poradnik duszpasterski

Starzeć się z wdziękiem

Istnieją co najmniej cztery niebezpieczeństwa, które należy ominąć.

Zobacz

szkolnictwo wyższe - mówi min. Jarosław Gowin

Stać nas na więcej!

Jakie główne cele zamierza Pan osiągnąć dzięki wprowadzeniu tej „głębokiej reformy”?

Zobacz
Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij

Reklama

Bóg spełnia marzenia

2017-09-06 12:18

Ks. Krzysztof Hawro

S. Rita i ks. Krzysztof podczas rozmowy

Polub nas na Facebooku!

Wakacyjny czas. Skrzyżowały się nasze drogi. Kapłan i siostra zakonna, duszpasterz i misjonarka. S. Rita Barbara Kurdziel, sercanka, w rozmowie opowiedziała mi o swoim powołaniu i o pracy misyjnej na Jamajce i w innych częściach świata.

Ks. Krzysztof Hawro: – Proszę Siostry, dlaczego Jamajka? Jak Siostra tam trafiła?

S. Rita Barbara Kurdziel: – Było to różnie. Zawsze chciałam jechać na misje, na misję, którą by była służba ludziom czarnoskórym. Pomyślałam o Afryce i tak się stało. Na początku była to Afryka, później też trochę Boliwii i wyszła taka potrzeba, bo 13 lat temu otwieraliśmy nową placówkę na Jamajce. Akurat nasza matka generalna była na wizytacji w Boliwii i zrodził się taki pomysł, że pojadę. No, wola Boża, że trzeba jechać na Jamajkę. Zawsze odpowiadam tak, nie było problemu. Jedynie problem języka, znam język francuski i hiszpański, natomiast angielskiego zero. Ale z pomocą Bożą nauczyłam się trzeciego języka i jakoś się dogadujemy.

– Wybór drogi życiowej i wyjazd na misje to nie jest łatwy wybór, ale słyszymy, że pełnienie woli Bożej to dla Siostry priorytet. Jak wygląda dzień s. Rity na Jamajce?

Reklama

– Wstajemy raniutko, bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje. Więc już od godz. 6 zaczynają się modlitwy. Najważniejsze jest to, by naładować baterie, by zbliżyć się do Tego, który nami kieruje. Po Mszy św. i po śniadaniu zaczyna się praca. Prowadzimy od samego początku, jak tylko tu przyjechałam – ale misja zaczęła się dużo wcześniej – więc prowadzimy taką przychodnię, nazywamy ją kliniką, bo jest to taki mały szpitalik i tu pracujemy od rana do wieczora, dlatego że mamy nieraz 100 osób i więcej, trzeba wszystkich przyjąć. Ludzie przychodzą z bardzo daleka, bardzo, bardzo rano i o 6. już otwieramy ośrodek i oni sobie czekają. Mają swoje modlitwy, jest to kraj niekatolicki. Jest tylko 2 proc. katolików. Ale jest to kraj bardzo chrześcijański. A więc modlitwa wspólna i oczekiwanie na otwarcie kliniki. Jeżeli jest lekarz, to ich przyjmuje, jeżeli go nie ma, musimy zająć się wszystkimi. Ludzie są przyjmowani, otrzymują lekarstwa i wszystko, co potrzebne. Mamy też dużo urządzeń, więc możemy zrobić podstawowe badania typu USG, zmierzyć cukier czy poziom moczu.

– W tej pracy Siostra nie jest sama, ktoś Siostrę wspomaga…

– Obecnie jest nas cztery siostry. Zaczynałyśmy w dwójkę. Są trzy siostry z Polski, jedna siostra z USA. Jest to misja prowincji amerykańskiej, a więc mieszane towarzystwo. Mamy też księdza Polaka, jedną wolontariuszkę z Polski i od dwóch lat lekarza wolontariusza z Teksasu.

– Jamajka, jak wspomniała Siostra, nie jest pierwszą placówką misyjną, w której Siostra posługuje. Były inne miejsca. Co je różni albo co łączy?

– Myślę, że łączy je praca dla drugiego człowieka. W 1991 r., kiedy wyjeżdżałam do Zairu, obecnie Kongo, była to praca zupełnie od podstaw, w takim bardzo wielkim buszu, nie miałyśmy tam kontaktu zupełnie ze światem, ale to była taka misja, gdzie trzeba było „przeorać” i myślę, że to była misja przygotowująca do pracy na dalszych odcinkach, w Boliwii dużą część oprócz pracy medycznej zajmowaliśmy się duszpasterstwem. Jest to takie zupełnie inne duszpasterstwo niż u nas. Dużo jest nacisku na ludzi świeckich, ale także do mojej pracy należało odwiedzanie wiosek bardzo odległych. Taka misja trwała 2 lub 3 tygodnie. Byłyśmy daleko od naszej centralnej misji. Płynęło się łódką i myślę, że chyba to najmilej wspominam. Była to naprawdę praca misyjna i przygotowująca do pracy zupełnie innej, gdzie zaczynamy od tego, by ludzie przyjęli chrzest, a nie jest to proste. Trwa to latami, ale w naszej misji, która zaczynała się od 3 osób, mamy już ponad 500 osób i ponad 300 osób się ochrzciło, więc Bóg działa, Duch Święty wieje, kędy chce, a jest to parafia Ducha Świętego.

– Wróćmy teraz na ziemię ojczystą. Zanim były misje, było dzieciństwo i młodość. I w końcu było odkrywanie powołania.

– Tak, to prawda. Pochodzę z samiutkich gór, z Nowego Targu. Tak jak górale muszą sobie radzić w wielu sytuacjach, tak i ja wiedziałam, że będzie trudno, że trzeba będzie myśleć tak troszkę twardo, po góralsku, i już jako mała dziewczynka zawsze myślałam, że właśnie będę zakonnicą. Wiem, że miałam 4 lata, to już opowiadały mi siostry z mojej parafii, wstałam na lekcji religii i powiedziałam, że będę siostrą i pamiętam do dziś bardzo dobrze pewien obrazek. Był to taki obrazek powołaniowy, taki spory, jak to siostry dają dzieciom do rysowania. Był chłopczyk i dziewczynka, i krzyż, a pod spodem była siostra zakonna, ksiądz i tabernakulum. I tak siostra nam wytłumaczyła właśnie powołanie. Myślę, że to najlepiej mi utkwiło. Wtedy od razu wstałam i powiedziałam: – Siostro, ja będę siostrą zakonną i będę pracować daleko stąd, z Murzynkami. Potem przyszły lata młodości. Różnie to bywało, jak u każdego w życiu. Natomiast po maturze zdecydowałam się, chociaż papiery złożyłam na medycynę do Poznania, a moje kroki skierowały się do Klasztoru Sióstr Sercanek w Krakowie. Nie miałam wymaganych dokumentów, by zostać przyjętą, ale Bóg to jakoś pozałatwiał i zostałam przyjęta. W moim życiu zakonnym nie było nawet marzenia o wyjeździe, dlatego że to były l. 80. XX wieku, podejmowałyśmy dużo prac w zakładach pracy, nie mogłyśmy wtedy pracować w szpitalach i zostałam pielęgniarką, więc mi się tutaj troszkę zamknęło, ale w 1991 r. był wyjazd do Zairu i potrzebowali pielęgniarki, tak więc „los padł na Macieja”, zadzwonili, „oczywiście, już jadę”, szybka nauka języka francuskiego i wylądowałyśmy w Afryce.

– Z tego, co Siostra opowiada, można wysnuć wniosek, że od zawsze towarzyszyło Siostrze pragnienie pracy na misjach.

– Myślę, że tak. Bóg spełnia marzenia nawet dziecięce. One się realizują zawsze i wszędzie.

– Teraz jest Siostra w Polsce, na urlopie, ale myślę, że w sercu jest nuta tęsknoty za Jamajką?

– Zawsze. My mówimy: u nas na Jamajce, u nas w domu, chociaż jesteśmy stąd i tym domem jest nasza ziemia ojczysta i tu każdy wraca naprawdę z takim wielkim biciem serca. Gdy lądujemy na ziemi polskiej, to zawsze jest to nasza ziemia, ale mimo wszystko mamy tą drugą ojczyznę i każdy misjonarz chyba to czuje, że tam ktoś na nas czeka i nas woła. Więc jesteśmy tu chwilowo i jedziemy dalej.

– Powróćmy na Jamajkę. Jak wygląda codzienne życie jej mieszkańców?

– Jamajka jest krajem, który znany jest jako przepiękna wyspa, gdzie są bogate hotele i piękne plaże. Jest to naprawdę kraj uroczy i cudny, ale kraj pełny kontrastów. Wystarczy wyjechać z lotniska, gdzie wszyscy lądują i myślą, że to cudowne żyć na Jamajce. Do nas, w głąb lądu, jest to droga 2,5 godz. i zobaczy się zupełnie inną rzeczywistość. Ludzie ci nie mają w ogóle pojęcia, gdzie jest morze i co się dzieje dalej. Natomiast jest to taki rejon Jamajki, gdzie analfabetyzm sięga jeszcze 70 proc. Dzięki programowi nauki pisania i czytania dzieci już umieją pisać i czytać, najgorzej jest z osobami starszymi, tutaj, niestety, już nie możemy tego nadrobić, ale nasza siostra próbuje stworzyć lekcje dla osób starszych. Wstydzą się i trudno im przyjść, jednak coraz więcej ludzi uczestniczy, mając takie zajęcia po południu. Powolutku zaczynają czytać. Jest to kraj, w którym jest słabo rozwinięty przemysł, nie ma żadnych zakładów przemysłowych i jest naprawdę trudno, ludzie nie mogą znaleźć pracy. Jest to niesamowity problem, gdyż w naszym rejonie jest tylko praca sezonowa przy ścinaniu trzciny cukrowej. Od listopada do maja jest praca, natomiast później co zrobić? Trzcinę ścinają w upale, przy 42 stopniach. Pracują mężczyźni, kobiety nie mają żadnej pracy. Jest to problem: jak wysłać dziecko do szkoły, jak zapewnić byt? Ale powolutku angażują się. Mamy też nasz program i ludzie przychodzą, pomagają. Mamy zasadzone orzeszki ziemne, to taka wspólna praca razem i muszą tam się zjawić rodzice, muszą popracować dla swojego dziecka i uczą się bycia razem. To są jeszcze dawni potomkowie afrykańscy, stąd zaciekłości między rodami i to wszystko się odbija. Nasze wioski są już zjednoczone po tylu latach, ludzie przychodzą razem do pracy, nie ma już grup na polu, bo wszyscy pracują razem.

– Z tego, co siostra opowiada, widzę, że życie mieszkańców Jamajki nie jest łatwe, nie jest takie jak nasze. Proszę jeszcze powiedzieć, czy mieszkańcy Jamajki chętnie poznają Chrystusa?

– Myślę, że tak. Dzieje się to przez dzieci, ponieważ parafia bardzo prężnie działa. Są dziecięce kółka, jest program edukacyjny, jest grupa misyjna, grupa młodzieżowa i myślę, że to naprawdę zbliża do Chrystusa wspólnie. Ostatnio miała miejsce taka historia w mojej dziecięcej grupie chrzcielnej. Dziewczynka, która zaczęła chodzić do naszego kościoła, prosiła bardzo o chrzest, roczne przygotowanie wystarczyło, by jej udzielić sakramentu. Na tyle poznała Chrystusa, że garnęła się niesamowicie do Kościoła. Co ciekawe, przyprowadziła na chrzest mamę, tatę, babcię i dziadka. I w tej chwili cała czwórka – a każdy był w innym kościele – od kwietnia zaczęła chodzić do naszego kościoła. Teraz cała rodzina naszej Angel chodzi już do nas na Mszę św. i to nas cieszy. Co niedzielę przyjeżdżają razem z nią, ponieważ u nas ksiądz pracuje jako taksówkarz. Od rana ksiądz musi objechać, mamy dwa busy na misji i ksiądz z pomocą naszych ludzi musi przywieźć z bardzo odległych zakątków ludzi, bo nie ma żadnego innego transportu w niedzielę, nie ma taksówek, więc nie mogą dojechać. Musi ich przywieźć na Mszę św. i odwieźć. Ci ludzie wstają bardzo wcześnie, ok. 4, a nawet wcześniej, przygotowują się na Mszę św. i ok. godz. 8 w danym miejscu jest już ksiądz. Oni, żeby dojść do tego miejsca, muszą zejść z gór i czekać. Jest dużo dzieci, które przyprowadzają swoich rodziców i to jest taka ewangelizacja na Jamajce.

– Jak możemy pomóc misjonarzom z Jamajki?

– Przede wszystkim modlitwą. Ale i materialnie. Z wdowiego grosza tworzą się wielkie dzieła Boże.

Edycja zamojsko-lubaczowska 37/2017 , str. 4

E-mail:
Adres: ul. Zamoyskiego 1, 22-400 Zamość
Tel.: (84) 639-96-06

Działy: Niedziela Zamojsko - Lubaczowska

Tagi: wywiad misje

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Edycja zamojsko-lubaczowska

E-mail:
Adres: ul. Zamoyskiego 1, 22-400 Zamość
Tel.: (84) 639-96-06

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Tak zmądrzał, że aż zgłupiał EDYTORIAL

W roku 25-lecia diecezji warto podkreślić i docenić olbrzymią pracę księży oraz wiernych, którzy w trudzie, w niewygodach codzienności, z niewyobrażalnym dziś poświęceniem... »
Bp Grzegorz Kaszak

Reklama

90 lat - Księga pamiątkowa Niedzieli


Adresy kontaktowe


www.facebook.com/tkniedziela
Tel.: +48 (34) 365 19 17, fax: +48 (34) 366 48 93
Adres redakcji: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Wydawca: Kuria Metropolitalna w Częstochowie
Redaktor Naczelny: Lidia Dudkiewicz
Honorowy Red. Nacz.: ks. inf. Ireneusz Skubiś
Zastępca Red. Nacz.: ks. Jerzy Bielecki
Sekretarz redakcji: ks. Marek Łuczak
Zastępca Sekretarza redakcji: Margita Kotas