Reklama

Biały Kruk 2

Piknik historyczny Reduta PWPW

2017-09-13 11:20

Artur Stelmasiak
Edycja warszawska 38/2017, str. 3

Artur Stelmasiak

Gry uliczne, konkursy dla najmłodszych, koncerty, wystawy i powstańcze wspomnienia – tak wyglądał Piknik Powstańczy organizowany przez Fundację Reduta Państwowej Wytwórni Papierów Wartościowych

Skwer I Dywizji Pancernej Wojska Polskiego na Podzamczu zamienił się w historyczne miasteczko. Swoje stoiska miały grupy rekonstrukcyjne, jednostki wojskowe oraz stowarzyszenia pasjonatów historii. Całodzienna impreza patriotyczno-historyczna została zorganizowana przez Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych. – Żadna państwowa firma nie ma takiego wkładu w odzyskiwanie państwowości polskiej jak PWPW. Szlak bojowy Powstania Warszawskiego, obejmujący obronę Wytwórni, która przeszła do legendy jako obrona reduty PWPW. To nasze wielkie zobowiązanie moralne do tego, by kultywować pamięć o Powstaniu Warszawskim – mówił Piotr Woyciechowski, prezes PWPW.

Głównym celem imprezy plenerowej jest upamiętnienie heroicznej walki tych, którzy brali udział w walkach powstańczych oraz ludności cywilnej, która żołnierzom pomagała i często ginęła razem z nimi. – Jestem podwójnym szczęściarzem, bo uczestniczyłem w heroicznej obronie gmachu PWPW i udało mi się to przeżyć – mówił Juliusz Kulesza ps. Julek.

Reklama

Dla najmłodszych zorganizowano konkursy oraz grę miejską, a także występ Arki Nowego. Starsi mogli wysłuchać koncertu Contra Mundum, Luxtorpeda oraz Garwolińskiego Teatru Muzycznego Od Czapy. – Nasz teatr popularyzuje piosenki znane z Powstania Warszawskiego, ale także tworzy aranżacje do nieznanych utworów i wierszy. Przykładem może być twórczość Józefa „Ziutka” Szczepańskiego, po którym pozostało wiele niezaśpiewanych tekstów – mówiła Anna Żochowska, współzałożycielka zespołu oraz prezes fundacji „Sztafeta”.

Na ogrodzeniu Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych przez najbliższe trzy miesiące można oglądać wystawę upamiętniająca Powstanie Warszawskie pt. „Niemieccy kaci – polskie ofiary”. Plenerowa ekspozycja obejmuje 66 koloryzowanych fotografii z 1944 r.

Tagi:
piknik

„Słowiański Gąszczyk – Waleczni Przodkowie”

2018-06-15 19:07

Marian Florek

W dniach 15 i 16 czerwca 2018 r. trwa w Siedlcu, gm. Mstów III edycja Pikniku Rycersko- Archeologicznego „Słowiański Gąszczyk – Waleczni Przodkowie”.

Marian Florek/TV Niedziela

Od samego rana w piątek na teren pradawnej osady przybywali miłośnicy dawnych dziejów Polski. Wśród odwiedzających widoczne były zorganizowane grupy dzieci szkolnych, dla których przygotowano mnóstwo atrakcji. Pierwszym punktem zabawy dla nich było odkrywanie, przy pomocy specjalistycznego sprzętu archeologicznego, zakopanych w piasku (na specjalnych stanowiskach) historycznych przedmiotów. Pieczę nad zaimprowizowanymi pracami wykopaliskowymi miała Magdalena Wieczorek-Szmal z Muzeum Częstochowskiego. Ona też przybliżała dzieje tego miejsca i zakres prac archeologicznych.

Jednak największe zainteresowanie wzbudzili wojowie. Grupy rekonstrukcyjne pod kierunkiem „Wotczina Rarog” z Krakowa pokazały walki pieszych wojów z X i XI w. Wtedy to jeszcze Grodzisko było zamieszkałe, bo jak ustalili historycy pierwsze ślady osadnicze są datowane na VIII/VII/VI w. przed Chrystusem.

Oprócz militarnych atrakcji można było uczestniczyć w wypiekach, kosztując podpłomyków i zapijając je źródlaną wodą (przyniesioną ze sobą w plastikowych butelkach). Rekonstrukcja odlewniczych umiejętności również cieszyła się sporym zainteresowaniem. Podobnie jak koncert muzyczny zagrany na starych instrumentach. A jeżeli dodać do tego gry terenowe, próby rzutu oszczepem, strzelanie z łuków i musztry wojów prowadzone przez uczestników grup rekonstrukcyjnych, to pobyt młodych miłośników historii na Grodzisku Gąszczyk, należałoby uznać za bardzo udany.

Zobacz zdjęcia: „Słowiański Gąszczyk – Waleczni Przodkowie”

Wielkim finałem Pikniku będzie Bitwa o Gród, czyli fabularyzowane starcie dwóch wczesnośredniowiecznych armii. Zapraszamy zatem do Grodziska Gąszczyk w dniu 16 czerwca. Parking jest dostępny przy Sanktuarium Ojca Pio na Przeprośnej Górce, a dojście do Grodziska jest oznaczone.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Zła się nie ulękli. Ratowali

2018-04-11 14:49

Agnieszka Dziarmaga
Edycja kielecka 15/2018, str. I

Tragiczne losy rodziny Lechów mieszkających w Wólce, wsi położonej między Włoszczowicami, a Gołuchowem, splotły się z faktem ratowania przez nich gromady Żydów w czasie II wojny światowej. Zbrodnia dokonana w odwet przez Niemców wydarzyła się w lipcu 1943 r. Lechowie nigdy nie otrzymali tytułu Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Ilu takich Lechów było – jest, na Kielecczyźnie, w Polsce?

TD
W gospodarstwie Lechów przechowywano Żydów, uciekinierów z getta. Nieraz nawet do 30 osób

Uczestnikiem wydarzeń był 14-letni wówczas Jan Lech, dzisiaj liczący 89 lat. Nadal mieszka we wsi, w pewnym oddaleniu od miejsca tragicznych wydarzeń. Ma kilkaset zł renty i słuch uszkodzony trwale w czasie obławy.

Lechowie

Trudno się dziwić, że okolice Gołuchowa i Wólki wybierali Żydzi rozpaczliwie szukający ratunku przed deportacją. Tereny do dzisiaj są dość odległe, choć nie odludne, osiedlają się nowi, bywają letnicy.

Rodzina Lechów od dawna osiadła w okolicy. Franciszek Lech – ojciec Jana urodził się w 1890 r. Brał udział w I wojnie światowej, był w niewoli niemieckiej. Po powrocie w 1918 r. został ponownie powołany do wojska do Kielc, a po zakończeniu I wojny światowej powrócił do domu. Stryj Wacław zginął na froncie w czasie I wojny, a stryj Stanisław mieszkający k. Radomia w Helenowie brał udział w kampanii wrześniowej 1939 r.

TD
Jan Lech, bezpośredni uczestnik wydarzeń 1943 r.

Po kapitulacji twierdzy Modlin szczęśliwie powrócił w rodzinne strony. Rodzinie nieobce były więc czyny wojenne i obowiązek patriotyczny. – Ojce wiedzieli, że pomóc trzeba było – opowiada dzisiaj Jan Lech.

– Na skraju lasu w Wólce, w odległości 100 metrów od wsi stoją obecnie inne zabudowania, ale to właśnie dawna ojcowizna Lechów, miejsce zbrodni hitlerowskiej. Tu w bestialski sposób zostali zabici Żydzi, część żywcem spłonęła w podpalonych przez Niemców zabudowaniach, umierając w męczarniach. Nie byli stąd, to Żydzi uciekinierzy, wysiedleńcy. Spokojne miejsce z daleka od głównych dróg, wsi, wydawało się idealne – opowiada Bogdan Skrobisz, nauczyciel z Kij, który od kilku lat zajmuje się tą sprawą. Ci Żydzi, polscy obywatele mieli twarze, imiona, życiorysy. Nie byli anonimową masą. Pewnie ich nazwisk nie poznamy już nigdy.

Co jest za płotem

Z opowiadań starszych mieszkańców Włoszczowic, którzy przechodzili w pobliżu do swoich pól na tzw. gołuchowskim wynika, że miejsce miało być ogrodzone gęstym wysokim płotem tzw. plecionką z wikliny, leszczyny. Dzieci, pędzące krowy i gęsi na łąki były ciekawe, jak wygląda podwórko, a właściwie, co tam jest za tym wysokim ogrodzeniem…? Skradały się i poprzez szpary dostrzegały kobiety, mężczyzn i dzieci żydowskie, których według nich było bardzo dużo. Strach był jednak silniejszy niż ciekawość, szybko wracały więc do swoich stadek gęsi.

Zabudowania stanowiły jeden ciąg: dwa drewniane domy, obora i stodoła pod jednym dachem krytym strzechą. W ogrodzie stało kilkanaście pszczelich uli. To tu w 1929 r. urodził się Jan Lech.

Lata 1942/43 dla Żydów były szczególnie ciężkie. Ruszyła masowa eksterminacja. Z pobliskiego Chmielnika z getta wysiedlono ponad 10-12 tysięcy Żydów, kierując ich do obozów śmierci. 6 października 1942 r. gestapowcy zabili 200 osób, a ponad 9 tys. wysiedlono z getta w kierunku Chęcin. Drugi etap wysiedlania, czy raczej Zagłady, miał miejsce 16 listopada, wówczas złapano 700 osób i transportowano w kierunku Stopnicy. 10 grudnia 1942 r. 200 osób skierowano na Staszów. Do akcji likwidacyjnych Niemcy używali specjalnych oddziałów litewskich i ukraińskich zwanych „Schraff Commando”. Ogromna część – niemal wszyscy – chmielniccy Żydzi zginęli w Treblince.

Żydzi, którzy zdołali umknąć rozpaczliwie szukali schronienia, Wólka wydawała się idealna. Ojciec Jana, Franciszek z pełną świadomością, co grozi za ukrywanie Żydów, zgodził się udzielić pomocy. Do Wólki zaczęli przybywać Żydzi z Chmielnika, Piotrkowic, Kij i innych miejscowości. – Liczba ich była ruchoma, od kilku do nawet 24. Przez te kilka miesięcy przewinęło się ich dosyć sporo – jedni przychodzili, inni odchodzili – mówi Bogdan Skrobisz. Zdaniem Jana Lecha – bywało ich nawet i 30.

– O tym, że w Wólce ukrywają się Żydzi, wiedzieli mieszkańcy sąsiednich wiosek: Włoszczowic, Gołuchowa, gdyż u okolicznych gospodarzy odbywało się zaopatrywanie w żywność. Dziewczęta i chłopcy, którzy chodzili na jagody, widzieli wyglądające dzieci żydowskie ze szczytu zabudowań, które chowały się natychmiast, gdy spostrzegły, że są obserwowane – opowiada Bogdan Skrobisz.

Rozpętało się piekło

Czy ktoś wydał Żydów i rodzinę Lechów? Odpowiedź na to pytanie wymaga szczegółowej kwerendy, m.in. w IPN (która trwa i o wynikach której poinformujemy Czytelników). Ale może tej prawdy nie poznamy nigdy? Bezspornym faktem pozostaje pomoc Lechów, niewiadoma liczba uratowanych Żydów, niemiecki mord na dziewięciu Polakach wyznania mojżeszowego i Wojciechu Lechu. W mordzie brał udział specjalny oddział żandarmerii z Jędrzejowa w sile drużyny.

Może coś powiedział ten Żydek, co zwykle starał się o chleb, może on wydał na mękach rodzinę Lechów? Siulim („Siulimek” mówi Jan Lech) dostał się w ręce niemieckiego oddziału z Jędrzejowa. Przybył do Kij po pożywienie. Bogdan Skrobisz uważa, że nie zdradził miejsca ukrywających się współbraci, podobnie jak mieszkańcy wsi.

Być może miejsce wydał przebywający wówczas w Kijach Stanisław U., skazany w 1948 r. wyrokiem „Sierpniówek” na 5 lat pozbawienia wolności. („Sierpniówki” to procesy wytaczane po wojnie na mocy dekretu „O wymiarze kary dla faszystowsko-hitlerowskich zbrodniarzy” uchwalonego w sierpniu 1944 r. Na tej podstawie zapadło w polskich sądach około 20 000 wyroków, często pospiesznych, wpisujących się w „dialog” między rządem a narodem. Manipulacje „Sierpniówkami” odbywały się dla uzyskania politycznych celów – przyp. red.) Z kolei podejrzewany o donos komendant policji w Kijach został uniewinniony.

W tym dniu, „dniu piekła”, jak wspominali mieszkańcy, żandarmi mieli powiedzieć do Katarzyny Lech, jej sąsiadki i Jana stojących nieopodal domu: „Uciekajcie stąd szybko, bo za chwilę będzie tu piekło”. Kobiety umknęły do lasu, a Jan w kierunku domu, pod obstrzałem z broni maszynowej („nie wiem, co ja wtedy miałem w głowie”, powie dzisiaj). Pamięta żółty kolor kwiatów, w których na chwilę się schował, pamięta ryk palonych żywcem cielątek. Wólka została otoczona szczelnie od strony lasu i Gołuchowa.

Chłopak przedostał się do stodoły, gdzie schowani byli Żydzi. Niemieckie kule przeszywały słomiane poszycie, łaty, krokwie. Spadające odłamki parzyły ręce zakrywające głowy. Janowi w przerażeniu i panice udało się wydostać na drogę, gdzie przez łąki uciekał w stronę Włoszczowic, pod silnym obstrzałem, w „deszczu pocisków”. Skutki tego odczuwa do dziś, ma ciągły szum w uszach, niedosłyszy, używa aparatu słuchowego.

Żydów w zabudowaniach w tym dniu schroniło się dziewięcioro. Umierali w męczarniach w płonących zabudowaniach, głównie w stodole. Inni próbowali uciekać, ale ginęli od strzałów i pocisków. Gdy jeden z rannych Żydów uciekał w stronę Gołuchowa, zastrzelił go patrol żandarmów z Chmielnika. Ciała pomordowanych grzebali zmuszeni przez Niemców mieszkańcy Włoszczowic. Zakopywano w tych miejscach, gdzie zostali zastrzeleni.

Śmiertelne pogorzelisko

Ojciec Jana – Franciszek, który szczęśliwie uszedł z życiem, pracował w tym dniu w polu przy ziemniakach, obok Zygmunt Kulik z Włoszczowic pasł krowy. Franciszek z przerażeniem i bólem patrzył, jak w płomieniach giną ludzie, jak płonie dorobek całego jego życia. Ukrytych w życie mężczyzn wytropili żandarmi; uratowała ich znajomość języka niemieckiego, którą Franciszek wyniósł z niewoli.

Nad gospodarstwem Lechów przez całe dnie unosił się swąd i dym.

Nikt nie pojawiał się w pobliżu pogorzeliska, by nie wpaść w ręce żandarmów, którzy systematycznie kontrolowali, czy nie wracają gospodarze, Żydzi? Ale Wojciech Lech, brat Franciszka zmęczony tułaczką po lesie przywlekł się do domu i, zmordowany, zasnął na kopcu z ziemniakami. Natychmiast zastrzelili go żandarmi z patrolu rowerowego. Wojciecha pochowano z rozkazu Niemców blisko miejsca, gdzie został zamordowany, tuż obok kopca. Brat Wojciecha Franciszek po miesiącu czasu zakupił trumnę, odkopał zwłoki brata i pochował go na własnej łące w pobliżu lasu. Tam, gdzie stoi teraz na łące drewniany krzyż.

Rodzina Lechów do nadejścia zimy ukrywała się we włoszczowickim lesie, gdzie cały czas towarzyszył im strach, głód oraz roje komarów. Później schronienia udzielił im Bolesław Lasak z Gołuchowa. Mieszkali u niego przez trzy miesiące. Sołtys Gołuchowa Władysław Kasza zorganizował dokumenty (Kenkarty) od żandarmów. Wreszcie w domu Pawłowskich doczekali końca wojny. Lechowie powrócili na spaloną Wólkę i z wielkim trudem odbudowali gospodarstwo od podstaw.

– Ta lekcja historii jest dowodem, że w gminie Kije udzielano pomocy bezbronnym Żydom. Rodzina Lechów tak w pierwszej, jak i w II wojnie światowej czynnie uczestniczyła w walce oddając życie i dobytek. Chciałbym, by młode pokolenie naszej gminy poznawało cichych bohaterów czasu II wojny światowej – mówi Bogdan Skrobisz. – Takie postawy indywidulanych ludzi i całych rodzin wciąż odkrywamy w woj. świętokrzyskim i w całej Polsce – podkreśla dr Tomasz Domański z kieleckiej delegatury IPN.

Panu Bogdanowi Skrobiszowi dziękuję za pomoc i współpracę.

***


Czy wiesz, że…
Medal „Sprawiedliwy wśród Narodów Świata” z gminy Kije otrzymały cztery rodziny: rodzina Kowalskich z Czechowa (1992); rodzina Kaszubów z Żydówka (1993); rodzina Boberków z Żydówka (1993), rodzina Wróblów z Czechowa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Chiny: zmarł 94-letni biskup diecezji Quingdao

2018-06-18 12:53

pb (KAI/AsiaNews) / Qingdao

W wieku 94 lat zmarł 15 czerwca bp Giuseppe Li Mingshu, ordynariusz diecezji Qingdao, uznawany przez Stolicę Apostolską. Chciał sprowadzić do Chin Zgromadzenie Sióstr Misjonarek Miłości, założone przez św. Matkę Teresę z Kalkuty, lecz list w tej sprawie, wysłany w 2005 r. przez ówczesną przełożoną generalną, s. Nirmalę Joshi, nie doczekał się nigdy odpowiedzi chińskich władz.

foulline

Wierni wspominają go jako biskupa lękliwego, posłusznego Patriotycznemu Stowarzyszeniu Katolików Chińskich, za którego pośrednictwem partia komunistyczna próbuje podporządkować sobie Kościół i uniezależnić go od Stolicy Apostolskiej.

Opublikowany po śmierci bp. Li nekrolog pomija okres 1953-1978, co może świadczyć o tym, że w tym czasie przebywał on w obozach pracy przymusowej, tak jak wielu innych chińskich kapłanów.

Giuseppe Li Mingshu urodził się w grudniu 1924 r. w wiosce Lijia w prowincji Szantung na wschodnim wybrzeżu Chin. Po ukończeniu niższego i wyższego seminarium duchownego, w kwietniu 1949 r. przyjął święcenia kapłańskie. Do 1953 r. pracował duszpastersko w Shaoguan (w prowincji Guangdong na południu kraju), ucząc także w szkole podstawowej i średniej. Z kolei po 1978 r. uczył metodyki pedagogicznej w szkole dla nauczycieli oraz angielskiego w szkole wyższej w Boxing. Od 1986 do 1994 był wiceprefektem ds. studiów w seminarium duchownym w prowincji Szantung.W 1994 r. został administratorem diecezji Qingdao, a 13 sierpnia 2000 r. otrzymał sakrę biskupią z mandatu Stolicy Apostolskiej jako ordynariusz tej diecezji. Jednocześnie w latach 2000-2005 był wicerektorem krajowego seminarium duchownego w Pekinie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem