Reklama

Pracowitość, dociekliwość, wiedza

2017-05-17 09:44

Witold Iwańczak
Niedziela Ogólnopolska 21/2017, str. 42-43

Archiwum rodzinne
Zespół konstruktorów Bizona: Bolesław Rostowski, Zbigniew Niewiadomy, Wacław Wojciechowski, Leopold Grębosz i Tadeusz Szymański

Był genialnym inżynierem i konstruktorem, który rozwiązywał wręcz niemożliwe trudności techniczne, a przy tym humanistą – recytował z pamięci fragmenty dzieł światowej literatury po łacinie i po grecku. Był człowiekiem o niezłomnych zasadach, stawiającym poprzeczkę wymagań – sobie i współpracownikom – zawsze najwyżej

Bolesław Rostowski to główny konstruktor kombajnów Bizon. Urodził się 10 maja 1921 r. w Turaszówce – niewielkiej miejscowości przyłączonej w 1973 r. do Krosna, jako syn Wojciecha i Bronisławy z d. Wołoszczak. Miał młodszą siostrę Krystynę.

Bolesna młodość

Ze względu na pracę ojca, który był oficerem Wojska Polskiego, rodzina przemieszczała się po kraju, dlatego Bolesław uczęszczał do Miejskiego Gimnazjum Męskiego im. M. Kopernika w Bydgoszczy i tam w 1939 r. zdał maturę. Pragnął dostać się do Oficerskiej Szkoły Lotnictwa. Udało się, gdyż wcześniej ukończył kurs spadochronowy oraz kurs pilotażu szybowców. Miał 18 lat, a przyszłość rysowała się wspaniale. Na Rostowskich spadła jednak tragedia. Ojciec Bolesława uległ wypadkowi samochodowemu i zmarł w wyniku poniesionych w nim obrażeń.

Był rok 1939 i w całej Europie wzrastało napięcie związane z roszczeniami Niemiec. Bronisława spędzała lato wraz z dziećmi u rodziny w Sanoku. Bolesław dostał powołanie do batalionu maturzystów (każdy maturzysta miał wówczas obowiązek wykonywania 4-tygodniowych prac na rzecz obronności kraju. Prace te polegały na budowie dróg, regulacji rzek, budowie fortyfikacji i umocnień). Ze swoim batalionem znalazł się na północno-wschodnich rubieżach Polski, a potem na Polesiu. Tam zastały go wybuch II wojny światowej i inwazja Sowietów. Uciekając przed Armią Radziecką, maturzyści chcieli przyłączyć się do Korpusu Ochrony Pogranicza. Niestety, koło miejscowości Szack cały oddział wpadł w ręce Rosjan. Zostali zatrzymani i prawie natychmiast załadowani na wagony do transportu na Wschód. Bolesławowi razem z kolegą udało się uciec podczas postoju pociągu, który zatrzymał się przed Baranowicami, i wrócić do Sanoka do mamy i siostry, gdzie zostali do końca wojny. Bolek, jako jedyny żywiciel rodziny, zaczął pracować na kolei. Nawiązał też współpracę z konspiracją – zbierał dla nich informacje o przejazdach pociągów, o składach, transportach itd. Z czasem dodawał do tego informacje nt. umocnień na linii demarkacyjnej. Jeździł na rowerze np. z warzywami i notował to, co widział, oraz rysował plany. Przydały się wówczas jego zdolności w zakresie rysunku.

Reklama

Wrocław

Po wojnie rodzina Rostowskich przeniosła się do odzyskanego Wrocławia. Zamieszkali przy ul. Aleksandra Kotsisa na Sępólnie (obecnie Biskupin). Bolesław ukończył Politechnikę Wrocławską na Wydziale Mechaniczno-Energetycznym i uzyskał tytuł magistra inżyniera mechanika w 1950 r. Był jednym z pierwszych absolwentów uczelni. Studentów z pierwszych powojennych roczników kształcili profesorowie ze Lwowa. Na wykłady Bolesław chodził w mundurze, bo nie miał innych ubrań. Jego siostra Krystyna dostała pracę w PDT (Powszechnym Domu Towarowym). Była malarką i w PDT zajmowała się dekoracjami, witrynami sklepu itp. W domu malowała portrety członków rodziny. Do Wrocławia przez długi czas przyjeżdżały grupy Kresowiaków, a wśród nich była Teresa Smarzewska, która zaczęła pracować razem z Krystyną w PDT. Ta zapoznała koleżankę ze swoim bratem i tak narodziła się miłość. Pobrali się w 1950 r. Młodsza od Bolesława o 7 lat Teresa urodziła się 6 marca 1928 r. we Lwowie, a jej rodzina miała majątek szlachecki w miejscowości Kobyla k. Tarnopola. Mieli dwóch synów: Jan urodził się w 1952 r., a Antoni w 1953 r. Bolesław zaraz po studiach zaczął pracować we wrocławskiej fabryce uzbrojenia. Produkowano tam zapalniki do bomb lotniczych radzieckiej konstrukcji – dość przestarzałe, ale obwarowane silnymi nakazami zachowania tajemnicy. Pan Bolesław śmiał się po latach, że nawet w dostępnych wówczas książkach technicznych były one dokładnie opisane. Później zaczęły się kłopoty po jego niefortunnej wypowiedzi o Katyniu („My wszyscy wiemy, kto stoi za Katyniem”). Były początki PRL-u i młody Rostowski jeszcze nie był świadom tego, że na pewne tematy lepiej było nie wypowiadać się publicznie. Władza ludowa potrzebowała jednak inżynierów, więc skończyło się na śledztwach, szykanach i prześladowaniach. Było to na tyle uciążliwe, że Rostowscy z synami uciekli do Jawora, a rok później do Płocka, gdzie w 1948 r. powstała Fabryka Maszyn Żniwnych (FMŻ).

Płock i kombajny Bizon

Inż. Rostowski rozpoczął pracę w FMŻ w 1955 r. W połowie 1956 r. został szefem produkcji, a potem kolejno: starszym konstruktorem, zastępcą głównego konstruktora i wreszcie po kilku latach – głównym konstruktorem, którym pozostał aż do przejścia na emeryturę w 1981 r. W fabryce powstawały pierwsze w Polsce żniwiarki konne, a w 1954 r. rozpoczęła się produkcja kombajnów ZMS-4. W 1963 r. kierownictwo FMŻ zdało sobie sprawę z przestarzałej już konstrukcji KZB-3B Vistula i postanowiono skonstruować na jej bazie nowoczesny kombajn. Nowa maszyna o symbolu KZS-4 powstawała pod kierunkiem inż. Tadeusza Michalskiego, kierownika Zakładowego Biura Konstrukcyjnego. Na początku lipca 1964 r. z hali prototypowni wyjechał egzemplarz prototypowy kombajnu KZS-4 Rekin. Przeprowadzone badania potwierdziły słuszność założeń konstrukcyjnych, ale było sporo usterek natury wytrzymałościowej i funkcjonalnej. Poprawiany model Rekina był poddawany dalszym próbom eksploatacyjnym aż do jesieni 1966 r., kiedy to zdecydowano o definitywnym zamknięciu prac nad tym kombajnem. Po tej klęsce w Warszawie zaczęto mówić o zaniechaniu produkcji kombajnów w FMŻ i przestawieniu jej na produkcję prostych urządzeń gospodarskich. Zmiana profilu produkcji łączyła się jednak z koniecznością zwolnienia ok. 1000 pracowników oraz oznaczała konieczność rezygnacji z dotychczasowych inwestycji i wielu maszyn zakupionych w celu łatwiejszego i dokładniejszego wykonywania kombajnów. W FMŻ podjęto ryzykowną i nieoficjalną decyzję o próbie skonstruowania zupełnie od podstaw pierwszego polskiego kombajnu odpowiadającego światowym wymogom. Stawka w tej grze była bardzo wysoka – była nią przyszłość zakładu. Powstał nieformalny zespół konstruktorów, na którego czele stanął inż. Bolesław Rostowski, wówczas już główny konstruktor. Czasu było niewiele, dlatego pierwsze prototypy nowych maszyn były gotowe już w 1968 r. Tak zaczęła się najważniejsza gra w historii FMŻ. Jokerem okazał się KZS-3 Bizon. Miał m.in. hydrauliczne wspomaganie układu kierowniczego, a wtedy to była rzadkość, centralne sterowanie hydrauliczne układami napędów i regulacji bez potrzeby opuszczania stanowiska kierowniczego. Pan Bolesław wspominał, że władze PRL-u rozważały wówczas przerwanie produkcji w Płocku i postawienie na import. Do wyboru były dwa warianty: kombajn Niwa z ZSRR lub Fortschritt E 512 z NRD. O Bizona trzeba było stoczyć prawdziwą batalię. Mimo silnie popieranej przez polskie władze koncepcji radzieckiej doszło do trójstronnych badań. W testach z udziałem maszyn rolniczych z ZSRR i NRD to prototypy Bizona okazały się zdecydowanie najlepsze. W 1971 r. rozpoczęła się seryjna produkcja kombajnu. Tysięczny egzemplarz wyprodukowano na 1 maja 1972 r. Pod kierownictwem inż. Rostowskiego zostały opracowane konstrukcje wszystkich produkowanych w Polsce kombajnów. Z płockiej fabryki na polskie pola wyjechały tysiące modeli tych maszyn. Zresztą nie tylko na polskie! Kombajny Bizon były eksportowane do następujących krajów: na Białoruś, do Brazylii, Czechosłowacji, Danii, Finlandii, Grecji, Iranu, Irlandii, Hiszpanii, Pakistanu, Stanów Zjednoczonych, Syrii, Szwecji, na Ukrainę, Węgry, do Wielkiej Brytanii, Włoch i innych. Sukces spowodował, że władze PRL-u musiały kogoś nagrodzić. Było to ówczesne kierownictwo fabryki, działacze partyjni i wytypowani przez nich robotnicy. Dopiero w lipcu 1974 r. zespół konstruktorów Bizona (Bolesław Rostowski, Zbigniew Niewiadomy, Wacław Wojciechowski, Leopold Grębosz i Tadeusz Szymański) otrzymał Nagrodę Państwową I stopnia w zakresie budowy maszyn i elektroniki.

Rostowski był inżynierem z krwi i kości. Zasadniczym i twardym perfekcjonistą, który nie uznawał stwierdzeń typu: „tego nie da się zrobić”, „to jest niewykonalne”. Znał kilka języków obcych (niemiecki, francuski, rosyjski i angielski oraz łacinę i grekę), dzięki czemu na bieżąco śledził rozwój konstrukcji maszyn na świecie. Na emeryturę przeszedł w 1981 r., choć później jeszcze przez kilka lat współpracował z zakładem – do 1988 r. Praca w fabryce nie była jego jedynym zajęciem – uczył również przedmiotów zawodowych, takich jak: rysunek techniczny, budowa maszyn, w Zespole Szkół Technicznych w Płocku w technikum wieczorowym. W latach 70. ubiegłego wieku prowadził też prace dyplomowe studentów filii Politechniki Warszawskiej w Płocku. Był ponadto współautorem pięciu patentów.

Na emeryturze

Pan Bolesław pasjonował się techniką i lotnictwem (współpracował z płockim Aeroklubem Ziemi Mazowieckiej) oraz uwielbiał fotografię – mimo podeszłego wieku świetnie radził sobie z aparatem cyfrowym i dużo fotografował. Namiętnie grał w szachy z synem bądź... z komputerem. Miał w domu obraz z myśliwcem PZL P-24, który sam namalował. Cytował z pamięci wiele łacińskich sentencji (oczywiście w oryginale), bo uważał, że wykształcony człowiek powinien je znać. Pomimo nacisków nie zapisał się do partii i zawsze uczestniczył w niedzielnej Mszy św. Gdy stan zdrowia nie pozwalał mu już na wychodzenie z domu, korzystał z transmisji telewizyjnej Mszy św. Teresa i Bolesław byli małżeństwem ponad 65 lat.

Bolesław Rostowski zmarł 31 lipca 2016 r. w Płocku. Miał 95 lat.

Tagi:
nauka

Nowy kierunek studiów na Uniwersytecie

2018-04-11 14:43

Rozmawiał Michał Raińczuk

W październiku Uniwersytet Wrocławski otworzy kierunek, który może przyczynić się do rewolucji w polskim systemie rehabilitacyjnym. O tym, dlaczego zmiany są potrzebne i jaką rolę w ich wprowadzeniu pełnić będą specjaliści ds. zarządzania rehabilitacją, rozmawiamy z dr Aliną Czapigą, prodziekanem ds. dydaktycznych i socjalnych Wydziału Nauk Historycznych i Pedagogicznych.

pl.wikipedia.org

: „Wdrożenie nowego modelu kształcenia specjalistów ds. zarządzania rehabilitacją jako element systemu kompleksowej rehabilitacji w Polsce” – co kryje się pod tą nazwą?

Dr Alina Czapika - To projekt dydaktyczny, którym kieruję z ramienia Uniwersytetu Wrocławskiego, współfinansowany ze środków Unii Europejskiej, w ramach Działania 4.3 Programu Operacyjnego Wiedza Edukacja Rozwój. W jego ramach będziemy kształcić na studiach podyplomowych specjalistów ds. zarządzania rehabilitacją.

Projekt realizujemy wspólnie z Gdańskim Uniwersytetem Medycznym, Uniwersytetem Warszawskim i Uniwersytetem Medycznym w Lublinie. Naszymi partnerami społecznymi są PFRON, ZUS oraz DGUV – Deutsche Gesetzliche Unfallversicherung e.V. – niemiecka organizacja centralna ds. ubezpieczeń. Współpracujemy również z przedstawicielami organizacji pozarządowych i pracodawcami. Razem przygotowaliśmy model kształcenia.

Inspiracją do realizacji projektu była potrzeba zapewnienia dostępu do kompleksowej rehabilitacji, dającej szansę na powrót do aktywności społecznej i zawodowej osobom, które w wyniku różnych zdarzeń losowych stały się niepełnosprawne lub u których nastąpiło pogorszenie stanu zdrowia, uniemożliwiające – trwale lub okresowo – aktywność zawodową i społeczną.

Kluczową rolę w procesie aktywizacji odgrywa specjalista, który zarządza procesem rehabilitacji – organizuje go, angażując do współpracy wielu ekspertów. W Polsce bardzo potrzebne są studia przygotowujące do pełnienia tej roli. Dotychczas nie powstał taki zawód czy specjalizacja, dlatego opracowaliśmy cały związany z tym model kształcenia.

Pomimo znacznego wzrostu wydatków publicznych na aktywizację zawodową osób z niepełnosprawnością w Polsce, większość tych osób pozostaje poza rynkiem pracy. Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 roku liczba osób z niepełnosprawnością ogółem wynosiła blisko 4,7 mln. Około 3,1 mln osób posiadało prawne potwierdzenie niepełnosprawności. To mniej więcej 12 proc. ludności kraju. Według danych z Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności za II kwartał 2017 roku około 70 proc. z 1 705 tys. osób niepełnosprawnych w wieku produkcyjnym było biernych zawodowo. Tylko 27 proc. pracowało. Pozostałe ponad 2 proc. posiadało status osób bezrobotnych.

Nasze studia wpisują się w zmieniający się naszym kraju system rehabilitacyjny. Obserwuję odchodzenie od systemu azylowego, działającego na zasadzie: „Zaopiekujemy się pacjentem/klientem, bo potrzebuje pomocy, ale zrobimy to z dala od środowiska”. Odchodzimy od systemu azylowego w stronę systemu środowiskowego, włączającego. Nie chcemy izolować, tylko aktywizować.

Tak to chyba powinno funkcjonować.

- Oczywiście, że tak. Polska nie jest krajem, który nie zajmuje się osobami z niepełnosprawnością, ale system wymaga zmiany. Moim zdaniem wracamy do koncepcji kompleksowej rehabilitacji, którą w Polsce zapoczątkował prof. Wiktor Dega. Czy pan wie, że pierwsza na świecie Katedra Medycyny Rehabilitacyjnej powstała na Akademii Medycznej w Poznaniu? A program kompleksowej rehabilitacji WHO uznała za modelowy?

Wyzwanie podjął PFRON, który realizuje duży program związany właśnie z kompleksową rehabilitacją. Do nas należeć będzie kształcenie kadr. W ramach projektu kraj podzielono na cztery makroregiony. Uniwersytet Wrocławski obejmie swoim zasięgiem województwa: lubuskie, dolnośląskie, opolskie i śląskie; w tych regionach będziemy szukać kandydatów. Studia podyplomowe będą bezpłatne dla osób, które pomyślnie przejdą proces rekrutacji. Bardzo zależy nam na utrzymaniu poziomu, dlatego intensywnie pracowaliśmy nad koncepcją kształcenia. Prace merytoryczne zostały poprzedzone badaniami, które umożliwiły diagnozę sytuacji osób z niepełnosprawnością w Polsce oraz analizę obowiązujących rozwiązań w zakresie rehabilitacji i aktywizacji. Model kształcenia był konsultowany z partnerami ze środowiska społeczno-gospodarczego. Bez ich pomocy i opinii wdrożenie planowanych rozwiązań byłoby niemożliwe, a my chcemy, aby specjalista ds. zarządzania rehabilitacją funkcjonował w polskiej rzeczywistości.

Dziś mogę już powiedzieć, że model kształcenia jest gotowy. Przystępujemy do kolejnych etapów procedury uniwersyteckiej, po zakończeniu której – najprawdopodobniej w czerwcu – rozpocznie się kilkuetapowa rekrutacja.

Możemy zdradzić, jak będzie ona wyglądała?

- Dysponujemy tylko dwoma semestrami, dlatego musimy wybrać osoby, które mają już pewne doświadczenia zawodowe i będą u nas poszerzać swoje kompetencje. O rekrutacji za chwilę powiem więcej, ale zacznijmy od najważniejszej sprawy, czyli od wyjaśnienia, kim ma być specjalista ds. zarządzania rehabilitacją. Bo przecież można by powiedzieć: „Zaraz, jak to? W dwa semestry wykształcimy kogoś, kto będzie nadzorował pracę lekarzy, psychologów, terapeutów, rehabilitantów – to się nie uda!”. Nie! Nasz specjalista nie ma zarządzać zespołem – on ma zarządzać procesem rehabilitacyjnym konkretnego pacjenta, czyli ma pozyskać do współpracy zespół specjalistów.

Specjalista ds. zarządzania rehabilitacją nie jest lekarzem, ani pośrednikiem pracy, ale zarządza ukierunkowanym na aktywizację procesem rehabilitacji. Najpierw musi rozpoznać potrzeby pacjenta/klienta, opracować plan rehabilitacji, powołać i zorganizować zespół. A potem zrobić wszystko, by osiągnąć wcześniej założony cel. Nie może na przykład zapomnieć o tym, jak z niepełnosprawnością danej osoby radzi sobie jej rodzina, bo trudno będzie zaktywizować, przekwalifikować pacjenta, jeśli będzie miał szereg problemów rodzinnych wynikających z niepełnosprawności. Nasz „menedżer” musi radzić sobie z kontaktem, komunikacją, ale także z problemami i z konfliktami. Musi potrafić negocjować, dążyć do kooperacji. Nie może powiedzieć: „Trudno, tu nic nie da się już zrobić”. Specjalista ds. zarządzania rehabilitacją ma być łącznikiem pomiędzy wszystkimi osobami zaangażowanymi w proces rehabilitacji. Organizuje współpracę między pacjentem a pracodawcą, instytucjami społecznymi i państwowymi, lekarzami, ośrodkami rehabilitacyjnymi i szeroko rozumianym otoczeniem społecznym, w tym z rodziną.

Program naszych studiów jest bardzo obszerny, ale także spójny. Oczywiście, zanim wybrano nas do udziału w projekcie, musieliśmy udowodnić, że dysponujemy odpowiednią kadrą, infrastrukturą, że mamy zarys koncepcji kształcenia. Ważna rolę w pozyskaniu projektu odegrał prof. dr hab. Ryszard Cach, prorektor ds. nauczania, oraz mgr Emilia Wilanowska, kierownik Biura Projektów Zagranicznych. Gdybyśmy nie skorzystali z tej możliwości – przy naszym, uniwersyteckim i wydziałowym, potencjale – byłoby to dużą stratą.

Jak będzie wyglądała realizacja projektu pod kątem struktury?

- Projekt jest uniwersytecki. Będzie realizowany na Wydziale Nauk Historycznych i Pedagogicznych. Wezmą w nim udział psychologowie – przede wszystkim specjaliści z zakresu psychologii klinicznej, organizacji i zarządzania, bo tacy są potrzebni. Ale są jeszcze inne moduły. Potrzebni będą prawnicy, eksperci polityki społecznej, socjologowie. Jest moduł zarządzania procesem rehabilitacji, moduł medyczny, moduł rehabilitacji zawodowej i społecznej. Właśnie zwróciłam się do dziekanów WPAE oraz WNS z prośbą o pozyskanie pracowników do prowadzenia części zajęć na studiach podyplomowych.

Już poszukuję specjalistów na zajęcia wykładowe i warsztatowe. Niektórzy się do nas zgłaszają, dopytują o szczegóły. Są chętni na studia i do prowadzenia zajęć. Na dwóch ogólnopolskich seminariach w Warszawie, na których prezentowaliśmy studia partnerowi z Niemiec – ale przede wszystkim pracodawcom, którzy mogą wysyłać do nas pracowników lub zatrudniać naszych absolwentów – otrzymaliśmy dużo pytań, sugestii i propozycji współpracy.

Niemcy, na których doświadczeniach opieracie się, tworząc nowy kierunek, mają ściśle określoną specjalizację.

- Korzystamy z doświadczeń niemieckich, ale także z polskiej szkoły medycyny rehabilitacyjnej prof. Degi. Niemcy szkolą ekspertów zajmujących się osobami po wypadkach, które po leczeniu, rehabilitacji i czasem po przekwalifikowaniu zawodowym wracają do wcześniej wykonywanej pracy lub znajdują inną, są aktywni zawodowo. Czyli: aktywizacja i czasem przekwalifikowanie. My chcemy poszerzyć ofertę. Nasz specjalista ds. zarządzania rehabilitacją będzie mógł zająć się także osobami, które są niepełnosprawne ruchowo, mają ograniczenia sensoryczne, niepełnosprawności intelektualnie, chorują psychicznie.

Doprecyzujmy. Wykształcony przez Was specjalista będzie od razu przygotowany do kompleksowego działania na wszystkich przestrzeniach czy będzie zdobywał doświadczenie w obrębie konkretnych specjalizacji?

- Na studiach omówimy zadania kompleksowej rehabilitacji we wskazanych rodzajach niepełnosprawności. Pamiętajmy, że rozmawiamy o projekcie, który w Polsce dopiero rusza. W przyszłości prawdopodobnie zostaną wprowadzone certyfikaty. Stanie się tak jednak dopiero wtedy, gdy specjalista ds. zarządzania rehabilitacją zostanie wpisany na listę zawodów.

W przyszłości bardzo bym chciała – wspomniałam już o tym władzom rektorskim – utworzyć studia magisterskie z tego zakresu. Cztery semestry kształcenia pozwoliłoby na poszerzenie tematyki i pogłębienie rozwoju kompetencji osobistych. Perspektywy są tak duże, jak nasze zaangażowanie w projekt. Udzielił mi się entuzjazm i model pracy moich ekspertek z Instytutu Psychologii. Pierwsza z nich to dr Magdalena Ślazyk-Sobol, specjalizująca się w psychologii zarządzania. Jest konsultantem HR, trenerem; prowadzi zajęcia z zakresu psychologii pracy i organizacji, zajmuje się coachingiem w organizacji, outplacementem, diagnozą kompetencji zawodowych, „train the trainers”; prowadzi warsztaty rozwijające kompetencje interpersonalne i zarządcze. Druga osoba, o której myślę, to mgr Anna Cieślik, trener biznesu. Zajmuje się wspieraniem ludzi w rozwoju osobistym i zawodowym. Specjalizuje się w zakresie doskonalenia umiejętności liderskich, motywowania, zarządzania emocjami oraz rozwijaniem kompetencji komunikacyjnych.

Jesteśmy na początku drogi, to prawda. Ale to jest projekt wdrożeniowy. To nie tak, że wyobrażam sobie, że utworzymy studia podyplomowe, bo wydaje mi się, że są potrzebne…

…i zobaczymy, co będzie dalej? - My wiemy, że ten kierunek jest pożądany. Nie opieramy się na własnych odczuciach. Przeprowadzamy badania potrzeb. Żeby wiedzieć, jak osoby z niepełnosprawnością wyobrażają sobie funkcję specjalisty ds. zarządzania rehabilitacją, robimy badania – zakrojone na szeroką skalę, oparte na reprezentatywnej grupie – w czterech województwach makroregionu. Biorą w nich udział osoby, które przeszły proces rehabilitacji i są już aktywne zawodowo. Pytamy je o to, czego doświadczyli, czego brakowało im w procesie reaktywizacji, i na tym opieramy model kształcenia. O oczekiwaniach wobec menedżerów rozmawialiśmy też z lekarzami i rehabilitantami.

Wróćmy do rekrutacji. Jak dokładnie będzie wyglądała?

- Będzie trzyetapowa. Pierwszy etap to złożenie dokumentów: dyplomu ukończenia studiów pierwszego lub drugiego stopnia, CV, listu motywacyjnego, portfolio zawierającego certyfikaty itp. Etap drugi będzie testem kompetencji, z pytaniami zamkniętymi i otwartymi, z tzw. case’ami, które trzeba będzie skomentować, zinterpretować. Etap trzeci to już rozmowa, która pozwoli ocenić predyspozycje indywidualne i szeroko pojęte kompetencje społeczno-zawodowe kandydatów. Przyjmiemy 25 osób z najwyższą punktacją, może o kilka więcej. Studia rozpoczną się 1 października.

W październiku 2019 roku ruszy druga edycja, która także będzie bezpłatna dla słuchaczy. Model kształcenia będzie poddany ewaluacji, czyli kolejna edycja studiów będzie już „po doświadczeniach” W ciągu dwóch lat w każdym z czterech ośrodków akademickich zostanie wykształconych po 50 osób. W całej Polsce będzie zatem 200 specjalistów ds. zarządzania rehabilitacją.

Jak wyobraża Pani sobie idealnego kandydata?

- Chciałabym, żeby na nasze studia aplikowały osoby z dyplomem studiów pierwszego lub drugiego stopnia z obszaru nauk humanistycznych, społecznych, medycznych. To mogą być rehabilitanci, fizjoterapeuci, lekarze rehabilitacji, psycholodzy, pedagodzy społeczni, terapeuci; również osoby, które mają może inne wykształcenie, ale dysponują wiedzą i doświadczeniem, bo na przykład prowadzą ośrodki rehabilitacyjne albo ośrodki zajmujące się osobami z niepełnosprawnościami. My rozwiniemy ich kompetencje, ukierunkujemy je. Ale żeby osiągnąć dobry efekt, musimy mieć osoby gotowe do współpracy.

Jak będzie wyglądać przyszłość zawodowa Waszych absolwentów?

- To trudne pytanie, bo jesteśmy na początku drogi. Mam nadzieję, że po zmianie systemu rehabilitacji w naszym kraju i odpowiednich uregulowaniach formalno-prawnych, będą oni zatrudniani w PFRON-ie, ZUS-ie, KRUS-ie. Właściwym miejscem mogą być ośrodki rehabilitacyjne, sanatoria oraz Powiatowe Centra Pomocy Rodzinie. Ale specjaliści będą również mogli prowadzić własną działalność gospodarczą, zajmować się procesem rehabilitacji konkretnych osób. Niewykluczone, że zatrudnienie znajdą w firmach, korporacjach, których pracownik uległ wypadkowi.

Wszystko to brzmi niezwykle imponująco.

- Bo nad modelem kształcenia pracował zespół psychologów, lekarzy rehabilitacji medycznej, prawników, pracodawców…

Z niecierpliwością czekamy na efekty tej pracy. I trzymamy kciuki.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Olsztyn: ks. Janusz Ostrowski przyjął sakrę biskupią

2018-04-21 15:13

BP KEP/tk/dg / Olsztyn (KAI)

W konkatedrze św. Jakuba w Olsztynie święcenia biskupie przyjął ks. Janusz Ostrowski. Głównym konsekratorem był metropolita warmiński abp Józef Górzyński, współkonsekratorami nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio i arcybiskup senior archidiecezji warmińskiej Edmund Piszcz. Poprzednia taka uroczystość w archidiecezji warmińskiej miała miejsce 24 lata temu.

Episkopat.pl
Bp Janusz Ostrowski

Uroczystości rozpoczęły się się o godz. 11.00 w konkatedrze warmińskiej w Olsztynie. Przewodniczył im i homilię wygłosił metropolita warmiński abp Józef Górzyński, główny konsekrator. Współkonsekratorami byli nuncjusz apostolski w Polsce abp Salvatore Pennacchio i arcybiskup senior Edmund Piszcz.

W homilii abp Górzyński odnosząc się do święceń powiedział, że uczestniczymy w przekazaniu Chrystusowej mocy warmińskiemu kapłanowi Januszowi, po czym odczytał nauczanie zawarte w rytuale święceń biskupich.

Ostatnia uroczystość święceń biskupich w archidiecezji warmińskiej miała miejsce 24 lata temu, kiedy sakrę przyjmował bp Jacek Jezierski.

Dewizą nowego biskupa Janusza Ostrowskiego oraz programem jego biskupiej posługi są słowa „Jesu in Te confido” – „Jezu ufam Tobie”. W jego herbie na zielonym tle znalazło się srebrne przedstawienie Jezusa jako Dobrego Pasterza.

Uroczystości transmitowano na żywo na stronie archidiecezji warmińskiej (www.archwarmia.pl) oraz na antenie Radia Plus Olsztyn i Polskiego Radia Olsztyn.

*** Bp Janusz Ostrowski urodził się 16 listopada 1964 r. w Olsztynie. Święcenia kapłańskie przyjął w dniu 25 maja 1991 r. w Olsztynie. Po dwóch latach pracy wikariuszowskiej (1991-1993) w parafii św. Katarzyny w Braniewie rozpoczął studia specjalistyczne z prawa kanonicznego w Papieskim Uniwersytecie Laterańskim w Rzymie, ukończone doktoratem w 1997 r.

Po studiach mianowany sędzią Metropolitalnego Sądu Archidiecezji Warmińskiej i notariuszem Kurii Metropolitalnej oraz duszpasterzem pomocniczym w parafii akademickiej św. Franciszka w Olsztynie, a następnie wicerektorem w Wyższym Warmińskim Seminarium Duchownym „Hosianum”. W 1999 r. wyjechał do pracy misyjnej do Afryki, gdzie pracował jako misjonarz „Fidei donum” w Togo do 2006 r. Po powrocie do Polski kontynuował pracę duszpasterską jako wikariusz w parafii św. Wojciecha w Olsztynie (2006-2008) oraz jako sędzia Sądu Biskupiego. W latach 2007-2011 pełnił zadania postulatora diecezjalnego dwóch procesów beatyfikacyjnych o męczeństwo 46 ofiar hitleryzmu i komunizmu z okresu II wojny światowej z terenów dawnej diecezji warmińskiej.

W 2008 r. mianowany kanonikiem gremialnym Kapituły Kolegiackiej w Lidzbarku Warmińskim, a w 2011 r. wiceoficjałem Trybunału Warmińskiego. Tego samego roku rozpoczął pracę jako adiunkt na Wydziale Teologii Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie na kierunku prawa kanonicznego.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Jasna Góra: szczególne miejsce modlitwy w intencji powołań

2018-04-22 20:18

mir/r / Jasna Góra (KAI)

Jasna Góra jest szczególnym miejscem niemal dla wszystkich wybranych na wyłączną służbę Bogu. To tu kształtuje się niejedno powołanie. Jak je rozpoznać, uczą się w jasnogórskiej „Szkole Maryi” zwłaszcza maturzyści. Dziś, w Niedzielę Dobrego Pasterza rozpoczął się 55. Tydzień Modlitw o Powołania.

Bożena Sztajner/Niedziela

O odnowę zapału w ewangelizacji i o nowych powołanych do głoszenia Chrystusa modlił się dziś na Jasnej Górze abp José Octavio Ruiz Arenas. "Podziwiam Polaków za ich odwagę mówienia o Prawdzie w czasach komunizmu" – powiedział Sekretarz Papieskiej Rady ds. Krzewienia Nowej Ewangelizacji. Abp Arenas mówił o potrzebie kontynuowania i odnowienia wiary Polaków. "W kolejnych latach, po przełomie, wchodzi obojętność religijna, traci się tę odwagę, traci się tę zdolność Kościoła, który prawie że w tych latach komunizmu żył męczeństwem i męczennikami" - wskazywał abp Ruiz Arenas.

Pod hasłem: „Wpadnij na dziesiątkę różańca” na Jasnej Górze w wakacje proponowana jest modlitwa w intencji nowych powołań. Na placu przed główną bramą wejściową ustawiony jest specjalny namiot, w którym dyżury pełnią przedstawicielki różnych zgromadzeń i zakonów.

Siostry posługujące w tzw. namiocie powołaniowym zachęcają pielgrzymów do modlitwy dziesiątkiem różańca w intencji powołań. Tu uzyskać można wiele informacji np. dotyczących potrzeby wielkiego wołania o „nowe sługi Pana”, form modlitwy o powołania i za powołanych, charyzmatu różnych zgromadzeń i zakonów. Są także wiadomości praktyczne np. gdzie się zgłosić, by wstąpić do klasztoru.

Już od ponad pół wieku na Jasną Górę pielgrzymują rodziny osób powołanych i ci, którzy wspierają powołania do kapłaństwa i życia konsekrowanego. Jak mówią uczestnicy jasnogórskich spotkań, przybywają oni do tronu Królowej Polski, by podziękować za zaszczyt, jaki ich spotkał, że w ich rodzinie Bóg wybrał i powołał do swojej służby bliską im osobę. Od wielu lat te spotkania odbywają się w maju.

Modlitwa o nowe powołania to także intencja licznych czuwań i pielgrzymek różnych zakonów, zgromadzeń zakonnych, grup parafialnych i diecezjalnych.

Jasna Góra to także tradycyjnie miejsce, gdzie za dar powołania do życia kapłańskiego dziękują neoprezbiterzy ze wszystkich polskich diecezji i wielu zgromadzeń zakonnych. Wielu alumnów przyjeżdża zawierzać się jeszcze przed święceniami, niektórzy w specjalnej pieszej pielgrzymce jak klerycy III roku Wyższego Seminarium Duchownego we Wrocławiu. Wspólne pielgrzymowanie jest dla nich jedną z form przygotowań do uroczystości obłóczyn, czyli przyjęcia sutanny. We wrocławskim seminarium to już tradycja – pielgrzymka w ubiegłym roku odbyła się po raz 45-ty.

W Kaplicy Matki Bożej każdego dnia zanoszona jest modlitwa za Zakon Paulinów, zwłaszcza o nowe powołania. To msza św. w języku łacińskim o godz. 8.00.

W Sanktuarium działa Jasnogórski Ośrodek Powołań. Znajduje się przed wejściem do kaplicy św. Józefa na Halach i służy przede wszystkim młodym ludziom w rozeznawaniu życiowego powołania. Jest także miejscem przypominającym o konieczności modlitwy za kapłanów, zakonników i siostry zakonne. Powstał z inicjatywy Komisji Episkopatu ds. Misji. Początek jego istnienia to rok 1972. Pierwszymi opiekunami byli: s. Elżbieta Okulicz, urszulanka, ks. Bernard Weideman, salezjanin, a z ramienia Jasnej Góry o. Hadrian Lizińczyk, paulin. Obecnie kierują nim kolejni duszpasterze powołań Zakonu Paulinów, teraz tę funkcje pełni o. Andrzej Grad.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem