Reklama

Biały Kruk 2

My tak pragnęliśmy wolności

2017-07-26 10:52

Katarzyna Dobrowolska
Edycja kielecka 31/2017, str. 1, 8

WD
Pani Jadwiga Kozubek, sanitariuszka w Powstaniu Warszawskim

4 sierpnia wybiegłam na Miodową: na każdym domu i kamienicy powiewały biało-czerwone flagi. Płakałam ze wzruszenia... Po tylu dniach łapanek, egzekucji, strachu zobaczyłam, że jest Polska. Niesamowite! Jak potem w PRL-u słyszałam: „Po co było to głupie powstanie?”, bolało mnie to bardzo. My tak pragnęliśmy wolności – mówi po 73 latach od wybuchu Powstania Warszawskiego wzruszona Jadwiga Chybowska-Kozubek, druhna i sanitariuszka. Jeszcze raz wraca wspomnieniami do ogarniętej walkami stolicy

Dorastała w środowisku bardzo patriotycznym. Rodzeństwo i większość jej znajomych należało do tajnych organizacji. – Moja siostra studiowała medycynę. Kilkakrotnie zbierał się potajemnie jej rocznik u nas w domu na wykładach. W czasie okupacji Jadwiga – „Dziunia” – tak mówili na nią najbliżsi, uczęszczała do Gimnazjum Sióstr Zmartwychwstanek. Oficjalnie była to szkoła krawiecka na Żoliborzu. – Mieszkaliśmy na ul. Miodowej. Należałam do drużyny harcerskiej „Żywioły”, zastęp „Pędziwiatry”. Mieliśmy sobie wybierać pseudonimy. Ja sobie wybrałam „Baba Jaga”, bo ona przecież szybko fruwała na miotle. Zostałam „Jaga”. Tak mówili na mnie znajomi w Kielcach, kiedy osiedliliśmy się tu z mężem.

Sanitariuszka w szpitalu na Piwnej

Została przydzielona do szpitala na Starówkę przy ul. Piwnej 24. Był to czwarty szpital przy Głównej Komendzie AK Warszawa-Północ. – 1 sierpnia większość mieszkańców wiedziała, że będzie powstanie. Parę dni wcześniej był tzw. alarm. Wszyscy musieli być w gotowi na rozkazy. Atmosfera była niesamowita, czekaliśmy w napięciu na wiadomość. Mnóstwo brudnych, zarośniętych żołnierzy niemieckich z frontu rosyjskiego kręciło się po ulicach. W pierwszym dniu na ul. Miodowej i Długiej stanęła barykada. Mieszkańcy przepchnęli tramwaj z pl. Krasińskich i przewrócili go. Ludzie znosili stare sprzęty i meble. Szykowali się już do obrony.

Niemcy traktowali nas jak bandytów

– Starówka i Wola to było od razu piekło. Niemcy, widząc stacjonujące za Wisłą wojska radzieckie, byli pewni, że one wkroczą lada moment, dlatego trwały zacięte walki. A Stalin tymczasem czekał, jak powstańcy się wykrwawią… W pierwszych tygodniach Niemcy traktowali nas jak bandytów, strzelali od razu. Dopiero potem zaczęli przestrzegać konwencji haskiej i uznali nas za żołnierzy – opowiada Jadwiga.

Reklama

– Jako sanitariuszka miałam dyżury w szpitalu. Opiekowałam się rannymi, bandażowałam im rany, karmiłam, czuwałam przy nich. Były też patrole, kiedy udzielaliśmy pomocy w terenie rannym. Na patrole wybierano ludzi, którzy się sami zgłosili. Ja byłam dziesięć razy. W szpitalu byłam najmłodsza. Nie miałam skończonych szesnastu lat. Opiekował się nami ks. Kordecki, pallotyn z kaplicy na rogu Miodowej i Długiej. Potem dowiedziałam się, że przyjechał do Kielc, być może pochowany jest w kościele Pallotynów na Karczówce… Po leki chodziliśmy do zdobytych przez powstańców magazynów. Pewnego dnia zgłosiłam się na patrol. Z magazynów niemieckich zdobytych przez naszych na Krakowskim Przedmieściu mieliśmy przynieść lekarstwa. Starsze koleżanki pakowały leki. Ja pilnowałam, czy nikt nie nadchodzi, na czworakach podchodziłam do okna i nagle zobaczyłam lufę czołgu niemieckiego... Upadłam przerażona na podłogę. Tym razem udało się nam zabrać lekarstwa.

Nie mogę się bać

Na Konwiktorskiej, gdzie była kiedyś szkoła, Niemcy mieli szpital. Powstańcy zdobyli ten budynek. Zostały leki i sprzęt. – Poszłam po nie z patrolem i z koleżankami. One pakowały wszystko, a ja z wściekłością biegałam od sali do sali, zrywałam portrety Hitlera i tłukłam je. Kiedy powstańcy zdobyli wielkie magazyny na Stawkach, wysłano tam patrol. Zgłosiłam się do niego jako ochotniczka. Idąc tam, podążaliśmy przez Franciszkańską i dalej przez teren dawnego getta. Cóż to był za okropny widok – wyludnione kamienice, wszystko zagruzowane, zniszczone, brak żywego ducha… Na wykonanie tego zadania mieliśmy ograniczony czas, ponieważ regularnie z Dworca Gdańskiego jeździł niemiecki pociąg pancerny. Trzeba było zdążyć, zanim nadjedzie. Szliśmy w pięć osób. Nagle nadleciały samoloty wroga. Zniżały wysokość i Niemcy zaczęli strzelać do nas z broni pokładowej. Schroniliśmy się, ale sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy. Samoloty odlatywały i znowu wracały, by strzelać. Kiedy ponownie je usłyszałam, wpadłam do bunkra niemieckiego, który stał w pobliżu. Tam stał chłopak i głosem pełnym wyrzutu mówi do mnie: „To siostra Czerwonego Krzyża boi się śmierci?!”. Do dziś dźwięczą mi te jego słowa. Zrobiło mi się strasznie wstyd. „Boże, nie mogę się bać” – myślałam. Niestety, czas na dojście do magazynów minął, zbliżał się pociąg. Musieliśmy szybko wracać.

Uczyń z nami cud

– Opatrzność czuwała nade mną, moja cała rodzina przeżyła wojnę – mówi Jadwiga. Kiedyś, gdy siedziała w piwnicy z innymi, którzy się schronili podczas nalotu i ostrzeliwań, strasznie się bojąc, czy przeżyją, przypomniała im się znana kościelna pieśń, której refren brzmi: „Słuchaj, Jezu, jak Cię błaga lud. Słuchaj, Jezu, uczyń z nami cud”. – Zaczęliśmy śpiewać wszyscy, prosząc Boga o ocalenie – wspomina ówczesna sanitariuszka.

– Jadalnię w szpitalu mieliśmy w piwnicy. 17 sierpnia rano jadłam tam śniadanie, a później w tym celu zszedł tam cały personel główny – lekarze, pielęgniarki. Było tam również parę naszych dziewcząt. Wpadł wtedy olbrzymi pocisk i wszystkich zmasakrował. Zabitych nie można było nawet pochować, bo plac przy kościele garnizonowym był cały już zapełniony świeżymi grobami. Zamurowano więc te drzwi od jadalni. Odtąd mówiliśmy obok tylko szeptem. Szpital był przy grobie.

Część II za tydzień

Tagi:
świadectwo Powstanie Warszawskie

Reduta walki o pamięć i prawdę

2017-10-04 10:21

Wojciech Bobrowski
Niedziela Ogólnopolska 41/2017, str. 36-37

Polska przegrała militarnie II wojnę światową w 1939 r., politycznie – w 1945 r., i wtedy rozpoczęła się trzecia klęska Polski – wizerunkowa, która trwa nieomal do dziś

Artur Stelmasiak
Redakcja „Niedzieli” w Muzeum Powstania Warszawskiego. Grupę oprowadza Wojciech Bobrowski, autor tekstu

Skutki wizerunkowe mogą być najbardziej dotkliwe dla naszej przyszłości, nawet w perspektywie następnych pokoleń. Określenie „polskie obozy śmierci”, przypisywanie nam współodpowiedzialności za zagładę większości europejskich Żydów – to wynik tej klęski.

Nareszcie jest

Muzeum Powstania Warszawskiego budowano długo i z wielkimi problemami. Pierwsze pomysły datują się na lata 50. ubiegłego stulecia. Niestety, popaździernikowa odwilż trwała krótko i dopiero w okresie Solidarności sprawa powołania tej instytucji powróciła, lecz stan wojenny znowu zamroził tę inicjatywę. Mogłoby się wydawać, że przełom lat 1989 i 1990 natychmiast ją odblokuje. Jednak kolejne władze Warszawy nie spieszyły się, nie wykazywały żadnej woli działania.

Przełom nastąpił dopiero w 2003 r., kiedy prezydentem Warszawy był Lech Kaczyński – syn powstańca, znający historię powstania, ale też wychowany w jego legendzie, rozumianej jako „pamięć karmiona sercem”. Po niepełnym roku prac, 1 sierpnia 2004 r., na 60-lecie Powstania Warszawskiego, muzeum zostało oficjalnie otwarte – tzn. że istnieje już 13 lat. W ciągu tego czasu zwiedziło je ponad 6 mln osób, ok. 30 proc. grup stanowią goście zagraniczni. Liczba zwiedzających jest stabilna i wynosi ponad 600 tys. rocznie – w obecnej przestrzeni jest to pułap możliwości tej placówki.

Uczy i inspiruje

Muzeum Powstania Warszawskiego dokonało przełomu w polskim muzealnictwie. Pociągnęło za sobą pojawienie się dziesiątków nowych muzeów, także prywatnych, a na wielu uniwersytetach powstały kierunki muzealnictwa. Prawdopodobnie twórcy tego muzeum nie spodziewali się takiego sukcesu. Zaistniała w Polsce pewna „moda na historię”, realizuje się coraz więcej rekonstrukcji historycznych wydarzeń i prawda znowu zaczyna wygrywać z fantastyką pseudohistoryczną, bo przecież „tylko prawda jest ciekawa”. Film opowiadający o naszej walce o wolność, zrealizowany przez IPN – „Niezwyciężeni” miał na portalach społecznościowych prawie 2 mln wyświetleń w 3 dni po opublikowaniu.

Do roku 2004 muzeum kojarzyło się głównie z kapciami i senną atmosferą, przerywaną niekiedy tylko gwarem szkolnych wycieczek. Tutaj też muzeum dokonało zasadniczej zmiany: wykorzystano współczesne środki techniczne, ekrany i projektory komputerowe, nagłośnienie pomieszczeń imitujące pole walki, jest nawet film trójwymiarowy o zniszczonej Warszawie. Jednak środki te ożywają dopiero za sprawą słowa wypowiedzianego przez muzealnych przewodników.

Przewodnicy pasjonaci

– Od przewodników oczekujemy, aby byli pasjonatami historii, a Warszawę nosili w swoim sercu – powiedział dr Szymon Niedziela, szef Działu Ekspozycji. Joanna Król, przewodnik wolontariusz, tak opowiada o swoim powołaniu: – Urodziłam się w Warszawie 10 tygodni przed powstaniem. Moi rodzice mieszkali na Woli, tam też zginęła cała moja rodzina – my ocaleliśmy tylko dlatego, że ojciec na czas zdążył nas przenieść do kuzynów na Żoliborz. Po kapitulacji tej dzielnicy w dniu 30 września przez Obóz Przejściowy w Pruszkowie opuściliśmy Warszawę i tak ocaleliśmy. Mojej rodziny już nie ma, a dla mnie kontakt z muzeum ma wymiar symboliczny, gdyż pozwala mi być bliżej nich...

Przewodników, którzy znają powstanie i okupacyjną Warszawę z własnych wspomnień, też już prawie nie ma. Jednak jeszcze do niedawna powstańcy niemal codziennie gościli w muzeum. Szkoda, że nie powstało ono co najmniej 10 lat wcześniej, wówczas żyło znacznie więcej powstańców, byli młodsi, wnieśliby jeszcze więcej wspomnień jako uczestnicy powstania, jego naoczni świadkowie.

– Opowiadałem grupie młodzieży szkolnej o walkach na Czerniakowie i wtedy na schodach pojawił się Andrzej Pląskowski – uczestnik tych wydarzeń. Trudno opisać wzruszenie i radość młodych ludzi, kiedy mogli z nim porozmawiać. Była to scena jak z filmu – zauważył Andrzej Komuda, przewodnik. Młodzież jest jednak bardzo słabo zorientowana w historii Polski z okresu II wojny światowej i lat następnych. Programy szkolne są – a właściwie i na szczęście już były – tak dziwnie zbudowane, aby wiedzy tej nie przekazywać wcale lub przekazać ją w minimalnym stopniu. Często najlepiej przygotowane do zwiedzania muzeum okazują się dzieci z VI klasy szkoły podstawowej, kiedy pani od polskiego lub historii, a nawet od muzyki przy okazji śpiewania powstańczych piosenek robiła im solidne wprowadzenie historyczne. Zdarzają się pozytywne wyjątki znakomicie zorientowanych 14-latków.

Na pytanie: Czy ty się bardzo interesujesz historią? usłyszałem od jednego z nich odpowiedź: „Proszę pana, ja się nie interesuję historią, ja się interesuję polityką”. Pomyślałem: Dobrze, że mamy i takich nastolatków.

Punkt obserwacyjny

Przewodnik Jacek Kałużny: – Praca w muzeum nie powoduje wypalenia zawodowego. Mamy kontakt z młodymi ludźmi, z ich emocjami, często z prawdziwym wzruszeniem i zainteresowaniem. Z dorosłymi gośćmi zdarzają się niekiedy różne niespodziewane sytuacje. Powiedziałem kiedyś o tym, jak Hitler wprowadził na okupowanym obszarze Polski całkowitą dostępność aborcji, bez żadnych ograniczeń. Wówczas jeden ze zwiedzających zaczął mnie nagrywać i filmować. Kiedy zapytałem go, dlaczego to robi, odparł, że wypowiadam się na tematy polityczne, a nie wolno mi tego robić, ponieważ to on finansuje moją pracę w muzeum ze swoich podatków, i mogę za to odpowiadać.

Inny przewodnik wspominał epizod, gdy został zapytany przez grupę anglojęzycznych gości, czy w muzealnej księgarni są książki napisane przez autorów ze środowisk LGBT. Nic innego ich nie interesowało – ani walki, ani ofiary, o historii nie wspominając. Muzeum jest więc ciekawym punktem obserwacji dzisiejszego świata.

Misja muzeum

W upowszechnianiu polskiego doświadczenia związanego z okresem II wojny światowej muzeum przy ul. Grzybowskiej w Warszawie odgrywa wielką rolę.

Szkoda, że utworzone kosztem prawie jednej czwartej miliarda złotych Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku zadania tego nie posuwa nawet o milimetr, a polskie doświadczenie II wojny światowej było czymś zupełnie unikalnym na tle ówczesnej Europy.

Dobrze różnicę tę obrazują dwa zdania z autobiografii Stephena Hawkinga, angielskiego fizyka i popularyzatora najnowszych osiągnięć tej dyscypliny, znanego powszechnie także z powodu niepełnosprawności. W swojej autobiografii „Moja krótka historia” napisał tak: „Urodziłem się w Oksfordzie, chociaż rodzice mieszkali w Londynie. Podczas wojny obowiązywała umowa, że Niemcy nie będą bombardować Oksfordu i Cambridge, a w zamian za to Brytyjczycy nie będą zrzucać bomb na Heidelberg i Getyngę. Szkoda, że taką cywilizowaną umową nie można było objąć także innych miast”. Zestawmy to choćby z losem profesorów krakowskich czy lwowskich, rozstrzeliwanych i prześladowanych ze szczególną zajadłością. Popatrzmy w dane statystyczne. Przed rokiem 1939 w Polsce żyło ok. 120 tys. ludzi z wyższym wykształceniem, według spisu powszechnego z roku 1946 pozostało ich 30 tys. – to jest czwarta część. Skutki tego odczuwamy do dziś. Rozszerzając znaczenie pojęć, można powiedzieć, że po latach okupacji niemieckiej i bolszewickiej polski naród był w stanie traumy. Czy potrafiliśmy opowiedzieć o tym całemu światu, przepracować traumę, aby szybciej z niej wychodzić? Czy powstały przekłady dzieł literackich, filmy o zagładzie i bohaterstwie naszych matek i ojców? Nie istnieje nawet angielska wersja „Kamieni na szaniec” Aleksandra Kamińskiego. W obszarze relacji polsko-żydowskich nie ma filmu o Janie Karskim, rodzinie Ulmów, a najodważniejsza z bohaterów – Zofia Kossak-Szczucka jest dziś zupełnie zapomniana. W tę pustkę wciska się kabotyńska narracja Jana Tomasza Grossa, a także scenariusza „Pokłosia” oraz „Idy”. Ostatnie dwadzieścia kilka lat to czas szczególnie aktywnej „pedagogiki wstydu”, kiedy to polskojęzyczne media produkowały sensacje historyczne uderzające w „pamięć i tożsamość”, tak umiłowane przez Papieża Polaka. Oczernianie nie ominęło także żołnierzy Powstania Warszawskiego. W 1993 r. opublikowano w „Gazecie Wyborczej” artykuł, w którym zarzucano powstańcom mordowanie Żydów podczas trwającego powstania. Kłamstwo zdemaskował i ostatecznie wyjaśnił Leszek Żebrowski w książce „Paszkwil Wyborczej”, z przedmową prof. Marka Chodakiewicza.

Początek drogi

Zdarza się jednak, że otrzymujemy zupełnie niespodziewane wsparcie. Prezydent USA Donald Trump podczas wizyty w Warszawie 6 lipca 2017 r. przez kilka minut opowiadał o walkach w obronie wąskiego przejścia przez Aleje Jerozolimskie. To wydarzenie było szeroko komentowane w światowych mediach, a teraz często jest wspominane przez nas, przewodników, w rozmowach z gośćmi, szczególnie pochodzącymi ze Stanów Zjednoczonych. Podobnie wizyta brytyjskiej pary książęcej w muzeum stała się przykładem roli, jaką odgrywa ono w polityce historycznej dzisiejszej Polski.

Ciągle toczy się walka o pamięć i prawdę, a na Muzeum Powstania Warszawskiego należy spojrzeć jako na redutę tej walki. W jakimś sensie jego utworzenie stało się też zalążkiem obecnych przemian, w których uczestniczymy w naszym państwie od dwóch lat, początkiem podróży, której celem jest osiągnięcie Polski naszych marzeń – może także było to celem Lecha Kaczyńskiego przy jego powołaniu.

Autor tekstu jest inżynierem elektronikiem, który został przewodnikiem wolontariuszem w Muzeum Powstania Warszawskiego po ponad 40 latach pracy przy komputerach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Hymn o miłości


Niedziela Ogólnopolska 51/2006, str. 18-19

© Igor Mojzes/Fotolia.com

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa,
które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie.
Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz.
Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.

Z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian (1 Kor 13, 1-13)

Przeczytaj także: Hymn o miłości
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Tour de France 2018: kolarze spotkają się w sanktuarium maryjnym

2018-07-18 19:16

azr (KAI) / Lourdes

27 lipca odbędzie się 19. etap kolarskiego wyścigu Tour de France, świętującego w tym roku swoje 100-lecie. Tym razem kolarze wyruszą z Lourdes. Przed rozpoczęciem sportowych zmagań będą mogli wziąć udział we wspólnej modlitwie z pielgrzymami i otrzymać specjalne błogosławieństwo na drogę.

AlphaTangoBravo / Adam Baker / Foter / CC BY

Kolarze uczestniczący w Tour de France odwiedzą Lourdes w jubileuszowym roku 160-lecia objawień Matki Bożej. W miasteczku położonym u stóp Pirenejów, rozpoczną 19. etap wyścigu, uznawany za jeden z najbardziej malowniczych. Po przejechaniu 200,9 km. kolarze spotkają się na mecie w Laruns.

Zanim jednak rozpoczną sportową rywalizację, zaproszeni są do wspólnej modlitwy z pielgrzymami, nawiedzającymi sanktuarium maryjne. "Naszym wyzwaniem jest zapewnienie pielgrzymom i gościom możliwości kontynuowania ich praktyk religijnych, a zarazem skorzystania z wydarzeń towarzyszących, jakie proponuje Tour de France" - deklaruje biuro prasowe francuskiego sanktuarium. Wiadomo, że pielgrzymi i kolarze są zaproszeni do wspólnego udziału w wieczornej procesji z lampionami i nabożeństwie maryjnym w przeddzień wyścigu, a 27 lipca do udziału w Mszy św. pod przewodnictwem miejscowego biskupa Nicolas Brouwet, który na zakończenie udzieli błogosławieństwa wyruszającym w trasę.

Wyścig kolarski Tour de France już po raz 4. zagości w maryjnym sanktuarium u stóp francuskich Pirenejów. Po raz pierwszy kolarze przybyli tam 70 lat temu, a zwycięzcą etapu był wówczas Giro Bartali, który w dowód wdzięczności złożył kwiaty pod figurą Matki Bożej. Po raz ostatni metę jednego z odcinków Tour de France wyznaczono w Lourdes w 2011 r., a triumfował na niej Norweg Thor Hushovdt.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem