Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Być dobrym opiekunem Bożych darów!

2017-05-31 10:04

Z o. Stanisławem Jaromim OFMConv rozmawia Anna Cichobłazińska
Niedziela Ogólnopolska 23/2017, str. 48-49

Karolina Pękala
O. Stanisław Jaromi OFMConv w ogrodzie klasztornym w Radomsku

Z o. Stanisławem Jaromim OFMConv rozmawia Anna Cichobłazińska

ANNA CICHOBŁAZIŃSKA: – Od lat zajmuje się Ojciec szeroko rozumianą problematyką ekologiczną, obejmującą nie tylko sferę otaczającego nas świata przyrody, ale także duchowość człowieka i kontekst społeczny. Ostatnio zaproponował Ojciec rozbudowanie listy uczynków miłosierdzia o troskę o wspólny dom i zachwyt nad dziełem stworzenia i nazwał uczynki miłosierdzia najbardziej dochodową inwestycją w przyszłość. Jak należy rozumieć to przesłanie w kontekście nauczania papieża Franciszka?

O. STANISŁAW JAROMI OFMCONV: – Nie tyle zaproponowałem nowe uczynki miłosierdzia, ile spróbowałem wpisać w polskie katechizmowe ujęcie propozycje, które papież Franciszek zawarł w swym orędziu na Światowy Dzień Modlitw o Ochronę Stworzenia z 1 września 2016 r.Nosi ono tytuł „Bądźmy miłosierni wobec naszego wspólnego domu”. Ojciec Święty zachęca w nim m.in. do spojrzenia na czyny miłosierdzia całościowo, by dostrzec, że przedmiotem miłosierdzia jest samo życie ludzkie, i to w swojej całości. I proponuje dopełnienie dwóch tradycyjnych zestawów uczynków miłosierdzia przez dodanie do każdego z nich troski o wspólny dom. Ogólnie opisane propozycje papieskie proponuję wyrazić w naszym języku następująco: 8. uczynek miłosierdzia względem duszy: „Zachwycić się dziełem stworzenia” oraz względem ciała: „Dbać o świat – nasz wspólny dom”. To, oczywiście, propozycja do dyskusji, ale odpowiadając na papieską zachętę, warto ją zacząć... Taka dyskusja doda wymiaru duchowego debacie na temat kształtu katolickiej nauki w kwestii ekologicznej, która trwa od 18 czerwca 2015 r., gdy opublikowano encyklikę „Laudato si’”. W czym rzecz? Pamiętamy, jak św. Jan Paweł II wpisywał troskę o świat w budowę cywilizacji życia i miłości oraz nawoływał do nowej solidarności, która obejmuje zarówno relacje wewnątrz społeczności ludzkiej, troskę o przyszłe pokolenia, jak i stosunek do środowiska naturalnego. To on ogłosił św. Franciszka z Asyżu patronem ekologów i stawiał przykład jego życia jako wzór chrześcijańskiej relacji do stworzenia. Obecny Papież głosi projekt ekologii integralnej i zaprasza do budowy nowej syntezy, która chce przezwyciężać fałszywe ujęcia minionych wieków i zaproponować chrześcijański projekt ekologiczny w wymiarach zarówno przyrodniczym, jak i ludzkim oraz społecznym. Franciszek wielokrotnie cytuje Jana Pawła II, ale ma inną perspektywę i inne doświadczenie życiowe. W Ameryce Południowej szczególnie mocno widać negatywne skutki zaborczego modelu gospodarki, realizowanego przez ponadnarodowe korporacje. Jego ofiarami są zarówno mieszkańcy, skazani na rolę parobków w swym kraju, jak i eksploatowana bez umiaru Ziemia. Jeden przykład: Pamiętam, gdy kilka lat temu rozmawiałem w Brazylii z bp. Luísem Fláviem Cappio, z którym uczestniczyłem w niezwykłej pielgrzymce z sanktuarium Bom Jesus da Lapa nad Rzekę św. Franciszka. To trzecia pod względem długości rzeka w Brazylii, żywicielka milionów ludzi, jej dorzecze obejmuje obszar 2 razy większy niż Polska, a długość liczy ponad 3 tys. km. Od lat trwa tam dramatyczna walka o ziemię i wodę. W proteście przeciwko projektom wielkiego agrobiznesu, który przywłaszcza sobie wodę z rzeki, zebrało się kilka tysięcy ludzi, by prosić o pomoc Boga. Bp Cappio dwukrotnie głodował w obronie rzeki, pierwszy raz w 2005 r. w wiejskiej kaplicy nad rzeką, w miejscu planowanej inwestycji, ogłosił też list otwarty „Uma vida pela vida” – „Życie za życie”, w którym napisał, że jest gotów protestować do śmierci. Ten protest odbił się szerokim echem w Brazylii, biskup zyskał oficjalne poparcie tamtejszego prymasa. Dopiero znając takie fakty, możemy próbować zrozumieć myślenie Papieża z Argentyny.

– Czyli, zdaniem Ojca, to główny powód, dla którego papież Franciszek poruszył ten problem? I to w dokumencie tak dużej rangi.

– Bez wątpienia doświadczenie duszpasterskie lokalnych Kościołów pozaeuropejskich jest tu kluczowe. Proszę zauważyć, ile dokumentów owych Kościołów jest cytowanych w „Laudato si’” – ja naliczyłem 16, w tym te powstałe w Południowej Afryce, na Filipinach, w Nowej Zelandii, Meksyku oraz, oczywiście, Dokument z Aparecidy Episkopatu Ameryki Łacińskiej. Razem z ich autorami mamy wsłuchiwać się w płacz, krzyk ubogich świata oraz jęk Matki Ziemi, eksploatowanej ponad miarę. Inne motywy Franciszek sam podaje we wstępnej części – podkreśla, że „nic ze spraw tego świata nie jest nam obojętne”, oraz wskazuje na inspiracje płynące z refleksji nad rozwojem świata, z danych naukowych, z dialogu ekumenicznego oraz ze swoistego przynaglenia duchowego patrona swego pontyfikatu – św. Franciszka z Asyżu.

– A jakie fałszywe ujęcia minionych wieków ma przezwyciężać owa nowa synteza ekologiczna?

– Wystarczy spojrzeć na wiek XX, który przyniósł nam bezbożny komunizm i bałwochwalczy kapitalizm, w którym bożkiem jest pieniądz. I w tematyce ekologicznej mamy zarówno neopogański kult natury, biocentryzm, traktujący człowieka jako szkodnika, jak i apoteozę zysku za wszelką cenę oraz promocję chciwości czy skrajnego indywidualizmu – realizowania swojego egocentrycznego projektu życiowego kosztem innych, eksploatowania bez umiaru zasobów przyrodniczych świata. Franciszek jednoznacznie mówi, że „nie ma ekologii bez właściwej antropologii”. Współczesna antropologia katolicka to dzieło Jana Pawła II, wielkiego obrońcy godności osoby ludzkiej. Moim zdaniem, ów chrześcijański projekt ekologii integralnej powinien łączyć pełną personalistyczną wizję człowieka, zasady dobra wspólnego, sprawiedliwości międzypokoleniowej z najlepszymi osiągnięciami ekologii środowiskowej, gospodarczej i społecznej, z uwzględnieniem ekologii kulturowej, miasta i osiedli ludzkich. Dopiero na takiej podstawie teoretycznej można realizować styl życia nieulegający owemu nadmiernemu i krótkowzrocznemu konsumpcjonizmowi, który mocno krytykuje Papież, ale głoszący zdrową pokorę i radosną wstrzemięźliwość oraz pełny szacunek dla życia jako daru Bożego, bo „nie da się pogodzić obrony przyrody z usprawiedliwianiem aborcji” (LS 120).

– W encyklice „Laudato si”’ pojawiają się takie określenia, jak „nawrócenie ekologiczne”, „grzech ekologiczny”. Na co Franciszek chce nam zwrócić uwagę przede wszystkim?

– Dla Franciszka mówienie o takim nawróceniu jest zachętą do świadectwa, abyśmy jako katolicy pokazali to, co najlepsze w naszej tradycji, oraz postawę troski o cały świat stworzenia, gdzie ważne są wdzięczność i bezinteresowność oraz „miłująca świadomość, że nie jesteśmy odłączeni od innych stworzeń, tworząc z innymi istotami wszechświata wspaniałą powszechną komunię” (LS 220). Model ekologii z „Laudato si’” jest papieską odpowiedzią na dysharmonię wewnątrz osoby ludzkiej, między ludźmi, między człowiekiem i istotami żywymi oraz między człowiekiem i Bogiem. I te cztery relacje mogą być podstawą naszej pracy duchowej. Celem jest równowaga: wewnętrzna (ze sobą), solidarna (z innymi ludźmi), naturalna (z istotami żywymi) i duchowa (z Bogiem). W takiej perspektywie możemy zobaczyć nasze grzechy i włączyć do rachunku sumienia refleksję na temat swojej odpowiedzialności za świat stworzenia i postawy konsumenckiej, w której wszystko jest na sprzedaż, a shopping (często w dzień Pański – w niedzielę) jest wielogodzinnym wypełnianiem wolnego czasu. A w wymiarze osobistym punktami do rachunku sumienia pozostanie zawsze pytanie o marnotrawstwo żywności i wszystkich darów przyrody oraz kwestia mojego wpływu na zanieczyszczanie wody, powietrza, ziemi, żywności i całego środowiska życia mojego i moich bliźnich.

– Jak należy rozumieć biblijne zdanie: „Czyńcie sobie ziemię poddaną” w kontekście nauczania papieża Franciszka?

– Człowiek jest wezwany do współpracy z Bogiem po to, aby stan naszej planety odpowiadał planom Bożym i by była ona upragnionym środowiskiem dla wszystkich form życia: roślin, zwierząt i przede wszystkim jego samego – człowieka. Niektórzy głoszą jednak, że z tego nakazu pochodzą dzisiejsza eksploatacja przyrody i kryzys ekologiczny. My wiemy, że owo polecenie winno być rozumiane jako nakaz panowania moralnego, a nie jako dominacja ekonomiczna czy bezwzględna eksploatacja. Stanowi ono, w pewnym sensie, pierwotną i zasadniczą normę w dziedzinie ekonomii i polityki pracy; obowiązuje wszystkich, którzy są odpowiedzialni za Ziemię i nią zainteresowani: osoby sprawujące władzę publiczną, technologów, przedsiębiorców i rolników. Papież Franciszek często mówi o „powołaniu strzeżenia stworzenia”, które ma wymiar ogólnoludzki, oraz o chrześcijańskim „powołaniu strzeżenia z miłością tego, czym Bóg nas obdarzył”. To powołanie obejmuje również ekologię człowieka, zwłaszcza troskę o dzieci i osoby starsze, o tych, którzy są istotami najbardziej kruchymi i często znajdują się na obrzeżach naszych serc. To też troska w rodzinie czy szczere przeżywanie przyjaźni, będących wzajemną troską o siebie w zaufaniu, szacunku i dobru. A jej bazą jest ekologia duchowa, troska o nasze serca, aby nienawiść, zazdrość i pycha nie zanieczyszczały naszego życia. To piękny i inspirujący projekt! Zrealizował go kiedyś św. Franciszek z Asyżu – możemy i my!

* * *

O. Stanisław Jaromi OFMConv
Absolwent teologii i ochrony środowiska, doktor filozofii, od lat zaangażowany w chrześcijańską edukację ekologiczną, wieloletni delegat franciszkanów ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu – REFA i szef portalu Święto Stworzenia (www.swietostworzenia.pl). Interesuje się sprawami dialogu między nauką i wiarą, kulturą i duchowością, chrześcijańską wizją świata i różnymi nurtami ekofilozofii. Pracował duszpastersko w Czechach oraz w międzynarodowych centrach Franciszkanów w Asyżu, Rzymie i Krakowie; obecnie mieszka w Radomsku.

Tagi:
wywiad

Czy jesteście powołani do niepłodności?

2018-05-22 12:23


Edycja wrocławska 17/2018, str. IV-V


Małgorzata Trawka: – Oktawa Wielkanocna w tym roku była dla Was szczególnym momentem, w Waszej rodzinie pojawiło się nowe życie.

Bernadetta: – W Oktawie Wielkanocnej zadzwoniła do nas pani z ośrodka adopcyjnego i zapytała, czy jesteśmy gotowi na odrobinę szaleństwa, ponieważ jest dziecko, które urodziło się z końcem marca, w Wielkim Tygodniu. I pytanie, czy bylibyśmy zainteresowani, by je poznać, jego akta, historię, spotkać się z nim i dowiedzieć czegoś więcej. Powiedzieliśmy: tak, chcemy się spotkać. To jest noworodek, nie jest wolny prawnie. To jest dziecko, które zostało w szpitalu po urodzeniu. Matka biologiczna złożyła pismo, że chce dziecko oddać do adopcji. Po sześciu tygodniach tę decyzję musi potwierdzić w sądzie. To jest troszeczkę niespodzianka, nie wiemy, jak się skończy, ale jesteśmy poddani woli Bożej. Liczymy na to, że będziemy mogli dziecko adoptować, ale jeżeli Pan Bóg zaplanował inaczej, to po prostu przez te sześć tygodni damy mu tyle miłości, ile możemy.

Krzysztof: – Cała procedura przy noworodkach jest szybka. Na decyzję mieliśmy jeden dzień, następnego byliśmy go zobaczyć, a kilka dni później był już z nami.

– W którym momencie pozwalacie sobie na stwierdzenie: „To jest nasze dziecko”?

K: – Zdecydowanie już w tej chwili. Tym bardziej, że czekaliśmy na naszego maluszka rok i cztery miesiące. To jest nasze wymodlone dzieciątko.

B: – Z naszą starszą córką było tak, że potrzebowałam trzech tygodni, by oswoić się z myślą, że jestem mamą, że mam córkę. Potrzebowałam czasu, żeby tę więź nawiązać. Wydaje mi się, że tym razem idzie dużo szybciej.

– Kiedy poczuliście się powołani do zorganizowania i poprowadzenia rekolekcji dotykających problemu niepłodności?

K: – Należymy do ruchu Equipes Notre-Dame. Wiosną 2017 r. byliśmy na rekolekcjach naszej wspólnoty małżeńskiej o komunikacji w małżeństwie współprowadzonych przez ks. Gabriela Pisarka, sercanina, który na co dzień pracuje w Kluczborku. Podczas jednego z posiłków zaczęliśmy rozmawiać z księdzem o naszej historii i może trochę zbyt śmiało zapytałem, czy na rekolekcjach albo warsztatach dla małżeństw prowadzonych przez sercanów poruszany jest temat trudności z zajściem w ciążę, niepłodności itp. I ks. Gabriel powiedział, że nie ma takich tematów, i zachęcił: to zróbmy coś.

– Czy te rekolekcje są adresowane do małżonków, którzy wprawdzie mają już swoje dziecko, ale jednocześnie doświadczają trudności w poczęciu następnego?

K: – Rekolekcje są dla małżeństw sakramentalnych, to jest jedyny podstawowy warunek. Mogą to być małżeństwa, które mają dzieci i dalej nie mogą naturalnie począć. Adresujemy je do małżeństw, które są na każdym etapie zmagania się z trudnościami z poczęciem, czy to jest pół roku starania się, czy kilka lat, czy to jest już któryś rok leczenia niepłodności, czy któryś rok oczekiwania na adopcję, czy któryś rok, gdy ona jest zdrowa, on jest zdrowy, a dalej mimo wszystko nie ma potomstwa.

– A jak Wy odbieraliście sytuację, że nie możecie mieć dzieci?

B: – Przeszliśmy drogę, która może nie jest idealna, ale typowa. Zaczęło się od decyzji, że staramy się o dziecko i skoro wszystkim innym naokoło wychodzi to dosyć szybko, to z nami będzie tak samo, bo dlaczego by nie? Staramy się jeden miesiąc, drugi, trzeci i kolejny, ciągle nic. I w pewnym momencie pojawiały się pytania, wątpliwości i myśl, że może należałoby się przebadać. Ja się badałam i Krzysiu też, no i wyniki nie były dobre. Zaczął się okres leczenia, ale nie przynosiło ono oczekiwanych skutków. Była medycyna niekonwencjonalna, testy owulacyjne, dużo modlitwy, pas św. Dominika, różne sposoby... W pewnym momencie pojawił się bunt, foch na Pana Boga: Panie Boże, my jesteśmy Tobie wierni już długie lata, jesteśmy wobec Ciebie fair, a Ty z nami postępujesz niesprawiedliwie. Obiecałeś: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”, a u nas tego nie widać. I był okres głębokiego dołu i załamania, i patrzenia z zazdrością na inne pary, które spodziewają się dziecka, albo prowadzą wózek. I były myśli naprawdę nieżyczliwe w stosunku do tych osób, bo też czuliśmy, że zasługujemy na dzieci.

K: – W Piśmie Świętym jest napisane: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18,19). To zdanie nas buntowało. To była masakra.

B: – Jak jedno z nas było w dole, to drugie ciągnęło ku górze i odwrotnie, tak na wymianę, a w pewnym momencie oboje byliśmy w dołku. Jednej niedzieli modliliśmy się w kościele po Mszy św. i wtedy łzy leciały strumieniami. Wychodzimy z kościoła, patrzymy, stoi przed wejściem Kuba, nasz znajomy, i mówi, że właśnie powstaje ekipa Notre-Dame, może byśmy chcieli przyjść na takie niezobowiązujące spotkanie, by się więcej dowiedzieć. Myślałam wtedy, po co nam to, przecież przeżywamy dół i mamy inne problemy. Ale okazało się, że jak już poszliśmy, to był to początek wspaniałej przygody z Panem Bogiem. Wsparcie, jakie zaczęliśmy dostawać w naszej ekipie, bardzo nam pomogło. Niedługo potem okazało się, że jest miejsce na wcześniejszy kurs adopcyjny i sprawy potoczyły się szybko.

– Słyszymy czasami o rekolekcjach dla bezpłodnych małżeństw, w których dominująca wydaje się być modlitwa o uzdrowienie. Temat tych rekolekcji może sugerować, że akcent jest położony na akceptacji niemożliwości bycia biologicznymi rodzicami.

B: – Akcent stawiamy na działanie. Widzimy wokół siebie wiele par, które, mówiąc kolokwialnie, bardzo się guzdrają, gubią, tkwią w marazmie, trzymając się kurczowo jednego rozwiązania, np. jednego lekarza, i to nie przynosi efektów. Są nieszczęśliwi, stoją w miejscu. My chcemy, żeby z tego miejsca ruszyli. Chcemy ich zaprosić do zaufania Panu Bogu, żeby działa się Jego wola w czasie, jaki On chce, i w sposób, w jaki On chce.

K: – Doświadczyliśmy tego, że łatwo jest popaść w stagnację i czekać na cud. Nasz przykład: zaczynamy się starać, mijają kolejne miesiące i nie wiemy, co zrobić. Później, gdy chcemy się zbadać, kobieta wie, gdzie pójść, bo badanie ginekologiczne jest dosyć naturalnym sposobem. Ale mężczyzna? Żeby zbadać swoje nasienie? Jeszcze w sposób zgodny z moralnością katolicką? To jest trudne i nie wiadomo, gdzie pójść, kogo zapytać. To jest pierwszy krok, trzeba odwagi, żeby zacząć rozmawiać. Gdy dostaje się wyniki poniżej normy, to jest kolejny cios, gdy słyszę, że najlepiej jest pójść na in vitro lub spróbować inseminacji, do których nasza wiara i Kościół mają jednoznaczne stanowisko: nie. Idziemy z wynikami do jednego ginekologa, drugiego, większość nie wie, jak do tego podejść. Specjalistów naprotechnologii nawet we Wrocławiu jest bardzo mało, a leczących mężczyzn prawie wcale. I dalej trwa się w dole, nostalgii. Te rekolekcje są również po to, żeby pokazać konkretne miejsca, w których można otrzymać pomoc. Nie jesteśmy ekspertami, ale chcemy podzielić się naszym doświadczeniem.

B: – Nie chcemy robić reklamy adopcji. Chcemy pokazać drogi wyjścia, na które Pan Bóg otwiera serce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Miłość przez duże M

2018-05-16 11:23

Paweł Zuchniewicz
Niedziela Ogólnopolska 20/2018, str. 10-13

inarik/fotolia.com

Pamiętam, jak poszłam do studenckiej przychodni lekarskiej, żeby poprosić lekarza o informację na temat płodności i kontroli poczęć – pisze autorka świadectwa zamieszczonego na stronie: www.npr.pl . – On po prostu zapisał receptę na doustne środki antykoncepcyjne. To był ten sam lekarz, który leczył mnie na mononukleozę, którą jeszcze wtedy miałam. Uboczne skutki dały znać o sobie natychmiast – odczułam ból, dostałam zawrotów głowy i poczułam niewiarygodne zmęczenie. Wkrótce byłam tak osłabiona, że musiałam zrezygnować z zajęć na uczelni.

Nie była to jedyna konsekwencja stosowania tabletek. Przyszło mi na myśl, żeby zaprzestać ich przyjmowania, lecz kiedy zwróciłam się z tym do lekarza, namawiał mnie do zastępowania jednej pigułki drugą. Ilekroć próbowałam omówić to z mężem, wpadał w panikę: «Chcesz zajść w ciążę?». Zaczęłam się gniewać na męża. Żądano, żebym poświęciła zdrowie dla pożycia seksualnego. Żeby być do jego dyspozycji, byłam nieustannie poddawana działaniom leków. Nasze życie seksualne było pozbawione radości. Czułam się, jakbym była przedmiotem, a nie równoprawnym partnerem w naszym małżeństwie”.

Autorka tych słów nie zetknęła się wcześniej z encykliką, dziś błogosławionego, papieża Pawła VI „Humanae vitae”. Gdyby ją dogłębnie przeanalizowała, odkryłaby, że jej doświadczenia nie są niczym dziwnym w świetle prawdy o człowieku, która tam jest przedstawiona.

Odrzucenie

Pierwsza pigułka antykoncepcyjna – o nazwie Enovid – pojawiła się w 1957 r. Początkowo sprzedawana była jako lekarstwo na zaburzenia ginekologiczne. Trzy lata później została oficjalnie wprowadzona na rynek jako środek do regulacji poczęć.

Wkrótce świat zachodni zachwycił się nowymi możliwościami w zakresie sterowania ludzką płodnością, a Kościół stanął przed jednym z największych wyzwań duszpasterskich.

Papież Jan XXIII, dziś święty, powołał na wiosnę 1963 r. specjalną komisję, która miała się zająć wypracowaniem opinii w zakresie regulacji poczęć. Jego następca – Paweł VI poszerzył skład komisji i zapowiedział, że sam zajmie się szczegółowo tą sprawą, wyłączając ją w ten sposób z obrad trwającego w tym czasie Soboru Watykańskiego II (1962-65).

W łonie komisji ujawniły się silne podziały, część jej członków była zdania, że sztuczna kontrola poczęć jest do pogodzenia z nauką Kościoła. Ostatecznie doszło do powstania dwóch raportów: większości, która opowiadała się za dopuszczeniem antykoncepcji, oraz mniejszości, która takiej możliwości nie widziała. Zarówno przecieki prasowe z prac komisji, jak i wypowiedzi teologów w krajach zachodnich sprawiały wrażenie, że w tej materii jest więcej wątpliwości niż pewników, choć Paweł VI kilkakrotnie przestrzegał, że prace jakiejkolwiek komisji nie stawiają Kościoła w sytuacji wątpienia.

Dodatkowe tło stanowił powojenny „baby boom”, który jest znanym w demografii zjawiskiem odnawiania strat w ludności przez zwiększony przyrost naturalny po wyniszczeniu populacji w wojnie. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na tej podstawie, jak też wobec wysokiego przyrostu naturalnego w byłych krajach kolonialnych, rozpowszechniano pogląd o zagrożeniu przeludnieniem i rzekomo dramatycznych konsekwencjach wzrostu liczby ludności. Mnożono argumenty o potrzebie zapobiegania ubóstwu przez ograniczanie liczby przychodzących na świat dzieci, o możliwości podwyższenia jakości życia rodzin na tej samej drodze, o uwolnieniu kobiety od przymusu macierzyństwa i umożliwieniu jej rozwoju oraz awansu zawodowego, aby została zapewniona jej równość z mężczyzną. W świetle tej argumentacji płodność jawiła się jako zagrażający żywioł. Nic zatem dziwnego, że pigułka antykoncepcyjna została okrzyknięta dobroczynnym wynalazkiem geniuszu ludzkiego, który odmieni ciężką dolę człowieka.

W takiej atmosferze 25 lipca 1968 r. Paweł VI opublikował encyklikę „Humanae vitae” – o zasadach moralnych w dziedzinie przekazywania życia ludzkiego.

Choć encyklika obejmowała i wyjaśniała całość zagadnienia, to uwaga opinii publicznej skupiła się na fragmencie punktu 14: „W oparciu o te podstawowe zasady ludzkiej i chrześcijańskiej nauki o małżeństwie czujemy się w obowiązku raz jeszcze oświadczyć, że należy bezwarunkowo odrzucić – jako moralnie niedopuszczalny sposób ograniczania liczby potomstwa – bezpośrednie naruszanie rozpoczętego już procesu życia, a zwłaszcza bezpośrednie przerywanie ciąży, choćby dokonywane ze względów leczniczych.

Podobnie – jak to już Nauczycielski Urząd Kościoła wielokrotnie oświadczył – odrzucić należy bezpośrednie ubezpłodnienie, czy to stałe, czy czasowe, zarówno mężczyzny, jak i kobiety. Odrzucić również należy wszelkie działanie, które – bądź to w przewidywaniu zbliżenia małżeńskiego, bądź podczas jego spełniania czy w rozwoju jego naturalnych skutków – miałoby za cel uniemożliwienie poczęcia lub prowadziłoby do tego”.

Taka konstatacja z punktu widzenia dotychczasowego nauczania Kościoła nie była niczym dziwnym, jednak spotkała się z odrzuceniem. Paweł VI, który jeszcze trzy lata wcześniej był wynoszony pod niebiosa za przeprowadzenie do końca Soboru Watykańskiego II, teraz przedstawiany był jako nierozumiejący ludzi i czasów wsteczny despota. Na okładce niemieckiego tygodnika „Der Spiegel” przedstawiono go z wykrzywioną złością twarzą, pigułką i napisem: „Nein” – Nie.

Szczególnie bolesne były reakcje wewnątrz samego Kościoła. W Stanach Zjednoczonych profesor teologii ks. Charles Curran zebrał podpisy 600 teologów pod tzw. deklaracją niezgody. Prymas Holandii kard. Alfred Alfrink powiedział, że encykliki nigdy nie są nieomylne. Prymas Belgii – bliski współpracownik Pawła VI – kard. Léon-Joseph Suenens oskarżył papieża o autorytaryzm i pogwałcenie soborowej zasady kolegialności. Niemieccy biskupi w miesiąc po publikacji encykliki wydali tzw. Deklarację z Königstein, która postawiła pod znakiem zapytania obowiązywalność papieskiej nauki na rzecz subiektywnej oceny dopuszczalności antykoncepcji w sumieniu wiernych.

Abp Henryk Hoser SAC uważa, że od publikacji „Humanae vitae” rozpoczęło się ciche męczeństwo Pawła VI, który od tej pory aż do swojej śmierci, dziesięć lat później, nie wydał już żadnej encykliki.

Skutki odrzucenia prawdy o człowieku, której bronił ten dokument, nie dały na siebie długo czekać. W 1968 r. ostrzegano, że więcej dzieci oznacza niebezpieczeństwo większego bezrobocia – dziś Europa przeżywa zimę demograficzną i z powodu braku rąk do pracy trzeba stymulować imigrację. Rozpowszechniła się mentalność antykoncepcyjna – przekonanie, że możliwość poczęcia i rodzenia dzieci stanowi swoiste zagrożenie. W następnej dekadzie (lata 70.) w krajach cywilizacji atlantyckiej wprowadzono prawną dopuszczalność przerywania ciąży, gwałtownie zaczęła wzrastać liczba rozwodów, tzw. wolnych związków, coraz późniejszy stał się też wiek, w którym kobiety zachodziły w pierwszą ciążę (której nie nazywano już stanem błogosławionym czy też „byciem przy nadziei”).

O czym naprawdę jest encyklika?

„Chociaż kochałam swego męża, żałowałam, że zdecydowałam się na małżeństwo – pisze autorka cytowanego na wstępie świadectwa. – Czułam, że jestem w pułapce takiego położenia, w którym mogłam być tylko przedmiotem seksualnego związku do czasu, gdy zdecydujemy się, że będę zapłodniona. Pragnęłam, żebyśmy wreszcie spróbowali mieć dziecko. Nie zaszkodziłoby to naszemu małżeństwu bardziej niż stosowanie antykoncepcji. Wierzyłam, że jeśli nasze małżeństwo ma się nie rozpaść, muszę zdobyć jakieś informacje o metodzie naturalnego planowania poczęć”.

Wnioski te wynikały z intuicji, czym jest natura pożycia małżeńskiego. Intuicja ta zgadza się idealnie z tym, co pisze Paweł VI, analizując nauczanie Kościoła: „Nauka ta, wielokrotnie przez Nauczycielski Urząd Kościoła podana wiernym, ma swoją podstawę w ustanowionym przez Boga nierozerwalnym związku – którego człowiekowi nie wolno samowolnie zrywać – między dwojakim znaczeniem tkwiącym w stosunku małżeńskim: między oznaczaniem jedności i oznaczaniem rodzicielstwa”.

Paweł VI odrzucał antykoncepcję, ponieważ wprowadzała ona zakłamanie w akt małżeński, który ma dwa nierozerwalnie ze sobą złączone znaczenia – jedność między małżonkami i płodność.

Małżonkowie, jednocząc się cieleśnie, przekazują sobie w każdym akcie dwie prawdy: „kocham cię” i „miłość jest życiodajna”. Oczywiście, nie każdy akt musi przynosić nowe życie, ale każdy musi zakładać otwartość na nie. Wtedy mowa ich serc, umysłów i ciał jest prawdziwa. Wykluczenie znaczenia płodności oznacza przekazanie sprzecznego komunikatu: kocham cię, ale pod pewnymi warunkami (czy jest to nadal miłość?), kocham cię, ale odrzucam tę integralną część ciebie, którą jest płodność. A zatem tak naprawdę nie kocham ciebie, tylko satysfakcję seksualną, której mi dostarczasz. Nic więc dziwnego, że autorka cytowanego świadectwa czuła się tak, jak się czuła. Zmieniło się to radykalnie, gdy zdecydowała się poznać fenomen swojej płodności: „Odczuwałam różne stadia mojej cielesności. Byłam szczęśliwa, gdy uczyłam się obserwować zmiany cyklu, niezależnie od samej kontroli płodności. Poznawanie i rozumienie tej części samej siebie sprawiło, że zaczęłam sama siebie szanować, zdobyłam pewność siebie także w innych dziedzinach. Aż trudno uwierzyć, że z dnia na dzień rozwiązane zostały wszystkie nasze problemy seksualne. Dużo czasu zabrało mi przełamanie starych nawyków myślowych, żeby podczas seksualnego zbliżenia nie myśleć, czy wzięłam dzisiaj pigułkę lub kiedy pójść i włożyć krążek. Natychmiast odpadły kłopoty z antykoncepcją. Mogłam być obecna w doznaniach od początku do końca seksualnego zbliżenia. To było cudowne! Oddając się sobie wzajemnie, wzmacniać doznanie rozkoszy i czuć się zespoloną w miłości”.

Ta zmiana przyniosła radość, ale również trud. Okresowa wstrzemięźliwość na początku była wyzwaniem dla obojga. Jednak po okresie około pół roku zmiana postawy przyniosła niespodziewane rezultaty.

„Wiem, że jestem dla niego atrakcyjna. On sam stał się dla mnie dużo bardziej atrakcyjny, odkąd zarzuciłam antykoncepcję. Wiem również, że mąż szanuje mnie w prawach osoby. Traktuje moją płodność jako część mnie. Obecnie, na przekór swoim trudnościom związanym z zachowaniem czasowej abstynencji, stał się entuzjastycznym propagatorem NPR i zaleca tę metodę swoim przyjaciołom. Stąd wiem, że nie jest to dla niego poważny problem. Czas abstynencji może być okresem romantycznych przeżyć, może sprawić, że potem seksualna strona miłości stanie się bardziej ekscytująca. Ciągle uczymy się oboje szczerze wyrażać swoje uczucia”. Zwróćmy uwagę na słowo „szczerość”. Pełna akceptacja podwójnego znaczenia aktu małżeńskiego rozwija szczerość między małżonkami, otwartość, poznanie siebie i wzajemną akceptację. On i ona stają się dla siebie przezroczyści, rozumieją się coraz lepiej i uczą się siebie. Ich miłość staje się pełniejsza, nie sprowadza się tylko do współżycia cielesnego, ale to raczej współżycie wynika ze wzrostu miłości. Niegdyś w przysiędze sakramentalnej ślubowali sobie uczciwość małżeńską. Teraz, żyjąc nią na co dzień, rozwijają tę miłość, którą otrzymali jako dar od Boga. Nic zatem dziwnego, że zmienia się zupełnie perspektywa patrzenia i na drugie znaczenie aktu małżeńskiego.

„Przez rok pomyślnie stosowaliśmy metodę NPR, żeby uniknąć ciąży, po roku użyliśmy jej dla zajścia w ciążę! Po wybraniu najlepszego dla zapłodnienia czasu po raz pierwszy spróbowaliśmy mieć dziecko”.

„Albowiem stosunek małżeński z najgłębszej swojej istoty, łącząc najściślejszą więzią męża i żonę, jednocześnie czyni ich zdolnymi do zrodzenia nowego życia, zgodnie z prawami zawartymi w samej naturze mężczyzny i kobiety – pisze Paweł VI. – Jeżeli zatem zostaną zachowane te dwa istotne elementy stosunku małżeńskiego, a więc oznaczanie jedności i rodzicielstwa, to wtedy zatrzymuje on w pełni swoje znaczenie wzajemnej i prawdziwej miłości oraz swoje odniesienie do bardzo wzniosłego zadania, do którego człowiek zostaje powołany – a mianowicie do rodzicielstwa” (HV 12).

Pomogliśmy papieżowi

W atmosferze zamętu i kontestacji, której doznawał Paweł VI, był ktoś, na kim mógł się on mocno oprzeć. Papież Montini zetknął się z Karolem Wojtyłą jeszcze przed swoim wyborem na Stolicę Piotrową, kiedy jako arcybiskup Mediolanu ofiarował dzwony dla krakowskiej parafii św. Floriana. W czasie kolejnych sesji soboru poznawali się coraz lepiej. Paweł VI wyniósł Wojtyłę na stolicę arcybiskupią w Krakowie, a później uczynił go kardynałem. Krakowski arcybiskup powołał komisję, która opracowała tzw. Memoriał krakowski – obszerne teologiczne uzasadnienie zasad etyki małżeńskiej. Memoriał ten Paweł VI otrzymał w lutym 1968 r., na 5 miesięcy przed ukazaniem się „Humanae vitae”. Ks. Andrzej Bardecki, wieloletni asystent kościelny „Tygodnika Powszechnego”, twierdził, że 60 proc. tekstu „Humanae vitae” pochodzi bądź z opracowania krakowskiej komisji, bądź z prac samego Wojtyły, który po przeczytaniu encykliki miał powiedzieć: „Pomogliśmy papieżowi”.

Nasuwa się pytanie: Dlaczego tylu teologów zachodnich, a nawet biskupi i kardynałowie kontestowali Pawła VI, a Wojtyła i polscy teologowie mu pomogli? Czy dlatego, że „Polonia semper fidelis”? A może z powodu tradycyjnego konserwatyzmu Kościoła w Polsce pod przewodnictwem prymasa Wyszyńskiego? Nic bardziej błędnego!

Wojtyła już na przełomie lat 50. i 60. ubiegłego wieku dysponował bogatymi źródłami, z których mógł czerpać, pracując nad etyką małżeństwa.

Z jednej strony było to żywe doświadczenie spotkania z małżeństwami i rodzinami. Ścisła współpraca z dr Wandą Półtawską, bliski kontakt z młodzieżą z duszpasterstwa akademickiego, a potem z rodzącymi się w jej gronie związkami dawał mu znakomity ogląd sytuacji. Jednym z jego bliskich przyjaciół był – dziś kandydat na ołtarze – Jerzy Ciesielski, którego związek małżeński z Danutą Plebańczyk Karol Wojtyła pobłogosławił w 1957 r.

Z drugiej strony krakowski arcybiskup miał głęboką refleksję filozoficzną i teologiczną: patrzył na człowieka od strony jego „genealogia divina” – Bożego pochodzenia.

Przed ślubem Jerzego i Danuty przeprowadził dla nich swoiste rekolekcje na wycieczce z Ptaszkowej do Krynicy. Tematy, które poruszył, dają wiele do myślenia. W czasie pierwszej konferencji mówił im o Trójcy Świętej i o tajemnicy życia wewnętrznego Pana Boga. Potem – o bogactwie i niebezpieczeństwach miłości małżeńskiej i rodzicielskiej i o świętości w małżeństwie. Dlaczego do przyszłych małżonków mówił o tajemnicy życia wewnętrznego Boga? Ponieważ człowiek został stworzony „na obraz Boży mężczyzną i niewiastą”, to znaczy Bóg od samego początku pomyślał człowieka jako przeznaczonego do miłości, do relacji... do rodziny. Na obraz Trójcy Świętej, która jest Miłością.

Zachowały się notatki Jerzego Ciesielskiego z okresu jego małżeństwa, które dowodzą, że traktował wspólną drogę z Danusią jako drogę do świętości, która obejmuje całość życia obojga – także jego wymiar cielesny.

W swoich zapiskach umieścił taką m.in. refleksję: „Dążenie do naturalnej doskonałości aktu płciowego, mające na celu dać maksimum zadowolenia, jest również celowe z punktu widzenia katolickiego ideału małżeństwa. Dążenie to musi być – jak zresztą cała przyjemność płciowa – owiane duchem dawania, a nie brania, i oczywiście nigdy nie może zagrażać potomstwu”.

To potwierdzało wnioski, które Wojtyła wywodził, analizując naturę małżeństwa. Mąż i żona, wkraczając na wspólną drogę, nie zawiązują po prostu jakiejś wspólnoty. Relacja między nimi ma charakter oblubieńczy (nazywał to komunią osób), to znaczy jedno dla drugiego ma stawać się darem, a dar – aby był autentyczny – musi być całkowity. Czym jest owa całkowitość? To właśnie podwójne znaczenie daru: jestem darem dla ciebie, a ty dla mnie, i jestem otwarty na dar macierzyństwa/ojcostwa. Wykluczanie jednego lub drugiego znaczenia zawsze będzie uprzedmiotawiać małżonków, nawet jeśli oboje by się na to zgadzali. Wybór jest radykalny – między pełnym oddaniem się sobie i wzrostem miłości a egoistycznym nakierowaniem na siebie i śmiercią miłości.

Różnica między spojrzeniem Wojtyły a spojrzeniem zachodnich teologów i biskupów polegała na tym, że ten pierwszy patrzył na małżeństwo jako na drogę wzrostu miłości i realizowania projektu, który Bóg dał człowiekowi w momencie stworzenia go i zbawienia. Ci drudzy patrzyli zaś bardziej przez pryzmat świata, który zachwycony technicznymi możliwościami przedstawiał pigułkę jako drogę wyzwolenia człowieka. Wojtyła rozmawiał z małżonkami, którzy chcieli iść ku świętości, zachodni teologowie odbierali głównie sygnały od tych, dla których katolicka etyka była ciężarem i ograniczeniem.

Po 50 latach od publikacji encykliki widać wyraźnie jej profetyczny charakter. Mentalność antykoncepcyjna zakorzeniła się w cywilizacji atlantyckiej, promując wyższość osobistej przyjemności nad darem z siebie, stawiając pod znakiem zapytania sens trwałości związku kobiety i mężczyzny, odrywając seks od miłości i czyniąc z niego autonomiczny rodzaj rozrywki niezwiązanej z żadną odpowiedzialnością. Kryzys rodziny pociąga za sobą kryzys wiary, gdyż odchodzenie od Bożego projektu oznacza odchodzenie od samego Boga.

Z drugiej strony jednak zaczęły się pojawiać małżeństwa niesłychanie świadomie podchodzące do swojego powołania. Są to ludzie korzystający z różnych form formacji chrześcijańskiej, na Zachodzie i na Wschodzie, rodziny wielodzietne, kochające się, choć przechodzące też przez trudne doświadczenia. Są oni w zdecydowanej mniejszości, tak jak chrześcijanie w pierwszych wiekach, ale to oni są żywym świadectwem prawdziwości „Humanae vitae” i jej rozwinięcia w postaci „teologii ciała” św. Jana Pawła II. Są już wśród nich kandydaci na ołtarze, tacy jak francuski profesor Jérôme Lejeune – nie tylko wybitny genetyk i obrońca życia, ale wierny mąż i ojciec pięciorga dzieci, jest wspomniany Jerzy Ciesielski, jest hiszpańskie małżeństwo Tomasa i Paquity Alvira – jedni z pierwszych małżonków w Opus Dei.

Są też inni – może znani nam osobiście – mężowie i żony, których miłość, także po latach, pozostaje wciąż świeża, których dzieci również zawierają związki małżeńskie radosne i otwarte na życie lub wybierają drogę wyłącznego poświęcenia się Panu Bogu w kapłaństwie, zakonie lub celibacie apostolskim.

Są też ludzie, którzy pragną miłości, lecz szukają jej po omacku, wchodząc czasem na bezdroża wiodące donikąd. Czekają oni na jeszcze liczniejszych świadków Miłości – przez duże M.

Paweł Zuchniewicz, dziennikarz, pisarz, wicedyrektor ds. wychowawczych szkoły „Żagle” Stowarzyszenia „Sternik”, autor biografii Hanny Chrzanowskiej pt. „Siostra naszego Boga”

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jubileusz w Sanktuarium Królowej Śląska

2018-05-23 19:31

Krystyna Wrodarczyk

„Maryo Piekarska góręś obrała, byś nam tu w Piekarach łask udzielała...” (ze zbioru pieśni maryjnych z 1896 roku)


Rok 2018 to szczególny moment w kalendarium Sanktuarium Królowej Śląska. To kolejny piękny jubileusz, a więc okazja do radości i wdzięczności Bogu za dar siedmiu wieków trwania kultu Bożego na tym terenie. Aby dobrze przeżyć ten czas, przez najbliższy rok przybliżać będziemy piękne historyczne karty z dziejów Piekarskiej Parafii, ukazując działanie Opatrzności, która prowadzi od tylu lat losy poszczególnych ludzi, rodzin i wspólnot związanych z tym duchowym centrum Górnego Śląska.

Kiedy ze łzą w oku patrzę na jaśniejącą nowym blaskiem po długotrwałej renowacji Piekarską Świątynię uświadamiam sobie, że z podobnym zachwytem od wieków w to miejsce patrzyli nasi pradziadowie. Z pewnością działo się tak od początku XIV wieku, bo według żywej, trwającej od wieków tradycji i historycznych opracowań 24 sierpnia 1303 roku poświęcono kamień węgielny i rozpoczęto budowę drewnianej świątyni na Górze św. Bartłomieja. Konsekracji tej świątyni dokonano w 1318 roku. Jakby nie liczyć, to już 700 lat! Ileż to pokoleń, ilu wiernych, ile modlitw i ile faktów historycznych! I chociaż trudno sobie to wyobrazić, to przecież także i tutaj przetaczała się bogata, nieraz bolesna historia.

Kiedy używamy wyrazu historia, często mamy wrażenie, że odnosi się on do zjawiska na pozór obcego, toczącego się gdzieś obok, nie dotykającego nas bezpośrednio. Często zapominamy, że miejsce, w którym mieszkamy, całe nasze otoczenie było świadkiem ważnych wydarzeń historycznych, a przed cudownym Wizerunkiem Piekarskiej Pani „monarchowie kornie schylali zbrojną skroń... rycerstwo, szlachta i wodzowie w hołdzie składali lśniącą broń”. Tak trudno w środku współczesnego miasta przywołać obrazy tamtych dawno minionych czasów, wyobrazić sobie to miejsce i tych, którzy przed nami przychodzili, aby w tym miejscu Bogu i Matce Bożej zawierzać swoje troski, prosić o błogosławieństwo i dziękować za łaski. To trudne w naszych zabieganych czasach, ale na szczęście są takie miejsca, gdzie zamykane przed gwarem świata drzwi, otwierają przed nami dawny świat, nieznane czasy.

W Piekarach tym miejscem jest Muzeum Sanktuaryjne – pamiątka innego ważnego jubileuszu, a mianowicie 350-lecia kultu Matki Bożej w Piekarach, jaki obchodzono w 2009 roku. Kiedy stajemy w głównej sali ekspozycyjnej, stąpając po czerwonym dywanie, spoglądamy w Oblicze Piekarskiej Pani, uświadamiając sobie, że właśnie tutaj przechowywana jest pamięć o przeszłości. To właśnie tutaj znajdujemy znaki widzialnej wiary i miłości człowieka do Boga, znaki mówiące o Jego obecności wśród swojego ludu przez wieki i pokolenia. A kiedy spojrzenie pada na replikę drewnianego kościółka nasza wyobraźnia przenosi nas w te dawne czasy. Opowieść o nich możnaby zacząć tak, jak głosi legenda: „Cicha była jeszcze wtedy wielka puszcza piekarsko – szarlejska, nieprzebyta, ciemna i głęboka. Tylko się zwierz dziki – drapieżny ryś czy ciężki, zwalisty niedźwiedź przez jej mroczne gąszcze przedzierał… Człowiek z rzadka tylko puszczę groźną nawiedzał...”

Zostawmy jednak legendy – i tę o Ziemomysławie, który w piekarskiej puszczy, w pobliżu Góry Bartłomieja osadę założył, i tę o Bartłomieju, który wypiekał niezwykle smaczne ciasta i pierniki aż osadę Piekarami zwać zaczęto, i spojrzyjmy na historię wydobytą z wykopalisk, z pożółkłych dokumentów, ze starych zapisków, kronik i roczników. Zainteresowanie historyków dotyczyło przede wszystkim przynależności tej ziemi i owianych tajemnicą dziejów kościoła i parafii.

A dzieje tej przynależności były bardzo złożone i burzliwe, na ten temat powstało już wiele opracowań historycznych, które nie sposób przytoczyć w tym krótkim artykule. Jednak warto w tym miejscu wspomnieć o kilku faktach dotyczących opisywanego okresu. I tak historia mówi o tym, że w latach 990 – 1039 Śląsk był w Państwie Polskim, a w 1039 roku książę czeski Brzetysław I uderzył na Śląsk, zniszczył okolice dzisiejszego Bytomia i przyłączył je do Czech.

Sytuacja ta trwała do 1050 roku kiedy to król polski Kazimierz I Odnowiciel, wspierany przez okoliczną ludność, w bitwie koło Bytomia zwyciężył wojska czeskie i odzyskał część ziem. Tak więc w latach 1054 – 1138 Śląsk znowu znalazł się w Państwie Polskim. Z tego okresu warto przypomnieć datę 7 lipca 1136, ponieważ wystawiona wtedy w Pizie dla arcybiskupstwa gnieźnieńskiego bulla protekcyjna papieża Innocentego II, podkreślająca niezależność (od Niemiec) i odrębność Kościoła polskiego, wymieniła m.in. osadę Zwerzow (lub Zwierszowiec). Niektórzy historycy uważają, że może chodzić o Piekary.

W późniejszych źródłach pisanych osadę nazywano Peccari. Potwierdza to dokument z dnia 4 października 1277 roku, w którym biskup krakowski Paweł z Przemankowa zapisał, że mieszkańcy osady Peccari zostali wydzieleni z kościoła p.w. św. Małgorzaty w Bytomiu i przydzieleni do kościoła w Kamieniu. Raz jeszcze w tych zamierzchłych czasach Piekary znalazły się pod panowaniem Czech, a stało się to wówczas, kiedy w roku 1289 książę Kazimierz II władający księstwem bytomskim złożył hołd władcy czeskiemu Wacławowi II z rodu Przemyślidów. Pomimo tych wszystkich zawirowań historycznych piekarska osada ciągle się rozwijała, a dzięki górnictwu i hutnictwu była coraz bardziej zasobna w dobra materialne, co wpłynęło na decyzję wybudowania kościoła.

Legenda głosi, że według pierwotnych planów kościół miał stanąć na wzgórzu Cerekwica. Tam zwieziono potrzebne do budowy drewno. Jednak jakaś tajemnicza siła w ciągu jednej nocy przeniosła zgromadzony budulec w miejsce, gdzie dzisiaj znajduje się piekarska świątynia. Uznano to za znak, że Bóg to właśnie miejsce wybrał na swój dom i tu właśnie nasi pradziadowie 24 sierpnia 1303 roku poświęcili kamień węgielny i rozpoczęli budowę drewnianego kościółka p.w. św. Bartłomieja Apostoła. Budowano go w stylu romańskim. Kościół mógł pomieścić około 200 osób. Nawa kościoła zbudowana została na planie prostokąta, którego ściany poskładanao na polską wieńcówkę z modrzewiowych bierwion poziomo leżących, łączonych „jaskółczym ogonem”, a nie na czopy lub fugi (jak to było niemieckim sposobem). Prezbiterium było węższe o połowę od nawy. Przed nawą usytuowana została czworokątna dzwonnica, której wnętrze było kruchtą. Ściany zewnętrzne obite były prostopadle dranicami, nieco dłuższymi niż szyndzioły, wyciętymi u dołu w zębatą koronkę. Dach został pokryty gontami. Wokół kościoła biegły soboty – krużganki nakryte daszkiem, które służyły wiernym za ochronę przed deszczem czy skwarem. Drzwi miały dębowe wągary, bogato okute, a na belce progu wyrzezano rok budowy i znamię cieśli.

W kościele znajdowały się trzy ołtarze. W ołtarzu głównym usytuowano figury św. Bartłomieja Apostoła i św. Mikołaja (zachowane do dziś). Po lewej stronie, w bocznym ołtarzu znajdował się wizerunek Matki Bożej – Bogurodzicy z Dzieciątkiem w typie Hodigitrii (Przewodniczki). Obraz o wymiarach 129 cm wysokości i 92 cm szerokości namalowany został na desce lipowej z kredowym podkładem, wg tradycji „spoczywał na czerwonych słupach”.

„Zaraz od samego początku lud pobożny w utrapieniu i troskach uciekał się do tego cudownego obrazu i wielką jest liczba tych, którzy przy tym obrazie cudownie wysłuchani zostali, tutaj znaleźli pociechę” – głosił przekaz ludowy. I taki właśnie – mały, skromny, drewniany kościółek stał w miejscu naszej dzisiejszej piekarskiej świątyni. I to właśnie w tym roku obchodzimy jubileusz świadczący o ciągłości naszych dziejów, jubileusz, który jak Arka Przymierza łączy dawne i obecne czasy. Konsekracja tego kościółka naszych przodków, kościółka p.w. św. Bartłomieja Apostoła i ołtarza ku czci Poczęcia Najświętszej Panny Maryi w Piekarach odbyła się w 1318 roku. W uroczystości udział wzięli arcybiskup gnieźnieński Janisław, generalny kolektor świętopietrza w Polsce oraz uznany jurysta i proboszcz kościoła Mariackiego w Krakowie – Jan z rycerskiego rodu Kołda, tj. późniejszy biskup Nanker z Kamienia.

Cytaty za: Ks. Janusz Wycisło „Kronika dziejów Sanktuarium Maryjnego i Piekar Śląskich do 1945r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem