Reklama

AA jak tratwa ratunkowa

2017-08-09 10:48

Anna Wyszyńska
Niedziela Ogólnopolska 33/2017, str. 46-47

Bożena Sztajner/Niedziela

Choroba alkoholowa wciąga ofiary jak tonący statek. Ale z tej katastrofy można się uratować. Rozmawiałam z tymi, którym się udało

Sposób, w jaki przedstawiają się na spotkaniach grup AA, jest dla osób z zewnątrz szokujący. Mam na imię Czarek – jestem alkoholikiem. Mam na imię Marlena – jestem alkoholiczką. Na imię mam Władysław – jestem alkoholikiem. Określenia: alkoholik, alkoholiczka zawsze są dodawane do imienia, przypominają, że choroba trwa. Jedynym skutecznym lekarstwem jest niepicie.

Pierwszy kieliszek

– Swoje życie poplątałem kiedyś przez alkohol – wspomina Czarek. – Zaczęło się od błahej historii. Byliśmy uczniakami, tata kolegi poprosił, żeby mu przynieść wino z piwnicy. Po drodze spróbowaliśmy i spodobał nam się fajny efekt szumu w głowie. Potem okazje były coraz częściej. W końcu zauważyłem, że mam problem, ale nie bardzo wiedziałem, jak z niego wybrnąć. Kiedy dopadło mnie wojsko, wydawało mi się, że tam nie będę pił, ale szybko poznałem drogi przemycania alkoholu do koszar.

Choroba Witka zaczęła się wcześnie. – Kiedy miałem 20 lat, był już problem, bo nie umiałem powiedzieć: nie. Zostawiałem wszystko i szedłem z kumplami pić. Była też próba zerwania z alkoholem. Wytrwałem 3 miesiące i się złamałem.

Reklama

Scenariusz Marleny to opowieść o tym, jak piją kobiety. – Moje picie było skrywane w domu, w samotności. Na zewnątrz wszystko było dobrze, ale prawdę znałam ja. Przyczyna? Zawiódł mnie ktoś, komu bezgranicznie ufałam. Kieliszek pomagał rozładować ból i samotność, tak trudną po 9 latach małżeństwa.

Przypadek Jurka też jest typowy. Alkohol był obecny w środowisku pracy, ale w doborowej paczce można było czuć się bezpiecznie. – Kiedyś wracałem z pracy tak pijany, że zasnąłem za kierownicą i stanąłem na środku jezdni. Dobrzy ludzie mnie wyciągnęli.

Punkt zwrotny

Początki nałogu to zwykle jeden z klasycznych scenariuszy: alkohol zasmakowany w dzieciństwie, picie na rozładowanie emocji, butelka wpisana w styl życia rodziny lub środowiska zawodowego. Kiedy choroba się rozwija, alkohol staje się ważniejszy niż rodzina, praca, nauka, zaczynają się alkoholowe głody i picie od rana, nazywane popularnie klinowaniem, jest też wyszukiwanie samousprawiedliwień dla zagłuszenia głosu sumienia.

– Miałem dwa poważne ostrzeżenia – mówi Czarek. – Raz uderzyłem ojca w czasie sprzeczki po kilku wspólnie wypitych kieliszkach. Drugi raz wróciłem pijany z przepustki i zrobiłem awanturę oficerowi. Skończyło się, oczywiście, aresztem, ale też dotarło do mnie, że muszę coś z tym zrobić, bo sam zacząłem się bać swoich zachowań. W wojsku dostałem odroczenie. Ostatniego dnia spiłem się do nieprzytomności.

– Kiedyś wróciłam od znajomych, oczywiście z butelką i zamiarem upicia się w samotności – wspomina Marlena. – Byłam w dole psychicznym i fizycznym. Przez Internet zaczęłam szukać pomocy i znalazłam forum AA. Napisałam, że nie mam siły pić, ale nie mam też siły przestać, bo boję się wytrzeźwieć.

– Decyzję podjęła żona, zgłosiła mnie do komisji rozwiązywania problemów alkoholowych – wspomina Jurek. – Byłem na nią wściekły, ale poszedłem na rozmowę.

– Moja córka zwołała całą rodzinę i zagroziła, że jeżeli nie zacznę się leczyć, zerwie ze mną wszelkie kontakty, bo nie chce, aby jej dzieci miały przez moje picie takie dzieciństwo jak ona – wspomina Władek. – Mieszkamy w jednym domu. Z początku „migałem się”, wracałem, kiedy dzieci już spały. Ale któregoś razu wnuki zobaczyły dziadka pijanego. Wtedy zostałem przyparty do muru.

AA dają szansę

Wychodzenie z choroby alkoholowej zaczyna się od przyznania, że jesteśmy bezsilni, że przestaliśmy kierować własnym życiem, bo kieruje nim alkohol. To pierwszy z 12 kroków terapii stosowanej w grupach Anonimowych Alkoholików, które istnieją na całym świecie. Jest ich ok. 100 tys. i mają ok. 2 mln członków. Warunkiem przynależności do AA jest chęć zerwania z piciem. Warunkiem sukcesu – determinacja osoby uzależnionej.

– Po moim wpisie na forum internetowym ktoś się odezwał i obiecał pomoc – mówi Marlena. – Wtedy wylałam do zlewu wszystko, co zostało w barku. Następnego dnia zadzwoniła do mnie osoba ze wspólnoty. Zanosiłam się od płaczu, bo potwornie bałam się mityngu AA, ale poszłam.

Kolejna zasada ruchu AA głosi: Postanowiliśmy powierzyć naszą wolę i nasze życie opiece Boga, jakkolwiek Go pojmujemy.

– Kiedy wyrzucili mnie z wojska i wróciłem do domu, następnego dnia poszedłem na grób babci i złożyłem przyrzeczenie, że już nie tknę alkoholu – wspomina Czarek. – Nie miałem planu, szedłem za jakimś wewnętrznym głosem. Trafiłem na kilkumiesięczną otwartą terapię odwykową. Po roku nogi poprowadziły mnie na Pasterkę. Dotąd Pasterki kojarzyły mi się z piciem, bo po kolacji wigilijnej szło się do kumpli. W kościele byłem wystraszony, czułem, jakby wszyscy na mnie patrzyli. Od tamtej pory jestem na Mszy św. w każdą niedzielę, korzystam z sakramentów, jeżdżę na pielgrzymki i rekolekcje dla środowiska AA. Po prawie 9 latach abstynencji założyłem rodzinę. W przyszłym roku będzie 20 lat mojego niepicia.

Marlena w eleganckim kapeluszu i modnej sukience mogłaby trafić na okładkę kobiecego pisma. – Od spotkania ze wspólnotą AA wiem, że z alkoholowego amoku można wyjść. Ale osiągnąć trzeźwość można tylko dzięki pomocy siły wyższej i drugiego człowieka. We wspólnocie odnalazłam i naprawiłam siebie. Zrozumiałam, że piłam przez moje wady. Kiedy w grupie zobaczyłam, że można wytrwać bez alkoholu, pomyślałam, że i ja zmienię swoje życie. Nie była to łatwa droga, ale dzisiaj prowadzę grupę dla kobiet, pomagam innym odbić się od dna.

– Jestem w grupie AA już 3 lata – mówi Witek. – Regularnie jeżdżę do Częstochowy i Lichenia, by dziękować Matce Bożej. Żona, córka, czasem teściowa, jeżdżą ze mną. W ubiegłym roku mieliśmy wypadek, ledwie mnie odratowano na OIOM-ie. Po wyjściu ze szpitala nawet nie pomyślałem o alkoholu. Zresztą wiem z mityngów, że gdyby taka myśl się pojawiła, trzeba szukać pomocy, dzwonić do kogoś z AA. Rodzina jest dla mnie najważniejsza i muszę dbać o to, by być trzeźwy. Dziękuję Bogu za to, że postawił na mojej drodze ludzi, którzy pomogli mi to osiągnąć.

– To, że udało mi się od razu, jest swego rodzaju cudem – mówi Jurek. – Na terapii nauczyłem się radzić sobie ze stresem. Prowadzę firmę, a poza tym piszę piosenki, gram i śpiewam. Odezwała się moja dawna pasja do muzyki, nagrałem płytę. Mam w życiu jeszcze inne cele.

Osoby, które podzieliły się swoimi historiami, prosiły o nieujawnianie personaliów. To wynika zresztą z reguł ruchu AA. W żadnej grupie nie prowadzi się listy członków, nie sprawdza obecności, nie mówi o wykształceniu czy pozycji społecznej. Ale historie Czarka, Witka, Marleny, Jurka, Władka są prawdziwe. W jakimś momencie życia naznaczonego chorobą alkoholową odkryli szansę, którą dają terapia i grupa AA. Trzymają się tej szansy, a swoje historie opowiedzieli, by ostrzec innych przed wejściem na alkoholową równię pochyłą. Tych, którzy znaleźli się na pochyłości, chcieliby przekonać, że można zawrócić i odbudować trzeźwe życie.

Tagi:
ludzie

Piewczyni polskiego losu

2018-07-04 11:07

Bp Antoni Pacyfik Dydycz OFMCap
Niedziela Ogólnopolska 27/2018, str. 22-23

„Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, a jeżeli obumrze, przynosi plon obfity”. Pogrzeb śp. Barbary Wachowicz-Napiórkowskiej, 15 czerwca 2018 r., Katedra Warszawska, czyt. Ewangelia: J 12, 23-26

Michał Kosc/East News
Barbara Wachowicz – była i jest jakby samą Polską

Czcigodni Bracia w kapłaństwie,
Szanowni Przedstawiciele Rodziny,
Ludzie kultury, oświaty, służby zdrowia,
Harcerki i Harcerze,
Mieszkańcy Warszawy i Podlasia oraz całej Polski,
Przedstawiciele Służb mundurowych!

Zacznijmy naszą refleksję nad życiem i śmiercią śp. Barbary Wachowicz-Napiórkowskiej od słów zaczerpniętych z Ewangelii według św. Jana. To wypowiedź Pana Jezusa: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy, wpadłszy w ziemię, nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity” (J 12, 24).

Wydawało nam się, a właściwie wydaje się nadal, że Pani Basia z Podlasia swoim życiem i działalnością darzyła nasz Naród i Kościół plonem. Widocznie jednak potrzebujemy jeszcze większego plonu. I stąd to niespodziewane odejście z tego świata Podlasianki, która była i jest jakby samą Polską, a to przez swoją kulturę materialną i duchową, przez swoje zakorzenienie w Ojczyźnie i przez swoją więź z duchowością katolicką.

Umarła.

Przyszła na świat 18 maja 1937 r., na dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. Na ukochanym Podlasiu, wśród urokliwej przyrody i prostego, ale duchowo bogatego ludu. Obumarła jak to najpiękniejsze ziarno 7 czerwca 2018 r. To tylko siedem dni wcześniej. Nikt z nas nie spodziewał się tak nieoczekiwanego odejścia. Pamiętamy ją jako autorkę wspaniałych książek, wystaw, licznych spektakli poświęconych wielkim Polakom, takim jak Tadeusz Kościuszko, Fryderyk Chopin, Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki, Henryk Sienkiewicz, Stefan Żeromski i wielu innych. Najsławniejszym harcerkom i harcerzom poświęciła cykl pod tytułem „Wierna rzeka harcerstwa”.

Za św. Franciszkiem z Asyżu z pewnością powołuje się w niebie na Psalm 23 (22):

„Pan jest moim pasterzem, niczego mi nie braknie (...).
Dobroć i łaska pójdą
w ślad za mną (...)
i zamieszkam w domu Pana
po najdłuższe czasy”.

Z pewnością chętnie sięgała do poezji duszy jej pokrewnej Krystyny Krahelskiej, która napisała:

„Gdy przyjdzie czas odlotu
do krainy innej,
Chcę odlecieć w porywie
szczęścia i natchnienia
Jak ptak, co uciekając
z ziemi niegościnnej,
Ziemię na niebo zamienia” („Wiersze”, Warszawa 1978, str. 87).

Bez wątpienia spotkała się już ze swoimi rodzicami, z babunią Anną, jakże jej drogą, z licznymi twórcami, artystami, a przede wszystkim z harcerkami i harcerzami. I gdzieś na niebiańskich błoniach przy ognisku jak na polskiej ziemi śpiewa – przypominając coś z wcześniejszego repertuaru:

„Idą skauci łez doliną
nocką ciemną, nocką siną.
Raz, dwa, trzy.
Hej, druhowie, gdzie idziecie,
czego szukacie po świecie?
Raz, dwa, trzy.

My idziemy w zórz świtanie,
tam, gdzie Polski
zmartwychwstanie.
Raz, dwa, trzy. (...)

Siła nasza w sercach będzie,
z nią zwyciężym wroga
wszędzie.
Raz, dwa, trzy”.

Pani Basia uśmiecha się, śpiewając tę harcerską balladę. Przypomina sobie także inne śpiewy, a zwłaszcza jakże wzruszającą i potwierdzoną życiem, różnymi wydarzeniami piosenkę, wyrażającą gotowość, pełną gotowość do służby Ojczyźnie – bezinteresownej, ofiarnej:

„Wszystko, co nasze,
Polsce oddamy,
w niej tylko życie,
więc idziem żyć,
świty się bielą, otwórzmy bramy.
Rozkaz wydany:
Wstań! W słońce idź!”.

No cóż, obecnie słońca ma dosyć.

Bram nie trzeba otwierać, ale pozostaje modlitwa błagalna. To na początek, gdyż jest nadzieja, że się przemieni w modlitwę uwielbienia. Jakże często śpiewano ją w okolicznościach trudnych, gdy zagrożeń nie brakowało, a nadzieja mogła się wyciszać. To wtedy coraz silniej brzmiał młodzieńczy śpiew:

„O Panie Boże, Ojcze nasz,
w opiece swej nas miej!
Harcerskich serc
Ty drgnienia znasz,
nam pomóc zawsze chciej!

Wszak Ciebie i Ojczyznę
miłując, chcemy żyć.
Harcerskim prawom
w życia dniach
Wiernymi zawsze być!”.

Powtarzamy ten śpiewny apel, na zawsze złączony z postanowieniem. Co dla młodzieńczego ducha miało poważne znaczenie: „Wiernymi zawsze być”. Nikt nie może wątpić w wierność Basi z Podlasia. Chętnie tak się wołała, dobrze bowiem czuła się w Krzymoszach, w Suchej i w Węgrowie, nie mówiąc o Drohiczynie. Zresztą jako piewczyni polskiego losu cieszyła się Honorowym Obywatelstwem miasta stołecznego Warszawy, a także honorowymi obywatelstwami: Węgrowa, Płońska i Drohiczyna. Co więcej, była Damą Orderu Uśmiechu i obdarowano ją wielką liczbą różnych odznaczeń, a więc orderów i medali. Fundacja Konferencji Episkopatu Polski „Dzieło Nowego Tysiąclecia” w imieniu Kościoła odznaczyła Barbarę Wachowicz najwyższą nagrodą „Totus” – „polskim Noblem” – „za niestrudzone, pełne żarliwości i entuzjazmu propagowanie kultury chrześcijańskiej, patriotyzmu, pięknej polszczyzny, postaw honoru i prawości wśród młodego pokolenia i cenną działalność dla kultury Kresów Wschodnich”. Była istotnie prawdziwą i wspaniałą Mistrzynią Mowy Polskiej.

Żegnając dzisiaj Ciebie, Basiu, która już odeszłaś od nas, pragniemy Cię zapewnić, że będziemy starali się szanować Twój dorobek. To prawda, stajesz się przeszłością, ale to przecież nie kto inny tylko Józef Piłsudski ostrzegał, że „ten, kto nie szanuje i nie ceni swej przeszłości, nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości”. A ukochany przez Ciebie Henryk Sienkiewicz uważał, że „gdzie miłość Ojczyzny ginie, wtedy przychodzą czasy łotrów i szaleńców”. I jeszcze jedno przypomnienie, które pochodzi od Zbigniewa Herberta:

„Życie bulgoce jak krew
cienie tają łagodnie
nie dajmy zginąć poległym –
pamięć przekaże chyba obłok –
wytarty profil rzymskich monet”
(„Trzy wiersze z pamięci”).

A teraz coś ważnego. Musiałaś znać nauczanie św. Jana Pawła II, gdyż Twoje starania o utrwalenie pamięci o przeszłości dla umocnienia i zabezpieczenia trwania Ojczyzny w sercach i w życiu ma swoje źródło w poemacie naszego Papieża pt. „Myśląc Ojczyzna”:

„Ojczyzna – kiedy myślę – wówczas
wyrażam siebie i zakorzeniam,
mówi mi o tym serce, jakby ukryta granica,
która ze mnie przebiega ku innym (...)”.

Na koniec natomiast pragnę powrócić do słów Pana Jezusa o ziarnie. Pani Barbaro, Ty jesteś prawdziwym ziarnem. Ono pozostaje w ziemi, co prawda w Alei Zasłużonych, gdyż tak się należy, ale jednak w ziemi. Właśnie po to, aby móc wydać owoce, posilające nasze dusze, umacniające serca i utrwalające w naszej pamięci miłość do Polski, gdyż to była Twoja wielka miłość!

I jestem głęboko przekonany, ponieważ nie wiem, czy pozostawiłaś jakiś testament, spisany dokładnie – ale nawet jeśli, to i tak mam wrażenie, że ma on rodowód w wierszu Adama Asnyka:

„Ale nie depczcie przeszłości ołtarzy,
Choć sami macie doskonalsze wznieść;
Na nich się jeszcze święty ogień żarzy
I miłość ludzka stoi tam na straży,
I wy winniście im cześć!”
(„Do młodych”).

Pani Basiu z Podlasia, dziękujemy Ci za wszelkie dary, które nam pozostawiłaś na ziemi, za Twego ducha i kulturę, za miłość do Polski, za wierność Chrystusowemu Kościołowi. Dziękujemy Ci za każde słowo i za każdy gest, nie zapominając o liliowych kolorach, zwłaszcza postrzeganych w kwiatach.

Ufamy, że już spotkałaś się z Matką Najświętszą i recytujesz przed zasłuchaną Królową Polski jakże liczne wiersze poświęcone Bożej Rodzicielce. Ale nie zapominaj o nas! Dziękujemy Ci za jakże ważne przesłanie, które nam pozostawiłaś. Zaczerpnęłaś je od Jana Kochanowskiego, a ono brzmi:

„A jeśli komu droga otwarta do nieba,/ To tym, co służą ojczyźnie (...)” („Pieśni”).

To o Tobie mowa. To Ty wiernie służyłaś Ojczyźnie i służysz nadal. Bogu niech będą dzięki!

Barbara Wachowicz – reportażystka, autorka biografii wielkich Polaków. Pisała o życiu i twórczości m.in. Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Henryka Sienkiewicza, Cypriana Kamila Norwida, Stefana Żeromskiego i Tadeusza Kościuszki.
„Pod jej piórem, przed jej obiektywem przeszłość nie jest «cokolwiek dalej», lecz zupełnie blisko. Mickiewicz wyjechał przed chwilą, Kościuszko zaraz powróci, Chopin jeszcze gra” – napisał o twórczości Barbary Wachowicz ks. prof. Janusz Pasierb. „Reportażem historycznym wszechobejmującym” nazywał jej pisarstwo Krzysztof Kąkolewski, a Maciej Słomczyński wspominał o „wstrząsającej sile” jej prozy. Barbara Wachowicz zmarła 7 czerwca 2018 r.
Na jej pogrzebie kazanie wygłosił bp Antoni Pacyfik Dydycz z Drohiczyna.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Pielgrzymkowe cuda

2018-07-17 17:48

Salve TV

Dlaczego warto iść na pielgrzymkę? Czym zajmuje się dyrektor pielgrzymki? Jakie nadzwyczajne znaki i cuda dzieją się podczas pielgrzymek?

Waldemar Kucharczyk

- Oczywiście, że warto iść na pielgrzymkę. Z jednej strony jest to wypraszanie u Matki Bożej wielu łask, a z drugiej strony ma również wymiar pokutny. Warto podjąć ten trud - mówił ks. Dariusz Bala

- Pielgrzymowanie to trud, który mogę ofiarować Matce Bożej. Ale to także czas, kiedy mogę popatrzeć na wiarę ludzi, która mnie buduje - podkreślał ks.Rafał Goliński

- Na pielgrzymce jest mnóstwo uzdrowień duchowych. Są też spowiedzi, rozmowy. To jest nieustannie i rzeczywiście widać, jak ludzie dojrzewają do odkrywania głębi wiary - dodawał ks. Dariusz

- Serce ciągnie do Maryi. Do Matki się po prostu idzie - podsumował ks. Rafał

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Mama Anny Lewandowskiej reżyseruje film o służebnicy Bożej Stanisławie Leszczyńskiej

2018-07-18 17:38

azr (Dobre Nowiny/KAI) / Warszawa

Maria Stachurska, matka Anny i teściowa Roberta Lewandowskiego reżyseruje film o służebnicy Bożej Stanisławie Leszczyńskiej, która była jej krewną. O produkcji upamiętniającej heroiczną postawę "położnej z Oświęcimia" opowiada na łamach czasopisma ewangelizacyjnego "Dobre Nowiny".

Kl. Kamil Gregorczyk
Stanisława Leszczyńska - witraż

Jak wyjaśnia Maria Stachurska, realizacja filmu o służebnicy Bożej, Stanisławie Leszczyńskiej, która była jej cioteczną babcią, to pomysł, który dojrzewał w jej rodzinie przez lata.

"Od lat myślałam o jego nakręceniu. Wielokrotnie rozmawiałam z moimi nieżyjącymi już wujkami i to oni inspirowali mnie do zrobienia filmu o ich matce. Przekazywali mi różne pamiątki po niej i dokumenty" - opowiada Maria Stachurska w wywiadzie dla czasopisma ewangelizacyjnego "Dobre Nowiny". Wspomina, że Stanisława Leszczyńska, która w obozie koncentracyjnym w Birkenau odebrała ponad 3000 porodów, była osobą cichą, powściągliwą i pogodną, choć zarazem wzbudzającą respekt.

"O jej życiu obozowym wiemy tylko z dokumentu 'Raport położnej z Oświęcimia'. Bardzo długo szukałam świadków, osób, które Stanisławę znały. Docierałam do kobiet, których porody przyjęła w Auschwitz" - relacjonuje autorka filmu. Jak zapowiada, w powstającym filmie przewodnikiem po losach Leszczyńskiej będzie jej wnuk.

Stanisława Leszczyńska urodziła się 8 maja 1896 r. Dzieciństwo spędziła w Łodzi i Rio de Janeiro, skąd powróciła wraz z rodziną przed wybuchem I wojny światowej. W 1922 r. ukończyła z wyróżnieniem warszawską szkołę położniczą. Podczas II wojny światowej rodzina Leszczyńskich działała w łódzkich strukturach Narodowych Sił Zbrojnych. Działalność ta zakończyła się dla Stanisławy wywiezieniem do obozu Auschwitz-Birkenau. Od kwietnia 1943 r. do stycznia 1945 (tj. do wyzwolenia obozu), Leszczyńska służyła w KL Birkenau jako położna, sprzeciwiając się kierownictwu obozu. Udało jej się odebrać w tym czasie ok. 3000 porodów.

Dramatyczne wspomnienia spisała w "Raporcie położnej z Oświęcimia", opublikowanym po raz pierwszy w 1965 r. Na podstawie książki powstał spektakl "Oratorium oświęcimskie". Zmarła wskutek choroby nowotworowej jelit 11 marca 1974 r. Jej proces beatyfikacyjny na etapie diecezjalnym rozpoczął się w 1992 r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem