Reklama

Krym to nie kanapka

2017-05-09 13:50

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 20/2017, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Anna Łabuszewska

O malejącym zaufaniu obywateli, załamaniu się linii propagandowej Kremla i słabości antyputinowskiej opozycji z Anną Łabuszewską rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od czasu wielkiej demonstracji na moskiewskim placu Błotnym w 2011 r. i późniejszego zabójstwa znanego opozycjonisty Borysa Niemcowa antyputinowska opozycja na kilka lat jakby zapadła w letarg, wyciszyła się. Pewne przebudzenie nastąpiło dopiero w marcu tego roku. Dlaczego właśnie teraz?

ANNA ŁABUSZEWSKA: – Teraz to nie stara opozycja wyszła na ulicę, lecz młode pokolenie – zwane pokoleniem P – ludzie, którzy urodzili się, kiedy Putin doszedł do władzy. Dziś próbują artykułować swoje oczekiwania, odmienne od tego, co proponują im władza i państwo. To znamienne, że na demonstrację przeciwko skorumpowaniu władzy, zorganizowaną przez walczącego z korupcją Aleksieja Nawalnego, przyszli właśnie przede wszystkim bardzo młodzi ludzie, zupełnie niekojarzeni z jakąkolwiek opozycją.

– Czyli – socjologicznie rzecz biorąc – zupełnie inni niż w 2011 r.?

– Tak. W 2011 r. demonstrowali przede wszystkim kojarzeni z opozycją przedstawiciele klasy średniej, ludzie niezadowoleni z konieczności funkcjonowania w anachronicznym wciąż systemie... Przyszli celebryci, bo dobrze było się pokazać, to było show.

– Z którego niewiele wynikało, bo opozycja antyputinowska zawsze była słaba?

– To prawda. Z tamtych masowych protestów nie wykluła się żadna klasa przywódcza. Rzecz jasna, także dlatego, że władze mocno pracowały nad tym, aby tak było; najbardziej aktywnych wyłapano z tłumu, skazano ich na wysokie wyroki, wielu jest nękanych do tej pory w dotkliwy sposób.

– Można powiedzieć, że w jakiś sposób uchował się jeszcze Aleksiej Nawalny...

– Nawalny wprawdzie uczestniczył w demonstracjach w 2011 r., nawet przemawiał, ale nie był wtedy pierwszoplanową postacią. W 2017 r. jest już bezpośrednim sprawcą społecznego zaniepokojenia i w dodatku udało mu się przyciągnąć na demonstrację 26 marca br. – co jest fenomenem – właśnie całkiem nowych ludzi, spoza szeroko pojętej dawnej opozycji.

– W jaki sposób?

– Bezpośrednim powodem wyjścia ludzi na ulice był opublikowany przez Nawalnego w Internecie materiał o skorumpowaniu premiera Dmitrija Miedwiediewa. Ta publikacja na YouTube miała aż 14 mln odsłon! Rzecz bez precedensu.

– To dlatego młode pokolenie postanowiło zaprotestować także w realu?

– Z pewnością. Władzy coś wymknęło się spod kontroli... Dotychczas uważano, że ten, kto kontroluje telewizję, ma władzę. Teraz okazało się, że to nie wystarcza, choć trzymana pod kontrolą telewizja w dalszym ciągu pozostaje w Rosji największym i decydującym środkiem masowego rażenia. Władze jednak przeoczyły to, że młode pokolenie wiedzę o świecie czerpie nie z telewizji, lecz przede wszystkim z Internetu.

– Niedopatrzenie, które Kreml będzie musiał pilnie naprawić?

– Tak. Myślę, że pytaniem, które teraz stawia sobie władza, jest to, jak bez politycznych strat przejąć kontrolę nad Internetem. A ma do dyspozycji odpowiednie narzędzia, odpowiednio elastyczne przepisy oraz wypróbowane wzorce kontroli nad Internetem, np. model chiński... Czy jednak nakładanie kagańca na Internet wystarczy? Czy zapewni ekipie rządzącej po raz kolejny odpowiednią kontrolę nad społeczeństwem?

– Społeczeństwo może nie wytrzymać dalszej eskalacji kontroli?

– Trudno to przewidzieć. Bo słowo „kontrola” nadal jest fundamentem, podstawą podstaw sprawowania władzy; umiejętne gaszenie lub wywoływanie odpowiednich nastrojów społecznych jest istotą funkcjonowania putinowskiego systemu. Swoje znaczenie ma wciąż także słowo „strach”– stosuje się bezpośrednie zastraszanie: aresztowania, nękanie, wysokie grzywny. I tak ostatnio Komitet Śledczy i Federalna Służba Bezpieczeństwa zrobiły wszystko, żeby Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego odczuła boleśnie to, że wywołała demonstracje; przeszukano jej siedzibę, skonfiskowano komputery.

– Strach w społeczeństwie tym łatwiej obudzić, że w Rosji częściej niż demonstracje opozycji zdarzają się różnego rodzaju zamachy terrorystyczne...

– Do tej pory wszelkie zamachy – których za prezydentury Putina było rzeczywiście wiele – ekipa rządząca potrafiła obrócić na swoją korzyść.

– Niektórzy spekulują, że mogła je wręcz prowokować...

– Tego nie możemy stwierdzić, ale z pewnością postępowanie władzy było zawsze takie, że potrafiła się wykreować na obrońcę społeczeństwa.

– Tym razem ten zabieg socjotechniczny może się już nie udać?

– Rzeczywiście, można się już nad tym zastanawiać. Wcześniej bez kłopotu udawało się sprzedawać narrację, że władza jest gwarantem bezpieczeństwa. Czy teraz to zadziała – zobaczymy. Po ostatnim zamachu w petersburskim metrze widać już nieco inne reakcje społeczeństwa: o ile wcześniej reakcje te były bardzo emocjonalne – z wiarą przyjmowano zapewnienia władzy, była gotowość do rezygnacji z pewnych swobód na rzecz bezpieczeństwa – o tyle teraz odczuwa się pewien sceptycyzm, poczucie bezpieczeństwa najwyraźniej maleje.

– Rosyjskie społeczeństwo powoli budzi się z narkozy podanej mu przez władzę?

– Być może... Bardzo wymowne są komentarze w mediach społecznościowych, które w pewien sposób wiążą marcową demonstrację przeciw korupcji z zamachem w metrze, np.: „Po demonstracji 26 marca łapali nastolatków, uczniów, studentów, a wpuścili terrorystów”; pytano: „Co ta władza nam daje?”. Wytknięto Putinowi zaangażowanie Rosji w Syrii, jakoby – jak to propagandowo uzasadniał – po to, aby tam, na miejscu, zatrzymać potencjalnych terrorystów, którzy „będą wysadzać metro”... Ludzie przekonują się jednak, że cele Putina są inne, a jego troska o społeczeństwo jest pozorowana. Choć są to, oczywiście, tylko potoczne spekulacje, z pewnością mamy dziś do czynienia z załamaniem się linii propagandowej władz; zaufanie obywateli maleje.

– A to znaczy, że Kreml będzie musiał przystąpić do nowej propagandowej ofensywy, bo przecież do wyborów prezydenckich pozostał zaledwie rok. Czego można się spodziewać ze strony opozycji?

– Opozycji, która byłaby w stanie w wyborach stawić czoło Putinowi lub komukolwiek wskazanemu przez obóz rządzący, po prostu nie ma; nie ma zatem także dobrego opozycyjnego kontrkandydata... Poza Aleksiejem Nawalnym, który jest jednak z trochę innego rozdania.

– Kim jest Aleksiej Nawalny?

– To bardzo ciekawa postać. Działalność opozycyjną zaczynał kilka lat temu jako bloger, z wykształcenia jest prawnikiem i w bardzo specyficzny sposób wykorzystuje swą wiedzę prawniczą; na początku bardzo uważnie przeczytał przepisy regulujące działalność dużych spółek, po czym jako akcjonariusz tych spółek pozyskiwał dostęp do dokumentów, które wnikliwie analizował, dzięki czemu mógł pokazać, w jaki sposób są marnotrawione i rozkradane pieniądze, którymi budżet państwa zasila te spółki. Udało mu się przebić do oficjalnej polityki – wsparty przez grono zapaleńców w 2013 r. startował w wyborach na mera Moskwy i osiągnął całkiem przyzwoity wynik, na tyle dobry, że władze trochę się przestraszyły. Nie tyle osobą Nawalnego, ile łatwością, z jaką w krótkim czasie udało mu się pozyskać społeczne poparcie. Teraz przymierza się do startu w wyborach prezydenckich.

– Rosyjski politolog Stanisław Biełkowski ludzi takich jak niezależny działacz polityczny Aleksiej Nawalny nazwał pół-Europejczykami. Co to znaczy?

– Pomijając to, że Biełkowski ma tendencję do daleko posuniętej ironii, można powiedzieć, że Nawalny na pewno nie jest bezkrytycznie zapatrzony w Zachód. Przeciwnie, w swoim czasie miał nawet flirt z nacjonalizmem rosyjskim, chodził na „ruskie marsze”, próbował się dogadywać z hersztami nacjonalistów, propagował nacjonalistyczne hasła.

– Można powiedzieć, że wciąż jest rosyjskim nacjonalistą?

– Myślę, że wiele z tego, co mówi i co robi, na to wskazuje. Dowodem może być jego dziwny jak na opozycjonistę stosunek do aneksji Krymu. Popularność zyskała jego niejednoznaczna wypowiedź, że „Krym to nie jest kanapka, którą można sobie przekazywać z rąk do rąk”. Nawalny zachowuje w tej sprawie dystans.

– Jaką bronią przeciw władzy dysponuje obecnie Aleksiej Nawalny?

– Jego narzędziem jest Fundacja Walki z Korupcją. Dzięki grupie zwolenników prowadzi coś w rodzaju dziennikarstwa śledczego, które w rosyjskich mediach nie funkcjonuje. Działa w zakazanych obszarach, zbiera kompromitujące materiały – zazwyczaj dotyczące wszelkiego rodzaju przekrętów finansowych – o czołowych przedstawicielach władzy, wysoko postawionych urzędnikach, o ich rodzinach i wzajemnych powiązaniach. Jest to naprawdę bardzo przyzwoite dziennikarstwo śledcze.

– I jako takie niezdradzające źródeł pozyskiwanych informacji...

– Można się domyślić, że dzięki dobrze ulokowanym informatorom Nawalny wykorzystuje to, co na pewno istnieje w grupie trzymającej władzę, czyli pewien podział klanowy, oraz walkę podjazdową między tymi klanami. Nie sądzę, aby wyłącznie dzięki analizie otwartych źródeł był w stanie dokopać się do tak sensacyjnych szczegółów, które upublicznia.

– Można powiedzieć, że dysponuje „hakami” na wielu prominentnych przedstawicieli władzy?

– „Haki” to jest coś, czego się nie pokazuje, a jedynie nimi straszy. Nawalny natomiast te informacje upublicznia. Ostatnio pokazał, w jaki sposób Dmitrij Miedwiediew przekuwa rentę korupcyjną na konkretne obiekty zbytku. Nawalny objaśnia, w jaki sposób działa ten proceder, jak wykorzystuje się fundacje dobroczynne, które dobroczynne są wyłącznie z nazwy, a w istocie są pralniami korupcyjnych pieniędzy. W komentarzach internauci sugerują, że Miedwiediew miał zapewne przyzwolenie Putina na to, aby dojść do takich majętności – w podzięce za to, że przez 4 lata siedział spokojnie w fotelu prezydenckim, by zachować to miejsce dla Władimira Władimirowicza.

– A zatem Nawalny raczej nie straszy swych „bohaterów”?

– Tego nie byłabym już taka pewna. Sam Miedwiediew starał się zlekceważyć sprawę, mówiąc, że to jakieś bzdury, jakieś papierki, ale nie zdementował doniesień Nawalnego... Trudno wprawdzie zawierzać prowadzonym w Rosji sondażom opinii publicznej, jednak między lutym a marcem odnotowano obniżenie poparcia dla Miedwiediewa aż o 10 punktów procentowych. A to daje do myślenia.

– I świadczy o realnym, może nawet groźnym dla władzy przebudzeniu społeczeństwa?

– Czy naprawdę groźnym, tego nie byłabym pewna. Niewątpliwie jakieś przebudzenie następuje, ale czy na chwilę, czy na dłużej – trudno powiedzieć. Wygląda na to, że ludzie dotychczas stroniący od polityki, zajmujący się swoimi sprawami, zaczynają zauważać, że coś jest nie w porządku...

– Przyciśnięci rosnącą biedą skonfrontowaną z nieprzyzwoitym bogactwem rządzących?

– Z pewnością przeciętny Rosjanin, któremu żyje się coraz trudniej, zaczyna lepiej rozumieć tych, którzy wyszli w marcu na ulice, by zaprotestować przeciwko obrzydliwej korupcji na szczytach władzy. Na razie trudno jednak określić, jak wielu ludzi ogarnia to zwątpienie i czy urośnie ono aż tak, by realnie zagrozić rządzącym.

– Bo zawsze można się obawiać, że aby zapewnić sobie reelekcję, Władimir Putin będzie się starał uspokoić pogarszające się nastroje przez „dokręcanie śruby”?

– Sytuacja wewnętrzna w Rosji jest bardzo dynamiczna i trudno powiedzieć, jaki scenariusz napisze władza. Trzeszczy w szwach dotychczasowy scenariusz utrzymywania kontroli nad wszystkim, a więc bezpiecznego przeprowadzenia reelekcji Putina. Prawdopodobne stają się więc działania bardziej radykalne, represje dotkliwsze niż obecnie. Ale możliwa jest też jakaś dekompozycja wewnątrz ekipy rządzącej, która – jak można przypuszczać – nie jest monolitem. Jedno jest niezmiennie pewne: Rosja Putina jest dla siebie samej i dla świata wielką zagadką.

* * *

Anna Łabuszewska
Analityk Ośrodka Studiów Wschodnich, publicystka („Tygodnik Powszechny”), autorka blogu „17 mgnień Rosji”

Tagi:
wywiad rozmowa

Czy jesteście powołani do niepłodności?

2018-05-22 12:23


Edycja wrocławska 17/2018, str. IV-V


Małgorzata Trawka: – Oktawa Wielkanocna w tym roku była dla Was szczególnym momentem, w Waszej rodzinie pojawiło się nowe życie.

Bernadetta: – W Oktawie Wielkanocnej zadzwoniła do nas pani z ośrodka adopcyjnego i zapytała, czy jesteśmy gotowi na odrobinę szaleństwa, ponieważ jest dziecko, które urodziło się z końcem marca, w Wielkim Tygodniu. I pytanie, czy bylibyśmy zainteresowani, by je poznać, jego akta, historię, spotkać się z nim i dowiedzieć czegoś więcej. Powiedzieliśmy: tak, chcemy się spotkać. To jest noworodek, nie jest wolny prawnie. To jest dziecko, które zostało w szpitalu po urodzeniu. Matka biologiczna złożyła pismo, że chce dziecko oddać do adopcji. Po sześciu tygodniach tę decyzję musi potwierdzić w sądzie. To jest troszeczkę niespodzianka, nie wiemy, jak się skończy, ale jesteśmy poddani woli Bożej. Liczymy na to, że będziemy mogli dziecko adoptować, ale jeżeli Pan Bóg zaplanował inaczej, to po prostu przez te sześć tygodni damy mu tyle miłości, ile możemy.

Krzysztof: – Cała procedura przy noworodkach jest szybka. Na decyzję mieliśmy jeden dzień, następnego byliśmy go zobaczyć, a kilka dni później był już z nami.

– W którym momencie pozwalacie sobie na stwierdzenie: „To jest nasze dziecko”?

K: – Zdecydowanie już w tej chwili. Tym bardziej, że czekaliśmy na naszego maluszka rok i cztery miesiące. To jest nasze wymodlone dzieciątko.

B: – Z naszą starszą córką było tak, że potrzebowałam trzech tygodni, by oswoić się z myślą, że jestem mamą, że mam córkę. Potrzebowałam czasu, żeby tę więź nawiązać. Wydaje mi się, że tym razem idzie dużo szybciej.

– Kiedy poczuliście się powołani do zorganizowania i poprowadzenia rekolekcji dotykających problemu niepłodności?

K: – Należymy do ruchu Equipes Notre-Dame. Wiosną 2017 r. byliśmy na rekolekcjach naszej wspólnoty małżeńskiej o komunikacji w małżeństwie współprowadzonych przez ks. Gabriela Pisarka, sercanina, który na co dzień pracuje w Kluczborku. Podczas jednego z posiłków zaczęliśmy rozmawiać z księdzem o naszej historii i może trochę zbyt śmiało zapytałem, czy na rekolekcjach albo warsztatach dla małżeństw prowadzonych przez sercanów poruszany jest temat trudności z zajściem w ciążę, niepłodności itp. I ks. Gabriel powiedział, że nie ma takich tematów, i zachęcił: to zróbmy coś.

– Czy te rekolekcje są adresowane do małżonków, którzy wprawdzie mają już swoje dziecko, ale jednocześnie doświadczają trudności w poczęciu następnego?

K: – Rekolekcje są dla małżeństw sakramentalnych, to jest jedyny podstawowy warunek. Mogą to być małżeństwa, które mają dzieci i dalej nie mogą naturalnie począć. Adresujemy je do małżeństw, które są na każdym etapie zmagania się z trudnościami z poczęciem, czy to jest pół roku starania się, czy kilka lat, czy to jest już któryś rok leczenia niepłodności, czy któryś rok oczekiwania na adopcję, czy któryś rok, gdy ona jest zdrowa, on jest zdrowy, a dalej mimo wszystko nie ma potomstwa.

– A jak Wy odbieraliście sytuację, że nie możecie mieć dzieci?

B: – Przeszliśmy drogę, która może nie jest idealna, ale typowa. Zaczęło się od decyzji, że staramy się o dziecko i skoro wszystkim innym naokoło wychodzi to dosyć szybko, to z nami będzie tak samo, bo dlaczego by nie? Staramy się jeden miesiąc, drugi, trzeci i kolejny, ciągle nic. I w pewnym momencie pojawiały się pytania, wątpliwości i myśl, że może należałoby się przebadać. Ja się badałam i Krzysiu też, no i wyniki nie były dobre. Zaczął się okres leczenia, ale nie przynosiło ono oczekiwanych skutków. Była medycyna niekonwencjonalna, testy owulacyjne, dużo modlitwy, pas św. Dominika, różne sposoby... W pewnym momencie pojawił się bunt, foch na Pana Boga: Panie Boże, my jesteśmy Tobie wierni już długie lata, jesteśmy wobec Ciebie fair, a Ty z nami postępujesz niesprawiedliwie. Obiecałeś: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”, a u nas tego nie widać. I był okres głębokiego dołu i załamania, i patrzenia z zazdrością na inne pary, które spodziewają się dziecka, albo prowadzą wózek. I były myśli naprawdę nieżyczliwe w stosunku do tych osób, bo też czuliśmy, że zasługujemy na dzieci.

K: – W Piśmie Świętym jest napisane: „Jeśli dwaj z was na ziemi zgodnie o coś prosić będą, to wszystkiego użyczy im mój Ojciec, który jest w niebie” (Mt 18,19). To zdanie nas buntowało. To była masakra.

B: – Jak jedno z nas było w dole, to drugie ciągnęło ku górze i odwrotnie, tak na wymianę, a w pewnym momencie oboje byliśmy w dołku. Jednej niedzieli modliliśmy się w kościele po Mszy św. i wtedy łzy leciały strumieniami. Wychodzimy z kościoła, patrzymy, stoi przed wejściem Kuba, nasz znajomy, i mówi, że właśnie powstaje ekipa Notre-Dame, może byśmy chcieli przyjść na takie niezobowiązujące spotkanie, by się więcej dowiedzieć. Myślałam wtedy, po co nam to, przecież przeżywamy dół i mamy inne problemy. Ale okazało się, że jak już poszliśmy, to był to początek wspaniałej przygody z Panem Bogiem. Wsparcie, jakie zaczęliśmy dostawać w naszej ekipie, bardzo nam pomogło. Niedługo potem okazało się, że jest miejsce na wcześniejszy kurs adopcyjny i sprawy potoczyły się szybko.

– Słyszymy czasami o rekolekcjach dla bezpłodnych małżeństw, w których dominująca wydaje się być modlitwa o uzdrowienie. Temat tych rekolekcji może sugerować, że akcent jest położony na akceptacji niemożliwości bycia biologicznymi rodzicami.

B: – Akcent stawiamy na działanie. Widzimy wokół siebie wiele par, które, mówiąc kolokwialnie, bardzo się guzdrają, gubią, tkwią w marazmie, trzymając się kurczowo jednego rozwiązania, np. jednego lekarza, i to nie przynosi efektów. Są nieszczęśliwi, stoją w miejscu. My chcemy, żeby z tego miejsca ruszyli. Chcemy ich zaprosić do zaufania Panu Bogu, żeby działa się Jego wola w czasie, jaki On chce, i w sposób, w jaki On chce.

K: – Doświadczyliśmy tego, że łatwo jest popaść w stagnację i czekać na cud. Nasz przykład: zaczynamy się starać, mijają kolejne miesiące i nie wiemy, co zrobić. Później, gdy chcemy się zbadać, kobieta wie, gdzie pójść, bo badanie ginekologiczne jest dosyć naturalnym sposobem. Ale mężczyzna? Żeby zbadać swoje nasienie? Jeszcze w sposób zgodny z moralnością katolicką? To jest trudne i nie wiadomo, gdzie pójść, kogo zapytać. To jest pierwszy krok, trzeba odwagi, żeby zacząć rozmawiać. Gdy dostaje się wyniki poniżej normy, to jest kolejny cios, gdy słyszę, że najlepiej jest pójść na in vitro lub spróbować inseminacji, do których nasza wiara i Kościół mają jednoznaczne stanowisko: nie. Idziemy z wynikami do jednego ginekologa, drugiego, większość nie wie, jak do tego podejść. Specjalistów naprotechnologii nawet we Wrocławiu jest bardzo mało, a leczących mężczyzn prawie wcale. I dalej trwa się w dole, nostalgii. Te rekolekcje są również po to, żeby pokazać konkretne miejsca, w których można otrzymać pomoc. Nie jesteśmy ekspertami, ale chcemy podzielić się naszym doświadczeniem.

B: – Nie chcemy robić reklamy adopcji. Chcemy pokazać drogi wyjścia, na które Pan Bóg otwiera serce.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Zmarł ks. Marek Łuczak

2018-05-27 09:46

KiMM

Z przykrością zawiadamiamy, że 27 maja 2018 r. w nocy zmarł nasz wieloletni współpracownik ks. dr hab. Marek Łuczak. Odszedł do domu Ojca w wieku 46 lat, w 21. roku kapłaństwa.

Niedziela TV

Urodził się 15 stycznia 1972 r. w Katowicach. Był absolwentem Niższego Seminarium Duchownego w Częstochowie oraz Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego w Katowicach, gdzie uzyskał święcenia kapłańskie 10 maja 1997 r.

Kapłan archidiecezji katowickiej, konsultor Rady ds. Społecznych Konferencji Episkopatu Polski, delegat Arcybiskupa Katowickiego ds. dialogu z Niewierzącymi, asystent kościelny Oddziału Okręgowego „Civitas Christiana”, wiceprezes częstochowskiego oddziału Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy.

Piastował stanowisko kierownika Katedry Dziennikarstwa Ekonomicznego i Nowych Mediów na Uniwersytecie Ekonomicznym w Katowicach oraz był profesorem tej uczelni. Wieloletni redaktor, a następnie sekretarz redakcji w Tygodniku Katolickim „Niedziela”. Wcześniej pracował w „Gościu Niedzielnym”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Jubileuszowe pielgrzymowanie do Piekarskiej Pani

2018-05-27 21:16

Łukasz Krzysztofka

Dziesiątki tysięcy mężczyzn i młodzieńców pielgrzymowały do Sanktuarium Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Piekarach Śląskich. Tegoroczna pielgrzymka była wyjątkowa ze względu na jubileusz 700-lecia konsekracji pierwszego, drewnianego kościoła w Piekarach.

Łukasz Krzysztofka

Przed Mszą św., która była kulminacyjnym punktem pielgrzymki, kard. Zenon Grocholewski, legat papieski, odczytał list od papieża Franciszka. "Sługa Boży kardynał Stefan Wyszyński słusznie mawiał, że bez sprawiedliwości nie ma prawdziwego pokoju ani miłości społecznej. Lecz chrześcijanie powinni zawsze pamiętać, iż dla wiecznego zbawienia konieczne jest praktykowanie miłosierdzia i udzielanie przebaczenia: obie te rzeczy stanowią bowiem dowód prawdziwej wiary chrześcijańskiej, jak sam Pan wielokrotnie nas pouczał. Dlatego też Najświętsza Maryja Dziewica zupełnie słusznie jest nazywana Matką Sprawiedliwości i Miłości Społecznej, a jednocześnie jest wzywana jako Matka Miłosierdzia" - napisał Ojciec św.

Słowo do zebranych na kalwaryjskim wzgórzu skierował metropolita katowicki abp Wiktor Skworc. Odniósł się do katastrofy w kopalni „Zofiówka”, gdzie 5 maja 7 górników zostało uwięzionych prawie tysiąc metrów pod ziemią. - Dwóch z nich udało się uratować, ale Marcin, Piotr, Przemysław, Łukasz i Michał nie przeżyli wstrząsu, chociaż śpieszyło im z pomocą ponad 2,5 tys. ratowników - powiedział z bólem. Zapewnił o solidarności z rodzinami poszkodowanych. Podziękował Zarządowi Jastrzębskiej Spółki Węglowej i ratownikom górniczym z Centralnej Stacji Ratownictwa Górniczego. - Wasze działania to przykład bezgranicznej miłości bliźniego. Bóg zapłać wam. Dziękujemy! - powiedział metropolita katowicki.


Abp Skworc mówił też o zaangażowaniu w życiu społecznym, codziennej trosce o kulturę życia i nawróceniu ekologicznym. Podkreślił, że wolne od handlu niedziele, o które w ciągu wielu lat upominali się biskupi katowiccy to wielka radość, jednak mają miejsce także niepokojące i nieuczciwe praktyki. - Nie ulegniemy korporacjom sieci handlowych, które usiłują ominąć stanowione prawo. Polska nie może pozwalać na to, aby lekceważono państwo prawa. Setki tysięcy zatrudnionych, zwłaszcza kobiet, nie muszą w niedzielę pracować - mogą odpocząć i być dla rodziny; zauważamy, jak w dwie wolne od handlu niedziele zmienia się styl życia - wskazywał abp Skworc.

Wielu pątników przybyło do piekarskiego Sanktuarium pieszo lub rowerem, tak jak Henryk Gwintok z Siemianowic Śląskich. Mimo że skończył 80 lat zawsze w ostatnią niedzielę maja wsiada na rower i przyjeżdża do Matki Bożej Piekarskiej. To pielgrzymowanie jest już dla niego tradycją. U Matki Bożej jest rok rocznie od ponad trzydziestu lat. - Przyjeżdżam, aby pozdrowić Matkę i podziękować Jej za to, że jestem tu, gdzie jestem i jestem tym, kim jestem. Czuję Jej opiekę każdego dnia i dziękuję za nią w modlitwie codziennie rano - mówi.

Eryk Prochoń i Józef Jędrysek są sąsiadami i także nie wyobrażają sobie, aby z Mysłowic nie przybyć do Piekar. Mają w tym roku ku temu również szczególny powód.- Nie da się pominąć tej uroczystości i nie być na niej. A w tym roku obchodzimy 75. rocznicę urodzin i jesteśmy tu, aby podziękować Bogu przez ręce Maryi za wszystkie otrzymane łaski i prosić o zdrowie na dalsze lata życia. Pielgrzymujemy tu od naszego dzieciństwa - opowiadają.

W tym roku po raz drugi gościem w Piekarach był kard. Zenon Grocholewski z Watykanu, który przewodniczył Mszy św. i wygłosił homilię. Po południu odbyła się także Godzina Młodzieżowa i nabożeństwo majowe, po którym w procesji odprowadzono cudowny obraz do piekarskiej Bazyliki, gdzie odśpiewano uroczyste "Te Deum".

Mężczyźni po raz pierwszy pielgrzymowali do Piekar w 1947 roku. Zgodę na zorganizowanie pielgrzymki wyraził biskup katowicki Stanisław Adamski. U stóp Matki Bożej Piekarskiej modlili się później m.in. kardynałowie: Stefan Wyszyński, Józef Glemp, Franciszek Macharski.

Sanktuarium w Piekarach to szczególne miejsce, gdzie zawsze wybrzmiewał społeczny głos Kościoła. Były tu poruszane trudne tematy. Zwłaszcza w czasach komunizmu spotkania te były oazą wolności dla ludzi pracy ze Śląska. Przybywali tu przede wszystkim hutnicy i górnicy. W latach 1965-1978 - co roku podczas pielgrzymki mężczyzn - homilię na wzgórzu piekarskim głosił ówczesny metropolita krakowski kard. Karol Wojtyła. Warto również wspomnieć, że oryginalny obraz Matki Bożej Piekarskiej znajduje się w katedrze opolskiej, a w Piekarach odbiera cześć jego XVII-wieczna kopia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem