectwami apostolskiego zaangażowania młodzieży oazowej pozwalają pogłębić problem obecności młodych w Kościele, jako hasła zbliżającego się roku formacyjnego. W tym roku jest jednak inaczej. „Młodzi w Kościele” to nie tylko kolejny temat formacyjny. Tym razem jest to pytanie o przyszłość ruchu, który do niedawna postrzegany był głównie jako wspólnota młodzieżowa. Fakt, że dzisiaj Ruch Światło-Życie gromadzi głównie dorosłych i małżonków z Domowego Kościoła, nie jest, oczywiście, zjawiskiem negatywnym. Ruch ten po latach wzrostu i oczyszczenia – właśnie dzięki obecności małżonków Domowego Kościoła – staje się bardziej dojrzały i odpowiedzialny. Sprawa młodych jest jednak problemem pilnym do rozwiązania. Czy ruch ten odnajdzie w swoim charyzmacie siły, które pozwolą mu na nowo przyciągnąć dzieci i młodzież do grup oazowych?

Zgromadzeni na dorocznej Kongregacji Odpowiedzialnych członkowie Ruchu Światło-Życie pytają Pana o Jego wolę na dziś dla młodych w oazie i jutro w polskim Kościele. Pytania postawione w tych dniach na Jasnej Górze są bardzo ważne jednak nie tylko dla nich. W jakimś sensie Kościół w Polsce musi sobie postawić pytanie o własną przyszłość, gdy spogląda na znikające kolejne grupy młodych z naszych świątyń. To, że tyle młodzieży ciągle jest w Kościele, stanowi przecież szansę, by i następni odnaleźli się w Kościele jak w domu. Bo przecież chodzi o to samo – by młodzi byli w Kościele.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mieszkańcy Warszawy modlili się w intencji zmarłych bezdomnych

2018-02-25 09:33

abd / Warszawa (KAI)

Z inicjatywy Wspólnoty Sant'Egidio, w warszawskim kościele pw. św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Warszawie odprawiona została doroczna Msza św. w intencji zmarłych bezdomnych. We wspólnej modlitwie wzięli udział podopieczni i przyjaciele wspólnoty oraz mieszkańcy Warszawy.

Archiwum Straży Miejskiej

- Bóg nie chce ofiary ludzi, którzy cierpią ze względu na nasze grzech, na nasze niezrozumienie i znajdują się w tragicznych, dramatycznych okolicznościach życia, które nie raz uwłaczają ludzkiej godności. Jest to zaproszenie do nas wszystkich, abyśmy umieli górę ludzkiego cierpienia, górę ludzkiej ofiary zamienić na górę miłości. To jest coś wielkiego, to jest nasza misja, którą każdy z nas, jako chrześcijanin powinien wypełniać na swój możliwy sposób - mówił w homilii o. Konrad Keler SVD, nawiązując do biblijnego czytania o ofierze Abrahama na Górze Moria. Werbista, który koncelebrował Mszę św. wspólnie z proboszczem warszawskiej parafii, ks. Mirosławem Kreczmańskim, dziękował wspólnocie Sant'Egidio za troskę o najbardziej potrzebujących i zachęcał do podejmowania działań, które mogą pomoc im dostrzec w świecie oblicze miłującego Boga.

"Nie trzeba nadzwyczajności, ale umieć się przybliżyć do tych ludzi i uznać, że sa naszymi braćmi i siostrami (...) Oby było jak najwięcej takich ludzi, którzy łączą się w duchu Jezusa, w duchu Wspólnoty Sant'Egidio, wychodząc naprzeciw z pomocą" - zachęcał kapłan, przypominając, że gest życzliwości ma moc przemiany świata i przybliżenia człowieka do świętości. Zwrócił też uwagę, że do tej troski zobowiązani są nie tylko pojedyncze osoby, ale wspólnota, jaką tworzą chrześcijanie.

Modląc się za żywych i zmarłych podopiecznych i przyjaciół, członkowie Wspólnoty Sant'Egidio przypominali, że osoby te są często ofiarami nie tylko ubóstwa materialnego, ale przede wszystkim ludzkiej obojętności. "ten, kto żyje na ulicy, rzadko nazywany jest po imieniu, i każdego dnia staje się coraz bardziej anonimowy. Pamięć o tych osobach, ich imionach i twarzach jest wyrazem naszej przyjaźni. wierzymy, że Bóg zna po imieniu każdego człowieka" - napisali członkowie Wspólnoty Sant'Egidio w krótkim wprowadzeniu do sobotniej modlitwy, w którym wymienili także imiona i krótkie historie kilkorga spośród zmarłych przyjaciół.

Tradycja wspólnej modlitwy w intencji osób bezdomnych narodziła się 35 lat temu w rzymskiej Wspólnocie Sant’Egidio. Stało się to po śmierci Modesty Valenti, która zmarła 31 stycznia 1983 roku w okolicach dworca Termini po tym jak obsługa karetki odmówiła zabrania jej do szpitala, bo była brudna. W Warszawie pierwsza Msza Święta za zmarłych bezdomnych odprawiona została kilka lat temu, po śmierci Jarka, jednego z pierwszych przyjaciół wspólnoty. W tym roku Eucharystie w tej intencji przygotowały również Wspólnoty Sant’Egidio w Poznaniu i Krakowie.

Wspólnota Sant’Egidio, która właśnie świętuje swoje pięćdziesięciolecie, powstała w 1968 r. w Rzymie z inicjatywy grupy licealistów z Andreą Riccardim na czele. Dziś należy do niej ponad 65 tys. osób w 73 krajach świata. Poza pomocą bezdomnym, wspiera także dzieci ulicy, osoby starsze, chorych, więźniów, uchodźców oraz angażuje się w inicjatywy na rzecz pokoju. W Warszawie Wspólnota działa od 10 lat. Jej członkowie spotykają się z bezdomnymi na cotygodniowych „kolacjach na ulicy”, odwiedzają ich na peryferiach miasta oraz prowadzą „Szafę Przyjaciół” – magazyn z ubraniami dla potrzebujących.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem