Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.
Zamknij

Reklama

Zabawa zapałkami

2017-05-17 09:43

Rozmawia Wiesława Lewandowska

O możliwej odpowiedzi na zagrożenie bezpieczeństwa Polski z prof. Romualdem Szeremietiewem rozmawia Wiesława Lewandowska

Prof. Romuald Szeremietiew

Polub nas na Facebooku!

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Przez całe lata po zakończeniu zimnej wojny w Polsce panował błogostan w kwestii bezpieczeństwa narodowego – zwłaszcza po wstąpieniu do NATO i UE – i dopiero od kilku lat, zwłaszcza od wybuchu wojny na Ukrainie, pojawia się pewien niepokój. Przed nami kolejne wielkie manewry rosyjskiej armii na Białorusi, tuż za granicą Polski. Czy to tylko rutynowa „gra wojenna” – jak chcą to widzieć niektórzy eksperci – czy też Rosja, która prowadzi już od dawna tzw. wojnę hybrydową, informacyjną, zmierza do realnej agresji?

PROF. ROMUALD SZEREMIETIEW: – Niestety, to wszystko, co się dzieje, jest jak najbardziej realne, nie jest ułudą i może doprowadzić do wybuchu wojny w Europie. Musimy stawiać pytania: Jakie mogą być konsekwencje tak, a nie inaczej realizowanej polityki? O co naprawdę chodzi w polityce uprawianej dziś przez Rosję? Odpowiedź wydaje się oczywista – Rosja chciałaby znowu być supermocarstwem decydującym o losach świata.

– I ma na to realne szanse?

Reklama

– To zależy przede wszystkim od tego, na ile umocni się pozycja Rosji w wymiarze globalnym. Na Kremlu bardzo zazdrości się Stanom Zjednoczonym, że mają one strefy silnych wpływów w różnych częściach świata i nawet przy użyciu siły zbrojnej mogą rozstrzygać różne konflikty zgodnie z własnymi interesami. Kreml też chciałby mieć jakąś część obszaru ziemskiego w swoim władaniu, aby móc z pozycji mocarstwowej układać relacje ze Stanami Zjednoczonymi.

– Władimir Putin mógł się już przekonać, że samo rosyjskie „chciejstwo” nie wystarczy, choć może być niebezpieczne dla różnych narodów...

– W Moskwie pewnie zdają sobie sprawę z tego, że wszystkiego, co należało do Związku Sowieckiego, nie da się odzyskać. Aktywa, którymi dysponuje Rosja do przeprowadzenia ekspansji, dziś są marne, ale jak mówią Rosjanie: „stremitsia nada” – trzeba się starać. Tradycyjnie Kreml ma w zanadrzu „atomowe piguły”, a poza tym obecnie jego jedynym elementem siły, którym gra w relacjach międzynarodowych, są zasoby gazu i ropy. Rosja próbuje także odbudowywać potęgę wojskową, a ostatnio zaczęła nawet straszyć świat, że siła jej armii jest już porównywalna z tym, co miał Stalin.

– A rzeczywiście jest? W Związku Radzieckim wydatki na armię stanowiły 70 proc. budżetu państwa.

– Obciążenia zbrojeniowe w czasach ZSRR były ogromne i w ten sposób zarżnięto gospodarkę. Teraz Rosja nie przeznacza aż tyle na wojsko. Eksperci uważają, że Rosja wydaje na siły zbrojne może 5 proc. PKB, czyli procentowo mniej niż za Stalina, ale dużo więcej niż np. Polska, z jej 2 proc. PKB. Rosja zwiększyła wydatnie nakłady na zbrojenia, ale do pozycji militarnej ZSRR jest jej daleko. Tak więc rosyjskie przechwałki o potędze armii to w gruncie rzeczy propaganda.

– A więc szykuje się do militarnej ekspansji, czy jednak tylko straszy?

– Niebezpieczeństwo polega na tym, że uprawiając politykę zagraniczną przy użyciu siły – a tak właśnie od pewnego czasu Rosja postępuje – wprowadzając czynnik militarny jako główny argument tej polityki, Rosja sprawia, że mamy do czynienia z czymś więcej niż tylko ze straszeniem...

– Mamy wojnę we wschodniej Ukrainie...

– Nie tylko. Mam na myśli także ustawicznie rozgrywane wielkie manewry wojskowe, na które nie zaprasza się obserwatorów z zewnątrz. Rosja, manipulując siłą zbrojną, zapewne liczy się z tym, że może, nawet niechcący, wywołać konflikt zbrojny w większym wymiarze. Kreml zachowuje się niczym chłopiec z zapałkami, którego bawi ich zapalanie, a w końcu może podpalić dom...

– Ten „dom” już płonie właśnie na Ukrainie... A następny?

– Ten „dom” to pokój w Europie. Na Ukrainie, jak dotąd, „płonie kilka zapałek”, ale to nie spowodowało jeszcze pożaru Europy. Ten pożar jest, niestety, przed nami. Teraz mamy pytanie o przyszłość Białorusi. Sytuacja staje się bardzo poważna w związku z mającymi się tam odbyć ćwiczeniami rosyjskich wojsk „Zapad 2017”.

– Można się obawiać, że Rosjanie zostaną tam na dłużej?

– Rzeczywiście, pojawiają się podejrzenia, że rosyjskie manewry mogą być okazją do zmiany władzy na Białorusi. Prezydent Łukaszenka, niedostatecznie spolegliwy wobec Putina, zostanie przy asyście rosyjskich wojsk zamieniony wprost na jakiegoś rosyjskiego gubernatora. Jeżeli Białoruś stanie się czymś w rodzaju guberni Federacji Rosyjskiej, to następnie pojawi się kwestia niezależności państw bałtyckich.

– Obecność NATO w tym rejonie może nie mieć dostatecznej mocy odstraszającej?

– Ciągle zadajemy sobie pytanie, czy i na ile NATO zachowa wewnętrzną spoistość i będzie zdeterminowane w powstrzymywaniu zakusów Rosji w rejonie „pribałtyki”. Po stronie zachodniej pojawiają się opinie, że państw bałtyckich nie da się obronić.

– A więc to „niegroźne” straszenie z jednej strony i „skuteczne” – jak się pocieszamy – odstraszanie z drugiej – może jednak doprowadzić do wojny?

– Nie tyle może doprowadzić do wojny, ile raczej nie może jej zapobiec. W dzisiejszej globalnej rzeczywistości mamy całe mnóstwo sprzeczności, których rozwiązywanie może doprowadzić do wybuchu wielkiej wojny. Nie twierdzę, że Rosja chce taką wojnę wywołać w Europie, ale tu właśnie zaczęła swoją „zabawę zapałkami”...

– „Zapad 2017” na Białorusi może być jedną z tych niebezpiecznych zabaw?

– Białoruś z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski jest ważnym kierunkiem operacyjnym. Właśnie stąd Rosja zawsze atakowała nasze terytorium – uderzenie na Warszawę z tego kierunku było przerabiane wiele razy, chociażby począwszy od powstania listopadowego 1830 r., a skończywszy na wojnie 1920 r. Teraz pojawiają się podejrzenia, że Rosja, chcąc zająć państwa bałtyckie, będzie się starała wcześniej odciąć te kraje od Polski (graniczymy z Litwą).

– W jaki sposób może to zrobić?

– Mówi się, że w planach Rosjan jest opanowanie tzw. przesmyku suwalskiego, czyli stworzenie korytarza między podporządkowaną Rosji Białorusią a obwodem kaliningradzkim, w rezultacie czego Polska, przy braku bezpośredniego kontaktu operacyjnego z państwami bałtyckimi, nie miałaby możliwości ich wojskowego wsparcia, Rosjanie mogliby je spokojnie zająć. Polska jednak musiałaby być bierna. Aby ją do tego skłonić, Rosja może zagrozić użyciem siły.

– Jakiej konkretnie?

– W moim przekonaniu, ma temu służyć rozlokowanie potężnych sił wojskowych w rejonie Kaliningradu; Rosjanie wystawili tam komplet systemów rakietowych służących do atakowania celów na lądzie, morzu i w powietrzu – celów, które znajdują się na obszarze Polski. Z takim zagrożeniem Polska, przy obecnym stanie jej obrony powietrznej, by sobie nie poradziła i nasza interwencja w obronie państw bałtyckich byłaby trudna do wyobrażenia.

– A zatem może rzeczywiście rację mają ci, którzy zakładają, że w dłuższej perspektywie krajów bałtyckich nie da się obronić przed Rosją?

– Wspomniałem, że takie opinie pojawiają się na Zachodzie. To rzeczywiście mogłoby się zdarzyć, gdyby NATO zrezygnowało z obrony Litwy, Łotwy i Estonii. Dopóki NATO zachowuje swoją spoistość, dopóty Rosja nie odważy się zagarnąć tych krajów.

– Rosja jednak nie traci nadziei i chyba bardzo liczy na niespoistość Zachodu. Już w manewrach „Zapad 2009” ćwiczono scenariusz zajęcia terytorium Polski, której nie pomagają zachodni sojusznicy... A teraz mamy wreszcie realną obecność NATO w Polsce; czy na tyle znaczącą, że nie musimy się już niczego bać?

– Ta obecność dziś powstrzymuje Rosję, ale nie wpływa przecież na zmianę długofalowych planów Kremla. Możemy być pewni swego bezpieczeństwa dopóty, dopóki Sojusz Atlantycki zachowuje swoją spoistość, co ostatnio – po wyborach prezydenta w USA – nie było wcale takie pewne. Obawy co do kierunku polityki Donalda Trumpa się nie potwierdziły. Nie wydaje się, aby chciał on ustępować Rosji. Nie zapominajmy jednak, że kwestia bezpieczeństwa w naszym regionie jest ciągle w dużym stopniu uzależniona od tego, jaką politykę będą prowadziły Stany Zjednoczone. Co prezydent USA uzna za zgodne z amerykańskim interesem, a czego nie, i jakie z tego wynikną konsekwencje dla naszego bezpieczeństwa.

– Ale teraz już sama obecność nawet kilkudziesięciu amerykańskich żołnierzy dodaje nam ducha, czujemy się bezpieczni... Jak zwykle zbyt naiwni?

– Morale społeczeństwa, które nie obawia się zagrożeń, jest rzeczą bardzo ważną. Z pewnością natomiast czym innym są reakcje ludzi, którzy się cieszą, że wreszcie wojska natowskie znalazły się na naszym terytorium, a czym innym powinna być trzeźwa ocena sytuacji polityków odpowiadających za bezpieczeństwo narodowe. Oni mają nie tylko radośnie witać amerykańskich żołnierzy, ale również brać pod uwagę to, że ich obecność w Polsce może być stanem przejściowym. We wrześniu prezydent USA będzie musiał podjąć decyzję o dalszym finansowaniu pobytu wojsk amerykańskich w naszym regionie. Na to trzeba przeznaczyć jakieś 4 mld dolarów. Prezydent Obama taką kwotę wyasygnował, teraz prezydent Trump ma zrobić to samo.

– A jeśli nie wyasygnuje?

– Wówczas wojsk amerykańskich w Polsce nie będzie, a Polska znajdzie się w bardzo trudnym położeniu.

– Czy tylko Polska powinna bać się Rosji? Kraje Zachodu nie muszą?

– Zachód słabiutko zdaje sobie sprawę z rosyjskiego zagrożenia. Jeśli prześledzi się historię stosunków Rosji z krajami Europy Zachodniej, to widać, że historia się powtarza; niezmienne są nadzieje po stronie Zachodu, że Rosja będzie partnerem przydatnym, gdy pojawi się jakiś wróg. Tak było ostatnio w latach II wojny światowej. Teraz Europejczykom wydaje się, że Rosja może być sojusznikiem w walce z islamistami. Tymczasem nie chodzi o to, że rosyjskie wojska tak jak w czasach Napoleona dotrą do Paryża, ale niebezpieczeństwo polega na tym, że za sprawą Rosji wybuchnie wojna obejmująca kraje europejskie, zwłaszcza Polskę.

– Tak czy inaczej – Pan Profesor od dawna to powtarza – powinniśmy bardziej sami zadbać o własne bezpieczeństwo, czyli przede wszystkim dobrze rozeznać stan zagrożenia i tworzyć stosowne rozwiązania militarne. Mamy już przynajmniej to dobre rozeznanie zagrożenia?

– Moim zdaniem, samo rozeznanie – bardziej intuicyjne niż zbadane dogłębnie, które mamy w Polsce od dawna – to już za mało. Teraz powinniśmy mieć gotową odpowiedź na pytanie, co konkretnie zrobimy, jeżeli coś niedobrego się stanie... Od dawna podnoszę kwestię, która zawsze wydawała mi się oczywista, że powinniśmy mieć nasz polski sposób na obronę kraju, ale nie w tym sensie, że będziemy mieli jakieś rakietowe „kły”, z którymi rzucimy się na nieprzyjaciela.

– W jaki sposób moglibyśmy się skutecznie obronić sami?

– Chodzi o taki sposób obrony naszego kraju, który przekona potencjalnego nieprzyjaciela, że nie da on sobie rady, gdy nas napadnie, że nie będzie w stanie sobie nas podporządkować, okupować itd. To jest możliwe! W Polsce doszło do zmiany władzy; odszedł obóz polityczny, który przez długie lata lekceważył sprawy obronności. Pojawiła się szansa na daleko idącą, pilną i konieczną zmianę polskiej doktryny i strategii obronnej, na stosowną do potrzeb zmianę sił zbrojnych. Powstaje tylko pytanie: Czy ta zmiana dokonuje się nie tylko szybko, ale też czy najlepiej, jak to możliwe, odpowiada na kwestie obronności i zapewni bezpieczeństwo Polsce?

– Jak Pan Profesor ocenia to obecne dążenie do zapewnienia bezpieczeństwa kraju – także tej szczególnie potrzebnej „samowystarczalności obronnej” – przed ewentualną agresją wroga?

– To z pewnością najtrudniejsza do przeprowadzenia w państwie „dobra zmiana” z zapowiadanych przez panią premier. Dlatego nie chciałbym teraz oceniać konkretnych posunięć MON. Martwi mnie tylko pewna chaotyczność działań. Z reformowaniem tej akurat dziedziny jest jak z budową domu na zarośniętej chaszczami działce, na której tkwią jeszcze jakieś stare zabudowania, fundamenty... Potrzeba dobrego architekta, sprawnego inżyniera budowlanego, ale najpierw właściciel powinien wiedzieć, czego chce i na co może sobie pozwolić, budując nowy dom. Jeśli ma on być zbudowany szybko, to nie można zbyt długo zajmować się usuwaniem chaszczy. W kwestii budowania systemu obronnego Polski mamy chyba taką sytuację, że bardziej zajmuje uwagę usuwanie chaszczy, a mniej koncepcja, jak ma być budowany dom.

* * *

Prof. Romuald Szeremietiew
Specjalista w zakresie obronności (habilitacja „O bezpieczeństwie Polski w XX wieku”), więzień polityczny PRL, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. minister obrony narodowej (w rządach Jana Olszewskiego i Jerzego Buzka), wykładowca akademicki

Niedziela Ogólnopolska 21/2017 , str. 36-37

E-mail:
Adres: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa
Tel.: +48 (34) 365 19 17

Działy: Społeczeństwo

Tagi: bezpieczeństwo

Tagi
Nasze serwisy
Polecamy
Zaprzyjaźnione strony
Najpopularniejsze
24h7 dni

Reklama

Lidia Dudkiewicz, Red. Naczelna

Wracajcie do domu! EDYTORIAL

Różaniec jest naszą mocą do zwyciężania wszelkiego zła. »
Bp Ignacy Dec

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2017


Adresy kontaktowe


www.facebook.com/tkniedziela
Tel.: +48 (34) 365 19 17, fax: +48 (34) 366 48 93
Adres redakcji: ul. 3 Maja 12, 42-200 Częstochowa


Wydawca: Kuria Metropolitalna w Częstochowie
Redaktor Naczelny: Lidia Dudkiewicz
Honorowy Red. Nacz.: ks. inf. Ireneusz Skubiś
Zastępca Red. Nacz.: ks. Jerzy Bielecki
Sekretarz redakcji: ks. Marek Łuczak
Zastępca Sekretarza redakcji: Margita Kotas