Reklama

Jestem od poczęcia

Złota rozrywka

2017-09-13 11:20

Mariusz Rzymek
Edycja bielsko-żywiecka 38/2017, str. 6

MR
Rywalizacja w piłkarzyki, z lewej kapłani

„Przyjdź do Jezusa” – pod takim hasłem 2 września odbył się 3. festyn rodzinny parafii św. Józefa w Bielsku-Białej na Złotych Łanach. Mimo pochmurnego nieba, ani jedna kropla deszczu nie zniweczyła starań organizatorów, którzy przygotowali program wypełniony konkursami sprawnościowymi, zgadywankami, zabawami tanecznymi i etno-koncertem

Chciałem pokazać synowi, że jeszcze potrafię kopnąć piłkę – mówił Tadeusz Budzich ze wspólnoty neokatechumenalnej, który 12 razy podbił futbolówkę w powietrzu. Jego syn Barnaba podbił ją o 4 razy mniej. Bezkonkurencyjni byli bracia Głuszek, z których jeden zaliczył 104 odbicia, a drugi 35. Na parafialnym festynie oprócz „kampkowania” można się było wykazać prowadzeniem piłki między pachołkami, celnym okiem przy wypuszczaniu strzał w kierunku tarczy, tężyzną fizyczną w trakcie przeciągania liny, czy refleksem podczas gry w piłkarzyki. W tej ostatniej konkurencji całkiem nieźle zaprezentował się tandem w składzie ks. proboszcz Stanisław Wójcik i ks. wikary Mirosław Kareta, który dopiero w finale uległ lektorom: Piotrowi i Adamowi Ponikiewskim. – Ten festyn ma przysłużyć się integracji parafialnej. Naszą parafię zamieszkują ludzie z różnych okolic. Mieszkania na osiedlu Złote Łany często zmieniają właściciela i dzięki takiej inicjatywie jak nasza, jest szansa na zacieśnienie więzów sąsiedzkich. Z drugiej strony my, kapłani mamy szansę poznać naszych parafian z mniej oficjalnej strony – stwierdził ks. proboszcz S. Wójcik.

Podczas festynu nie było czasu na nudę. Zadbał o to wodzirej Bartłomiej Pokładnik, który wraz z DJ Romanem Gruszeckim porwał jego uczestników do tańca. Dzięki niemu ponad 40 osób nauczyło się nowych układów choreograficznych. Część rozrywkową dopełniła zgadywanka dotycząca baśniowych melodii, której zwycięzcy mogli odebrać wybraną przez siebie nagrodę. Nie dotyczyło to oczywiście nagrody głównej, jaką był rower ufundowany przez posła Stanisława Szweda. Ta przypadła w udziale nastoletniej Julii. Zwieńczenie festynu był koncert klawiszowca Janusza Kohuta i folkowego artysty Józefa Brody. W jego trakcie nie zabrakło odniesień do melodii ludowych, instrumentów pasterskich i beskidzkich klimatów. Dodatkiem do atrakcji rozrywkowo-muzycznych były stanowiska gastronomiczne, wśród których swym zapachem kusiła grillowana kiełbasa i apetycznie wyglądające domowe wypieki. – Ponad 20 blaszek ciast dotarło do nas na samym początku festynu. Później ludzie donosili kolejne. Było więc w czym wybierać: od serników po jabłeczniki – mówiła Stanisława Połącarz. Jak zapowiedział na koniec festynu ks. S. Wójcik, w przyszłym roku złotołańscy parafianie będą mogli liczyć na kontynuację tej inicjatywy.

Tagi:
festyn

Jak Mieszkańcy Gminy Legnickie Pole bawili się podczas Biesiady Sąsiedzkiej

2017-10-04 10:52

Monika Łukaszów
Edycja legnicka 41/2017, str. 6

Monika Łukaszów
Grupa mieszkańców Koskowic, która wystąpiła w spektaklu

Już pod koniec lata, a dokładnie 16 września, mieszkańcy Koskowic zorganizowali doroczną Biesiadę Sąsiedzką.

Na wspólną zabawę do parku przy świetlicy wiejskiej zaprosili nie tylko mieszkańców swojej wsi, ale także mieszkańców okolicznych miejscowości oraz wielu gości, a wśród nich władze gminy Legnickie Pole. Organizatorzy spotkania, Stowarzyszenie „Nasze Koskowice” oraz Gminny Ośrodek Kultury i Sportu w Legnickim Polu, stanęli na wysokości zadania i przygotowali bogaty program, wspólnego świętowania. Całość wydarzenia otworzył chór Przyjaciele, który od kilku już lat prężnie działa i swoimi występami ubogaca większość miejscowych uroczystości. Był m.in. turniej siatkówki, różnego rodzaju konkursy, zabawa taneczna oraz degustacja ciast i potraw przygotowanych przez miejscowe gospodynie. Można było posmakować m.in. swojskiego chleba ze smalcem, zupy gulaszowej oraz najróżniejszych wypieków, z których słyną panie z Koskowic.

Jednak głównym punktem programu była premiera Teatru Naszego z Koskowic z przedstawieniem „Co słychać w Koskowicach”. Magdalena Ryglicka, sołtys wsi, mówi, że przygotowania do premiery trwały wiele tygodni. Artyści, mieszkańcy Koskowic, sami napisali scenariusz, dialogi, sami wykonali scenografię i zagrali w spektaklu. – W naszym teatrze grają już całe rodziny. Czasami śmiejemy się, że zabraknie nam mieszkańców do tych naszych występów – dodaje Pani Sołtys.

Jak się okazało artyści odnieśli ogromny sukces. Spektakl zrobił furorę, o czym świadczyły uśmiechy na twarzach widzów i gromkie brawa zebranej licznie publiczności. Zaprezentwany spektakl to podróż po historii wsi. Oglądający mogli znaleźć w bohaterach siebie czy też swoich sąsiadów.

Sztuka teatralna pokazała spektrum życia wsi, jej zalety i wady. I jak zgodnie podkreślają mieszkańcy z zalet byliśmy dumni, a z wad dobrze było się pośmiać.

Podczas biesiady odbyła się licytacja na rzecz ciężko chorej Oli Miktus Wspólne biesiadowanie w Koskowicach, poprzedziła uroczysta Msza św. w miejscowym kościele, której przewodniczył proboszcz parafii ks. Jacek Wojeński.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Prezydent Duda: To harcerstwo uczyło mnie, jak być dobrym Polakiem

2018-02-22 20:20

wpolityce.pl

Grzegorz Jakubowski/KPRP
Spotkanie Pary Prezydenckiej z harcerzami z okazji Dnia Myśli Braterskiej

To dla mnie wielka radość, że w Polsce istnieje harcerstwo; to harcerstwo uczyło mnie, jak być dobrym Polakiem

- powiedział w czwartek w Wiśle prezydent Andrzej Duda na spotkaniu z harcerzami z okazji Dnia Myśli Braterskiej.

Prezydent podkreślił, że tegoroczne spotkanie z harcerzami jest szczególne, ponieważ przypada w roku 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, a także w Roku Harcerstwa.

To rok, który jest dla całego naszego narodu, dla wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, dla całego naszego społeczeństwa, rokiem niezwykle ważnym, w którym upamiętniamy i wspominamy, i jeszcze raz dziękujemy, składamy hołd wszystkim tym, dzięki którym Polska odzyskała niepodległość po 123 latach zaborów, także polskim harcerzom - zaznaczył.

Andrzej Duda podkreślił, że to harcerze są spadkobiercami wielkiej idei, o której mówił twórca polskiego harcerstwa, Andrzej Małkowski.

Andrzej Małkowski, pytany o to, jaka jest różnica pomiędzy harcerstwem a skautingiem (…), uśmiechnął się i powiedział, że harcerstwo, to skauting plus niepodległość. I to właśnie dlatego ten rok (…) jest także rokiem polskiego harcerstwa” - tłumaczył prezydent.

Prezydent mówił, że Polska jest wdzięczna harcerzom za walkę o niepodległość.

Zawsze byli, zawsze stawali na wezwanie, nigdy nie zawiedli swojej ojczyzny i za to także, jako prezydent Rzeczypospolitej, dzisiaj, w tym właśnie roku 100-lecia odzyskania niepodległości chciałem wam wszystkim gorąco podziękować - mówił.

Jest dla mnie wielką radością, że w Polsce istnieje harcerstwo - powiedział prezydent. Tłumaczył, że sam był harcerzem - jak podkreślił - w bardzo ważnych latach swojego życia, podczas których dojrzewał i dorastał do tego, żeby stać się pełnoprawnym obywatelem Rzeczypospolitej.

To harcerstwo uczyło mnie, jak być dobrym Polakiem, obok tego, czego nauczyłem się w domu - przyznał.

Nie ma żadnej wątpliwości, że harcerstwo jest tym niezwykle ważnym miejscem wychowania młodzieży do dorosłości, współpracy, solidarności, współdziałania i wszystkiego tego, co buduje, kreuje, tworzy wspólnotę. Jednocześnie jest miejscem, w którym młodzież otrzymuje niezwykłą dawkę wartości patriotycznych, bo takie jest właśnie polskie harcerstwo. Nieważne, jak która z organizacji harcerskich się nazywa - oświadczył Andrzej Duda.

Dzień Myśli Braterskiej ma przypominać założycieli skautingu Roberta Baden-Powella i jego żonę Olave - 22 lutego przypadają ich urodziny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Mój Krzyż codzienny

2018-02-23 14:41

Joanna Warońska, Częstochowa

Mój krzyż nie jest wielki. Ot, połączone dwa kawałki drewna. Od razu zwróciłam uwagę, że nie ma na nim Chrystusa, a przecież w dzieciństwie było to dla mnie niezwykle ważne. Tak jakbym potrzebowała portretu Zbawcy. Mojego Zbawcy. Później dostrzegłam powszechność braku tego wizerunku.

congerdesign/pixabay.com

Otaczały mnie miliony przewrażliwionych i rozdętych ego, wpychających się w moje oczy, uszy, zabierających moją przestrzeń. I każde z nich chciało wciągnąć mnie w swoją orbitę. Miałam stać się ich częścią i potwierdzać ich wielkość. Nic więc dziwnego, że i pusty krzyż stawał się dla nich wygodną alegorią cierpienia w ogóle, która sprowadzała pokusę zbyt łatwego płaczu nad sobą. Mogli poczuć przez chwilę jedność z cierpiącym Bogiem. To był etap pierwszy. Potem pojawiało się rozpamiętywanie swojego losu i wiele pytań: Dlaczego ja? Dlaczego mnie? Czy to fatum? Czy może Bóg o mnie zapomniał?

Ale istota krzyża nie może przecież wyczerpywać się w cierpieniu. Albo przynajmniej takie doświadczenie nie może kończyć się licytacją, czyj ból jest większy, kogo bardziej uszlachetnił i kto w opinii innych był bardziej przekonujący. Wszak cierpienie towarzyszy każdemu, a określenie jego wielkości jest często wrażeniem subiektywnym. Trzeba by uwzględnić zbyt wiele czynników nieporównywalnych, by wreszcie ustalić prawdziwą hierarchię cierpiących. Dlatego krzyż to raczej zawierzenie, pokora, które pozwalają piąć się ku niebu, i miłość obejmująca cały świat. Gdy myślę o krzyżu, zawsze wspominam wiersz niezwykle wrażliwej poetki młodopolskiej Marii Komornickiej:

W noc chmurami złowieszczymi ciemną

Leżałam jak zwalony krzyż

A duchy mocowały się nade mną

O mnie…

Poczuć się zwalonym krzyżem to doświadczenie niemal tragiczne, wzmagające odczucie cierpienia. Zwłaszcza jeśli uwzględnimy złowieszczą noc i rozgrywającą się nad głową bohaterki walkę o jej duszę. To podważenie prawdy celu wędrówki, zakwestionowanie wszelkich wyborów. To zwielokrotnione odczucie zwątpienia i samotności w przerażająco niezrozumiałym świecie. To brak woli walki w odwiecznej konfrontacji dobra i zła. A wystarczyłaby może czyjaś pomocna dłoń, by duchy pełzające po ziemi stały się zbyt odległe. Wówczas ich kuszący głos nie dosięgnąłby naszych uszu. Sytuacja tak silnie doświadczona przez Komornicką jest codziennością każdego, choć przyzwyczajenie nauczyło nas jej nie dostrzegać.

Mój krzyż nie jest wielki. Nie pozwala mi wzrastać w swoim cieniu, nie kształtuje mojego poglądu na świat, a nawet nie buduje wokół mnie wspólnoty rozumiejącego współczucia. Na co dzień nie jest zbyt uciążliwy i prawie udaje mi się o nim zapomnieć. Ot, żyję jak wszyscy. A może nawet są tacy, co patrzą na mnie z zazdrością, ponieważ jestem tą, której się udaje. Przynajmniej czasami. Ale przychodzą takie dni, zwłaszcza w czasie przedświątecznych porządków, gdy ponaglana dawnym obyczajem zaglądam w każdy kąt, pod szafy i do niemal zapomnianych szuflad, i wówczas z przerażeniem stwierdzam, że on wciąż tam jest, tylko może w ostatnim roku trochę bardziej przykrył go kurz. I po raz kolejny próbuję przyrównać do niego swoje życie…

Rozpoczynam rachunek sumienia pod odnalezionym także w swoich wspomnieniach krzyżem. Rozpoczynam swoje indywidualne rekolekcje. W ostatnim roku coraz bardziej upodabniam się do punktu, choć dla niektórych równie niewygodnego jak kamień w bucie; kurczę się w przestrzeni świata, zwijam się w sobie zamiast wzrastać, staję się odrzuconym ziarnem… A może dopiero zbieram siły, by kiedyś wreszcie zakorzenić się w próchnicy społeczeństwa i zadziwić innych swoją potrzebą wzrostu. To pokrzepiające… Tylko bez decyzji o wydaniu plonu pozostanę na zawsze dobrze zapowiadającą się potencją.

Po owocach ich poznacie… A co będzie moim owocem? Mój krzyż nie jest wielki. Każdego dnia poszukuję… Różnych rzeczy: bezinteresownego uśmiechu, także w sobie, wskazówek, gestów, które potwierdzą słuszność moich wyborów oraz słów, gdy tak jak teraz poddaję je próbie znaczenia. Wszak nie jest ważne, by były, lecz by były to te najwłaściwsze. Jak już ginąć, to spektakularnie? Na Golgocie w obecności tłumów, a zwłaszcza dziejopisów – Jana, Mateusza, Marka i Łukasza? Czy trzeba sobą zapełnić cenny czas antenowy, by poczuć się spełnionym? Ale Chrystus w momencie śmierci nie myśli o tym, czy dobrze wygląda.

Dla Niego liczy się przecież cel, a nie droga… On sam chce, by Jego krzyż stał się „Drogą, Prawdą i Życiem”. W ten sposób krzyż zaczyna funkcjonować jako znak ostateczny, do niczego nieodsyłający, znak, którego znaczenie nie jest konwencją, więc nie wymaga akceptacji. On sam jest znaczeniem.

Krzyż dla mnie oznacza Boga, a Bóg – krzyż, ale z tego nie wynika, że krzyż jest cierpieniem. Wszak Bóg nie jest cierpieniem, lecz miłością.

Mój krzyż nie jest wielki, może dlatego w natłoku wydarzeń i spraw codziennych tak łatwo zapominam, co jest naprawdę ważne w życiu, a wówczas świat, igrając moim sentymentalizmem, zmusza mnie do łez. W tym przypadkowym płaczu nieświadomie żałuję swoich straconych szans i możliwości.

Odczuwam dziś boleśnie swoje niespełnienie. Spowodowane brakiem czasu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem