Reklama

Łowca smoków

2017-03-15 09:27

Z Witoldem Gadowskim rozmawiała Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2017, str. 10-12

Archiwum Witolda Gadowskiego

O reporterskim tropieniu duchowego zła z Witoldem Gadowskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Gdy przeanalizuje się Pana zawodowe dokonania, można powiedzieć, że uprawia Pan tak rzadko dziś spotykane wszechstronne i pisarsko – a nawet poetycko – pogłębione dziennikarstwo, ze szczególnym uwzględnieniem dziennikarstwa śledczego; od niepokornych felietonów na blogu „chuligana”, po reportaże, wywiady i książki sięgające do korzeni współczesnego terroryzmu. Wreszcie przyszedł czas na „Łowcę smoków”... Dlaczego akurat ten autorski cykl reportaży telewizyjnych jest dla Pana teraz tak ważny?

WITOLD GADOWSKI: – Dlatego, że zarówno moje dotychczasowe doświadczenie, jak i obserwacja bieżących wydarzeń podpowiadają mi, iż czas najwyższy pokazywać ludziom te najbardziej ukrywane i maskowane – niestety także przez media – przyczyny zła dziejącego się w dzisiejszym świecie.

– Chodzi o dziennikarskie śledztwo w sprawie upodmiotowionego zła, o tropienie „złego”?

– Tak. Ten dziennikarski projekt narodził się w 2010 r., kiedy w Izraelu realizowaliśmy zdjęcia do filmu „Mitzvah” (o kulisach międzynarodowego handlu ludzkimi organami). Wtedy z Maćkiem Grabysą – jakby porażeni niezwykłością Ziemi Wybranej – zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie uruchomić takiego myślenia dziennikarsko-filmowego, w którym pytamy o rzeczy najważniejsze...

– Czyli o sprawy religijno-duchowe?

– Tylko religijno-duchowe! Aspekt podróżniczo-konkretny mało nas interesował. Wyobraziliśmy sobie wtedy katolickiego księdza jako naszego „łowcę smoków”, który będzie jeździł po całym świecie i konfrontował swoje widzenie świata z różnymi duchowościami: z Tybetem, z Chinami, z Iranem. Zrobiliśmy pierwsze zdjęcia zapowiadające serial i wtedy zdarzyło się coś bardzo złego – nasz „duchowy łowca smoków” nagle porzucił stan duchowny... Zaraz potem drobiazgowo przez nas przygotowany projekt – z pomysłem na narrację, nawet na muzykę – już zaakceptowany przez TVP1 po opanowaniu telewizji publicznej przez PO został odrzucony. Wtedy Maciek Grabysa we współpracy z salezjanami zaczął robić filmy o prześladowaniu chrześcijan (seria „Prześladowani, zapomniani”). W końcu wspólnie udało nam się zrobić film o tzw. Państwie Islamskim... Ale ja ciągle miałem niedosyt.

– Niedosyt „Łowcy smoków”?

– Tak, dlatego postanowiłem, może zbyt śmiało, że sam będę to robił, że będzie to naprawdę mocny cykl o zmaganiu się dobra i zła w dzisiejszym świecie. Oczywiście, natychmiast pojawiło się mnóstwo problemów z telewizją, mimo danego mi przez nowe władze TVP w 2016 r. zielonego światła. Do tej pory udało mi się zrobić sześć odcinków.

– Pierwszy z nich poświęcił Pan mafii sycylijskiej, Ndranghecie. Dlaczego?

– Dlatego, że Ndrangheta jest największą mafią w Europie, najbogatszą, najbardziej brutalną i wpływową – zajmuje się najbardziej spektakularną działalnością przestępczą, przemytem narkotyków, handlem bronią, a ostatnio przemytem uchodźców – a przy tym bardzo silnie, oczywiście wyłącznie deklaratywnie, zrośniętą z katolicyzmem. Chciałem zgłębić ten fenomen zła, ale nie przez zwykłe dziennikarskie chodzenie utartymi ścieżkami – postanowiłem dotrzeć do mafiosów. W Kalabrii odkryłem biedne, zacofane, choć piękne Włochy, okolice San Luca z bardzo twardą kulturą Ndranghety.

– Twardym złem? Widać je tam gołym okiem?

– Zło zazwyczaj bywa tym groźniejsze, im mniej je widać, im bardziej zamaskowane. W San Luca 80 proc. mężczyzn należy do Ndranghety. Rozmawiałem z „żołnierzem” mafii, który, mimo że sporo już odsiedział, nadal działa w Ndranghecie, jest przy tym bardzo religijny, byłem z nim na Mszy św. Wysłuchałem skarg mafijnego przedsiębiorcy, któremu w wyniku śledztwa akurat zabrano hotel. Dotarłem też do jednego z przywódców Ndranghety, którego jednakże mogłem nagrać tylko ukrytą kamerą... Powstał film pt. „Diabeł zatrzymał się w Kalabrii”.

– Wbrew poprawności politycznej odważył się Pan nazwać zło po imieniu?!

– Tak, w tym filmie pytam wprost o diabła – nie wstydzę się religijnych pytań o dobro i zło. I wszędzie, gdzie jestem, staram się pytać o diabła. Pytam wszystkich, czy jest szatan, czy go nie ma, jak go pojmują...

– Jak odpowiadają?

– Włosi w Kalabrii odpowiadali tak, jak my byśmy odpowiadali... Mają, rzecz jasna, swój dość ciasny sposób rozumienia honoru i religii. Byliśmy w sanktuarium Ndranghety w górach – Santa Maria di Polsi, gdzie raz do roku odbywają się ogromne pielgrzymki mafii z całego świata.

– Pański film nie jest jednak zachwytem nad mafijną religijnością?

– Jest o pewnym rozdwojeniu, o tym, że można być religijnym tak jak oni i być zwiedzionym przez szatana. Tym pierwszym filmem z serii duchowych reportaży ze świata chciałem pokazać, że szatan działa także w Kościele katolickim, a Ndrangheta to szatan wcielony w społeczeństwo kalabryjskie.

– Czy takie filmowe dotykanie szatana napawa Pana pesymizmem?

– To by świadczyło, że on jest skuteczny. Ale, oczywiście, wszystkim naszym działaniom towarzyszą jakieś dziwne, nieoczekiwane zdarzenia, złe i dobre. Gdy po doświadczeniach kalabryjskich bardzo smutni wracaliśmy przez Neapol – który też nas przygnębił, jako że jest już zupełnie nieeuropejski – na lotnisku spotkaliśmy pielgrzymów z całego świata, udających się do Polski na Światowe Dni Młodzieży.

– Powiało nadzieją?

– Tak. Cały samolot śpiewał i modlił się. Wtedy zrozumiałem, że nie ma przypadków – wydostaliśmy się z ciemnej strony i znowu dotknęliśmy prawdziwej wiary w Jezusa Chrystusa, który był obecny między tymi ludźmi... Potem w Krakowie przeżyłem niezwykłe doświadczenie Dni Młodzieży i wtedy pomyślałem, że Chrystus nie pozwala mi odpocząć. Misją „Łowcy smoków” ma być pomaganie ludziom w odkrywaniu mechanizmów działania szatana, przypominanie miejsc zapomnianych przez media, w których zło wciąż grasuje.

– Dlaczego wybór „Łowcy smoków” padł na Tadżykistan?

– Dlatego, że tam żyją ludzie zapomniani, których świat omija... To biedny kraniec świata, kraj rządzony przez postsowieckiego dyktatora i przez swoisty miks islamu z sowietyzmem. Mam wrażenie, że tam dotknęliśmy materii, w której diabeł działa w dwójnasób. Kapusie, szpicle, tajna policja, łapówki na każdym kroku, niemal totalna erozja systemu islamskich wartości religijnych, atrofia zupełna. Spotkaliśmy bardzo ostro pijących muzułmanów, co świadczy o tym, że człowiek sowiecki wziął górę nad religijnym...

– Jaki jest więc tamtejszy islam?

– Większość to sunnici, ale ten ich islam jest bardzo zdegenerowany, taki „na dwoje babka wróżyła”. Jest tam też odmiana islamu wywodząca się z korzeni uzbeckich, a więc islam walczący, islam dżihadu i tzw. Państwa Islamskiego. Tadżykowie znani są z tego, że są dobrymi żołnierzami, zawsze chętnie zasilali szeregi tzw. Państwa Islamskiego. Ponadto – i to kolejny dowód na wyjątkową aktywność diabła – tamtędy wiedzie największy w świecie szlak przemytników heroiny, którym stale przepływa ponad 3 tys. ton tego narkotyku z Afganistanu. Tadżykistan był dla mnie naprawdę fizycznym doświadczeniem czegoś bardzo złego. Wyjeżdżając stamtąd, czułem ulgę.

– Potem był Irak... Dlaczego?

– Interesował nas sufizm, mistyczny odłam islamu, właśnie jako ścieżka duchowa; chcieliśmy spróbować przyjrzeć się mu od środka, uczestniczyliśmy w obrzędzie bractwa Quadriya, bardziej radykalnego z dwu istniejących tam bractw sufickich.

– Jakim cudem było to możliwe?

– W czasie realizacji filmu „Insha Allah. Krew męczenników” poznaliśmy wielu Kurdów i to dzięki ich pomocy byliśmy tam traktowani jako swoi, mogliśmy się znaleźć na bardzo wewnętrznych obrzędach i na własne oczy oglądać niesamowite zjawiska – przebijanie się na wylot, zjadanie pochodni...

– Pojawiło się pytanie o moc szatana?

– Polski sufi Andrzej Saramowicz tłumaczył mi, że to właśnie ta niezwykła ścieżka duchowa daje człowiekowi nadludzką odporność. Mnie zastanawia jednak, skąd pochodzi ta odporność – od dobrego czy jednak od złego, bo przecież dobro nie wymaga od człowieka samookaleczania się. Z tym pytaniem zostawiłem widzów, pokazując im tę właśnie najbardziej pokojową tradycję islamską...

– Po mistycznych przeżyciach Wschodu „Łowca smoków” zderza widzów z brutalnością dzisiejszej Europy. Dlaczego Berlin?

– Dlatego, że jest to najlepsze miejsce, by pokazać obraz inwazji nowych przybyszów z krajów islamskich. W dniu naszego wyjazdu z Berlina zdarzył się tam pierwszy zamach; ciężarówka – zginął w niej polski kierowca – wjechała w tłum na jarmarku, który odwiedzaliśmy codziennie z kamerami. I to była brutalna odpowiedź na wcześniejsze pytania kolegów z ekipy: „Ale o czym ty robisz ten film?”... Niestety, taki był epilog tego „europejskiego” odcinka „Łowcy smoków”. To był film o zagrożeniu, które wisi w powietrzu, które jest wciąż bagatelizowane.

– Bo nie zauważa się duchowego zła...?

– Dlatego właśnie chcemy ostrzegać Polaków, aby byli bardziej uważni w tych duchowych sprawach. Realizując „Łowcę smoków”, chciałem – powiem nieskromnie – stworzyć nowy rodzaj reportażu, reportaż duchowy. Chciałbym pokazywać, że istnieje duchowość, że ona jest taką samą realnością jak to, co nas fizycznie dotyka. Najlepszym tego przykładem był nasz reportaż z Iranu; wprawdzie opisuje bardzo odległą od naszej, szyicką tradycję duchową, jednak warto zwrócić uwagę, że wszyscy nasi rozmówcy powtarzają jedno: bez moralności, bez religii świat zginie. Pokazujemy – ku refleksji – że taki właśnie jest język debaty politycznej w dzisiejszym Iranie.

– Politycy nie wstydzą się mówić o duchowym wymiarze życia?

– Tam nawet w ekonomii mówi się o duchowości... Ogłaszając nowy etap w ekonomii państwa, nazwali go „epicką ekonomią”.

– To jedyne i ostatnie takie miejsce na świecie?

– Spośród tych, które odwiedziłem, na pewno jedyne, gdzie osoby publiczne tak wprost zwracają uwagę na znaczenie pierwiastka duchowego. Wsiąkaliśmy w tę irańską atmosferę z coraz większą fascynacją. Iran to wciąż kraj poetów, niezwykłej sztuki i kultury, tam ludzie nawet nie krzyczą na siebie... Chciałbym, żeby w Polsce było choć jedno środowisko, które tak traktuje sztukę i artystów, jak robią to w Iranie. Tam wszędzie widać ludzi czytających książki, obładowanych książkami. Widać kult kultury i nauki.

– I dzieje się to w kraju przez zachodni świat uznawanym za siedlisko szatana...

– Wyobrażamy sobie Iran zasnuty czarną chmurą proroka Chomeiniego, tymczasem wolność, swoboda życia jest tam zaskakująca. Kobiety są bardzo aktywne społecznie, wykształcone, są ważnym motorem życia Iranu. W tej islamskiej republice obowiązują, rzecz jasna, pewne restrykcje polityczne, jednak być może właśnie dzięki jej fenomenowi Iran jest dziś jednym z nielicznych niepodległych krajów na świecie... Idzie własną drogą, nie tak jak my... A jego wpływy tworzą „korytarz irański” aż do Arabii Saudyjskiej. Jednak z Iranu nie wychodzą te złe prądy, które objawiają się dziś na Bliskim Wschodzie. W Iranie zrozumiałem, że diabłem Bliskiego Wschodu jest Arabia Saudyjska.

– Przez swoje nieprzyzwoite bogactwo?

– Tak. To ona hojnie finansuje terroryzm wahabicki. Chciałbym tam pojechać i zrobić film, ale to jest chyba niemożliwe...

– Co więc dalej na drodze „Łowcy smoków”?

– Bardzo chciałbym pojechać do Indii, choć bardzo boję się tego kraju „anty-Dekalogu”, w którym wszystkie nasze przykazania są zanegowane. Reportaż duchowy z Indii – skąd na zachód płynęły w XX wieku duchowe fascynacje – mógłby być finałem naszego cyklu.

– Nie reportaż duchowy z Polski?

– Polska ma być bohaterem jednego z odcinków i zapewne będzie to jeden z ostatnich reportaży cyklu, bo właśnie kończy mi się umowa z TVP... A z Polską mamy też wielki duchowy kłopot; wydaje się, że ma wreszcie wielką szansę – której nie docenia – że może wreszcie pójść własną drogą, bo jest jednym z nielicznych realnie katolickich krajów w Europie. Jeżeli nie zrezygnujemy z tego naszego pierwiastka duchowego, ale go pogłębimy, to będą do nas przyjeżdżać Europejczycy, by oddychać nieskażonym duchowym powietrzem...

– „Łowca smoków” się rozmarzył?

– Niezupełnie. Już dziś spotykam Belgów, Duńczyków, Holendrów, którzy mówią mi, że Polska jest dla nich nadzieją. Mówią: jeżeli się nie poddacie biurokracji europejskiej, nie wpuścicie islamu w takim zakresie, jak to się stało w Europie, to będziecie ostoją normalności i spokoju. Bezpieczeństwo i spokój stają się najważniejszym towarem Polski, także gospodarczą nadzieją. A co do marzeń, to chciałbym po prostu robić te reportaże duchowe, by ludzie wiedzieli, że jest Bóg i jest też szatan.

– Sądzi Pan, że ludzie naprawdę chcą to jeszcze wiedzieć?

– Przyznaję, że czasem szatan każe mi wątpić... W środowisku dziennikarskim jestem non stop krytykowany, władze telewizji zaczynają kręcić nosem, że nie ma komercyjnych wyników oglądalności. Słyszę pytania: O czym to jest?! Dla kogo to jest?! Kogo to interesuje?! Właśnie dlatego muszę, powinienem to robić.

* * *

Witold Gadowski
Dziennikarz, poeta, autor reportaży (m.in. wraz z Przemysławem Wojciechowskim cyklu o współczesnym terroryzmie pt. „Tragarze śmierci”), produkcji filmowych i telewizyjnych, opowiadań, wierszy, piosenek, publikacji internetowych oraz powieści ( „Wieża komunistów”, „Smak wojny”). Laureat licznych nagród.

Tagi:
wywiad rozmowa

Misjonarzem jest Chrystus

2018-04-18 12:13

Maria Palica
Edycja szczecińsko-kamieńska 16/2018, str. I-II

Maria Palica
Ks. Robert Gołębiowski z Relikwiami Krzyża Świętego, za nim ministranci z Krzyżem św. Ottona

Z członkiem grupy misyjnej, ks. kan. Robertem Gołębiowskim, o „Misjach u stóp Krzyża” rozmawia Maria Palica.

Maria Palica: – Parafie archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej od ponad 7 lat przeżywają „Misje u stóp Krzyża”. Tuż przed Wielkanocą zakończyły się w dekanacie Goleniów, 26 kwietnia rozpoczną w dekanacie Kołbaskowo. Jaki jest główny cel tych Misji?

Ks. Robert Gołębiowski: – Impulsem do zorganizowania „Misji u stóp Krzyża” były wydarzenia wokół Krzyża, jaki stanął przed Pałacem Prezydenckim po tragedii smoleńskiej w kwietniu 2010 r. Przeżyliśmy wtedy półtoramiesięczne rekolekcje przy Krzyżu. Były tam przykłady pięknych świadectw wiary, ale także liczne profanacje Krzyża, a media non stop o tym mówiły. Abp Andrzej Dziega po tych wydarzeniach w gronie kilkunastu kapłanów zastanawiał się, czy i jak tę sytuację wykorzystać do działań duszpasterskich. Pytał, czy nie wyjść z Krzyżem do ludzi, żeby – i to jest główny cel tych Misji – zadośćuczynić za grzechy, które są popełniane wobec Krzyża. Ale żeby też był to jednocześnie czas refleksji nad znaczeniem Krzyża w życiu człowieka wierzącego. I tak zrodziła się myśl przeprowadzenia „Misji u stóp Krzyża” we wszystkich parafiach archidiecezji. Ksiądz Arcybiskup zaproponował, aby odbywały się one przy Relikwiach Krzyża Świętego z katedry kamieńskiej i Krzyżu św. Ottona.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Watykan: nie ma zgody, by małżonkowie niekatoliccy przyjmowali Komunię św.

2018-04-18 22:50

st (KAI) / Linz

Kongregacji Nauki Wiary, której przewodniczy abp Luis Ladaria, listem z 22 lutego, miała odmówić zezwolenia, aby współmałżonek niekatolicki pary mieszanej mógł przyjmować Eucharystię w Kościele katolickim – informuje austriacki portal kath.net. Decyzję tę miał potwierdzić Papież Franciszek.

Tama66/pixabay.com

Zgodnie z projektem wytycznych zatwierdzonych przez Niemiecką Konferencję Biskupów w lutym b.r. większością 2/3 głosów, małżonkowie protestanccy mogli by przyjmować Komunię św. po „poważnym zbadaniu sumienia”, a także musieli by „potwierdzić wiarę Kościoła katolickiego” co do Eucharystii, pragnąc zakończyć „poważne cierpienie duchowe” oraz „zaspokoić głód Eucharystii”.

Pomimo zapewnień ze strony przewodniczącego konferencji, kardynała Reinharda Marxa, że nie jest to jakąkolwiek próbą zmiany doktryny Kościoła, wniosek głęboko podzielił biskupów niemieckich.

Kard. Gerhard Müller, były prefekt Kongregacji Nauki Wiary, potępił ten ruch jako „sztuczkę retoryczną” i stwierdził, że warunki wymienione w projekcie dokumentu nie mogą zostać spełnione, jeśli chcemy pozostawać wiernymi nauczaniu Kościoła.

Na początku kwietnia b.r . pojawiała się informacja, że siedmiu biskupów, w tym kard. Rainer Woelki z Kolonii poprosiło o interwencję prefekta Kongregacji Nauki Wiary, abpa Luisa Ladarii Ferera SJ. W trzystronicowym liście opublikowanym na łamach Kölner Stadt-Anzeiger stwierdzili, że Niemiecka Konferencja Episkopatu może przekroczyć swoje kompetencje i poprosili Watykan o pomoc. List był adresowany również do kard. Kurta Kocha, przewodniczącego Papieskiej Rady ds. Popierania Jedności Chrześcijan.

Oprócz kardynała Woelkiego list podpisali abp Ludwig Schick z Bambergu oraz biskupi Konrad Zdarsa (Augsburg), Gregor Maria Hanke (Eichstätt), Wolfgang Ipolt (Görlitz), Rudolf Voderholzer (Ratyzbona) i Stefan Oster (Passawa). W lutym b.r. większość biskupów niemieckich wyraziła zgodę na umożliwienie luterańskiemu członkowi pary mieszanej komunii. Natychmiast podjęto w tej kwestii konsultacje z Watykanem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Papież w Alessano: Ewangelia wzywa często do niewygodnego życia

2018-04-20 10:58

tlum. st (KAI) / Alessano

Na znaczenie zrozumienia ubogich i budowania Kościoła świadczącego, że Bóg jest jedynym prawdziwym dobrem zwrócił dziś uwagę papież Franciszek modląc się przy grobie biskupa Antonia Bello w Alessano, który bywa uważany za prekursora duszpasterskiego stylu Ojca Świętego. Dzisiaj przypada 25 rocznica śmierci tego Sługi Bożego.

Grzegorz Gałązka

Oto tekst papieskiego przemówienia w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry,

Przybyłem jako pielgrzym na tę ziemię z której pochodził Sługa Boży, Tonino Bello. Przed chwilą modliłem się przy jego grobie, który nie wznosi się monumentalnie w górę, ale jest całkowicie zanurzony w ziemi: Don Tonino, zasiany w swej ziemi zdaje się nam mówić, jak bardzo ukochał ten region. Chciałbym się nad tym zastanowić, przywołując przede wszystkim jego słowa wdzięczności: „Dziękuję, moja ziemio, mała i uboga, która zrodziłaś mnie ubogim, jak ty, ale która właśnie dlatego obdarzyłaś mnie niezrównanym bogactwem zrozumienia ubogich i tym, że mogę im dzisiaj służyć”[1].

Zrozumienie biednych było dla niego prawdziwym bogactwem. Miał rację, ponieważ ubodzy są naprawdę bogactwem Kościoła. Przypomina nam o tym stale don Tonino, w obliczu powracającej pokusy, by dojść do porozumienia z możnymi chwili obecnej, dążenia do przywilejów, samozadowolenia w wygodnym życiu. Ewangelia – zazwyczaj przypominał to na Boże Narodzenie i na Wielkanoc - wzywa często do niewygodnego życia, ponieważ ten, kto idzie za Jezusem kocha ubogich i pokornych. Tak czynił Nauczyciel, tak głosiła jego Matka, chwaląc Boga, bo On „Strąca władców z tronu, a wywyższa pokornych” (Łk 1,52). Kościół, który troszczy się o ubogich zawsze będzie dostrojony do kanału Boga, nigdy nie traci częstotliwości Ewangelii i czuje, że musi powrócić do tego, co istotne, aby konsekwentnie wyznawać, że Pan jest jedynym prawdziwym dobrem.

Don Tonino wzywa nas, byśmy nie teoretyzowali na temat bliskości wobec ubogich, ale byli blisko nich, tak jak to czynił Jezus, który będąc bogatym, dla nas stał się ubogim (por. 2 Kor 8,9). Don Tonino odczuwał potrzebę naśladowania Go, angażując się osobiście, aż do wyzbycia się siebie. Nie przeszkadzały jemu prośby, bolała go obojętność. Nie obawiał się braku pieniędzy, ale martwił się niepewnością pracy, problemem, który jest dziś tak aktualny. Nie tracił okazji, aby powiedzieć, że na pierwszym miejscu stoi pracownik z jego godnością, a nie zysk ze swoją chciwością. Nie stał z założonymi rękoma: działał lokalnie, aby siać pokój na całym świecie, w przekonaniu, że najlepszym sposobem, aby zapobiec przemocy i wszelkiego rodzaju wojnom jest zatroszczenie się o potrzebujących i krzewienie sprawiedliwości. Jest tak naprawdę, bo jeśli wojna rodzi ubóstwo, to także ubóstwo wywołuje wojnę [2]. Zatem pokój budowany jest począwszy od domów, ulic, warsztatów, gdzie osobistym wysiłkiem kształtuje się komunia. Don Tonino pełen nadziei powiedział: „Od zakładu, tak jak kiedyś od warsztatu z Nazaretu, wyjdzie słowo pokoju, które wytyczy drogę ludzkości spragnionej sprawiedliwości, ku nowym celom”[3].

Drodzy bracia i siostry, to powołanie pokoju należy do waszej ziemi, do tej wspaniałej ziemi pogranicza - finis-terrae – którą don Tonino nazywał „terra-finestra” [„ziemia- okno”], bo z południa Włoch otwiera się na południe świata, gdzie „najubożsi są coraz liczniejsi, a bogaci stają się coraz bogatsi i jest ich coraz mniej” [4]. Jesteście „otwartym oknem, w którym można obserwować całe ubóstwo ciążące na historii” [5], ale jesteście przede wszystkim oknem nadziei, aby Region Śródziemnomorski, historyczny basen cywilizacji, nigdy nie był napiętym łukiem walki, ale gościnną arką pokoju” [6].

Don Tonino jest człowiekiem swojej ziemi, bo na tej ziemi dojrzewało jego kapłaństwo. Tutaj rozkwitło jego powołanie, które uwielbiał nazywać ewokacją: przywoływaniem tego, jak szalenie Bóg miłuje szczególnie, każde po kolei nasze kruche życie; echo Jego głosu miłości, który przemawia do nas każdego dnia; wezwanie, aby zawsze iść naprzód, by odważnie marzyć, zdecentralizować nasze życie, by służyło innym; zaproszenie, by zawsze ufać Bogu, jedynemu, który potrafi przemienić życie w święto. Takim właśnie jest powołanie według don Tonino: powołanie, by stawać się nie tylko pobożnymi wiernymi, ale w pełnym tego słowa znaczeniu rozmiłowanymi w Panu, z żarliwością marzenia, porywem daru, śmiałością, by nie poprzestawać na półśrodkach. Gdy bowiem Pan rozpala serce, to nie można zgasić nadziei. Kiedy Pan prosi o nasze przyzwolenie, nie możemy odpowiedzieć „być może”. Warto, by nie tylko młodzi, ale my wszyscy, poszukujący sensu życia, byśmy słuchali i usłyszeli na nowo słowa don Tonino.

Na tej ziemi Antonio urodził się jako Tonino i stał się don Tonino. To proste i bliskie imię, które czytamy na jego grobie, wciąż do nas przemawia. Mówi o jego pragnieniu, by stać się maluczkim, żeby być blisko, by skracać dystanse, by zaoferować pomocną dłoń. Zachęca do prostej i autentycznej otwartości Ewangelii. Don Tonino bardzo to zalecał, zostawiając w spadku swoim kapłanom. Mawiał: „Miłujmy świat. Bądźmy dla niego życzliwi. Weźmy go pod ramię. Okazujmy miłosierdzie. Nie przeciwstawiajmy się jemu w obliczu rygorów prawa, jeśli wcześniej nie łagodziliśmy ich dawkami czułości” [7]. Są to słowa, które ukazują pragnienie Kościoła dla świata: nie światowego, ale dla świata. Niech Pan da nam tę łaskę Kościoła nie światowego służącego światu! Kościoła nie światowego, ale dla świata. Kościoła oczyszczonego z samoodniesienia i „ekstrawertycznego, wychylonego, nie owiniętego wokół samego siebie” [8]; nie czekającego aż otrzyma, ale udzielającego pierwszej pomocy; nigdy nie uśpionego w nostalgii za przeszłością, ale rozpalonego miłością do dnia dzisiejszego, na wzór Boga, który „tak umiłował świat” (J 3,16).

Imię „don Tonino” mówi nam także o jego zdrowej alergii na tytuły i zaszczyty, jego pragnieniu, by pozbawiać się wszystkiego dla Jezusa, który ogołocił się ze wszystkiego, jego odwadze, by uwolnić się od tego, co mogłoby przypominać oznaki władzy, aby uczynić miejsce dla mocy znaków[9]. Don Tonino z pewnością nie czynił tego dla wygody lub poszukując aprobaty, ale pobudzony wzorem Pana. W miłości do Niego możemy znaleźć siłę do porzucenia szat, które wstrzymują krok, by przyoblec się w służbę, aby być „Kościołem w fartuchu, jedyną szatą kapłańską odnotowaną przez Ewangelię” [10].

Co jeszcze mógłby nam powiedzieć don Tonino z tej swojej ukochanej ziemi? Ten wierzący z nogami na ziemi i oczyma skierowanymi ku niebu, a szczególnie z sercem, które łączyło niebo i ziemię, ukuł, wśród wielu innych, oryginalne słowo, które przekazuje każdemu z nas wielką misję. Lubił mówić, że my, chrześcijanie, „musimy być kontempl-aktywni, czyli ludźmi, którzy wychodzą z kontemplacji a następnie pozwalają, by ich dynamizm, ich zaangażowanie zaowocowało w działaniu” [11]., ludźmi, którzy nigdy nie oddzielają modlitwy i działania. Drogi don Tonino, przestrzegałeś nas od ponurzenia się w wir obowiązków bez siedzenia przed tabernakulum, byśmy się nie łudzili pracując na próżno dla królestwa Bożego[12]. A moglibyśmy zadać sobie pytanie, czy wychodzimy od tabernakulum, czy od nas samych. Mógłbyś nas również zapytać, czy gdy wyszliśmy - idziemy: czy podobnie jak Maryja, kobieta pielgrzymująca, wstajemy, aby dotrzeć i służyć człowiekowi, każdemu człowiekowi. Gdybyś o to zapytał, powinniśmy się wstydzić naszego bezruchu i naszych stałych usprawiedliwień. Przywrócić nas do naszego wzniosłego powołania; pomóż nam być coraz bardziej Kościołem kontemplacyjnym, rozmiłowanym w Bogu i namiętnie kochającym człowieka!

Drodzy bracia i siostry, w każdym czasie Pan stawia na drodze Kościoła świadków, którzy uosabiają dobrą wieść Wielkanocy, proroków nadziei dla przyszłości wszystkich. Z waszej ziemi Bóg zrodził jednego, jako dar i proroctwo dla naszych czasów. A Bóg pragnie, aby Jego dar został przyjęty, aby Jego proroctwo zostało zrealizowane. Nie zadowalajmy się spisaniem pięknych wspomnień, nie dajmy się powstrzymać tęsknotami za przeszłością ani nawet leniwą gadaniną chwili obecnej czy też obawami o przyszłość. Naśladujmy don Tonino, dajmy się porwać jego młodzieńczej gorliwości chrześcijańskiej, usłyszmy jego usilne wezwanie do życia Ewangelią bez taryfy ulgowej. Jest to mocne zaproszenie skierowane do każdego z nas i dla nas jako Kościoła. Niech nam pomoże szerzyć dziś wonną radość Ewangelii.

PRZYPISY:

1.„Grazie, Chiesa di Alessano», La terra dei miei sogni. Bagliori di luce dagli scritti ugentini, 2014, 477. 2.Por. ŚW. JAN PAWEŁ II, „Jeśli pragniesz pokoju, wyjdź naprzeciw ubogim, Orędzie na XXVI Światowy Dzień Pokoju, 1 stycznia 1993. 3.La terra dei miei sogni, 32. 4.“Il pentalogo della speranza”, Scritti vari, interviste aggiunte, 2007, 252. 5.“La speranza a caro prezzo”, Scritti di pace, 1997, 348. 6.Por. „La profezia oltre la mafia”, tamże, 280. 7.“Torchio e spirit”. Omelia per la Messa crismale 1993», Omelie e scritti quaresimali, 2015, 97. 8.“Sacerdoti per il mondo”, Cirenei della gioia, 2004, 26. 9.“Dai poveri verso tutti”, tamże, 122 ss. 10.“Configurati a Cristo capo e sacerdote”, tamże, 61. 11. Tamże, 55. 12.Por. “Contempl-attivi nella ferialità quotidiana”, Non c’è fedeltà senza rischio, 2000, 124; “Soffrire le cose di Dio e soffrire le cose dell’uomo”, Cirenei della gioia, 81-82.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem