Reklama

Zniszczenia lasów jak po bombie atomowej

2017-09-13 11:20

Z dr. inż. Konradem Tomaszewskim – dyrektorem generalnym Lasów Państwowych – rozmawia Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 38/2017, str. 28-29

Artur Stelmasiak
Lasy Państwowe działają na podstawie prawa i w jego granicach – mówi dr inż. Konrad Tomaszewski

ARTUR STELMASIAK: – Panie Dyrektorze, czym w kalendarzu leśnika jest coroczna pielgrzymka na Jasną Górę?

DR INŻ. KONRAD TOMASZEWSKI: – Z punktu widzenia czysto formalnego jest to narada generalna braci leśnej z całej Polski – czyli wydarzenie wewnątrzorganizacyjne – która jest połączona ze strawą duchową. Dla zdecydowanej większości wierzących leśników najważniejszymi punktami wyjazdu są natomiast Msza św. na jasnogórskich błoniach oraz możliwość nawiedzenia Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. Dla nich pielgrzymka to swoiste ładowanie akumulatorów przed całoroczną pracą dla dobra przyrody.

– Czy praca w lesie sprzyja otwieraniu się na Pana Boga?

– Obserwowanie procesów zachodzących w przyrodzie, ogromnego bogactwa przyrodniczego w lasach, rozmaitych zależności zachodzących w ekosystemach – wszystko to ułatwia odkrywanie tajemnicy stworzenia, wprawia w podziw dla Bożego zamysłu, przybliża do prawa naturalnego. Leśnicy z racji natury swojej pracy są więc bliżej Boga, są na Niego otwarci, pielęgnują też rodzime tradycje. Pewnie dlatego nie odwrócili się od Kościoła nawet w najciemniejszych stalinowskich czasach.

– Wasza praca jest też powołaniem, bo dla lasów i środowiska naturalnego jesteście jak lekarze dla człowieka. Leśnikom pewnie stanęły łzy w oczach, gdy zobaczyli zniszczenia po sierpniowych nawałnicach. Czy poradzicie sobie z tak wielkim wyzwaniem?

– Dla leśników z terenów objętych klęską, spośród których wielu pracowało tam wiele dekad, ten obraz jest druzgocący. Ale jako cała organizacja nie zostaliśmy zaskoczeni. Śledząc różne wydarzenia klęskowe w przeszłości, spodziewaliśmy się, że pod wypływem zmian klimatycznych do takich zjawisk będzie dochodziło coraz częściej. Dlatego byliśmy przygotowani i mamy wdrożone procedury na wypadek takich klęsk.

– Do czego można porównać te zniszczenia?

– To największa klęska leśna w historii nowoczesnej Europy. Zniszczony został obszar 80 tys. hektarów, czyli zrównana z ziemią jest powierzchnia trzy razy większa od miasta Gdańska lub jak półtorej Warszawy. Powalonych jest 10 mln m3 drzewa, a przecież w lasach na terenie całej Polski pozyskujemy rocznie niecałe 40 mln m3 drzewa. Klęskę można porównać do zrzucenia bomby atomowej na Nagasaki i Hiroszimę, gdy wokół fala uderzeniowa położyła wielkie połacie drzew. Areał terenu zniszczeń jest bardzo podobny.

– Usuwanie tych zniszczeń pewnie dużo kosztuje. Czy Lasy Państwowe stać na tak dużą operację?

– Jest to możliwe, bo Lasy Państwowe mają zdolność przesuwania środków finansowych, kadry leśnej i specjalistycznego sprzętu z jednego regionu Polski do drugiego. Również dochód wypracowany w innych częściach Polski przez nasze jednostki będzie przeznaczony na sfinansowanie tej gigantycznej operacji w częściach dotkniętych kataklizmem. W tym miejscu chciałbym bardzo podziękować „Niedzieli”, która w przeszłości broniła struktury organizacyjno-prawnej Lasów Państwowych. Gdyby Lasy Państwowe zostały sprywatyzowane i podzielone na mniejsze podmioty, to dziś musielibyśmy prosić ministra finansów o pomoc. A tak poradzimy sobie samodzielnie. Co więcej, pomożemy w porządkowaniu lasów prywatnych właścicieli. Tylko na ten cel przeznaczamy 35 mln zł z funduszu leśnego, bo ci ludzie sami sobie nie poradzą.

– Jakie działania podejmują leśnicy w pierwszej kolejności?

– Pierwszym działaniem było oczyszczanie ze zwalonych drzew dróg publicznych, ważniejszych dróg leśnych, dojazdów przeciwpożarowych oraz pasów pod liniami energetycznymi. Nadleśniczowie od razu wprowadzili też zakazy wstępu do lasu tam, gdzie plątanina połamanych i wywróconych drzew stwarza ogromne niebezpieczeństwo dla ludzi. Podzielimy całą powierzchnię klęsk na obszary, które sukcesywnie, jeden po drugim, będą uprzątały nowoczesne maszyny leśne wraz z ekipami pilarzy. Będziemy pracować praktycznie non stop, aby do czerwca 2019 r. uporządkować teren, a następnie przygotujemy grunt pod nasadzenie nowych drzew. Skala tego zjawiska jest jednak tak ogromna, że dziś do końca nie wiemy, jakie procesy biologiczne się tam uruchomią. Możemy się spodziewać zarówno stepowienia niektórych terenów, jak i zabagniania. Prawdopodobna jest też eksplozja gatunków różnych owadów i gradacje, które będą niebezpieczne także dla ocalałych w okolicy drzewostanów.

– A teraz przytoczę opinię popularnego wśród tzw. ekologów dr. Michała Żmihorskiego z krakowskiego oddziału PAN – twierdzi on, że z przyrodniczego punktu widzenia nic wielkiego się nie stało. Jego zdaniem, wiatrołomy i powalone drzewa powinno się pozostawić naturze.

– Każdy ma prawo do głoszenia swoich poglądów, nawet gdy są one irracjonalne, egzotyczne i niszowe. Po pierwsze – nam nie wolno tego zrobić, bo do usuwania skutków nawałnicy jesteśmy zobowiązani przez prawo. Także komendant główny Państwowej Straży Pożarnej wezwał nas do jak najszybszego usunięcia powalonych drzew, bo przecież tam może wybuchnąć megapożar, z którym nikt sobie nie poradzi. Za kilka lat potrzebne będzie wielkie sadzenie, by odtworzyć te lasy. W tym miejscu nie odrodzą się wyłącznie siłami natury, bo warunki glebowe są za słabe, presja zwierzyny zbyt duża, a teraz jeszcze dochodzi ryzyko gradacji szkodników owadzich.

– A więc te najnowsze prądy „ekologiczne”, propagowane m.in. przez Greenpeace Polska, mogą wyrządzić niespotykane szkody w środowisku naturalnym. Mnie bardzo zastanawia dwulicowość ich przedstawicieli, bo z jednej strony walczą z emisją CO2 do atmosfery, a z drugiej – bronią martwych lasów.

– My, leśnicy, mamy tę przewagę nad demagogami ekologicznymi, że za nami stoi twarda nauka, a nie ideologia. Przeprowadziliśmy nowoczesne badania owadów drewnożernych. Naukowo udowodniliśmy ponad wszelką wątpliwość, że nadmiar martwego drewna nie oddaje węgla do gleby, a jedynie emituje CO2 do atmosfery i pogłębia efekt cieplarniany.

– Zagadnienie ochrony martwych drzew łączy Bory Tucholskie z najsłynniejszym lasem w Polsce, czyli z Puszczą Białowieską. Tam mamy nieustające protesty tzw. ekologów, którzy stają w obronie martwych i chorych drzew. Jaki jest plan działania Lasów Państwowych w puszczy?

– Będziemy robić dokładnie to, co teraz robimy. Lasy Państwowe działają na podstawie prawa i w jego granicach. Komisja Europejska domaga się od nas zaprzestania wycinki drzew i zaprzestania aktywnej gospodarki leśnej. Z prawnego punktu widzenia nasze działanie jest zbieżne z postulatami Brukseli, bo usuwamy drzewa w ramach realizacji zadań ochronnych, aby utrzymać stan siedlisk chronionych programem Natura 2000, co uznajemy za nieaktywną formę gospodarki leśnej. Komisja Europejska i Trybunał Sprawiedliwości UE pozostawiły nam też wyraźnie wskazaną możliwość wycinki, której celem jest zachowanie bezpieczeństwa publicznego. I dokładnie to robimy – ogromna większość usuwanych drzew to martwe lub osłabione świerki, które stoją przy szlakach komunikacyjnych lub miejscach często uczęszczanych przez osoby odwiedzające Puszczę Białowieską.

– O właśnie... Chyba ten termin prawny jest kluczowy.

– Pojęcie „bezpieczeństwa publicznego” jest bardzo mocno osadzone w polskiej konstytucji oraz polskim i unijnym prawie. Przecież nadleśniczy jest odpowiedzialny za usuwanie drzew martwych, bo one stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Komisja Europejska bardzo szybko się zorientowała, że Polacy wiedzą, co oznacza pojęcie bezpieczeństwa publicznego w lesie, i rozpoczęto rozpaczliwą próbę redefiniowania tego pojęcia. W efekcie komisarz Frans Timmermans napisał pismo do ministra środowiska, w którym tłumaczy, co KE miała na myśli, mówiąc o bezpieczeństwie publicznym w skardze do Trybunału. I jeszcze jedno – obecnie w Puszczy Białowieskiej teren jest ubogacony takim nagromadzeniem suchej biomasy, że jakby – nie daj Boże – doszło do zaprószenia ognia, to z dymem poszłoby pół Hajnówki... I niech mi ktoś powie, że leśnikom nie chodzi o bezpieczeństwo publiczne!

– Ponoć nie można tknąć dziewiczego lasu...

– O czym my rozmawiamy... Oczywiście, leśnicy tak pracowali, aby zachowywać i pielęgnować najstarsze drzewostany i puszczańską przyrodę. My mamy dokumentację już szóstego Planu Urządzenia Lasu dla tych terenów, a każdy z nich obejmuje okres ok. 10 lat, czyli ten las był przebudowywany ludzką ręką już co najmniej sześć razy. A teraz słyszę, że mamy do czynienia z zachwycającą różnorodnością biologiczną. Pytam więc: Skąd się wzięła ta różnorodność? W jaki sposób Lasy Państwowe od ponad 90 lat rzekomo niszczą puszczę, a jednocześnie doprowadziły ją do tak znakomitego pod kątem przyrodniczym stanu, że według ekologistów w całości powinna być parkiem narodowym?

– Czyli to piękno natury zostało utworzone ręką człowieka?

– Ten las był wielokrotnie eksploatowany, ale stał się oczkiem w głowie wybitnych leśników, którzy sześciokrotnie go przebudowywali w ten sposób, by jego walory przyrodnicze zachwycały świat. Nie ma lepszej metody kształtowania różnorodności biologicznej i pielęgnowania starodrzewu od tej, którą stosują leśnicy. My naśladujemy naturę w mikroskali, ale też pozyskujemy drzewo z lasu, bo przecież człowiek jest częścią tego środowiska naturalnego. Metodami gospodarki leśnej doszliśmy do takiej perfekcji, że „ekolodzy” uznali to za przyrodę pierwotną i nietkniętą ludzką ręką...

– Czy można powiedzieć, że leśnicy stali się zakładnikami zbyt dobrze wykonanej pracy?

– Gdy po 2010 r. praktycznie zakazano leśnikom działań ochronnych, bioróżnorodność w Puszczy Białowieskiej zaczęła się drastycznie zmniejszać. Dlatego niektórzy ekolodzy już się wycofali z hasła ochrony bioróżnorodności, bo zauważyli, że ona w puszczy zanika. Powiedzieli więc, że teraz wielką wartością jest samo śledzenie procesów naturalnych.

– Mówimy o nowej „ekologicznej” modzie. Ale oni tak często zmieniają zdanie, że nie wiadomo, co tak naprawdę chcą chronić...

– Posłużę się przykładem. Jeżeli ktoś zachoruje na nieuleczalną chorobę, to też jest proces naturalny. Tak samo w puszczy choroba świerków jest procesem naturalnym, ale on nie jest pierwotnie naturalny. Przecież Puszcza Białowieska jest tylko maleńką wyspą. Dla tego kompleksu leśnego to jest nowotwór, który trawi cały organizm. Gdyby cała Europa była lasem pierwotnym, to wówczas moglibyśmy biernie obserwować procesy naturalne gradacji kornika, bo gdzieś wielkie obszary lasów by zamierały, ale jednocześnie gdzieś rodziłyby się nowe. A tak obserwujemy zjawisko o skali katastrofalnej dla niewielkiego ekosystemu puszczy.

– Świerk jest tylko jedną z komórek tego lasu... Czy za nim będą umierać kolejne komórki, czyli gatunki drzew?

– To jest choroba łańcuchowa. Jeżeli świerk nam się rozpadnie, to nastąpi rozrzedzenie drzewostanu, a wtedy z kolei powstają warunki do ataku przypłaszczka i kornika ostrozębnego, który atakuje sosnę. Sosna natomiast jest leśną pompą ssąco-tłoczącą, której brak powoduje wychodzenie wody na powierzchnię. Wówczas spora część drzew jest skazana na zamarcie, bo choć lubią one pobierać wodę przez korzenie, to stanie w wodzie jest dla nich śmiertelne. To jest efekt domina, bo od świerka zacznie się rozpad całych drzewostanów w Puszczy Białowieskiej. Tych, którzy pokochali puszczę taką, jaka ona była kilkanaście lat temu, mogę zapewnić, że jeżeli leśnicy nie będą mogli działać, to takiego pięknego lasu w Białowieży już nie będzie przez dziesiątki lat.

– Ile zarabiacie na wycince w puszczy i sprzedaży drewna?

– ... (śmiech). My nie zarabiamy i pewnie nigdy nie będziemy zarabiać na puszczy. Do tej pory dokładaliśmy ok. 20 mln zł rocznie na potrzeby trzech nadleśnictw w Puszczy Białowieskiej. Oczywiście, drewno usuwane stamtąd sprzedajemy, ale to i tak jest kropla w morzu tego, co wydajemy, aby puszczę pielęgnować.

Bielsko-Biała: ponad 247 tys. zł na hospicjum z akcji „Pola Nadziei”

2018-06-19 21:05

rk / Bielsko-Biała (KAI)

Ponad 247 tys. zł zgromadziły w tym roku szkoły z Podbeskidzia oraz salwatoriańskie parafie w USA, które w ramach 14. edycji programu „Pola Nadziei” zbierały na rzecz działającego od ponad półtora roku pierwszego w Bielsku-Białej hospicjum stacjonarnego im. Jana Pawła II. W programie wzięły udział 62 placówki edukacyjne z Bielska-Białej, powiatu bielskiego, Skoczowa oraz cztery polskie wspólnoty ze stanów Nowy Jork i New Jersey.

Bożena Sztajner

Podsumowanie programu „Pola Nadziei” było okazją do spotkania się reprezentantów wszystkich szkół uczestniczących w akcji, a także samorządowców, parlamentarzystów i duchownych z Kościoła katolickiego. Wspólnie modlono się 19 czerwca podczas nabożeństwa słowa Bożego w kościele NMP Królowej Polski w Bielsku-Białej. Liturgii przewodniczył bp Piotr Greger.

W kazaniu biskup pomocniczy podziękował nauczycielom i uczniom w imieniu Kościoła bielsko-żywieckiego za podjęte wysiłki na rzecz dzieła hospicyjnego. „To jest bezcenny dar, świadczący o trosce o ludzi przeżywających czas choroby nowotworowej. Dziękuję za to, że macie w sobie i coraz bardziej kształtujecie postawę ludzi, dla których wyobraźnia miłosierdzia nie jest pustym hasłem. Czujecie odpowiedzialność za tych, którzy są naznaczeni szczególnym krzyżem bólu i cierpienia. Jest w was nieocenione pragnienie niesienia pomocy tym, którzy potrzebują jej najbardziej ze wszystkich” – podkreślił biskup.

Jak poinformowała prezes Salwatoriańskiego Stowarzyszenia Hospicyjnego Grażyna Chorąży, w kończącym się roku szkolnym 2017/2018 szkoły uzbierały i przekazały na rzecz Hospicjum im. Jana Pawła II w Bielsku-Białej ponad 247 tys. zł. organizując zbiórki, kiermasze, koncerty, przedstawienia, sprzedając ciasta i własnoręcznie wykonane drobiazgi. Zebrana kwota – 247 tys. 810 zł – wspomoże codzienną działalność hospicjum.

Prawie 10 tys. dolarów zebrano w polskich parafiach i salwatoriańskim klasztorze w USA. Podsumowanie „Pól Nadziei 2018” było również okazją do wręczenia dyplomów Honorowego Członka Salwatoriańskiego Stowarzyszenia Hospicyjnego za szczególną pomoc dla hospicjum. Z rąk ks. Piotra Schory SDS, kapelana hospicjum, otrzymali je: Ewa Żak – radna sejmiku województwa śląskiego oraz Urszula i Andrzej Omyliński – małżeństwo publicystów.

Budowę bielskiego hospicjum zainicjowało Salwatoriańskie Stowarzyszenie Hospicyjne przy bielskiej parafii księży salwatorianów. W październiku 2016 roku hospicjum rozpoczęło swoją działalność.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tarnów: będzie lista „piosenek zakazanych” podczas udzielania sakramentu małżeństwa?

2018-06-20 16:00

eb / Tarnów (KAI)

W diecezji tarnowskiej ma się pojawić lista „piosenek zakazanych” podczas udzielania sakramentu małżeństwa. W specjalnym dokumencie chodzi głównie o ujednolicenie liturgii, podczas której małżonkowie wypowiadają sakramentalne „tak”. Będzie to jeden z efektów prac V Synodu Diecezji Tarnowskiej.

Bożena Sztajner/Niedziela

„Jest postulat przygotowania specjalnej instrukcji, bo obserwujemy wiele nadużyć” – mówi ks. Andrzej Turek, rzecznik V Synodu Diecezji Tarnowskiej, podsumowując obrady Komisji Głównej.

„Księża czasem muszą się mocować z różnymi opiniami, wizjami narzeczonych. Jest wiele nadużyć, wynikających niejednokrotnie z niewiedzy, czasem z postawy życzeniowej. Przede wszystkim chodzi o sam ryt sprawowania sakramentu, o całą ornamentykę, która mu towarzyszy. Jest chociażby kwestia pieśni. Trzeba może ustalić kanon piosenek zakazanych, które nie powinny być wykonywane w trakcie liturgii” – wyjaśnia ks. Andrzej Turek.

Jak dodaje ks. Andrzej Dudek, przewodniczący Komisji ds. Kultu Bożego i Życia Sakramentalnego jest palącą sprawą wypracowanie obligatoryjnego schematu celebracji sakramentu małżeństwa.

„Księża nierzadko stawiani się w bardzo niekomfortowej sytuacji. Synod musi wziąć ich w obronę, musi pomóc duszpasterzom, dając im do ręki zbiór stosownych przepisów Kościoła jako koronny argument, że powinno być właśnie tak, a nie jakkolwiek, jak sobie ktoś wymyśli” – dodaje ks. Dudek.

Podczas obrad dyskutowano, że taki schemat powinien zawierać listę „piosenek zakazanych”. „Byłby to czyli zbiór utworów wokalno-instrumentalnych, których pod żadnym pozorem nie wolno wykonywać w kościele podczas uroczystości zaślubin” – konkluduje liturgista ks. Dudek.

Komisja Główna uchwaliła, iż stosowny dokument pojawi się jako pierwszy owoc sesji plenarnej V Synodu Diecezji Tarnowskiej.

„Dni L. Cohena i jego „Hallelujah”, z którego uczyniono ślubny szlagier, choć utwór nie ma nic wspólnego z weselem, w kościołach diecezji tarnowskiej wydają się więc policzone” – podsumował ks. Andrzej Turek, rzecznik V Synodu Diecezji Tarnowskiej.

Dokument ma także dotyczyć przygotowania do sakramentu małżeństwa i życia rodzinnego a także towarzyszenia małżonkom w ich życiu.

Synod diecezjalny ma potrwać trzy lata. Pierwszy rok obrad, który rozpoczął się w kwietniu poświęcony jest rodzinie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem