Reklama

Biały Kruk 2

Był więcej niż dziennikarzem

2017-09-13 11:20

Watykanistka Valentina Alazraki wspomina Joaquína Navarro-Vallsa w rozmowie z Włodzimierzem Rędziochem
Niedziela Ogólnopolska 38/2017, str. 12-15

Archiwum Joaquína Navarro - Vallsa
Jan Paweł II ze swoim rzecznikiem prasowym Joaquínem Navarro-Vallsem w czasie wakacji w górach

Valentina Alazraki jest legendą wśród watykanistów. Rozpoczęła swoją karierę dziennikarską bardzo wcześnie, w 1974 r., za pontyfikatu Pawła VI - pracowała jako korespondentka z Watykanu dla meksykańskiej telewizji „Noticieros Televisa”, dla której pracuje do dzisiaj. Kiedy papież Paweł VI zmarł, relacjonowała wydarzenia z konklawe i krótki pontyfikat Jana Pawła I, a następnie śledziła cały pontyfikat Jana Pawła II, z którym podróżowała po całym świecie. Uczestniczyła w 100 - ze 104 - zagranicznych podróżach Papieża Polaka i była pierwszym dziennikarzem, który przeprowadził z nim wywiad w samolocie - było to podczas pierwszej podróży zagranicznej Jana Pawła II - do Meksyku w styczniu 1979 r. W ciągu ponad 26 lat działalności Papież z Polski stał się dla niej osobą bardzo bliską, nie tylko zawodowo. Kontynuowała pracę, gdy na Stolicy Piotrowej zasiadł Benedykt XVI, a po jego ustąpieniu z urzędu ster Kościoła przejął pierwszy w historii papież z Ameryki Łacińskiej, skąd i ona pochodzi. Jak do tej pory Valentina uczestniczyła we wszystkich podróżach Franciszka.

Oczywiście, znała Joaquína Navarro-Vallsa, który stał się „głosem Jana Pawła II”. Spotkałem się z Valentiną, aby powspominać tego wielkiego dziennikarza i sługę Kościoła, który zmarł w Rzymie 5 lipca 2017 r.

W. R.

WŁODZIMIERZ RĘDZIOCH: – Joaquín Navarro-Valls przyjechał do Rzymu z Hiszpanii w latach 70. XX wieku, aby współpracować z Josemaríą Escrivą de Balaguerem, założycielem Opus Dei, w dziedzinie środków społecznego przekazu. Jako odpowiedzialnemu za kontakty z mediami przyszło mu poinformować o śmierci założyciela Dzieła (26 czerwca 1975 r.), a następnie o wyborze jego następcy – Álvara del Portilla, dziś błogosławionego. W tych latach i Ty przyjechałaś do Rzymu...

VALENTINA ALAZRAKI: – Zaczęłam uczęszczać do rzymskiego Biura Prasowego dla dziennikarzy zagranicznych w 1977 r., ale z Navarro-Vallsem spotkałam się osobiście na początku lat 80. ubiegłego wieku, kiedy pracował jako korespondent hiszpańskiej gazety „ABC”.

– Oboje byliście akredytowani przy Biurze Prasowym, w którym Navarro-Valls w 1983 r. został wybrany na prezesa stowarzyszenia korespondentów zagranicznych w Rzymie, a na sekretarza stowarzyszenia dziennikarze wybrali Ciebie, czyli w praktyce byłaś zastępczynią Joaquína. Dlaczego Navarro-Valls był tak ceniony przez 500 kolegów z całego świata?

– Wybrali Joaquína, ponieważ był człowiekiem poważnym, wiarygodnym i przez to bardzo cenionym. Miał dobre relacje z różnymi środowiskami włoskimi i kościelnymi oraz duże umiejętności organizacyjne. Ale funkcję prezesa pełnił tylko rok, bo w 1984 r. został mianowany przez Jana Pawła II dyrektorem Biura Prasowego Stolicy Apostolskiej.

– Jak działało Biuro Prasowe Watykanu do czasu nominacji Joaquína?

– Mylnie powiedziano, że Navarro-Valls był pierwszym świeckim, który kierował Biurem Prasowym w Watykanie. Już w latach 1970-76 dyrektorem był Federico Alessandrini, wieloletni wicedyrektor „L’Osservatore Romano”. Ale przed 1984 r. biuro wydawało jedynie codzienne biuletyny, które były źródłem informacji dla dziennikarzy. Oczywiście, od czasu do czasu były też konferencje prasowe. Ale nie było funkcji rzecznika Papieża. Gdy dyrekcję objął Joaquín, zmieniło się wiele rzeczy. Przede wszystkim zmodernizował on biuro, wprowadzając je w erę cyfrową. Był dziennikarzem, dlatego doskonale znał potrzeby dziennikarzy. Prawdziwa zmiana dotyczyła jednak jego roli: po raz pierwszy szef Biura Prasowego stał się również rzecznikiem Jana Pawła II. Często spotykał się z Papieżem, dyskutował z nim i rozmawiał na temat sposobów przekazywania informacji dziennikarzom. Do tego czasu Biuro Prasowe podlegało Sekretariatowi Stanu, od którego otrzymywało wiadomości do przekazania wiernym. Z Janem Pawłem II i Navarro-Vallsem sytuacja się zmieniła, ponieważ między nimi była współpraca, która nie istniała wcześniej, a źródłem wiadomości był sam Papież.
Druga zmiana polegała na rozszerzeniu roli rzecznika Papieża, który stał się ważną postacią na arenie dyplomatycznej. Navarro-Valls aktywnie uczestniczył w konferencjach ONZ, wchodząc w skład delegacji watykańskiej – wystarczy wspomnieć o jego roli na konferencjach w Pekinie czy Kairze. Ta rola mediacji była również widoczna, gdy Navarro-Valls wyjechał na Kubę, aby spotkać się z Fidelem Castro.

– Mój ostatni wywiad z Joaquínem przeprowadziłem po śmierci Castro, aby przypomnieć właśnie jego misję na Kubie, dokąd udał się w imieniu Papieża...

– Rozmawiał z Castro przez kilka godzin. Powiedział mi, że Fidel był zafascynowany postacią Jana Pawła II, czytał jego encykliki i dokumenty, ale chciał wiedzieć od Joaquína, jaki jest Papież jako człowiek. Można więc powiedzieć, że nikt przed Navarro-Vallsem nie miał tak ważnej funkcji, która została utworzona tylko dla niego – on odgrywał rolę podobną do rzecznika prezydenta Stanów Zjednoczonych czy Rosji.

– Ale czy nie prowadziło to do napięć z Sekretariatem Stanu?

– Z pewnością ta wielka autonomia rzecznika, która wynikała z jego bliskich kontaktów z Papieżem, nie podobała się Sekretariatowi Stanu i stwarzała pewne rozbieżności.

– Papież darzył Joaquína Navarro-Vallsa absolutnym zaufaniem. Zasługiwał na takie zaufanie?

– Myślę, że Joaquínowi zależało przede wszystkim na tym, by być pomocnym Papieżowi i dbać o jego sprawy. Ale jak sam powtarzał, Jan Paweł II nie potrzebował nikogo – ani jego, ani dziennikarzy – bo nawet jeśli nie byłoby Navarro-Vallsa, sam potrafił bardzo przyciągać uwagę widzów. Dlatego Joaquín traktował swoją pracę tylko jako wsparcie dla Papieża, który miał tak wielką łatwość komunikowania się z ludźmi.

– Czasami jednak krytykowano Navarro-Vallsa, np. za to, że przekazał dziennikarzom informację o chorobie Papieża...

– To prawda. Pamiętam, że podczas jednego z lotów papieskich ujawnił, iż Jan Paweł II cierpi na chorobę Parkinsona. Nigdy wcześniej taka wiadomość nie była podana przez Biuro Prasowe Watykanu, ponieważ zdrowie papieży było tematem tabu: papieże umierali, ale nikt nigdy nie mówił o ich chorobach. Wraz z Janem Pawłem II zmieniło się wszystko – to on sam ogłosił swoją hospitalizację w poliklinice Gemellego i mówił o swojej chorobie; nie chciał niczego ukrywać. Navarro-Valls zdał sobie sprawę, że nie może milczeć. Ale został za to zganiony przez Sekretariat Stanu i papieskiego lekarza i od tej pory wiadomości o zdrowiu Ojca Świętego były przekazywane za pośrednictwem biuletynów dr. Buzzonettiego.

– Mówiłaś o wielkim uczuciu, jakim Joaquín darzył Jana Pawła II. Kiedyś wyznał: „Wiem, że będę musiał zdać Bogu sprawę z tego wielkiego daru, jakim było móc pracować blisko człowieka, wokół którego odczuwa się działanie łaski. Co więcej, można ją dostrzec w głębi jego modlitwy i w decyzjach, jakie podejmuje w następstwie tej modlitwy”. Czy dziennikarze, którzy byli przyjaciółmi Navarro-Vallsa, tak jak Ty, zdawali sobie sprawę z jego uczuć wobec Papieża?

– Oczywiście, że tak. Wielokrotnie rozmawialiśmy z nim na ten temat. Kiedyś powiedział mi, jak wielkie wrażenie robił na nim Papież, który modlił się sam w prywatnej kaplicy. Gdy miał podejmować ważne decyzje, zawsze się modlił. Wiara i modlitwa były źródłem jego decyzji, były motorem jego działań. Jan Paweł II powiedział kiedyś Joaquínowi, że nie można go zrozumieć „z zewnątrz”, ale tylko „od wewnątrz”. Inną rzeczą, która go uderzała w Papieżu, była jego pokora i naturalność. Navarro-Valls był w stanie lepiej poznać Jana Pawła II, gdyż spędzał z nim wakacje w górach. I tam zrozumiał np., że dla Papieża podziwianie i kontemplowanie gór było doświadczeniem mistycznym, sposobem na zbliżenie się do Boga. W długim okresie choroby poznał natomiast prawdziwą siłę Jana Pawła II. Człowiek tak niezależny jak Karol Wojtyła musiał doświadczyć wszystkich ograniczeń spowodowanych przez chorobę (chodzenie z laską, używanie wózka inwalidzkiego, drżenie ręki, problemy z mową), ale robił to w perspektywie Drogi Krzyżowej, aby dać przykład innym.

– Człowiekowi, który był lekarzem, musiało być szczególnie trudno przeżywać chorobę, a następnie agonię Papieża...

– Z pewnością Navarro-Valls cierpiał, widząc Jana Pawła II w takim stanie. Pamiętam, że podczas konferencji prasowej na dzień przed śmiercią niemiecki kolega zapytał go, co osobiście czuje, widząc umierającego Papieża. I nie odpowiedział – ze łzami w oczach wstał i wyszedł. Cierpiał tym bardziej, że był przekonany, iż umierał człowiek święty.

– Na krótki czas Navarro-Valls pozostał szefem Biura Prasowego również za pontyfikatu Benedykta XVI. Oczywiście, stosunki z nowym papieżem były inne. W styczniu 2007 r. powrócił do swojego pierwszego zawodu, pełnił obowiązki przewodniczącego rady doradczej Uniwersytetu Campus Bio-Medico w Rzymie.
Czy pozostaliście w kontakcie?

– Tak, byliśmy w kontakcie – spotykaliśmy się często, rozmawiałam z nim wielokrotnie, aby przypomnieć ten historyczny okres jego życia, który spędził u boku Jana Pawła II. Wiedziałam, że był chory – bardzo chory w ostatnich dwóch, trzech miesiącach, ale prosił dziennikarzy, aby o tym nie mówić, bo chciał umrzeć bez reflektorów skierowanych na swoją osobę. Dla mnie to było coś, co zmuszało do refleksji: człowiek, który był w centrum uwagi podczas całego pontyfikatu Jana Pawła II i sprawił, że również życie Papieża w ostatnich latach było w centrum uwagi, ponieważ, jak powtarzał, Papież chciał dzielić się z ludźmi wszystkim, łącznie z chorobą – chciał pozostać w cieniu. Navarro-Valls dokonał całkiem innego wyboru – chciał odejść sam, w całkowitym milczeniu.
Przedstawiono mi wzruszający fakt – Joaquín na stoliku, przy łóżku, chciał mieć zdjęcie Jana Pawła II w górach, modlącego się przy krzyżu. Ponieważ Papież modlił się wtedy bardzo długo i intensywnie, na Navarro-Vallsie zrobiło to duże wrażenie i zrobił mu zdjęcie. Zmarł praktycznie przy tym zdjęciu „swojego” Papieża. Nawet ten drobny fakt świadczy o więzi, która do końca łączyła go z Janem Pawłem II.

– Czy można powiedzieć, że Joaquín Navarro-Valls był katolickim dziennikarzem?

– Z pewnością. Był niezwykle nowoczesnym profesjonalistą, posiadającym duże umiejętności organizacyjne, a jednocześnie osobą głęboko wierzącą, należącą do Opus Dei. Łączył w sobie zawód i wiarę. Navarro-Valls nie byłby tym, kim był, bez swojej wiary i zaangażowania jako katolik.

– Podczas pogrzebu Joaquína ks. prał. Mariano Fazio – wikariusz generalny Prałatury Opus Dei, powiedział, że Navarro-Valls był człowiekiem lojalnym: „Lojalnym wobec Boga, którego nauczył się kochać od dziecka w rodzinie chrześcijańskiej; lojalnym w swym powołaniu do Opus Dei, aby uświęcać się pośród świata; lojalnym w służbie Kościołowi, zwłaszcza od kiedy Jan Paweł II zlecił mu pełnienie funkcji odpowiedzialnego za Biuro Prasowe Stolicy Apostolskiej”. Czy zgadzasz się z tym obrazem Joaquína?

– Tak, był on człowiekiem lojalnym wobec Kościoła, Opus Dei, Jana Pawła II, ale chciałabym dodać, że również wobec Benedykta XVI, któremu służył na początku jego trudnego pontyfikatu. Navarro-Valls nigdy nie powiedział słowa, które mogłoby zaszkodzić Kościołowi lub Papieżowi, chociaż z pewnością wiedział o poważnych lub trudnych sprawach.

– Joaquín opowiadał Ci wiele faktów z życia Jana Pawła II. Który z epizodów najbardziej utkwił w pamięci?

– W ostatnich latach życia Jan Paweł II cierpiał na chorobę Parkinsona, która usztywniała mięśnie twarzy i pozbawiła go charakterystycznego, pięknego uśmiechu. Podczas górskich wakacji Joaquín robił zdjęcia Papieżowi i żeby w jakiś sposób „zmusić” go do uśmiechu, kupił sobie duży, czerwony nos klauna. Wiedział, że klauni rozbawiali Papieża, który w ich obecności śmiał się aż do łez. Dlatego stawał przed nim z aparatem fotograficznym i nałożonym okrągłym nosem klauna, mając nadzieję, że na papieskiej twarzy pojawi się uśmiech. To bardzo wzruszający fakt, który najlepiej pokazuje, jakie były stosunki między nimi.

Tagi:
wywiad rozmowa

Domowy Kościół drogą do Pana Boga

2018-02-14 11:10

Ks. Adam Stachowicz
Edycja sandomierska 7/2018, str. VI

Ks. Adam Stachowicz
Wiesława i Mirosław Bąkowie

Ks. Adam Stachowicz: – Na co dzień posługujecie w Ruchu Światło-Życie, a konkretnie w jego rodzinnej gałęzi. Macie od 36 lat doświadczenie wspólnego życia małżeńskiego, ale też ciągłej formacji osobistej i małżeńsko-rodzinnej. Jednocześnie działacie, pomagając szczególnie młodym małżonkom i rodzicom oraz przygotowującym się do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego. Możecie więc dużo powiedzieć o rodzinie…

Wiesława i Mirosław Bąkowie: – Tak to prawda. Chociaż ciągle jesteśmy w drodze. Ciągle się uczymy poznawania woli Boga względem nas oraz poznajemy siebie nawzajem. Bardzo ważne jest jednak dla nas doświadczenie prawdy, że fundamentem rodziny jest małżeństwo. Tu się wszystko zaczyna, w tej maleńkiej „wspólnocie miłości i życia”.
Z perspektywy czasu wiemy, jak bardzo musieliśmy się napracować, czasem walczyć, aby nie zniszczyć w naszej relacji daru sakramentu małżeństwa. Ogromną pomocą była i jest dla nas formacja Domowego Kościoła. Poprzez codzienną modlitwę małżeńską, rozważanie słowa Bożego, dialog małżeński czy rekolekcje nieustannie odkrywamy piękno życia małżeńskiego.
Dzisiaj możemy powiedzieć z radością, że łączy nas miłość do Boga oraz względem siebie. Przeżywamy naszą relację jako wyjątkową i szczęśliwą. Nie możemy nie mówić o tym szczególnym prezencie otrzymanym od Pana Boga, dlatego pragniemy pomagać innym małżeństwom w zbliżeniu się do Boga, a przez to w budowaniu jedności małżeńskiej. Bo to właśnie na niej buduje się szczęśliwą rodzinę.
W Piśmie świętym Bóg mówi: „Opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem” (Ef 5,31) oraz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” (Rdz 1,28). Owoc miłości małżeńskiej we współpracy z łaską Boga Stworzyciela sprawia, że staje się rodzina. Miłość małżonków, mamy i taty, buduje szczęście domu rodzinnego. Pamiętamy pewne zajęcia socjoterapeutyczne z dziećmi. Na zadane pytanie: „Kiedy są najbardziej szczęśliwe?”, m.in. padła odpowiedź: „Kiedy mama i tata się całują, kiedy są blisko siebie. Wtedy wiem, że nic mi się złego nie może stać”. Jesteśmy przekonani, że tę prawdę o ważności relacji w małżeństwie trzeba przekazywać szczególnie młodym małżonkom oraz przygotowującym się do małżeństwa.

– Czyli determinacja do dzielenia się doświadczeniem wspólnej relacji w małżeństwie oraz bliskością Boga pochodzi z waszej z Nim osobistej relacji?


– Tak. Po pierwsze – jak powiedzieliśmy – spłata długu Bogu, który nas hojnie obdarował swoją miłością. Po drugie – wiemy, jak bardzo każdy człowiek pragnie szczęścia, jak każde małżeństwo pragnie szczęścia. Wiemy też, jak na pytanie o drogę do szczęścia świat, a w nim krzykliwe zło, podsuwa odpowiedzi nieprawdziwe i zwodnicze. Dlatego pragniemy mówić o tym, jakim szczęściem jest pięknie przeżyte małżeństwo i rodzina. Od 36 lat patrzymy i czujemy całym sercem, jak zmieniają się małżonkowie, którzy włączają się do wspólnoty Domowego Kościoła. Przychodzą ci, którzy mają się dobrze, aby wzmocnić relacje, posłuchać doświadczeń innych małżonków. Przychodzą do wspólnoty też ci, którzy cierpią, którzy ocierają się o salę sądową z rozpoczętym procesem rozwodowym. I widać, jak łaska wspólnej modlitwy wielu małżeństw, jak świadectwo tych, którzy mają wiele do powiedzenia o budowaniu jedności małżeńskiej kruszy w nich mury niechęci, jak zaczynają budować od nowa.
Mamy też od roku doświadczenie Dekanalnych Dni Skupienia dla małżonków, których inicjatorem jest ks. Tomasz Cuber, diecezjalny duszpasterz rodzin. Na taką małżeńską randkę przychodzą małżonkowie z różnym stażem małżeńskim. Tu małżonkowie mają czas dla siebie poprzez wspólną wymianę doświadczeń przy herbatce, tu jest czas na posłuchanie dobrych rad na szczęśliwe małżeństwo i czas na modlitwę z indywidualnym błogosławieństwem małżonków.

– Można więc śmiało powiedzieć, że wasze doświadczenie poparte jest częstą praktyką pracy z małżeństwami? Jak np. takie Dni Skupienia, jak to nazywacie: „randki małżeńskie”, przekładają się na wzajemne relacje biorących w nich udział?

– Słyszymy po takich spotkaniach wiele wspaniałych świadectw. Przywołam chociażby takie: „Jesteśmy 40 lat w sakramentalnym związku małżeńskim, ale taka randka przydarzyła nam się pierwszy raz. Wróciliśmy do domu bardzo umocnieni. Nasza relacja nabrała delikatnej, a jednocześnie takiej radosnej świeżości. Długo jeszcze wieczorem rozmawialiśmy o tym, co za nami i o tym, co przed nami. Nasze dialogowanie zakończyliśmy modlitwą za męża i za żonę. Postanowiliśmy takie modlitwy zdobyć dla naszych dzieci trwających z związkach małżeńskich” (Danusia i Krzysiek); „Jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy być na takim spotkaniu. Budowało nas dosłownie wszystko. Każde słowo było na wagę złota. Świadectwa małżonków wzmocniły nas. Nasze zatroskanie o to, że w tak wielu sprawach sobie nie radzimy postanowiliśmy oddać Jezusowi. Już jesteśmy mocniejsi o te konkretne recepty na szczęśliwe życie małżeńskie. Nosiłam w sobie ranę po stracie dziecka, a teraz jestem przekonana, że Bóg tak chciał i – co więcej – ono jest szczęśliwe na wieki” (Kasia i Piotrek).

– Czemu w ostatnich latach tak dużo słyszymy o rodzinie? Państwo jako instytucja chce pomagać, szczególnie finansowo. Samorządy pokazują, że sprawa rodzin nie jest im obojętna. W Kościele od dawna intensywnie pokazuje się rodzinę jako podstawową wartość, wskazując nauczanie św. Jana Pawła II, który przekonywał: „rodzina Bogiem silna staje się siłą człowieka i całego narodu”…


– W adhortacji apostolskiej „Familiaris Consortio” św. Jan Paweł II pokazywał m.in. to, że rodzina jest drogą Kościoła i drogą narodu. Trwa więc walka o najwyższą stawkę. To jest być, albo nie być. Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński, tworząc Jasnogórskie Śluby Narodu, mówił niejednokrotnie, by nie pozwolono, aby zniszczono rodzinę, bo zginie naród.
Bogu dzięki i Maryi Królowej Polski za to, że w obliczu diabelskiego ataku na małżeństwo i rodzinę poprzez lansowaną deprawację, mocno przenikającą z Zachodu, budzimy się do walki o tę Bożą instytucję. To dobrze, że na wszelkie sposoby stawiamy zaporę złu, aby obronić małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, aby ochronić każde życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Bardzo mocno jesteśmy przekonani, że potrzeba integralnego działania na rzecz małżeństwa i rodziny.
Tu wspomnijmy słowa św. Teresy z Kalkuty, która do zebranych przedstawicieli instytucji państwowych i kościelnych mówiła: „Wy, kapłani, możecie czynić to, czego nie mogą uczynić władze państwowe. Urzędnicy, wy możecie uczynić to, czego nie uczynią kapłani. Razem możemy ratować rodzinę i świat. Nie czekajmy na jutro. Bierzmy się do pracy dzisiaj”. Okazją ku temu jest rozpoczynający się Powiatowy Rok Rodziny pod mocnym hasłem: „Rodzina. Nasza troska, nasz skarb”.

– Jesteśmy po inauguracji Roku Rodziny w powiecie ostrowieckim. Wy tu żyjecie. Czym dla was jest ten czas?

– Ta inicjatywa jest dla nas bardzo ważna. Z nadzieją patrzymy na ten rok. Wszyscy wiemy, jak bardzo rodzina potrzebuje dzisiaj wsparcia. Wsparcia potrzebują małżonkowie, rodzice, dzieci i młodzież. Myślimy i tego pragniemy, aby troska o rodzinę była wpisana w permanentne działanie kościoła i wszelkich instytucji państwowych. Padło wiele słów pięknych i zobowiązujących, a jednocześnie pełnych nadziei. Zabrakło czasu i możliwości posłuchania małżonków i rodziców, jakie mamy oczekiwania wobec takiej inicjatywy. Pozwoliliśmy sobie poprosić Pana Starostę o rozmowę wiążącą w tej kwestii. Propozycję przyjął.

– O czym chcielibyście rozmawiać z przedstawicielami lokalnych władz? – W posynodalnej adhortacji apostolskiej Ojca Świętego Franciszka „Amoris laetitia”, gdzie czytamy: „Dobro rodziny ma kluczowe znaczenie dla świata i Kościoła. Świadectwo temu dają małżeństwa, które przetrwały próbę czasu i są świadkami Bożej miłości. Otwiera to drzwi pozytywnego, gościnnego duszpasterstwa, które umożliwia rozprzestrzenianie się dobra według zamysłu Bożego”.

Mamy takie doświadczenie próby czasu i o tym pragniemy rozmawiać. Będziemy mówić o tym, że mamy, że znamy receptę na szczęśliwe życie małżeńskie i rodzinne. Na szczęśliwy dom zbudowany na skale, której nic i nikt nie pokona. Ufamy bowiem, że o to chodzi w tym Powiatowym Roku Rodziny. Pragniemy rozmawiać o tym, że zanim zaczniemy wychowywać dzieci, to pierwej trzeba wychowywać rodziców, myśląc o tym, że wychowywać to znaczy wydobywać dobro i na tych zasobach budować codzienność rodzinną. Tworzą się w nas oczekiwania.

– Jakie to oczekiwania? Co praktycznego mógłby wnieść taki „czas dla rodzin”?


– Wszystkie przedstawione propozycje są bardzo słuszne. Bogu dzięki, że będzie takie duże wsparcie dla rodzin dotkniętych różnymi dysfunkcjami. My myślimy o profilaktyce, która jest jak zawsze bardzo korzystna. W zamyśle mamy m.in. zorganizowanie takiego miejsca w mieście, gdzie małżonkowie będą mogli się spotkać na sesjach, kursach, aby zaczerpnąć wiedzy i wymienić doświadczenia nt.: „Jak pogłębiać więź małżeńską i rodzinną”. Miejsca na taką małżeńską randkę pod okiem profesjonalnie przygotowanych specjalistów.
Dobre byłoby wspólne organizowanie pikników rodzinnych z promocją pięknego życia małżeńskiego i rodzinnego poprzez prezentowanie talentów rodzinnych. Bardzo zależy nam na tym, aby był to również czas promowania zdrowej rodziny zbudowanej na „trwałym fundamencie Bożej miłości”.
Słowa pouczają, czyny pociągają. Jesteśmy przekonani, że Jezus, który połączył nas sakramentalnym węzłem małżeńskim, chce, abyśmy wszyscy stali się znakiem i narzędziem Jego miłości przez konkretne inicjatywy i czyny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Katecheci wychowawcami w szkole? - pomysł MEN

2018-02-24 12:57

lk / Warszawa (KAI)

Katecheci mogliby być powoływani na wychowawców klas - tak przewiduje projekt nowelizacji rozporządzenia MEN ws. warunków i sposobu organizowania nauki religii w publicznych przedszkolach i szkołach. Resort przesłał projekt do konsultacji Kościołom i związkom wyznaniowym.

Piotr Jaskólski
Każdy kleryk IV roku obowiązkowo odbywa praktyki w szkole podstawowej i gimnazjum

W dotychczasowym stanie prawnym powoływanie katechetów na wychowawców klas nie było to możliwe. Przepis uniemożliwiający powierzenie takich obowiązków nauczycielowi religii został wprowadzony w 1992 r., gdy katechetami w szkołach, w zdecydowanej większości, byli księża i siostry zakonne. Obecnie, zwłaszcza w większych miejscowościach i miastach, religii uczą także świeccy katecheci, często zatrudnieni w szkole także jako nauczyciele innych przedmiotów.

"Na potrzebę zmiany przepisu w tym zakresie wielokrotnie wskazywali przedstawiciele kościołów i innych związków wyznaniowych prowadzących nauczanie religii w szkołach. Kwestia ta jest także poruszana w interpelacjach poselskich oraz w zapytaniach kierowanych do Ministerstwa Edukacji Narodowej, zarówno przez dyrektorów szkół, nauczycieli religii, jak i rodziców" - czytamy w uzasadnieniu projektu nowelizacji rozporządzenia MEN.

"W obecnych realiach organizacji pracy szkół zdarza się bowiem, że nauczyciel religii (uczący także innych przedmiotów) jest jedynym nauczycielem, któremu nie powierzono wychowawstwa w szkole, mimo takiej potrzeby i oczekiwania np. ze strony rodziców" - wyjaśnia resort edukacji.

MEN proponuje ponadto, aby zasady oceniania z religii i etyki były ustalone według skali ocen określonej w statucie szkoły, a nie według skali ocen przyjętej w danej klasie. "Wewnątrzszkolny system oceniania jest dokumentem spójnym, obowiązującym wszystkich uczniów w szkole i powinien również określać zasady oceniania uczniów z religii/etyki" - tłumaczy ministerstwo.

Projekt rozporządzenia MEN przewiduje wprowadzenie przepisów przejściowych. Chodziłoby o umożliwienie dostosowania statutów szkół, w kwestii oceniania nauki religii i etyki, do zmian wprowadzonych w rozporządzeniu oraz zastosowania ich także w istniejących jeszcze szkołach poprzedniego ustroju szkolnego, czyli w gimnazjach i szkołach ponadgimnazjalnych oraz klasach tych szkół prowadzonych w szkołach innego typu.

Według informacji przekazanych KAI przez Komisję Wychowania Katolickiego Konferencji Episkopatu Polski, w roku szkolnym 2017/2018 religii w polskich szkołach uczy łącznie 31 tys. 353 katechetów: 18 tys. 349 osób świeckich, 9753 księży diecezjalnych, 2228 sióstr zakonnych, 1006 zakonników oraz 17 diakonów i alumnów.

Podstawy prawne funkcjonowania katechezy w szkole regulują Konstytucja RP (art. 53 ust. 4), Konkordat między Stolicą Apostolską a Rzeczpospolitą Polską (art. 12), ustawa o systemie oświaty z 1991 r. (art. 16), rozporządzenie MEN z 1992 r. oraz znowelizowane porozumienie między MEN a KEP ws. kwalifikacji nauczycieli religii z 2016 r.

Te akty prawne są analogiczne do rozwiązań dotyczących innych wyznań. W polskim systemie oświatowym jest 27 rodzajów lekcji religii, ponieważ każdy związek wyznaniowy ma prawo do organizowania własnego nauczania religii i część z tych związków z tego korzysta.

Od strony kościelnej nauczanie jest regulowane przepisami prawa kanonicznego oraz uchwałą KEP z 2001 r., zwaną Dyrektorium Katechetycznym Kościoła Katolickiego.

Lekcje religii w szkole organizowane są zatem we współpracy dwóch płaszczyzn: kościelnej i szkolnej. Każdy z tych podmiotów ma inne zadania.

Kościół jest odpowiedzialny za treść nauczania religijnego, zatwierdza programy i podręczniki. Określa, które cele i zadania szkoły winny być realizowane na lekcjach religii, wśród których jest m.in. ewangelizacja. Podejmuje też nadzór merytoryczny nad tymi lekcjami, wreszcie kieruje nauczycieli religii do pracy w konkretnych placówkach oświatowych.

Szkoła natomiast włącza nauczyciela religii w realizację planu wychowawczego i dydaktycznego placówki, stosuje rygory organizacyjne wobec lekcji religii, właściwe dla ogółu przedmiotów i nauczycieli.

Zgodnie z rozporządzeniem Ministra Edukacji Narodowej z 14 kwietnia 1992 r., w publicznych przedszkolach i szkołach organizuje się naukę religii na życzenie rodziców. Po osiągnięciu pełnoletności o pobieraniu nauki religii lub etyki decydują uczniowie. Choć decyzję w sprawie uczęszczania na te lekcje można zmienić, to wymaganie składania pisemnych deklaracji co roku nie jest wymagane.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kapłani i Ojcowie na modlitwie i pokucie

2018-02-24 14:28

Agnieszka Bugała

Zakończył się wielkopostny Dzień Pokutny dla duchowieństwa archidiecezji wrocławskiej.

Agnieszka Bugała

Rozważania Drogi Krzyżowej w kościele Św. Krzyża na Ostrowie wprowadziły w modlitewny charakter spotkania.W procesji pokutnej duchowni przeszli do wrocławskiej katedry, gdzie najpierw wysłuchali konferencji a później adorowali Jezusa w Najświętszym Sakramencie.

Konferencję ascetyczną dla księży diecezjalnych i zakonników wygłosił bp Andrzej Siemieniewski. Rozpoczął od wyjaśnienia samego terminu „asceza”, którego prawidłowe rozumienie nawiązuje do treningu ciała i duszy. Przypomina udział w zawodach sportowych, o których zresztą mówi św. Paweł. Sportowcy przygotowują się do zawodów przez odpowiednią dietę i ćwiczenia – mówił biskup – podobnie i my w naszym życiu duchowym i duchowych zawodach, w których bierzemy udział.

Przez cały czas trwania Dnia Skupienia w katedrze można było skorzystać z sakramentu pokuty.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem