Reklama

Kto się boi demokracji?

2017-03-29 10:06

Z min. Zbigniewem Ziobrą rozmawiał Mateusz Wyrwich
Niedziela Ogólnopolska 14/2017, str. 26-28

Archiwum Ministerstwa Sprawiedliwości
Dzięki zmianom, które proponuję, szeregowi sędziowie nie tylko zachowają niezależność, ale jeszcze zyskają – mówi min. Zbigniew Ziobro

Demokracji najbardziej boją się ci, którzy mają nią wypełnione usta, ale nie głowy. Z ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą rozmawia Mateusz Wyrwich

MATEUSZ WYRWICH: – Po przemianach w 1989 r. w sądach, z wyjątkami, pracowali sędziowie, którzy skazywali jeszcze w procesach z lat 50. XX wieku, m.in. Żołnierzy Wyklętych. Orzekało również wielu sędziów z lat 80. Dlaczego sądownictwo nie zostało do tej pory radykalnie zreformowane?

ZBIGNIEW ZIOBRO: – Niektórzy wierzą, że był to tylko efekt naiwności i braku rozsądku, ale moim zdaniem, było to zamierzone i zaplanowane działanie. Co prawda mieliśmy demokratycznie wybierany parlament i prezydenta, ale władza sądownicza pozostała poza demokratyczną kontrolą. W skład Krajowej Rady Sądownictwa, utworzonej w 1989 r., wchodzili sędziowie powołani przez komunistyczną Radę Państwa, a później prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego, mający duże zaufanie ówczesnej władzy. Cała struktura sądownictwa do dziś jest zakorzeniona w czasach PRL-u. Przyjęto bowiem naiwne założenie, że środowisko sędziowskie zreformuje się i oczyści samo.

– Z jakim skutkiem?

– Nie jest przypadkiem, że po upadku komunizmu złożone z sędziów sądy dyscyplinarne usunęły z tego zawodu zaledwie jednego sędziego, który sprzeniewierzył się sprawiedliwości w okresie rządów komunistów. Był to sędzia, który w stanie wojennym skazał na więzienie Adama Michnika, Władysława Frasyniuka i Bogdana Lisa. A przecież drastyczne sądowe wyroki wobec działaczy demokratycznej opozycji, wydawane nawet z pogwałceniem obowiązującego wówczas prawa, były regułą aż do końca PRL-u. Komunistyczne sądy skazały na śmierć ponad 3 tys. polskich patriotów, uczestników niepodległościowego podziemia – wśród nich takie osoby, jak rtm. Witold Pilecki, który dobrowolnie dał się uwięzić w niemieckim obozie Auschwitz, żeby dać światu świadectwo o dokonywanych tam zbrodniach.
Mimo to wprowadzenie w demokratycznej Polsce przepisów, które umożliwiłyby weryfikację sędziów, szło jak po grudzie. Kolejne projekty kwestionował Trybunał Konstytucyjny. Dopiero w końcu 1998 r. Sejm uchwalił Ustawę o odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów, którzy w latach 1944-89 sprzeniewierzyli się niezawisłości sędziowskiej. Co znamienne, okres jej obowiązywania ograniczono tylko do końca 2002 r.
Liczbę sędziów, którzy zasłużyli na wydalenie, oceniano wtedy nawet na 500. Ostatecznie do Sądu Dyscyplinarnego przy Sądzie Najwyższym trafiły sprawy ponad 50 sędziów, a z zawodu został wydalony tylko ten jeden, o którym wspomniałem. Jednocześnie sądy powszechne nie rozliczyły większości komunistycznych zbrodni, np. Wojciech Jaruzelski nigdy nie został skazany – ani za stan wojenny, ani za masakrę robotników na Wybrzeżu w 1970 r.

– Dlaczego mówi Pan Minister, że „niektórzy wierzą”, iż zaniechanie reformy sądownictwa i nierozliczenie sędziów było skutkiem tylko braku rozsądku i naiwności?

– Można to tłumaczyć tylko naiwnością ówczesnej opozycji solidarnościowej, ale oni dali się ograć Czesławowi Kiszczakowi, co by o nim nie mówić – inteligentnemu przeciwnikowi, który zagwarantował brak zmian w wymiarze sprawiedliwości. Kiszczak i jego ludzie, cyniczni gracze, doskonale wiedzieli, że to była gwarancja ich bezkarności. I dobrze to wykalkulowali, bo przecież ani Kiszczak, ani Jaruzelski nie ponieśli żadnych konsekwencji swoich działań. Proszę też spojrzeć na finał wielkich gospodarczych afer z lat 90. i późniejszych – alkoholowej, paliwowej, FOZZ, Laboratorium Frakcjonowania Osocza i innych. Słyszał Pan o surowych wyrokach? Nawet niedawno sąd uniewinnił głównych oskarżonych w aferze związanej z ustawianiem przetargów na budowę dróg i autostrad. Wniosłem w tej sprawie o kasację.
Przymykano oko i umarzano na masową skalę takie sprawy, a jeśli już były procesy, to mieliśmy do czynienia z zaskakująco łagodnymi wyrokami w aferach, na których państwo polskie i zwyczajni Polacy tracili miliardy złotych. W tamtych latach „wybito zęby” wymiarowi sprawiedliwości, co pozwoliło stosować zasadę, że pierwszy milion można ukraść. Nie tylko nie odnowiono moralnie organów ścigania, lecz wręcz doprowadzono do ich degeneracji. Skorzystali na tym ludzie powiązani z aparatem komunistycznym, zbili fortuny na przejmowaniu za bezcen państwowego majątku. Podobny mechanizm był w czasach rządów PO-PSL. Myśli Pan, że doszłoby do afery Amber Gold, gdyby sądy, sądowi kuratorzy i prokuratorzy nie wykazywali zadziwiającej pobłażliwości wobec właściciela tej firmy, który był już karany za oszustwa?
To samo dotyczy gigantycznej afery reprywatyzacyjnej w Warszawie, w wyniku której w prywatne ręce przeszły nieruchomości warte miliardy złotych. Wszystkie zawiadomienia wyrzucanych na bruk ludzi prokuratorzy umarzali albo w ogóle odmawiali ich przyjęcia. Afera mogła się rozwijać m.in. także dlatego, że sądy przydzielały kuratorów osobom mającym rzekomo nawet 140 lat, bez sprawdzenia, czy te osoby rzeczywiście żyją. Na tej podstawie fałszywi kuratorzy bezprawnie odzyskiwali mienie w imieniu byłych właścicieli albo ich spadkobierców.
To sprawy, które dopiero teraz są wyjaśniane. Na moje polecenie reprywatyzacją intensywnie zajęła się prokuratura – jest już ponad 150 śledztw. Trwają też prokuratorskie postępowania dotyczące afery Amber Gold – w tym najważniejsze, mające wyjaśnić, kto naprawdę stał za tym oszukańczym procederem. Działa już sejmowa komisja śledcza. A jeśli zostanie powołana kolejna, żeby wyjaśnić miliardowe oszustwa na podatku VAT, to jej ustalenia mogą być jeszcze bardziej szokujące niż w przypadku Amber Gold.
Na podstawie wiedzy, którą dysponuję jako prokurator generalny, mam więc powody, aby podejrzewać, że pobłażliwość i nieskuteczność wymiaru sprawiedliwości wobec afer mogły nie być wyłącznie przypadkiem. Ale dajmy czas prokuratorom, żeby mogli przedstawić na to niepodważalne dowody.

– W porównaniu z niewielkimi zmianami, które jednak przeprowadzono w sądownictwie III RP, obecna reforma to rewolucja. Spodziewał się Pan Minister takiego oporu?

– Oporu – tak, ponieważ uderzam w potężne interesy potężnego środowiska. Ale nie spodziewałem się takiej demagogii i arogancji ze strony jego przedstawicieli. Te wszystkie opowieści o sędziach jako o „nadzwyczajnej kaście ludzi” już nie tylko są gorszące, ale też dowodzą, że sędziowskie elity naprawdę mają zwyczajnych ludzi w pogardzie i uważają, iż sędziowie są poza demokratyczną kontrolą.
Ja za niespełna 3 lata znów stanę do wyborów. Polacy ocenią, czy jestem godzien, żeby dalej sprawować mandat posła. To skuteczna demokratyczna kontrola. Takich ludzi, jak np. były szef klubu parlamentarnego Platformy Obywatelskiej Zbigniew Chlebowski, który umawiał się z biznesmenami na cmentarzu, żeby uzgadniać szemrane interesy, nie ma już w parlamencie. Ale urząd sędziego nadal sprawuje prezes Sądu Okręgowego w Gdańsku, choć w sprawie afery Amber Gold deklarował podejmowanie decyzji pod dyktando ówczesnego premiera Donalda Tuska, którego syn pracował w firmie oszusta.
Albo inny przykład. Jeśli czytelnicy tygodnika „Niedziela” chcą wiedzieć, ile zarabiam i czego się w życiu dorobiłem, mogą to sprawdzić w moim oświadczeniu majątkowym na stronie internetowej Sejmu. A ujawnianie oświadczeń majątkowych sędziów, które udało mi się przeforsować, spotkało się z gigantycznymi oporami z ich strony.
To kto tu jest na bakier z demokracją? I kto się boi demokratycznej kontroli? Pamiętajmy, że wśród sędziów są też ludzie uczciwi i rzetelni, ale to nie oni zabierają dzisiaj głos w imieniu swojego środowiska.

– O sędziach jako o „nadzwyczajnej kaście ludzi” mówiła prezes Stowarzyszenia Sędziów „Themis” – sędzia Irena Kamińska. Pierwsza prezes Sądu Najwyższego – sędzia prof. Małgorzata Gersdorf uważa natomiast, że za „10 tys. zł brutto to można dobrze żyć tylko na prowincji”. To jakaś szczególna ignorancja przedstawicieli świata sędziowskiego czy raczej oderwanie od rzeczywistości?

– Obawiam się, niestety, że są to wypowiedzi szczere i wynikające z głębokiego przekonania o własnej wyjątkowości. Sala wypełniona sędziami zareagowała na kompromitujące słowa o nadzwyczajnej kaście gromkimi oklaskami. Nikt z prominentnych przedstawicieli sędziowskiego środowiska tak naprawdę się od tych wypowiedzi nie zdystansował. Wstyd to nawet komentować, bo w tych słowach kryją się i pogarda dla innych ludzi, którzy pracują ciężko, ale nie zarabiają 10 tys. zł, i lekceważenie wobec mieszkańców prowincji.
Ale moją uwagę zwróciło jeszcze coś innego. Proszę sobie przypomnieć, w jakich okolicznościach padały te gorszące słowa. Sędziowskie gremia, wyjątkowo liczne – w ostatnim spotkaniu w Katowicach wzięło udział kilkuset sędziów – spotykały się akurat w momencie, gdy wyszła na jaw monstrualna afera w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie.
To rzecz bez precedensu w ostatnich latach, a chyba nawet w ogóle w historii polskiego wymiaru sprawiedliwości – z uwagi na skalę i zaangażowane w nią osoby. W sądzie, który powinien stać na straży prawa, to prawo ostentacyjnie łamano. Sąd stał się przestępczym eldorado. Jak ustaliła prokuratura, zorganizowana grupa przestępcza wyłudziła z niego co najmniej 17 mln zł. Ten proceder trwał latami – co najmniej od 2013 r. Według dotychczasowych ustaleń prokuratury, brali w nim udział dyrektor sądu, jego pracownicy, ale też – i to jest najbardziej szokujące – prezes Sądu Apelacyjnego, czyli jedna z najwyżej postawionych w sędziowskiej hierarchii osób.
Sprawą absolutnie oczywistą dla każdego środowiska, które poważnie traktuje szacunek wobec prawa czy swoją zawodową etykę, byłoby napiętnowanie nieuczciwego procederu i odcięcie się od „czarnych owiec” w swoim gronie. Czy podczas sędziowskich spotkań padło na ten temat jakieś słowo? Ani jednego! Ich uczestnicy w ten sposób sami sobie wystawili świadectwo – bardzo złe świadectwo i nad tym ubolewam. Tak jak nad faktem, że prawie połowa Polaków nie ufa wymiarowi sprawiedliwości. Dlatego jestem zdeterminowany, żeby dokonać reformy.

– To jeszcze nie wszystko. Z doniesień prasowych wyłania się obraz sędziów skorumpowanych, jeżdżących po pijanemu, dokonujących kradzieży w sklepach i innych gorszących czynów. Sędziowie, np. rzecznik Krajowej Rady Sądownictwa Waldemar Żurek, odpowiadają jednak, że zarzuty dotyczą wąskiego grona, kilkudziesięciu osób. Czy ma rację?

– Załóżmy nawet, że sędzia Żurek ma rację, iż przypadki, o których Pan wspomina, to margines. Jeśli tak, to środowisko sędziowskie powinno reagować na nie tym bardziej zdecydowanie. Tymczasem w latach 2011-15 do sądów dyscyplinarnych dla sędziów trafiło 310 wniosków, a z urzędu „złożono” tylko 12 przedstawicieli tego zawodu.
Wielu Polaków ma, niestety, wrażenie, że główną troską sądów dyscyplinarnych jest zamiatanie niewygodnych spraw pod dywan, a nie pryncypialne egzekwowanie konsekwencji. I jest na to wiele przykładów. Spójrzmy chociażby na drobniejsze sprawy. Jakiś czas temu sąd dyscyplinarny umorzył sprawę sędziego z Puław, który „po godzinach” zajmował się lichwiarstwem – łamiąc prawo, udzielał pożyczek na 40 proc. Podobnie zakończyła się sprawa pani sędzi z Sopotu, która w prowadzonych przez siebie sprawach wyznaczała na biegłego swojego konkubenta, a później męża, by dać mu zarobić. Jeszcze inny sędzia kłamał, nie chcąc przyjąć mandatu w wysokości 100 zł za przekroczenie prędkości, a Sąd Najwyższy uznał, że miał prawo mówić nieprawdę w swojej obronie, i go uniewinnił. I to ma być sprawiedliwość? Gdzie tu jest etyka zawodu?
Chcę przy tym podkreślić, że mam olbrzymi szacunek dla tych sędziów, którzy uczciwie wykonują swoją pracę. Jeśli jednak ich koledzy, według wysoce prawdopodobnych dotychczasowych ustaleń, dopuszczają się już nawet kradzieży w sklepach czy – jak ostatnio jeden sędzia – kradną z lady na stacji benzynowej 50 zł, to mam również obowiązek bić na alarm. Bo – parafrazując Szekspira – „źle się dzieje w państwie sędziowskim”.

– Sędziowie narzekają jednocześnie na niskie zarobki i nadmiar pracy...

– Dlatego powinni poprzeć proponowaną przeze mnie reformę. Jednym z jej głównych założeń jest, by wszyscy sędziowie zajęli się przede wszystkim tym, czym powinni, a więc orzekaniem. Stąd pomysł ograniczenia sądowej biurokracji, a także łączenia sądowych wydziałów i ograniczenia stanowisk funkcyjnych, które dziś piastuje ponad 4 tys. z 10 tys. sędziów w Polsce. Chcę też skierować do orzekania dużą część sędziów wizytatorów. To wszystko pozwoli odciążyć tych sędziów, którzy dziś rzeczywiście mają wiele pracy. Problemem jest bowiem zła organizacja sądów i ich struktura, a nie zbyt mała liczba sędziów. Na 100 tys. mieszkańców naszego kraju przypada 27 sędziów, we Francji – 7, a we Włoszech czy w Hiszpanii – 10.
Chciałbym też, by sędziowie byli zadowoleni ze swoich zarobków, ale biorąc pod uwagę płace w Polsce, nie można demonizować problemu wynagrodzeń sędziów. Zarobki początkujących sędziów, w przeliczeniu na średnią krajową, są u nas dwukrotnie wyższe niż w Niemczech. A sędzia sądu okręgowego razem z dodatkami zarabia dziś prawie 15 tys. zł miesięcznie.
W ciągu ostatnich 10 lat nakłady na sądownictwo wzrosły dwukrotnie. Sporą część tych pieniędzy przeznaczono na asystentów, którzy wspierają sędziów w ich obowiązkach. Ich liczba się podwoiła.

– Przeciwnicy reformy mówią, że dąży się przez nią do podważenia niezawisłości sędziów i podporządkowania ich politykom.

– To proszę ich o konkrety, bo na razie są to tylko puste hasła. Nie planujemy żadnego rozwiązania, którego nie byłoby w innych demokratycznych krajach. Powiem więcej – w takich państwach jak Niemcy, Belgia, Austria, Szwecja czy Dania wpływ władzy wykonawczej na powoływanie sędziów jest decydujący. A my nie idziemy tak daleko. Intencją reformy jest przywrócenie sądów Polakom i rzeczywista demokratyczna kontrola nad władzą sądowniczą. Taka, jaką Polacy mają nad pozostałymi władzami, zwłaszcza ustawodawczą.
Nie wszystko zresztą można tak łatwo zmienić. Czy potrafi Pan sobie wyobrazić, jaki rwetes podniósłby się, gdybym zaproponował likwidację immunitetu sędziowskiego? Byłbym odsądzany od czci i wiary, posądzany o zamach na sądownictwo. A tymczasem immunitet sędziowski to domena postkomunistycznych państw. Funkcjonuje w Albanii, Armenii, Azerbejdżanie, Rosji, Bułgarii, w państwach bałtyckich, ale – poza Portugalią – nie ma go w krajach zachodniej Europy ani w Stanach Zjednoczonych. Czy to znaczy, że tam brakuje praworządności, a sądy są podporządkowane politykom?

– Szczególnie mocno są krytykowane zmiany w Krajowej Radzie Sądownictwa, która miałaby być wybierana przez Sejm. Zdaniem sędziów, to niezgodne z konstytucją.

– Nie popadajmy w absurd. Na tej zasadzie można by uznać, że sprzeczne z konstytucją jest też powoływanie przez Sejm np. premiera. Gdyby przy wyłanianiu szefa rządu zastosować praktykę przyjętą przy wyborze sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa, to musiałoby go powoływać jakieś „Zgromadzenie Ogólne Dożywotnich Polityków Polskich”, bez względu na to, jakim poparciem społecznym cieszą się ci politycy. Bo przecież sędziów do KRS powołują zgromadzenia ogólne złożone z ich kolegów po fachu, którzy w przeszłości zostali wprawdzie powołani na swój urząd przez prezydenta czy wcześniej przez Radę Państwa, ale pełnią go dożywotnio i nie przechodzą weryfikacji w powszechnych demokratycznych wyborach. Kto ma więc większe prawo decydować o składzie Rady – Sejm, który dysponuje demokratycznym, odnawianym co 4 lata mandatem, czy jakiekolwiek gremium sędziowskie?
Zarzuty, o których Pan wspomina, są, niestety, dowodem na to, że demokracji najbardziej boją się ci, którzy mają tą demokracją wypełnione usta, ale nie głowy. Czują, że nadchodzi kres „nadzwyczajnej kasty” i jej przywilejów. Mają rację, ponieważ wprowadzamy przejrzyste reguły, równe dla wszystkich sędziów – także tych na dole sędziowskiej hierarchii.
Dzięki zmianom, które proponuję, szeregowi sędziowie nie tylko zachowają niezależność, ale jeszcze zyskają. Równe szanse na wybór do Krajowej Rady Sądownictwa dostaną wszyscy przedstawiciele tego zawodu, bez względu na szczebel sądu, w którym orzekają. Nie tak jak dziś, gdy sędziowskie koterie wybierają kandydatów ze swojego grona. Przez ćwierć wieku funkcjonowania Krajowej Rady Sądownictwa zasiadało w niej zaledwie 2 sędziów sądów rejonowych – gdzie rozpatrywana jest największa liczba spraw – którzy najlepiej znają z praktyki problemy sądownictwa. Tak właśnie wyglądała ta „sędziowska demokracja”.

Tagi:
wywiad rozmowa

Cud za przyczyną Papieża „Humanae vitae”

2018-10-10 11:16

Rozmawia Włodzimierz Rędzioch
Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. 28-29

Rzadko papieska encyklika była tak kwestionowana, nigdy papieski dokument nie był tak manipulowany i poddawany próbom interpretacji według „potrzeb świata”, jak to miało miejsce w przypadku encykliki „Humanae vitae”. Ale Opatrzność chciała, by właśnie Paweł VI – papież „Humanae vitae”, papież, który bronił życia, został ogłoszony błogosławionym dzięki cudowi uzdrowienia za jego wstawiennictwem nienarodzonego dziecka, a 14 października 2018 r. będzie ogłoszony świętym także dzięki kolejnemu cudowi uzdrowienia za jego przyczyną dziecka, które miało się nie narodzić. To są znaki nieba, których nie można lekceważyć.
Amanda, dziewczynka, która ma dzisiaj trzy lata, nie powinna się urodzić. Jej matka, Vanna, podczas ciąży postanowiła przeprowadzić inwazyjne badanie prenatalne (biopsję kosmówki). Nie wszystko poszło tak, jak powinno – błony zostały uszkodzone, co spowodowało całkowitą utratę płynu owodniowego; stało się to w trzynastym tygodniu ciąży. Lekarze powiedzieli rodzicom Amandy, że może dojść do poronienia, a gdyby jednak dziecko w łonie matki, wbrew wszelkim statystykom, przeżyło, to jedynym wyjściem jest aborcja terapeutyczna. W takich przypadkach bowiem – zgodnie z nowoczesną nauką medyczną – dziecko rodzi się niepełnosprawne z powodu braku odpowiednio rozwiniętych płuc i innych narządów. Ale w tej dramatycznej sytuacji jeden z lekarzy poradził rodzicom, którzy nie byli bardzo wierzący, by udali się na pielgrzymkę do sanktuarium Matki Bożej Łaskawej w Brescii. Powiedział: „Życie to nie tylko statystyki – kto inny jest Autorem życia.” W ten sposób Vanna i Alberto Tagliaferro z Villa Bartolomea w prowincji Werona znaleźli się przed figurą Pawła VI, która stoi w sanktuarium. Dziecku, które było w łonie matki, nie dawano już żadnej nadziei na przeżycie, ale pomimo tego rodzice prosili błogosławionego Papieża o łaskę zdrowia dla Amandy. Wrócili do domu i postanowili utrzymać ciążę. I tak dochodzimy do 23. tygodnia (we Włoszech prawo zezwala na aborcję tylko do tego momentu). Vanna nagle poczuła ulgę i wewnętrzny spokój – życie jej dziecka nie zależało już od jej wyboru. Mogła teraz oddać życie Amandy w ręce Boga za wstawiennictwem bł. Pawła VI. W noc Wigilii Bożego Narodzenia 2014 r., trzy miesiące przed naturalnym końcem ciąży, młoda matka musiała jechać do szpitala z powodu silnych bóli porodowych. W szpitalu lekarze byli pewni, że dziecko urodzi się martwe. Tymczasem Amanda przyszła na świat całkowicie zdrowa, bez żadnego poważnego problemu – dla nauk medycznych wszystko to było niewytłumaczalne.
Trzy lata później, 6 lutego 2018 r., Kongregacja Spraw Kanonizacyjnych wydała jednogłośnie pozytywną opinię na temat cudownego uzdrowienia przypisywanego wstawiennictwu błogosławionego papieża Pawła VI, a 19 maja, podczas konsystorza, Franciszek ogłosił, że 14 października 2018 r. w czasie ceremonii w Bazylice św. Piotra dokona kanonizacji papieża Montiniego.

Archiwum rodziny Tagliaferro
Rodzina Tagliaferro
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Papież, który nie umiera

2018-10-10 11:16

Z kard. Stanisławem Dziwiszem rozmawia Krzysztof Tadej dziennikarz TVP
Niedziela Ogólnopolska 41/2018, str. 10-14

40 lat temu – 16 października 1978 r. kard. Karol Wojtyła został papieżem. Pierwszym po 455 latach następcą św. Piotra, który nie pochodził z Włoch (od czasów Hadriana VI, Holendra, którego pontyfikat trwał w latach 1522-23). Kard. Stanisław Dziwisz, były metropolita krakowski i osobisty sekretarz Jana Pawła II, opowiada o tych wyjątkowych, historycznych chwilach

Adam Bujak, Arturo Mari/Biały Kruk

KRZYSZTOF TADEJ: – 16 października 1978 r., wieczorem, kiedy pojawił się biały dym...

KARD. STANISŁAW DZIWISZ: – Stałem wśród nieprzebranych tłumów ludzi na Placu św. Piotra, po lewej stronie, koło fontanny.

– Dokładnie o godz. 18.44 na centralnym balkonie Bazyliki św. Piotra pojawił się kard. Pericle Felici.

– Kard. Felici zaczął ogłaszać: „Annuntio vobis gaudium magnum – habemus papam...” (Zwiastuję wam radość wielką – mamy papieża... – przyp. K. T.). Gdy padło imię „Carolum”, zadrżało mi serce. Po chwili kardynał powiedział: „Wojtyla”, a ja pomyślałem: „Stało się!”.

– A nie np.: „Jak cudownie! Jak wspaniale!”?

– Radości, której wówczas doświadczyłem, nie da się opisać żadnymi słowami. Ale byłem też rozdarty między poczuciem dumy i szczęścia a świadomością, że od tej chwili zmienia się wszystko. To rodziło pewną nostalgię. Poza tym miałem świadomość, jak wielka odpowiedzialność została złożona w ręce kard. Wojtyły. Kościół i świat znajdowały się w szczególnym momencie dziejów. Polskiego Papieża czekało wiele ciężkiej pracy.

– Jak reagowali ludzie stojący obok Księdza Kardynała?

– Entuzjazm tłumów był porywający. Wielu jeszcze nie wiedziało, kim jest nowy papież. Dopytywali, skąd pochodzi. Plac szybko się zapełniał, bo na wieść o pozytywnym wyniku konklawe rzymianie zostawiali swoje zajęcia i biegli pod Bazylikę św. Piotra, by zobaczyć Ojca Świętego. Kiedy Jan Paweł II ukazał się na balkonie, zapanowała nieprawdopodobna euforia. Krzykom, oklaskom, radości nie było końca. Wiedziałem, że Papież z dalekiego kraju natychmiast podbił serca mieszkańców Wiecznego Miasta. Kard. Stefan Wyszyński wyznał mi później, że bardzo się bał tego momentu. Zastanawiał się, jak lud rzymski przyjmie nowego papieża. Czy go zaakceptuje? Ale reakcja na przemówienie nowego Ojca Świętego powiedziała nam wszystko: świat od razu pokochał Jana Pawła II.

– Kard. Wyszyński chciał, żeby nowym papieżem został Włoch. Czy to prawda?

– Przed wyjazdem z Polski nie dopuszczał innej możliwości. Uważał, że jeszcze nie czas na papieża z innego kraju. Z takim przeświadczeniem wchodził na pierwsze konklawe po śmierci Pawła VI, a potem na drugie. Ale czas konklawe dał mu do myślenia. Zrozumiał, że Duch Święty chce inaczej. Zmienił zdanie, a po wyborze stanął przy Papieżu, by dodać mu odwagi i przekazać wyrazy przyjaźni i serdeczności. Kiedyś Ojciec Święty wspominał o tym, co się działo w czasie konklawe. Mówił, że w decydującym momencie, gdy szala głosów przechylała się w jego stronę, Prymas Tysiąclecia podszedł do niego i powiedział, że nie wolno mu odmówić, że musi przyjąć ten wybór. On również zasugerował imię dla nowego papieża: Jan Paweł II.

– Czy przed konklawe kard. Wojtyła przewidywał, że może zostać wybrany?

– Nigdy o tym nie mówił. Ten temat nie był przez niego poruszany w żadnej rozmowie, a gdy ktoś z otoczenia zaczynał snuć domysły, ucinał je krótkim zdaniem: „Duch Święty wskaże”.

– Gdy czyta się wspomnienia o Karolu Wojtyle, można odnieść wrażenie, że wiele osób przepowiedziało ten wybór.

– Trochę jestem tym zdziwiony, bo przecież nie było powszechnego przekonania, że wyjedzie na konklawe i już nie wróci. Nic takiego nie miało miejsca. Owszem, zdarzały się osoby, zwłaszcza w Krakowie, które powtarzały: „To święty duszpasterz, święty biskup”. Niektórzy dodawali, że nadawałby się na papieża. Znałem nawet siostrę z Międzyzakonnego Wyższego Instytutu Katechetycznego, która często podkreślała, że gdyby kard. Wojtyła został papieżem, to byłaby ogromna szkoda, bo Kraków straci wybitnego człowieka. Po śmierci Jana Pawła I takich głosów było nieco więcej. Docierały wiadomości, że nasz kardynał był brany pod uwagę podczas poprzedniego konklawe. Ale pamiętajmy, że były to pojedyncze opinie. Później sprawy przybrały inny obrót, bo zaraz po ogłoszeniu nowego papieża na Placu św. Piotra rozdawano dziennik watykański z dossier na temat kard. Wojtyły. To przygotowanie watykańskiej prasy oznaczało, że był poważnym kandydatem.

– A Ksiądz Kardynał? Nigdy nie pomyślał, że tak się stanie?

– Od początku miałem świadomość, komu służę. Widziałem wielkość Karola Wojtyły. Mimo stosunkowo młodego wieku należał do najwybitniejszych postaci Kościoła. Uczestniczył w synodach z udziałem kardynałów, arcybiskupów i biskupów z całego świata. Tylko raz nie pojechał na synod do Rzymu. Władze nie wypuściły z kraju kard. Wyszyńskiego i na znak solidarności z Prymasem nie pojechał również kard. Wojtyła. Trzeba powiedzieć, że wyróżniał się w tych gremiach. Jego przemówienia nie pozostawały bez echa. Poza tym łączyła go przyjaźń z papieżem Pawłem VI. Ojciec Święty przyjmował go na prywatnych audiencjach zawsze, ilekroć kard. Wojtyła był w Rzymie. Powierzył mu także wygłoszenie rekolekcji dla niego i całej Kurii Rzymskiej, co było dowodem papieskiego uznania i szacunku dla polskiego hierarchy. Kard. Wojtyła był znany w Kościele i liczono się z jego głosem. Był oceniany jako wybitny myśliciel i duszpasterz. Interesowały się nim środki społecznego przekazu w Rzymie. Wspominałem już, że watykańskie media przygotowywały się na możliwość jego wyboru. Dziennik „L’Osservatore Romano” opracował sylwetki dziesięciu najważniejszych kandydatów i wśród nich był Karol Wojtyła. Przed konklawe konsultowali ze mną jego życiorys. Ale również inne poważne czasopisma wymieniały go jako kandydata na następcę św. Piotra.

– Nie było żadnych innych znaków, że zostanie wybrany? Kiedyś Ksiądz Kardynał opowiadał mi o dziwnej sytuacji po śmierci Pawła VI.

– Rzeczywiście, to było niezwykłe. Na początku sierpnia 1978 r. Karol Wojtyła wyjechał w Bieszczady z przyjaciółmi. Tam się dowiedział, że zmarł Paweł VI. Następnego dnia pojechałem po niego. Schodzili z gór przy pięknej pogodzie. W którymś momencie musieli przejść przez San. Zdjęli buty i boso, po kamieniach, przedostali się na drugi brzeg. I wtedy jakiś piorun strzelił obok. Jeden raz, z jasnego nieba. Pomyślałem, że to znak.

– Czyli wybór kard. Wojtyły na papieża nie był dla Księdza Kardynała czymś zaskakującym?

– Nie byłem zszokowany, choć to był szok dla świata. Zrozumiały, bo przecież od wieków papieżami zostawali Włosi. Dzisiaj, z perspektywy czasu, widzę, że Opatrzność Boża przygotowała Karola Wojtyłę do wielkich zadań. Był człowiekiem wielu talentów: myśliciel, filozof, aktor, poeta. Imponował znajomością języków obcych, którymi się posługiwał z niesłychaną swobodą. Mimo wielu obowiązków sam przygotowywał projekty swoich wystąpień. Współpraca z kurią układała się bardzo dobrze, ale zasadniczymi kwestiami metropolita krakowski zajmował się osobiście.

– Powróćmy do chwili, gdy Jan Paweł II pojawił się pierwszy raz na balkonie Bazyliki św. Piotra. Po przemówieniu i błogosławieństwie zniknął we wnętrzu bazyliki. A Ksiądz Kardynał? Od razu poszedł do Papieża?

– Nie było to takie proste, bo przecież konklawe wciąż trwało. Papież jednak chciał mnie zobaczyć i zostałem komisyjnie wprowadzony do refektarza, w którym kardynałowie wraz z Ojcem Świętym spożywali kolację. Do Jana Pawła II podprowadził mnie sekretarz stanu Stolicy Apostolskiej kard. Jean-Marie Villot. Ojciec Święty wstał i serdecznie się ze mną przywitał.

– Nic nie mówił?

– Powiedział: „Ale dali szkołę!”.

– ?

– Tak zażartował. Już później, choć nie pamiętam dokładnie kiedy, dodał: „Skończyły się wyjazdy na narty!”.

– Co się działo dalej?

– Po kolacji Ojciec Święty poszedł do swojego pokoju i zaczął przygotowywać przemówienie do Kolegium Kardynalskiego, które miał wygłosić następnego dnia rano w Kaplicy Sykstyńskiej. Chciał, abym został, ale ja tego wieczoru pojechałem do Kolegium Polskiego przy Piazza Remuria, gdzie mieszkaliśmy przed konklawe. Chciałem dzielić wielkie chwile z polskimi księżmi, którzy świętowali wybór nowego papieża. Euforia, radość, oklaski – słowami nie da się opisać tego, co tam się działo! Natychmiast też wzrosło zainteresowanie Polską. Pojawiło się wielu dziennikarzy. Pytali o kraj, który dał światu następcę św. Piotra. Wyczuwało się też, że wszyscy czekali na coś nowego, na jakieś nowe otwarcie dla Kościoła i świata. Nowy papież dawał nadzieję na zmiany.

– Następnego dnia wrócił Ksiądz Kardynał do Watykanu i...

– Pałac Apostolski, czyli dom papieża, był po śmierci Jana Pawła I zamknięty. Kard. Villot otwierał przy Ojcu Świętym drzwi apartamentów. Gdy to zrobił, przekazał mi klucze. Ogromny, ciężki pęk kluczy. W tej chwili zaczęła się moja troska o porządek w Pałacu Apostolskim.

– Początki były dla Księdza Kardynała ciężkie?

– Nie miałem doświadczenia. Byłem lekko przerażony, gdy dwa razy dziennie docierała ze wszystkich kongregacji poczta do Ojca Świętego. Dokumenty, pisma, prośby. To były stosy papierów, które trzeba było uporządkować i przedstawić Ojcu Świętemu. Pracy było tyle, że to przerażenie szybko mi przeszło. Nie było na nie czasu (śmiech).

– Czy w tych pierwszych dniach zajmował się Ksiądz Kardynał tak przyziemnymi sprawami, jak np. zorganizowanie przewozu rzeczy kard. Wojtyły z Krakowa do Watykanu?

– Akurat z tym nie było żadnego problemu. Papież praktycznie nic nie posiadał. Żył jak św. Franciszek z Asyżu. W Krakowie nie pobierał pensji, a wszystkie honoraria z książek i innych publikacji przeznaczał dla ubogich studentów i profesorów. Nie rozgłaszał tego. Pomagał tak, żeby poza zainteresowanymi nikt o tym nie wiedział. Nie lubił też, gdy kupowano mu coś nowego. Miał w Polsce stary płaszcz z podpinką. Zimą zakładał podpinkę do płaszcza i to było całe jego bogactwo.

– A jak się Papież zachowywał po wyborze? Czy jakoś się zmienił?

– Do końca pontyfikatu pozostał sobą. Tym zaskakiwał kapłanów w Watykanie od pierwszych chwil, od pierwszego wyjścia na balkon Bazyliki św. Piotra. Ceremoniarz, ks. Virgilio Noe, wskazywał, że według tradycji nowy papież nie przemawia, tylko błogosławi ludzi zebranych na Placu św. Piotra. Ale Ojciec Święty na widok wiwatujących tłumów nie mógł przecież nic nie powiedzieć! W Watykanie szybko zrozumieli, że nowy papież jest człowiekiem niezależnym. Od pierwszego dnia zachowywał spokój, nie targały nim emocje, które przecież byłyby zrozumiałe wobec tak przełomowego wydarzenia w życiu. Był w nim głęboki spokój, który udzielał się innym. Widziałem ludzi, którzy przed spotkaniem z Ojcem Świętym byli zdenerwowani, przychodzili z jakimś wewnętrznym napięciem. Wychodzili od niego uspokojeni, uśmiechnięci. Źródłem tego spokoju były modlitwa i zawierzenie Opatrzności Bożej. Papież nie musiał się niepotrzebnie martwić, bo wiedział, że jest z nim Bóg, który wszystko widzi i go wspiera. Jan Paweł II był człowiekiem ogromnej modlitwy. Wszystkie trudności, decyzje, które trzeba było podjąć, najpierw powierzał Bogu. Przed każdym spotkaniem szedł do kaplicy i się modlił. Przed Najświętszym Sakramentem przygotowywał wszystko, co chciał przekazać w przemówieniach i homiliach. Jego wizja duszpasterska, kierunki działań dla Kościoła i świata powstawały na klęczkach, w ufnym zawierzeniu wszystkiego Panu dziejów. Miał jasne, precyzyjne widzenie spraw. Opowiadał mi kiedyś jeden z kardynałów, że poszedł do Papieża z pewnym problemem i wyznał mu, że nie widzi rozwiązania. Papież odpowiedział, że za mało się modli, i poprosił, żeby szukali światła podczas wspólnej modlitwy. I rzeczywiście problem został dzięki temu rozstrzygnięty. Kiedyś grupa kardynałów spierała się w jakiejś sprawie. Nie potrafili dojść do porozumienia. Papież zadał proste pytanie: „Co zrobiłby nasz Pan, Jezus Chrystus, w tej konkretnej sytuacji?”. Wszyscy po chwili zastanowienia wiedzieli, co mają robić dalej.

– Papież zaskoczył wszystkich również wtedy, gdy dzień po wyborze wyjechał poza Watykan.

– Jeszcze przed konklawe wielki, wspaniały przyjaciel kard. Wojtyły – bp Andrzej Deskur nagle zachorował. Doznał wylewu i trafił nieprzytomny do szpitala. W dniu rozpoczęcia konklawe kard. Wojtyła postanowił go odwiedzić. Myślę, że cierpienie przyjaciela było dla niego znakiem wielkich zmian, ale także ogromnym duchowym kapitałem. Tak zresztą je po latach interpretował. Nie byłem zaskoczony, gdy 17 października Jan Paweł II zdecydował, że chce ponownie odwiedzić bp. Deskura. Protestował prefekt Domu Papieskiego. Dla niego było to niemożliwe, bo nigdy wcześniej żaden papież nie wyjeżdżał z Watykanu.

– Jak wyglądało spotkanie z bp. Deskurem?

– W poliklinice Gemellego czekały tłumy. Wszyscy chorzy chcieli zobaczyć nowego papieża. Jan Paweł II długo się modlił przy nieprzytomnym przyjacielu i udzielił mu błogosławieństwa. Bp Deskur był w ciężkim stanie i dopiero po jakimś czasie, po kilku dniach, odzyskał przytomność. Wrócił do swoich obowiązków, choć nigdy nie odzyskał dawnej sprawności i do końca życia dźwigał krzyż cierpienia. Ojciec Święty zapraszał go w każdą niedzielę na obiad. Pozostał wierny tej przyjaźni do końca.

– Ksiądz Kardynał wspominał, że Jan Paweł II czuł się w Pałacu Apostolskim tak, jakby był tam od lat.

– Sam mi to powiedział: „Dziwię się sam sobie, bo czuję, jakbym tu zawsze był”. Bez problemów szedł od zadania do zadania. Od początku dawał z siebie wszystko i wykorzystywał czas do maksimum. Pierwsze dni upłynęły pod znakiem przygotowań do Mszy św. inaugurującej pontyfikat. Kuria zaproponowała projekt homilii. Papież odłożył go na bok i zaczął pisać swoją. Pisał ręcznie, po polsku. Sam przygotowywał swoje homilie i wystąpienia. Pisał, a w ostatnich latach dyktował ich treść. Przychodziło mu to z wielką łatwością. Nie potrzebował książek naukowych, pomocy, słowników. Przygotowanie długiego przemówienia wymagało od niego poświęcenia dwóch godzin. By przygotować krótsze przemówienie, wystarczyła godzina. Po tym czasie tekst nie wymagał żadnych poprawek. W dniu inauguracji pontyfikatu padły słowa, które zrobiły wielkie wrażenie na wszystkich. Papież powiedział: „Nie bójcie się przygarnąć Chrystusa i przyjąć Jego władzę, pomóżcie Papieżowi i wszystkim tym, którzy pragną służyć Chrystusowi, służyć człowiekowi i całej ludzkości. Nie bójcie się! Otwórzcie, otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi. Dla Jego zbawczej władzy otwórzcie granice państw, systemów ekonomicznych i politycznych, szerokie dziedziny kultury, cywilizacji, rozwoju! Nie bójcie się!”. Uważam, że dzisiaj te słowa są nadal aktualne.

– W czasie tej Mszy św. Jan Paweł II zrobił też coś niekonwencjonalnego. Wszedł w tłum ludzi.

– Zobaczył chorych i postanowił do nich zejść. Ks. Noe, papieski ceremoniarz, znów protestował. „Nie można! Nie można!” – wołał. A Ojciec Święty tylko na niego spojrzał i poszedł do ludzi. Po raz kolejny pokazał swoją niezależność. Robił to, co nakazywało mu serce, i nie wahał się wtedy przełamywać utartych zwyczajów.

– Od pierwszych dni Jan Paweł II odprawiał Msze św. w swojej prywatnej kaplicy z udziałem wiernych?

– Kilka razy samotnie odprawił Mszę św. w prywatnej kaplicy, ale to było dla niego trudne. Potrzebował poczucia więzi z innymi, bo Eucharystia ma przecież charakter wspólnotowy. Postanowił zapraszać zgromadzenia zakonne. Wziąłem więc książkę telefoniczną i zacząłem dzwonić do sióstr. Ale to nie było łatwe, bo siostry podejrzewały, że stroję sobie żarty. Nie wierzyły mi i sprawdzały w Sekretariacie Stanu, czy coś takiego jest możliwe, bo wcześniej w Watykanie nic takiego się nie zdarzało. Ale po kilku Mszach św. z Papieżem zgromadzenia zakonne same zaczęły się zgłaszać. Potem o możliwość uczestnictwa W Eucharystii z Papieżem prosiły różne instytucje i osoby prywatne.

– Czy Jan Paweł II myślał o pielgrzymce do Polski od pierwszych dni pontyfikatu?

– Na początku była podróż do Meksyku, na Dominikanę i Bahamy. Konferencja Episkopatu Ameryki Łacińskiej zaprosiła na swoje obrady Pawła VI. On jednak nie zdecydował się pojechać. Kolejny papież szybko zmarł. Jan Paweł II się nie zawahał, zwłaszcza że trzeba było rozstrzygnąć ważne problemy dotyczące teologii wyzwolenia. Na Konferencję Episkopatów mieli przyjechać delegaci wszystkich państw Ameryki Łacińskiej. W niektórych krajach pojawiły się pomysły, że wprowadzenie marksizmu i komunizmu jest drogą do wyzwolenia z nędzy. Papież przestrzegał, że to „lekarstwo” jest gorsze od choroby. Mówił o solidarności, współpracy i wrażliwości społecznej na krzywdy innych. Na spotkanie z Ojcem Świętym przychodziły rzesze ludzi. Pamiętam, że po wylądowaniu w Meksyku nie mogliśmy pokonać krótkiego odcinka z lotniska do mieszkania, bo na drodze były niezliczone tłumy wiwatujących ludzi. Dla Papieża pielgrzymka do Meksyku była otwarciem drogi do Polski. Meksyk miał wówczas chyba najbardziej antykościelną konstytucję. Tamtejszy Kościół był bardzo prześladowany. Jeśli tak antykościelne władze Meksyku przyjmują Ojca Świętego, to dlaczego miałaby odmówić Polska? Okazało się jednak, że to nie było takie proste. Papież chciał przyjechać do Polski na jubileuszowe obchody 900-lecia śmierci św. Stanisława w 1979 r. Władze powiedziały „nie” i zaczęły się negocjacje. Szczęśliwie pozwolono na pielgrzymkę w czerwcu.

– Gdy Ksiądz Kardynał wspomina dzisiaj te historyczne dni, to czy nie ma poczucia, że życie szybko mija i to, co wydaje się, że działo się tak niedawno, dla wielu jest jakimś odległym wydarzeniem?

– Nie, ponieważ wciąż spotykam ludzi z różnych krajów świata, którzy żyją nauczaniem Jana Pawła II. Interesują się wydarzeniami pontyfikatu i są zafascynowani świętym, wielkim Papieżem. Jego nauczanie dla wielu kapłanów stanowi źródło wiedzy. Spodobało mi się zdanie, które ktoś wypowiedział, że to jest „Papież, który nie umiera”. Powstają kościoły pod wezwaniem Jana Pawła II. Różne instytucje i szkoły obierają go sobie za patrona. W wielu krajach odbywają się sesje naukowe dotyczące Jana Pawła II. Mogę potwierdzić z przekonaniem, że to Papież, który nie umiera. Pozostał w sercach ludzi. Przekonuję się o tym każdego dnia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Rechrystianizacja Europy

2018-10-18 20:21

Andrzej Tarwid

Polska wnosząc do Unii Europejskiej cenny bagaż wartości i tradycji oraz określoną wizję rozwoju gospodarczego i społecznego, chce być orędownikiem dobrych zmian. I realnie uczestniczyć w procesach decyzyjnych w Europie – napisał premier Mateusz Morawiecki w przesłaniu skierowanym do uczestników II Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”.

Artur Stelmasiak/Niedziela

Zobacz zdjęcia: Europa Christi w Senacie cz. I

Dzisiejsza, piąta już, kongresowa sesja odbyła się w gmachu Senatu RP. W spotkaniu zatytułowanym „Rechrystianizacja Europy” wzięli udział duchowni, politycy oraz intelektualiści i naukowcy m.in. z USA, Niemiec i Włoch.


Szef rządu napisał, że powrót do chrześcijańskiego fundamentu Europy to obecnie jedna „z najistotniejszych kwestii tworzących naszą rzeczywistość - przyszłości i funkcjonowania Europejskiej Wspólnoty”. - Nie sposób zrozumieć Europy bez uznania jej chrześcijańskich korzeni. To one zdecydowały o tożsamości Starego Kontynentu. Wprost wyrażał to Papież Polak – przypomniał Prezes Rady Ministrów i podkreślił, że Polakom szczególnie bliskie jest chrześcijańskie definiowanie życia w sferze działań jednostki. Ale także w różnych sferach życia publicznego: edukacji, kulturze, bezpieczeństwie i gospodarce.

Zobacz zdjęcia: Europa Christi w Senacie cz. II

Mateusz Morawiecki zapewnił także, że obecne działania podejmowane przez nasz kraj wpisują się w poszukiwanie konstruktywnego programu dla Europejskiej Wspólnoty. - Programu wzywającego do uszanowania narodowych tożsamości państw członkowskich. A nasza narodowa suwerenność wyrosła przede wszystkim z chrześcijańskich korzeni – podkreślił szef rządu.

Podczas kongresowych obrad wystąpił także przedstawiciel premiera Węgier. Pierwotnie Viktor Orban oraz Mateusz Morawiecki mieli mieli wziąć udział w dzisiejszej sesji Kongresu. Plany te pokrzyżował odbywający się równolegle z wydarzeniem w Senacie szczytu Unii Europejskiej w Brukseli poświęcony m.in. sprawie Brexit-u.

Przedstawiciel Węgier przypomniał, że rząd w Budapeszcie już 2 lata temu utworzył samodzielny sekretariat stanu ds. pomocy prześladowanym chrześcijanom. Obecnie rząd w Budapeszcie prowadzi programy humanitarne na terenie 6 krajów na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej.

- Spoglądamy na ten problem jak na misję narodową Węgier, ponieważ pomoc prześladowanym chrześcijanom jest naszym obowiązkiem moralnym. To poważny problem bo w 85. krajach cierpi 250 mln ludzi, jedynie z powodu swojej wiary – powiedział przedstawiciele Węgier i dodał, że prześladowania mogą dosięgnąć także chrześcijan mieszkających na Starym Kontynencie. W jego ocenie stanie się tak, jeżeli nie zachowamy naszej tożsamości. - Największe zagrożenie płynie z tych środowisk, które negują chrześcijańskie korzenie Europy – stwierdził.

Jaka ideologia stoi za dechrystianizacją Europy oraz co jest istotą chrystianizacji mówił na sesji kard. Gerhard Muller. - My wierzymy w Jezusa Chrystusa i wierzymy w to, co powiedział św. Tomasz nawiązując do Platona i Arystotelesa. Wierzymy w jedność Trójcy Świętej. Od Boga wychodzi dobro, od Boga wychodzi piękno i miłość. I to jest źródło i cel rechrystianizacji Europy – powiedział były prefekt Kongregacji Nauki Wiary. (Więcej o wystąpieniu kard. Mullera czytaj na: http://niedziela.pl/artykul/38568/Kard-Muller-o-dechrystianizacji-i)

Kolejnym prelegentem na dzisiejszej sesji był Carl Anderson z USA. Najwyższy rycerz Zakonu Rycerzy Columba przypomniał m.in. słowa brytyjskiego historyka Christopera Dowsona, który już 70 lat temu przewidywał, że stoimy w obliczy najostrzejszego konfliktu duchowego. Dawson takie wnioski wyciągnął po analizach prac Marksa, Nietzschego, Freuda i tego jak ich idee zmieniły świat siedem dekad temu. A jak sytuacja wygląda obecnie?

- Wewnętrzna dynamika współczesnego ateizmu ma na celu nie tylko ograniczenie roli chrześcijaństwa, ale marginalizację chrześcijaństwa aż do zaniku – stwierdził Anderson. - Pytania do Polski brzmią: czy w Europie pozostanie miejsce na duchową suwerenności Polski i tradycję religijną Polski? Sam Anderson na te pytania odpowiedział tak: - Polska może dać Europie nową nadzieję, jeżeli pozostanie zdeterminowana bronić własnej suwerenności duchowej – powiedział.

Po Rycerzu Columba wystąpił dr Georg Weigel. Najsłynniejszy biograf Papieża Polaka odwołując się do encyklik i publicznych wystąpień Ojca Świętego zaproponował leksykon polityczny Jana Pawła II na przykładzie takich pojęć jak: wolność, prawda, solidarność, patriotyzm.

- Przez ponad 30 lat, od kiedy studiuję i piszę o Janie Pawle II zawsze uderzało mnie to, że osoba, która nie żyła w demokracji miała taki głęboki wgląd w kulturę i demokrację. Ale teraz, kiedy obchodzimy 40. rocznicę wyboru Karola Wojtyły na papieża powinniśmy popatrzeć na to nie jak na ciekawostkę, tylko jako na dar Opatrzności. Musimy być wdzięczni za te lekcje, jakie nam dał św. Jan Paweł II. Co najważniejsze powinniśmy uczyć się od niego. I to znacznie lepiej niż przez ostatnich 30 lat – powiedział na koniec wystąpienia autor „Świadka nadziei”.

Obrady w gmachu Senatu RP prowadził prof. Michał Seweryński. Wicemarszałek Izby Wyższej w swoim wystąpieniu zwrócił uwagę, że w sferze życia politycznego zagrożeniem dla chrześcijaństwa jest swoista interpretacja zasady rozdziału Kościoła od państwa. W największym skrócie zasada ta wykorzystywana jest przez środowiska ateistyczno - liberalne do głoszenia całkowitej neutralności aksjologicznej państwa. W konsekwencji dochodzi do wypychania religii ze sfery publicznej i spychania jej jedynie do sfery prywatnej.

- Niektóre rządy wprost dążą do wyeliminowania chrześcijaństwa w ogóle. Podobnie działa Unia Europejska – powiedział prof. Seweryński i przypomniał, że taka polityka wzbudziła sprzeciw Kościoła, ale równeż niektórych środowisk ateistycznych. To one zaprotestowały po tym, gdy w preambule projektowanej Konstytucji UE nie zostały przywołane chrześcijańskie korzenie Europy.

- Życie współczesne dostarcza wielu przykładów, kiedy to chrześcijaństwo wypierane jest pod pozorem neutralności przestrzeni publicznej. Wszystko to robi się w imię tego, aby nie urazić niechrześcijan żyjących w Europie – powiedział wicemarszałek Senatu i od razu podkreślił, że w przypadkach odwrotnych, a więc wtedy, gdy deptana jest godność wierzących w Jezusa Chrystusa, to nikt nie broni chrześcijan. Wówczas „współcześni moraliści” wolą mówić np. o wolności artystycznej. Podobnie postępują większość świeckich mediów, które w sposób tendencyjny i nierzetelny opisują problem zabijania nienarodzonych dzieci czy celibatu księży.

Co w takiej sytuacji my, świeccy chrześcijanie, powinniśmy robić?

- Musimy podjąć wyzwanie, jakie współczesny świat nam rzuca – powiedział prof. Seweryński i wyjaśnił. - Wprawdzie tożsamość chrześcijańska jest nam zaszczepiona przez Chrzest św., ale wymaga także ciągłego podtrzymywania przez praktyki religijne, współpracę z Łaską a także przez własne świadectwo życia chrześcijańskiego. To świadectwo zawsze miało i ma szczególna wagę, bo poprzez nie świeccy chrześcijanie spełniają swoją misję ewangelizacyjną.

Na wszystkich dotychczasowych sesjach II Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi” świadectwo o św. Janie Pawle II daje Arturo Marii. Podobnie było dzisiaj.

Ponadto podczas sesji w Senacie wykłady poświęcone obronie życia wygłosili prof. Massimo Gandolfini, przewodniczący włoskiego Komitetu „Brońmy nasze dzieci” oraz promotor włoskiego „Family Day”. A także prof. Marina Casini, prawnik i bioetyk, opowiedziała o przeszłości i perspektywach obrony życia w Unii Europejskiej.

Ostatnie słowo do zgromadzonych w gmachu przy ul. Wiejskiej wygłosił ks. infułat Ireneusz Skubiś. Moderator „Ruchu Europa Christi” podziękował wszystkim zgromadzonym w Senacie oraz zaapelował: - Chrześcijanie Europy policzmy się! I działajmy solidarnie!

W piątek (19 października) odbędzie się VI sesja II Międzynarodowego Kongresu „Europa Christi”. Wydarzenie w Szkole Wyższej Ekonomii i Zarządzania w Łodzi będzie poświęcone Europie Męczenników. W sobotę (20 października) Kongres ponownie zawita do Warszawy, gdzie na Uniwersytecie Kardynała Stefana Wyszyńskiego na Bielanach zorganizowana zostanie sesja pt. „Silna rodzina, siłą Europy”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem