Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Katastrofa wreszcie jest badana

2017-04-18 14:47

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 17/2017, str. 38-39

Artur Stelmasiak
Podczas prezentacji prac podkomisji smoleńskiej w 7. rocznicę katastrofy

Ustalenia tzw. komisji Millera rozbiły się w drobny mak o twardą naukę – tak najkrócej można podsumować ustalenia Podkomisji ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem, które zaprezentowano w 7. rocznicę tragedii

Naukowcy pracujący dla komisji przy MON udowodnili wreszcie kilka ważnych kwestii. Pokazali, że stawiają trudne pytania i szukają na nie naukowo-eksperymentalnych odpowiedzi. Ich poprzednicy robili natomiast wszystko, by tych pytań unikać, a szczątkowy materiał dowodowy posklejać i ułożyć w niedrażniącą Rosjan całość.

Podkomisja smoleńska przeanalizowała tysiące danych, ale również przeprowadziła dziesiątki doświadczeń, za którymi stoją naukowcy z dwóch renomowanych polskich uczelni oraz USA. Włożono wiele wysiłku, by zebrać dokładne dane wyjściowe do eksperymentów. – Nie wiem, na ile to wszystko będzie musiało być jeszcze potwierdzone – to zadanie dla ekspertów, ale raport podkomisji przedstawia bardzo mocny materiał – powiedział prof. Michał Kleiber, były prezes Polskiej Akademii Nauk.

„Moskwa dowodzi” i „kazali sprowadzać”

Podczas prezentacji prac podkomisji pierwszy raz dokonano precyzyjnej analizy sposobu naprowadzania polskiego Tu-154M w porównaniu z rosyjskim Ił-76, który próbował wcześniej wylądować na lotnisku Siewiernyj. Okazało się, że są to dwa różne światy. Rosyjski pilot, który kilkukrotnie robił podejście do smoleńskiego lotniska, był naprowadzany bardzo precyzyjnie w porównaniu z tym, co z wieży słyszała polska załoga.

Reklama

Według podkomisji, piloci zostali skierowani na zbyt krótkie zajście (10 km, a Ił-76 miał 14 km) i od pierwszych sekund musieli gonić ścieżkę, niebezpiecznie zwiększając prędkość zniżania (tzw. prędkość pionową). Na tym jednak nie koniec, bo Polacy cały czas słyszeli, że są na kursie i ścieżce, a ich lot tylko w jednym punkcie przeciął ścieżkę. W efekcie Tu-154M schodził kursem ponad 3 stopni, a Ił-76 miał ścieżkę nieco ponad 2 stopni, a więc droga podchodzenia polskiego samolotu była aż o 1/3 bardziej stroma. Co więcej, ta stroma ścieżka podchodzenia kończyła się z boku i 1 km przed pasem lotniska. Według podkomisji, zaniżenie ścieżki podchodzenia tylko przy jednym zajściu Tu-154M, wobec trzech poprawnych podejść Ił-76, niemal wyklucza niesprawną aparaturę bądź przypadek.

W kontekście tego, jak Polacy byli sprowadzani, jeszcze bardziej sugestywnie wygląda rozmowa osób przebywających w smoleńskiej wieży kontroli lotów z decydentami w Moskwie. Szef kontroli lotów dostał jasną dyspozycję, że „Moskwa dowodzi”, a gdy pogoda stale się pogarszała, płk Nikołaj Krasnokutski zadzwonił do szefostwa. „Kazali sprowadzać” – usłyszeli tuż po rozmowie pozostali kontrolerzy.

Hipoteza wybuchów

W tych skrajnie niebezpiecznych warunkach piloci podjęli decyzję o odejściu, czyli zwiększeniu wysokości. Choć dowódca polskiej załogi wydał rozkaz na wysokości zbliżonej do tzw. wysokości decyzji, czyli ok. 90-100 m nad ziemią, to jednak samolot nadal się zniżał. Choć nieznane są wszystkie przyczyny dalszego opadania samolotu, to – według komisji – prawdopodobnie jest to skutek kilku awarii, które wystąpiły już w odległości 2,5 km od pasa startowego.

Zaniepokojeni piloci ręcznie zwiększyli moc silników i ściągnęli wolant do siebie. Samolot zaczął w końcu zwiększać swoją wysokość. Zdaniem podkomisji, lewe skrzydło maszyny zaczęło się rozpadać kilkadziesiąt metrów przed słynną brzozą, która, według rosyjskiego raportu oraz komisji Millera, miała odciąć skrzydło. Mimo częściowej defragmentacji powierzchni nośnej samolot zaczął się wznosić. Potwierdzają to naoczni świadkowie, ale także badania matematyczne oraz doświadczenia w tunelu aerodynamicznym, przeprowadzone zarówno przez Wojskową Akademię Techniczną, jak i na Uniwersytecie Akron w USA. Naukowcy są w trakcie tworzenia cyfrowej rekonstrukcji wraku z fragmentów odnalezionych w Smoleńsku.

Poprzednie komisje badały przebieg katastrofy tylko do brzozy, natomiast podkomisja w MON analizuje dane z rejestratorów, których zapis kończy się kilka sekund później. Na podstawie rozrzutu elementów samolotu oraz danych parametrów lotu postawiono hipotezę, że w tym czasie doszło do eksplozji. Według podkomisji, to mogło spowodować rozpad Tu-154M na tysiące maleńkich fragmentów. Naukowcy z WAT zrekonstruowali fragment kadłuba i doprowadzili do wybuchu, aby sprawdzić, jakie będą zniszczenia. Według podkomisji, są niemal tożsame ze zniszczeniami, które widoczne były w Smoleńsku. – Oczywiście, to wymaga dalszego badania, ale wydaje mi się, że jesteśmy już za półmetkiem naszej pracy – powiedział dr inż. Wacław Berczyński, przewodniczący podkomisji.

Osamotniony Maciej Lasek

Tuż po prezentacji media wspierające rosyjską wersję zdarzeń, którą potwierdziły późniejsze ustalenia komisji Millera, przypuściły atak na Podkomisję ds. Ponownego Zbadania Wypadku Lotniczego pod Smoleńskiem. Były szef zespołu ds. bronienia dotychczasowych ustaleń dr Maciej Lasek razem z astrofizykiem z Toronto dr. hab. Pawłem Artymowiczem wziął udział w pracach sejmowego zespołu Platformy Obywatelskiej.

Sytuacja ta pokazuje, że role się odwróciły. Przez wiele lat dziesiątki naukowców, którzy chcieli zbadać przyczyny katastrofy, musiało się ukrywać i szukać bezpiecznego miejsca do debaty. Na wielu uczelniach był bowiem zakaz mówienia na ten temat. Wówczas dr Lasek mówił, że za zespołem Antoniego Macierewicza nie stoi żaden ekspert ani instytucja naukowa. Teraz jest na odwrót, bo skomplikowane badania prowadzą Wojskowa Akademia Techniczna, matematycy i fizycy z UKSW i Uniwersytetu Akron w USA, natomiast Maciej Lasek, który doktoryzował się na WAT, dziś dyskutuje o katastrofie w gronie jednego astrofizyka z Kanady, który przekornie stwierdza, że naukowcy z podkomisji MON „nie znają fizyki na poziomie szkoły średniej”.

Prezentacja badań podkomisji składa się z dwóch części. Pierwsza – dotyczy trajektorii lotu Tu-154M i sposobu jego naprowadzania przez rosyjskich kontrolerów. Opiera się więc na twardych danych, które posłużyły także do postawienia kontrolerom zarzutów umyślnego doprowadzenia do katastrofy. Druga część natomiast składa się z hipotez, za którymi stoją jednak twarda nauka i profesjonalnie przeprowadzone doświadczenia, które należało przeprowadzić 7 lat wcześniej. Podkomisja MON już teraz zrobiła znacznie więcej, niż kiedykolwiek uczyniła komisja Millera. Wystarczy zobaczyć, jak wyglądała prezentacja raportu Millera w porównaniu z profesjonalną i szczegółową wizualizacją opracowaną przez podkomisję MON, aby dostrzec gigantyczną przepaść między tymi komisjami. Nic więc dziwnego, że w poprzednie ustalenia przyczyn katastrofy prawie nikt w Polsce nie wierzył.

Tagi:
Smoleńsk katastrofa smoleńska

Historyczna rocznica

2018-04-18 11:44

Artur Stelmasiak
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 18-19

10 kwietnia 2018 r., w dniu ósmej rocznicy katastrofy smoleńskiej, zamknął się ważny etap naszej najnowszej historii. Na placu Piłsudskiego w Warszawie, gdzie w kwietniu 2010 r. pogrążeni w smutku Polacy modlili się za ofiary katastrofy, stanął pomnik upamiętniający wszystkie 96 osób, które zginęły

Artur Stelmasiak
Pomnik, przykryty  biało-czerwoną  flagą,  został  odsłonięty  przez  przedstawicieli  rodzin  smoleńskich

O tym, że katastrofa smoleńska powinna zostać upamiętniona w centrum Warszawy, Polacy byli przekonani już 10 kwietnia 2010 r. Największa tragedia w naszej powojennej historii musi mieć swoje artystyczne odniesienie w przestrzeni publicznej stolicy. Tak przecież jest ze wszystkimi ważnymi wydarzeniami w naszej historii. – Modlimy się przede wszystkim za zmarłych, którzy osiem lat temu zginęli w katastrofie smoleńskiej. Ale módlmy się także o to, by ten pomnik wszystkich nas jednoczył. Niech ten pomnik przemawia do przyszłych pokoleń. Boże, zlej swoje błogosławieństwo na wszystkich, którzy będą nawiedzać to wyjątkowe miejsce – prosił w modlitwie kard. Kazimierz Nycz, który poświęcił pomnik na placu Piłsudskiego.

Pomnik autorstwa Jerzego Kaliny ma prostą formę, ale już teraz urósł do narodowego symbolu, który może zakończyć trawiący Polaków spór polityczny. Ofiarami katastrofy sprzed ośmiu lat byli przecież politycy ze wszystkich opcji politycznych. – On jest wszystkich i dla wszystkich – podkreślił prezydent RP Andrzej Duda i wyraził nadzieję, że pomnik będzie nas jednoczył, niezależnie od poglądów politycznych, że w krótkim czasie będzie świętym miejscem dla wszystkich Polaków. – Bo jest symbolem naszej wspólnoty, bo upamiętnia to, co było wspólnotowe, i że właśnie dla tego, co było wspólne, nasze, oni zginęli. I dlatego on jest nasz, wspólny! – podkreślił prezydent.

Zapracował na upamiętnienie

Przykryty biało-czerwoną flagą pomnik został odsłonięty przez przedstawicieli rodzin ofiar katastrofy. To one najwięcej wycierpiały po stracie bliskich oraz zostały wciągnięte w wir bezlitosnej polityki. – Długo czekałam, ale cieszę się, że wreszcie nadeszła ta chwila – powiedziała „Niedzieli” Ewa Kochanowska, wdowa po śp. Januszu Kochanowskim, rzeczniku praw obywatelskich. – Pomnik Jerzego Kaliny bardzo mi się podoba, bo przecież sama uczestniczyłam w postępowaniu konkursowym – dodała.

W gronie osób, które odsłoniły pomnik smoleński, był, oczywiście, Jarosław Kaczyński, brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego. To jego polityczna i osobista determinacja sprawiła, że ofiary katastrofy zostały wreszcie upamiętnione. – Ani pomnik ofiar katastrofy smoleńskiej, ani pomnik Lecha Kaczyńskiego nie są przeciwko nikomu. My chcemy jedności Polaków, ale jedności wokół dobra, a nie wokół zła – powiedział prezes Prawa i Sprawiedliwości. – Tam jest 96 nazwisk. Bez żadnych tytułów, bez funkcji, po prostu 96 osób. 96 osób Polek i Polaków, którzy wspólnie wybrali się do Katynia po to, by podtrzymać pamięć. I to jest wystarczający powód, żeby ten pomnik tutaj stanął.

Tuż obok, na skraju placu Piłsudskiego, przy gmachu Garnizonu Warszawa, został odsłonięty kamień, gdzie za kilka miesięcy stanie pomnik prezydenta Lecha Kaczyńskiego. – Ten pomnik powstaje dlatego, że Lech Kaczyński przez całe swoje życie budował drogę do wyzwolenia ojczyzny. A później, gdy wolność okazała się niedoskonała, tworzył nurt życia publicznego, którego celami były zmiana i naprawa Rzeczypospolitej. Nikt nie odegrał tak wielkiej roli jak on w budowaniu tego, co było w Polsce dobre i sprawiedliwe. I dlatego ten pomnik stanie w tym miejscu – stwierdził Jarosław Kaczyński.

Do symboliki pomnika śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego odniósł się także Andrzej Duda. – Nikt nie miał takiego zaufania społecznego wśród wyborców, którzy wybrali go do Senatu, do Sejmu, na prezydenta Warszawy i wreszcie na prezydenta Rzeczypospolitej. Prezydent prof. Lech Kaczyński cieszył się po prostu ogromnym zaufaniem, bo sobie na to zaufanie zapracował. Można więc śmiało powiedzieć, że zapracował sobie swoją służbą dla ojczyzny także na to upamiętnienie – podkreślił prezydent Duda.

Quo vadis Polonia?

Stałym punktem rocznicowych obchodów jest zawsze Msza św. z udziałem rodzin ofiar, najwyższych władz państwowych i ponad 100 księży z całej Polski. Tysiące wiernych wypełniło szczelnie warszawską katedrę, ulice Starego Miasta oraz plac Zamkowy. – Jak co roku, jak co miesiąc wspominamy tych, którzy wtedy zginęli. 96 córek i synów narodu, pod przewodnictwem prezydenta Lecha Kaczyńskiego – powiedział bp Michał Janocha. W trakcie homilii nawiązał do jubileuszu 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości. Odniósł się do artystycznej instalacji grobu Pańskiego w warszawskiej archikatedrze, gdzie na tle narodowych barw orzeł w koronie zrywa kajdany i unosi się w powietrze. Przypomniał, że w Smoleńsku polskie skrzydła wbiły się w czarną ziemię. A w katedrze polskie skrzydła wzbijają się w białe niebo. Dumny orzeł zrywa żelazne łańcuchy, zrywa się do lotu. Od tego zrywu mija sto lat. – Jaka jest dzisiaj nasza ojczyzna? Jaka jest ziemia naszych praojców, ziemia Szczęsnego Felińskiego, Piłsudskiego, Dmowskiego, Witosa, Korfantego, Wyszyńskiego, ziemia Karola Wojtyły, po stu latach od tamtego cudu? – zastanawiał się bp Janocha i konstatował: – Między katedrą a Pałacem Prezydenckim stoją bariery chroniące Polaków przez Polakami, a czarne marsze domagają się prawa do zabijania nienarodzonych. Czy ten orzeł, który rozrywa kajdany i zrywa się do lotu, nie jest tylko projekcją naszych narodowych tęsknot, czy nie jest naszym kolejnym zbiorowym złudzeniem, czy nie jest jakąś tragiczną farsą?

Zdaniem bp. Janochy, współczesne kajdany mają swój wymiar społeczny i często bezwiednie sami sobie je nakładamy albo pozwalamy nakładać – przez bezkrytyczne uleganie wpływowym ideologiom. Jan Paweł II nazwał to zjawisko „cywilizacją śmierci”, kiedy w imię egoistycznej wolności, oderwanej od solidarności i od odpowiedzialności, głosi się prawo do decydowania o życiu nienarodzonych, upośledzonych, śmiertelnie chorych. Ksiądz biskup przypomniał, że pierwszym krajem w Europie, który wprowadził nieograniczone prawo zabijania nienarodzonych, była bolszewicka Rosja, a drugim były nazistowskie Niemcy. – Dziś tego samego prawa domagają się ludzie w imię postępu. Czy jeżeli ludożerca je widelcem i nożem, to jest postęp? W tym miejscu można powtórzyć pytanie, nieco nadużywane, niemniej jednak ważne i poważne: Quo vadis Polonia? Quo vadis Europa? – zauważył bp Janocha.

Ostatni Marsz Pamięci

Późnym wieczorem z archikatedry pod Pałac Prezydencki przeszedł Marsz Pamięci. Jarosław Kaczyński powiedział, że postawienie pomnika ofiar katastrofy kończy ważny etap. Podziękował wszystkim uczestnikom, którzy przez długie osiem lat uczestniczyli w comiesięcznej Mszy św. oraz w Marszu Pamięci. Zapowiedział, że nadal będą się modlić każdego 10. dnia miesiąca, ale już nie będzie marszy Krakowskim Przedmieściem.

Brat śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego wielokrotnie podkreślał wagę upamiętnienia ofiar katastrofy oraz wyjaśnienia jej przyczyn. – Mamy raporty wstępne, jeszcze nieostateczne. Przed nami badania, które będą prowadzone na zlecenie prokuratury przez najwybitniejszych w skali światowej specjalistów od katastrof lotniczych. Część spraw została już wyjaśniona, a droga do kolejnych jest otwarta – podsumował Jarosław Kaczyński. – To 96. marsz. Tyle marszów, ile ofiar katastrofy smoleńskiej. 96. marsz jest marszem ostatnim, bo doszliśmy do celu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Gramy z Senegalem!

2018-06-19 07:18

Grzegorz Sowa

Mecz z Senegalem dla polskiej reprezentacji to jedna wielka niewiadoma. Reprezentacja Senegalu prezentuje bardzo wysoki poziom, lecz my również niczym jej nie ustępujemy. Obie drużyny mają piłkarzy na najwyższym, światowym poziomie. Gospodarczo jednak prześcigamy ten piękny kraj o świetlne lata. Senegal to była kolonia francuska, niestety nie jest wciąż zbyt wydolną gospodarką. I choć w ostatnich latach się poprawia, to do naszych osiągnięć mu bardzo daleko. Pomimo faktu, iż Senegal jest najbardziej uprzemysłowionym państwem z krajów byłej Francuskiej Afryki Zachodniej, w miastach wciąż panuje wysokie bezrobocie i bieda.

Lightboxx/fotolia.com

Nigdy nie zapomnę sytuacji, gdy podczas mojej podróży do Senegalu na granicy gambijsko- senegalskiej otoczyła nas grupa dzieci- większość z nich nie prosiła jednak o pieniądze, lecz o kupno piłki futbolowej. Dla wielu młodych chłopaków w Senegalu gra w piłkę na zawodowym poziomie to wielkie marzenie. Marzą głównie o wyjeździe i grze w piłkę w Europie. Europa dla Senegalczyków to "ziemia obiecana" a miejsce na łodzi przemycającej ludzi, płynącej z Afryki lub krajów arabskich do Europy, kosztuje podobno od 2 do 4 tysięcy dolarów. Uzbieranie 2 tysięcy dolarów wydaje się wręcz nierealne. Afrykańskie rodziny są bardzo solidarne. Trzeba pamiętać, że sporo Afrykańczyków pracuje w różnych częściach świata, zwłaszcza w krajach francuskojęzycznych, gdzie mają dużo lepszy start ze względu na język. Więzy rodzinne są bardzo mocne. Senegalczycy bardzo sobie pomagają. Zdarza się, że czasem cała wioska zbiera się na opłacenie przejazdu jednego swojego mieszańca.

Bieda w Senegalu wędruje z północy na południe wraz z piaskiem Sahary, która coraz bardziej wdziera się w głąb kraju. Sieć wodociągowa jest tu rzadkością. Mało kto ma kran w domu. Chociaż zdarzają się wyjątki. Znajdziemy niejeden piękny dom pośród okrągłych domków krytych słomą lub blachą. Co ciekawe sieć telefonii komórkowej jest tu dobrze rozwinięta. Komórkę znaleźć można nawet w buszu. Piękno natury w Senegalu jest okazałe- piękne wybrzeże, niezwykłe baobaby i wonne eukaliptusy oraz kwitnące wszędzie wielobarwne kwiaty robią wrażenie , lecz niestety nigdy nie zrekompensuje panującej tam biedy. Nic dziwnego, że większość Senegalczyków marzy o wyjeździe do upragnionej Europy. Powszechnie panujące przeświadczenie u młodych chłopców o wielkich pieniądzach za grę w piłkę nożną Europie stanowi dla nich niezwykle mobilizujący czynnik do uprawiania tego sportu od maleńkości. Nielicznym udaje się dostać do tego wielkiego futbolowego świata. Jednym z nich jest wielka gwiazda senegalskiej piłki - Sadio Mane, który zrobił niebywałą karierę piłkarską.

Senegalczycy są głodni sukcesów - w tym pięknym państwie wszyscy wciąż pamiętają znakomity turnie w Korei Japonii z 2002 roku, kiedy "Lwy Terangi" dotarły aż do ćwierćfinału turnieju.

Nasz pierwszy grupowy przeciwnik dysponuje wyrównanym składem, a jego największymi gwiazdami są skrzydłowi - wspomniany już Sadio Mane (FC Liverpool) oraz Keita Balde (AS Monaco). Trenerem zespołu jest Aliou Cisse, były zawodnik m.in. francuskiego Paris Saint-Germain a także uczestnik pamiętnego mundialu w Azji.

Choć Senegalczycy mają kilku niezłych napastników, Cisse rzadko decyduje się grać dwójką snajperów. Jego ekipa zazwyczaj gra w formacji 4-5-1, bez klasycznej "dziesiątki" na boisku. Wszyscy trzej środkowi pomocnicy mają raczej za zadanie skutecznie przenosić akcje na skrzydła, by maksymalnie wykorzystać szybkość bocznych pomocników.

Senegal dysponuje młodym składem i tak właśnie jest w formacji obrony. Niewykluczone, że w w meczu z Polakami w bramce stanie 24-letni Andre Gomis, grający we włoskim SPAL. To na niego w ostatnim meczu eliminacji z RPA postawił Cisse, choć we wcześniejszych meczach eliminacji bronili bardziej doświadczeni Abdoulaye Diallo ze Stade Rennes.

Fromacja obronna Senegalu jest mocno obsadzona. Pod koniec eliminacji na prawą flankę wskoczył ledwie 19-letni Moussa Wogue, na co dzień grający w belgijskim KAS Eupen. Jego dobra forma zwiększyła pole manewru selekcjonera, jeśli chodzi o obsadę lewej strony. Może na niej zagrać bowiem grający do tej pory na prawej flance doświadczony Lamine Gassama, były gracz Olympique Lyon, a obecnie tureckiego Alanyasporu.

Nasz rywal z Afryki nie ma także problemu z obsadzeniem środka obrony. Liderem formacji defensywnej jest dobry znajomy Arka Milika i Piotrka Zieilńskiego - Kalidou Koulibaly, który ma pewne miejsce we włoskim SSC Napoli. Jego partnerem jest klubowy kolega Łukasza Teodorczyka z Anderlechtu - rosły Kara. W klubie gra wszystko, o ile tylko jest zdrowy, lecz nawet w przypadku urazu dla trenera Cisse nie będzie to zmartwienie. Do jego dyspozycji pozostaje bowiem Salif Sane z Hannoveru 96 - piłkarz mogący równie dobrze zagrać jako boczny obrońca lub defensywny pomocnik.

Środek pola obsadzony jest zawodnikami grającymi w Premier League. Niekwestionowanym pewniakiem do gry jest Idrissa Gueye, który jest filarem drużyny Evertonu. Mimo zmiany trenera klubowego jego pozycja jest niepodważalna i Gueye gra niemal w każdym meczu. Jego partnerem najprawdopodobniej będzie kapitan reprezentacji Cheikhou Kouyate. Środkowy pomocnik West Hamu United cieszy się zaufaniem Davida Moyesa, a para Gueye-Kouyate w kadrze gra bardzo dobrze od początku pracy Cisse.

Pozostaje pytanie, kto dołączy do nich, jako trzeci środkowy pomocnik. Mocnym kandydatem pozostaje wspomniany wcześniej Salif Sane, z tym, że wówczas na boisku byłoby trzech typowo defensywnych pomocników. Jeżeli Cisse chciałby postawić na atak - wówczas do dyspozycji ma Henriego Saiveta z Newcastle United oraz Badou Ndiaye z Galatasaray.

Największą mocną stroną Senegalczyków są skrzydła i to w atakach bocznymi sektorami boiska z pewnością upatrywać będą swoich szans. Grają tam bowiem najlepsi senegalscy piłkarze - wspomniany wcześniej Sadio Mane, za którego latem zeszłego roku Liverpool FC zapłacił ponad 40 mln euro oraz Keita Balde, kupiony w sierpniu przez AS Monaco za 30 mln euro. Zarówno Mane, jak i Balde są ważnymi zawodnikami swoich klubów. Na topie jest ostatnio zwłaszcza ten pierwszy, zaliczający siedem trafień i pięć asyst w piętnastu spotkaniach tego sezonu.

Największa konkurencja występuje właśnie na pozycji ataku. O miejsce na pozycji napastnika rywalizują Mame Diouf (Stoke City), Diafra Sakho (West Ham United) oraz Moussa Konate (SC Amiens). Do kadry puka też rewelacyjny 19-latek ze Stade Rennes Ismaila Sarr, a w grze o wyjazd na mundial pozostaje znany z francuskich boisk Moussa Sow. Choć 31-letni snajper od jakiegoś czasu gra w słabszej aczkolwiek bogatej lidze ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, to na razie nie odbijało się to na jego skuteczności w drużynie narodowej.

Senegalczycy nie mają w swoich szeregach piłkarza pokroju Roberta Lewandowskiego, lecz nie sposób nie zauważyć, że dysponują bardzo wyrównanym składem, złożonym z piłkarzy z bardzo dobrych europejskich klubów.

Na nasze nieszczęście Senegalczycy zwykli dobrze rozpoczynać wielkie turnieje, dlatego niezwykle ważne będzie, by "Biało-Czerwoni" dobrze zagrali od samego początku. Jeżeli już w fazie początkowej meczu uda się złamać przeciwnika i wprowadzić w jego grę chaos, nasze szanse na zwycięstwo będą rosły. Powszechne jest przeświadczenie, że psychika ma ogromne znaczenie w przypadku afrykańskich drużyn, dlatego tak ważne będzie, by już na początku meczu wyprowadzić naszych rywali z rytmu.

Spotkanie, które zainauguruje mundial zarówno dla Polaków, jak i Senegalczyków odbędzie się 19 czerwca o godzinie 17 na Otkrytie Arenie w Moskwie.

Przypuszczalny skład na mecz z Senegalem:

Szczęsny – Piszczek, Bednarek, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Góralski, Grosicki - Zieliński - Lewandowski

albo

Szczęsny – Piszczek, Bednarek, Pazdan, Rybus – Błaszczykowski, Krychowiak, Zieliński, Grosicki – Milik - Lewandowski

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bielsko-Biała: ponad 247 tys. zł na hospicjum z akcji „Pola Nadziei”

2018-06-19 21:05

rk / Bielsko-Biała (KAI)

Ponad 247 tys. zł zgromadziły w tym roku szkoły z Podbeskidzia oraz salwatoriańskie parafie w USA, które w ramach 14. edycji programu „Pola Nadziei” zbierały na rzecz działającego od ponad półtora roku pierwszego w Bielsku-Białej hospicjum stacjonarnego im. Jana Pawła II. W programie wzięły udział 62 placówki edukacyjne z Bielska-Białej, powiatu bielskiego, Skoczowa oraz cztery polskie wspólnoty ze stanów Nowy Jork i New Jersey.

Bożena Sztajner

Podsumowanie programu „Pola Nadziei” było okazją do spotkania się reprezentantów wszystkich szkół uczestniczących w akcji, a także samorządowców, parlamentarzystów i duchownych z Kościoła katolickiego. Wspólnie modlono się 19 czerwca podczas nabożeństwa słowa Bożego w kościele NMP Królowej Polski w Bielsku-Białej. Liturgii przewodniczył bp Piotr Greger.

W kazaniu biskup pomocniczy podziękował nauczycielom i uczniom w imieniu Kościoła bielsko-żywieckiego za podjęte wysiłki na rzecz dzieła hospicyjnego. „To jest bezcenny dar, świadczący o trosce o ludzi przeżywających czas choroby nowotworowej. Dziękuję za to, że macie w sobie i coraz bardziej kształtujecie postawę ludzi, dla których wyobraźnia miłosierdzia nie jest pustym hasłem. Czujecie odpowiedzialność za tych, którzy są naznaczeni szczególnym krzyżem bólu i cierpienia. Jest w was nieocenione pragnienie niesienia pomocy tym, którzy potrzebują jej najbardziej ze wszystkich” – podkreślił biskup.

Jak poinformowała prezes Salwatoriańskiego Stowarzyszenia Hospicyjnego Grażyna Chorąży, w kończącym się roku szkolnym 2017/2018 szkoły uzbierały i przekazały na rzecz Hospicjum im. Jana Pawła II w Bielsku-Białej ponad 247 tys. zł. organizując zbiórki, kiermasze, koncerty, przedstawienia, sprzedając ciasta i własnoręcznie wykonane drobiazgi. Zebrana kwota – 247 tys. 810 zł – wspomoże codzienną działalność hospicjum.

Prawie 10 tys. dolarów zebrano w polskich parafiach i salwatoriańskim klasztorze w USA. Podsumowanie „Pól Nadziei 2018” było również okazją do wręczenia dyplomów Honorowego Członka Salwatoriańskiego Stowarzyszenia Hospicyjnego za szczególną pomoc dla hospicjum. Z rąk ks. Piotra Schory SDS, kapelana hospicjum, otrzymali je: Ewa Żak – radna sejmiku województwa śląskiego oraz Urszula i Andrzej Omyliński – małżeństwo publicystów.

Budowę bielskiego hospicjum zainicjowało Salwatoriańskie Stowarzyszenie Hospicyjne przy bielskiej parafii księży salwatorianów. W październiku 2016 roku hospicjum rozpoczęło swoją działalność.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem