Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Rahel Kebebe Tshay

Katastrofa wreszcie jest badana

2017-04-18 14:47

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 17/2017, str. 38-39

Artur Stelmasiak
Podczas prezentacji prac podkomisji smoleńskiej w 7. rocznicę katastrofy

Ustalenia tzw. komisji Millera rozbiły się w drobny mak o twardą naukę – tak najkrócej można podsumować ustalenia Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem, które zaprezentowano w 7. rocznicę tragedii

Naukowcy pracujący dla komisji przy MON udowodnili wreszcie kilka ważnych kwestii. Pokazali, że stawiają trudne pytania i szukają na nie naukowo-eksperymentalnych odpowiedzi. Ich poprzednicy robili natomiast wszystko, by tych pytań unikać, a szczątkowy materiał dowodowy posklejać i ułożyć w niedrażniącą Rosjan całość.

Podkomisja smoleńska przeanalizowała tysiące danych, ale również przeprowadziła dziesiątki doświadczeń, za którymi stoją naukowcy z dwóch renomowanych polskich uczelni oraz USA. Włożono wiele wysiłku, by zebrać dokładne dane wyjściowe do eksperymentów. – Nie wiem, na ile to wszystko będzie musiało być jeszcze potwierdzone – to zadanie dla ekspertów, ale raport podkomisji przedstawia bardzo mocny materiał – powiedział prof. Michał Kleiber, były prezes Polskiej Akademii Nauk.

„Moskwa dowodzi” i „kazali sprowadzać”

Podczas prezentacji prac podkomisji pierwszy raz dokonano precyzyjnej analizy sposobu naprowadzania polskiego Tu-154M w porównaniu z rosyjskim Ił-76, który próbował wcześniej wylądować na lotnisku Siewiernyj. Okazało się, że są to dwa różne światy. Rosyjski pilot, który kilkukrotnie robił podejście do smoleńskiego lotniska, był naprowadzany bardzo precyzyjnie w porównaniu z tym, co z wieży słyszała polska załoga.

Reklama

Według podkomisji, piloci zostali skierowani na zbyt krótkie zajście (10 km, a Ił-76 miał 14 km) i od pierwszych sekund musieli gonić ścieżkę, niebezpiecznie zwiększając prędkość zniżania (tzw. prędkość pionową). Na tym jednak nie koniec, bo Polacy cały czas słyszeli, że są na kursie i ścieżce, a ich lot tylko w jednym punkcie przeciął ścieżkę. W efekcie Tu-154M schodził kursem ponad 3 stopni, a Ił-76 miał ścieżkę nieco ponad 2 stopni, a więc droga podchodzenia polskiego samolotu była aż o 1/3 bardziej stroma. Co więcej, ta stroma ścieżka podchodzenia kończyła się z boku i 1 km przed pasem lotniska. Według podkomisji, zaniżenie ścieżki podchodzenia tylko przy jednym zajściu Tu-154M, wobec trzech poprawnych podejść Ił-76, niemal wyklucza niesprawną aparaturę bądź przypadek.

W kontekście tego, jak Polacy byli sprowadzani, jeszcze bardziej sugestywnie wygląda rozmowa osób przebywających w smoleńskiej wieży kontroli lotów z decydentami w Moskwie. Szef kontroli lotów dostał jasną dyspozycję, że „Moskwa dowodzi”, a gdy pogoda stale się pogarszała, płk Nikołaj Krasnokutski zadzwonił do szefostwa. „Kazali sprowadzać” – usłyszeli tuż po rozmowie pozostali kontrolerzy.

Hipoteza wybuchów

W tych skrajnie niebezpiecznych warunkach piloci podjęli decyzję o odejściu, czyli zwiększeniu wysokości. Choć dowódca polskiej załogi wydał rozkaz na wysokości zbliżonej do tzw. wysokości decyzji, czyli ok. 90-100 m nad ziemią, to jednak samolot nadal się zniżał. Choć nieznane są wszystkie przyczyny dalszego opadania samolotu, to – według komisji – prawdopodobnie jest to skutek kilku awarii, które wystąpiły już w odległości 2,5 km od pasa startowego.

Zaniepokojeni piloci ręcznie zwiększyli moc silników i ściągnęli wolant do siebie. Samolot zaczął w końcu zwiększać swoją wysokość. Zdaniem podkomisji, lewe skrzydło maszyny zaczęło się rozpadać kilkadziesiąt metrów przed słynną brzozą, która, według rosyjskiego raportu oraz komisji Millera, miała odciąć skrzydło. Mimo częściowej defragmentacji powierzchni nośnej samolot zaczął się wznosić. Potwierdzają to naoczni świadkowie, ale także badania matematyczne oraz doświadczenia w tunelu aerodynamicznym, przeprowadzone zarówno przez Wojskową Akademię Techniczną, jak i na Uniwersytecie Akron w USA. Naukowcy są w trakcie tworzenia cyfrowej rekonstrukcji wraku z fragmentów odnalezionych w Smoleńsku.

Poprzednie komisje badały przebieg katastrofy tylko do brzozy, natomiast podkomisja w MON analizuje dane z rejestratorów, których zapis kończy się kilka sekund później. Na podstawie rozrzutu elementów samolotu oraz danych parametrów lotu postawiono hipotezę, że w tym czasie doszło do eksplozji. Według podkomisji, to mogło spowodować rozpad Tu-154M na tysiące maleńkich fragmentów. Naukowcy z WAT zrekonstruowali fragment kadłuba i doprowadzili do wybuchu, aby sprawdzić, jakie będą zniszczenia. Według podkomisji, są niemal tożsame ze zniszczeniami, które widoczne były w Smoleńsku. – Oczywiście, to wymaga dalszego badania, ale wydaje mi się, że jesteśmy już za półmetkiem naszej pracy – powiedział dr inż. Wacław Berczyński, przewodniczący podkomisji.

Osamotniony Maciej Lasek

Tuż po prezentacji media wspierające rosyjską wersję zdarzeń, którą potwierdziły późniejsze ustalenia komisji Millera, przypuściły atak na Podkomisję ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem. Były szef zespołu ds. bronienia dotychczasowych ustaleń dr Maciej Lasek razem z astrofizykiem z Toronto dr. hab. Pawłem Artymowiczem wziął udział w pracach sejmowego zespołu Platformy Obywatelskiej.

Sytuacja ta pokazuje, że role się odwróciły. Przez wiele lat dziesiątki naukowców, którzy chcieli zbadać przyczyny katastrofy, musiało się ukrywać i szukać bezpiecznego miejsca do debaty. Na wielu uczelniach był bowiem zakaz mówienia na ten temat. Wówczas dr Lasek mówił, że za zespołem Antoniego Macierewicza nie stoi żaden ekspert ani instytucja naukowa. Teraz jest na odwrót, bo skomplikowane badania prowadzą Wojskowa Akademia Techniczna, matematycy i fizycy z UKSW i Uniwersytetu Akron w USA, natomiast Maciej Lasek, który doktoryzował się na WAT, dziś dyskutuje o katastrofie w gronie jednego astrofizyka z Kanady, który przekornie stwierdza, że naukowcy z podkomisji MON „nie znają fizyki na poziomie szkoły średniej”.

Prezentacja badań podkomisji składa się z dwóch części. Pierwsza – dotyczy trajektorii lotu Tu-154M i sposobu jego naprowadzania przez rosyjskich kontrolerów. Opiera się więc na twardych danych, które posłużyły także do postawienia kontrolerom zarzutów umyślnego doprowadzenia do katastrofy. Druga część natomiast składa się z hipotez, za którymi stoją jednak twarda nauka i profesjonalnie przeprowadzone doświadczenia, które należało przeprowadzić 7 lat wcześniej. Podkomisja MON już teraz zrobiła znacznie więcej, niż kiedykolwiek uczyniła komisja Millera. Wystarczy zobaczyć, jak wyglądała prezentacja raportu Millera w porównaniu z profesjonalną i szczegółową wizualizacją opracowaną przez podkomisję MON, aby dostrzec gigantyczną przepaść między tymi komisjami. Nic więc dziwnego, że w poprzednie ustalenia przyczyn katastrofy prawie nikt w Polsce nie wierzył.

Tagi:
Smoleńsk katastrofa smoleńska

Brytyjski ekspert: w Smoleńsku doszło do eksplozji

2018-02-02 20:06

as

Artur Stelmasiak
Frank Taylor

"Przełom w sprawie śmierci Prezydenta Polski w Rosji w 2010 r.: Uznany brytyjski ekspert stwierdził, że doszło do wewnętrznej eksplozji" - czytamy w specjalnym komunikacie na stronach Ministerstwa Obrony Narodowej.

Według ustaleń wybitnego eksperta z Wielkiej Brytanii Franka Taylora za katastrofę polskiego samolotu rządowego 10 kwietnia 2010 roku odpowiedzialna jest eksplozja w lewym skrzydle. Na podstawie szczegółowej analizy wielu dokładnych fotografii oraz po zapoznaniu się z rezultatami badań powstałych w wyniku wielu tysięcy godzin prac Polskiej Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Katastrofy Smoleńskiej, Frank Taylor powiedział, że nie ma wątpliwości, że eksplozje miały miejsce.

Jego zdaniem zniszczenie lewego skrzydła „nie mogło być spowodowane jakąś kolizją z brzozą” a „wstrzelenie do ziemi lewych drzwi pasażerskich nie mogło nastąpić w normalnej katastrofie samolotu uderzającego w ziemie ze zwykłą prędkością”.

Według wniosków Franka Taylora bez wątpienia samolot został zniszczony w wyniku eksplozji, jakie miały miejsce najpierw w lewym skrzydle a potem w kadłubie samolotu Tu154M w ostatnich sekundach lotu.

"Tymi słowami Frank Taylor całkowicie odrzucił wyjaśnienia zawarte w oficjalnym rosyjskim raporcie, że sprawny samolot uderzył w ziemię w wyniku błędu pilota. Rosyjska wersja wydarzeń, ogłoszona zaraz po katastrofie a oficjalnie zaprezentowana w raporcie ze stycznia 2011 roku, była również zaakceptowana przez administrację Donalda Tuska i komisję pod przewodnictwem Jerzego Millera. Z nagrań, jakie opublikowała działająca obecnie Podkomisja wynika, że Jerzy Miller kilka dni po katastrofie przekazał swojej komisji oczekiwania, aby doszła do tych samych wniosków, do jakich dojdzie jeszcze pracująca wówczas komisja rosyjska" - czytamy w komunikacie podkomisji smoleńskiej.

Frank Taylor rozpoczął współpracę z Podkomisją d/s Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego Katastrofy Smoleńskiej blisko 18 miesięcy temu i doszedł do powyższych jednoznacznych wniosków po długotrwałych badaniach i po ostatniej wizycie w Warszawie.

Frank Taylor jest uznanym członkiem Międzynarodowego Stowarzyszenia Śledczych Wypadków Lotniczych (ISASI), od którego otrzymał najwyższe możliwe w tym profesjonalnym stowarzyszeniu wyróżnienie w postaci tytułu „ISASI Fellow”. Frank Taylor jest tylko jedną z 35 osób na całym świecie ciesząca się tytułem „ISASI Fellow”. Może on poszczycić się 44 letnim doświadczeniem w badaniach katastrof lotniczych. W 1998 roku otrzymał też prestiżową nagrodę imienia „Jerome F. Ledere” w uznaniu wieloletnich zasług na rzecz bezpieczeństwa w lotnictwie. Tę nagrodę Taylor otrzymał po wielu znaczących osiągnięciach w obszarze badań katastrof lotniczych. Frank Taylor jest również założycielem i pierwszym dyrektorem Instytutu Lotnictwa na Uniwersytecie Cranfield. Do dziś program kształcący badaczy katastrof lotniczych na Uniwersytecie Cranfield jest uznanym, jako jeden z najlepszych na świecie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Czerwone Koloseum, jak krew chrześcijańskich męczenników

2018-02-24 23:02

Włodzimierz Rędzioch

Dziś wieczorem, z inicjatywy organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, rzymskie Koloseum podświetlono na czerwono, aby przypomnieć krew przelewaną przez chrześcijan w Koloseach współczesnego świata.

Włodzimierz Rędzioch
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kielczanie zwycięzcam X Mistrzostw Polski WSD i Zakonnych w Piłce Nożnej Halowej

2018-02-25 09:31

dziar / Kielce (KAI)

Zespół piłkarski kleryków z WSD w Kielcach obronił dzisiaj mistrzowski tytuł podczas X Mistrzostw Polski Wyższych Seminariów Duchownych i Zakonnych w Piłce Nożnej Halowej.

MR
Grali bez przeszkód...

Zmagania grających w piłkę kleryków trwały przez cały dzień w kieleckich halach sportowych, a poza rozgrywkami prowadzona była także zbiórka na potrzeby hospicjum i wsparcie kampanii Pola Nadziei. Zagrało 20 drużyn.Zespół z WSD w Kielcach okazał się najlepszy. Drugie miejsce zajęli klerycy warszawscy, trzeci – zespół klerycki z Łodzi, a czwarte – z Sandomierza.

Królem strzelców został Piotr Dudkiewicz (WSD Kielce). Za najlepszego zawodnika uznano Konrada Jasińskiego (WSD Warszawa), najlepszym bramkarzem okazał się Michał Kasprzyk (WSD Kielce).

W Kielcach podczas mistrzostw spotkały się i zagrały drużyny aż z 20 diecezji, m.in. z Białegostoku, Olsztyna, Warszawy, Siedlec, Drohiczyna, Tarnowa, Zamościa, Opola, Łodzi, Krakowa, Poznania, Sandomierza. Mistrzostwa rozpoczęła poranna Msza św. w Kościele Akademickim św. Jana Pawła II, pod przewodnictwem bp. Mariana Florczyka, z udziałem m.in. kapelanów sportu, księży towarzyszących zespołom i ks. Pawła Tambora – rektora WSD w Kielcach.

W homilii ks. Krzysztof Banasik, diecezjalny duszpasterz kultury zdrowotnej i sportu w Kielcach zwrócił uwagę na piękno sportu, na zasady fair play i zdrowej rywalizacji, podkreślał także związki sportu z kapłaństwem. – Życzę wam szlachetnego współzawodnictwa, umiejętności przeżywania zwycięstwa i porażki, ale cały czas chodzi o tę umiejętność i sprawność duchową (…), tak potrzebną w przygotowywaniu do bycia kapłanami – mówił. Podkreślił, że od przyszłych księży oczekuje się nie tyle dokonań sportowych, a przede wszystkim „sprawności duchowej”.

Faza eliminacyjna mistrzostw miała miejsce w Centrum Rehabilitacji i Sportu Uniwersytetu Jana Kochanowskiego oraz w hali sportowej Zespołu Szkół Ponadgimnazjalnych nr 2. Wówczas wyłoniono najlepsze drużyny. Mecze finałowe rozgrywano w Centrum Rehabilitacji i Sportu Uniwersytetu Jana Kochanowskiego. Tam także nastąpiło podsumowanie, wręczenie nagród i zakończenie turnieju.

- Atmosfera była wspaniała, miło jest grać u siebie i obronić tytuł mistrzowski, bardzo dzielnie wspierali nas i dopingowali bracia klerycy z kieleckiego seminarium i mieszkańcy miasta – komentuje kl. Damian Liwocha. Podczas Mistrzostw zbierane były środki niezbędne do funkcjonowania kieleckiego hospicjum, prowadzonego przez Caritas. Wkrótce datki zostaną zliczone. Klerycy promowali również ideę hospicyjną i zachęcali kibiców do bezinteresownej pomocy dla bliźniego w potrzebie.

Patronat honorowy nad wydarzeniem objęli m.in.: abp Stanisław Gądecki, Przewodniczący KEP, biskup kielecki Jan Piotrowski, bp Marian Florczyk - Delegat KEP ds. sportu, Witold Bańka - minister sportu i turystyki, Adam Jarubas - Marszałek Województwa Świętokrzyskiego, Agata Wojtyszek - Wojewoda Świętokrzyski.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem