Reklama

Studia Ignatianum

Kapitan w spódnicy

2017-02-15 09:52

Z Danutą Kobylińską-Walas rozmawiał Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 8/2017, str. 14-17

Krzysztof Tadej
Danuta Kobylińska-Walas

Danuta Kobylińska-Walas to pierwsza kobieta kapitan żeglugi wielkiej w historii Polski. – Legendarna osoba, która słynie z ogromnego poczucia humoru, szacunku do ludzi i uczciwości – podkreślają marynarze. Nazywano ją „królową morza”, „kapitanem w spódnicy”, „pierwszą po Bogu” lub po prostu „Żabą” – ze względu na ulubiony styl pływania. Bardzo ceni Jana Pawła II. Jego portret kanonizacyjny, którego autorem jest fotograf współpracujący z „Niedzielą” Grzegorz Gałązka, znajduje się na honorowym miejscu w jej domu. Pani Danuta udzieliła wielu wywiadów dla najbardziej prestiżowych stacji telewizyjnych świata i najsłynniejszych gazet. Dzisiaj zdecydowała się na ekskluzywny wywiad dla tygodnika „Niedziela”.
Z Danutą Kobylińską-Walas – kapitanem żeglugi wielkiej – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – Często podkreśla Pani, żeby koncentrować się na tym, co najważniejsze.

DANUTA KOBYLIŃSKA-WALAS: – Trzeba bardziej być niż mieć. Gdy teraz przyglądam się ludziom, to widzę, jak uganiają się za pieniędzmi. To wydaje się im najważniejsze. Nie dostrzegają, że tracą życie. To takie bezsensowne. Nieraz mówię: „Człowieku, opanuj się! Przecież do trumny nie zabierzesz karty do bankomatu! Zacznij się cieszyć życiem”.

– Pani tak właśnie robi od lat.

– W czasie 40 lat pływania na morzu trudnych sytuacji było co niemiara. Przez 17 lat byłam kapitanem, co wiązało się z ogromną odpowiedzialnością i ciągłym podejmowaniem decyzji. Ale nigdy nie traciłam pogody ducha. Teraz też, choć z wiekiem przychodzi wiele ograniczeń. Mam 85 lat, jestem po nowotworze. Z dużym trudem udaje mi się zrobić parę kroków i wyjść na balkon w mieszkaniu. Pomimo tego nie poddaję się. Ciągle jest mi jeszcze dobrze na tym świecie i uważam, że każda chwila może być piękna.

– Jan Paweł II napisał kiedyś, że w podeszłym wieku można zachować zdumiewającą młodość i żywotność ducha.

– To, jacy jesteśmy, zależy od nas. Można być przecież starym, mając 20 lat! Nieraz widzę młodych pogrążonych w depresji. Ale i ludzie starsi mogą być nie do życia. Gdy dzwonię do znajomych, to opowiadają o wszystkich chorobach świata, które ich dopadły, i lekach, które przyjmują. Stękają, jęczą, są zgorzkniali. Męczą tymi opowieściami mnie i swoich bliskich. A ja opowiadam im dowcipy. Każdego staram się podnieść na duchu. Nieraz kilka życzliwych słów albo proste zdanie: „Uśmiechnij się. Jutro będzie lepiej!” potrafią zmienić człowieka.
A wracając do Jana Pawła II, to osobiście go poznałam i wyszła z tego niezła draka.

– To znaczy?

– Trzy miesiące po wyborze kard. Wojtyły na papieża dopłynęliśmy do włoskiego portu w Civitavecchia z węglem. Znajome zakonnice zawiadomiły sekretarza Papieża, że jest we Włoszech Polka – kapitan statku z załogą. Dostaliśmy oficjalne zaproszenie na spotkanie z Ojcem Świętym. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Z drugiej strony były to czasy PRL-u – pełna komuna – i przewidywałam, że mogą wyniknąć z tego kłopoty, dlatego zadzwoniłam do naszej ambasady w Rzymie z informacją, że wybieramy się do Watykanu. Jak się okazało, ten telefon później nas uratował.
Cała załoga chciała zobaczyć Papieża. Trzeba było urządzić losowanie, bo ktoś musiał zostać na statku. Pojechaliśmy na galowo, w pięknych mundurach. Posadzono nas w pierwszym rzędzie. Pojawił się Papież. Zaczął witać jakieś włoskie chóry i studentów z Hiszpanii. A potem mówił o nas. Podkreślił, że jest tu jedyna kobieta kapitan z marynarzami, i to z polskiego statku. Pojawiły nam się łzy w oczach. Jego spojrzenie i słowa to był miód na nasze serca!
Zobaczyliśmy Papieża – cudownego, ciepłego, ale też z jakąś ogromną wewnętrzną siłą. Po spotkaniu podszedł do nas, porozmawiał z każdym, pogłaskał mnie po głowie. Czuliśmy się, jakby skrzydła wyrosły nam u ramion. Miałam wrażenie, że staliśmy się jacyś inni – lżejsi, wewnętrznie czyści, bardziej radośni. Gdy wróciliśmy na statek, pierwszy oficer spytał, czy nie boję się kłopotów po powrocie do Polski. Odpowiedziałam: „Teraz niczego się nie boję prócz Boga. Mogą mnie nawet zwolnić. Oni nawet nie są w stanie zrozumieć tego, co przeżyłam, i tego mi nikt już nie odbierze!”. O naszym spotkaniu z Ojcem Świętym wieczorem poinformowało Radio Wolna Europa. I się zaczęło. „Co ta Kobylińska sobie wyobraża?! Co ona zrobiła? To skandal!” – krzyczano w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Szczecinie. Chciano mnie zniszczyć i czyniono to na różne sposoby. Tym bardziej że nigdy nie byłam dla partii osobą godną zaufania. Mój ojciec walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r., a wujkowie zginęli w Katyniu. Rodzice w czasie wojny pomagali Armii Krajowej i Szarym Szeregom, a do tego byliśmy ziemianami, których po wojnie wyrzucono z majątku.
Ale w tych kłopotach pomogła mi nasza ambasada w Rzymie. Powiedzieli, że zostali oficjalnie poinformowani o spotkaniu z Papieżem i że była to świetna reklama Polski. Szczęśliwie jakoś cała ta sprawa rozeszła się po kościach. To jeden z przykładów, jak musiałam lawirować. Z jednej strony być sobą, a z drugiej – omijać rafy, które pojawiały się w związku z systemem panującym w Polsce.

– Inne Pani kłopoty wynikały z tego, że jest Pani kobietą...

– Było wiele przykrych sytuacji. Gdy zostałam kapitanem, dostawałam telefony z inwektywami. Przed pierwszym rejsem kilka osób z załogi zgłosiło się do kadr. Powiedzieli, że ze mną nie popłyną.

– Dlaczego?

– Uważali, że to uwłaczające, by „baba wydawała im rozkazy”. W kadrach trafili jednak na bardzo przyzwoitą panią Zosię Wierzchowską. Powiedziała, że nie ma nikogo na podmianę i muszą w ten jeden rejs popłynąć. Obiecała, że potem dostaną kogoś innego. Ale jak to w życiu – po rejsie wszystko się zmieniło. Osoby, które mnie najbardziej atakowały, znowu pobiegły do kadr, ale tym razem po to, by zawiadomić panią Zosię, że chcą ze mną pływać dalej.

– Ten pierwszy rejs nie był łatwy. Statkiem „Kopalnia Wujek” płynęła Pani na Kubę.

– Przewoziliśmy dary PCK dla zrujnowanej przez cyklon i powodzie wyspy. Na pokładzie były też 24 autobusy dla mieszkańców Hawany. Na Atlantyku dopadł nas huragan. Statek niebezpiecznie przechylał się raz na prawą, raz na lewą stronę. Wszystko trzeszczało. Zaczął się sztorm, który był tak silny, że na przyrządach zabrakło skali. Wartość 12 stopni w skali Beauforta była znacznie przekroczona. Załoga była przerażona. Ja zresztą też. Naturalnie nie mogłam tego pokazać, żeby potem nie powiedzieli: „Baba zawaliła”. Kazałam ustawiać statek pod wiatr, wielokrotnie zmieniałam kurs, żeby przetrwać nawałnice. I modliłam się do Boga.

– W którymś momencie ktoś z załogi przybiegł do Pani.

– Bolek, mój steward, błagał: „Niech pani coś robi! Toniemy! A ja mam maleńką córeczkę...”. Zobaczyłam, że nie ma ludzi ze stali i żelaza. Najbardziej twardzi marynarze wymiękli. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Krzyknęłam: „A co z pana za chłop! Trochę buja, a pan panikuje! Niech pan zjeżdża z mostku do swojej roboty i nie zawracaj pan głowy!”. Był zdumiony. Wrócił do załogi. Powiedział: „Chyba nie jest tak źle, bo stara jest dziwnie spokojna”. Napięcie opadło i jakoś przetrwaliśmy sztorm.

– W nawiązaniu do tej sytuacji marynarze napisali kiedyś o Pani wiersz.

– Jeden z wersów brzmiał: „Niestraszne nam sztormy, niestraszne kiwanie, póki Żaba z nami, nic się nam nie stanie!”.

– Niemal w każdym porcie czekał na Panią tłum dziennikarzy. Każdy chciał porozmawiać z kobietą kapitanem.

– Traktowałam to jako ważny obowiązek, bo reprezentowałam przecież Polskę. Czyniłam to najlepiej i najwspanialej, jak mogłam. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdy pisano w artykułach z szacunkiem o Polsce. Do dzisiaj jestem bardzo czuła na tym punkcie. Jak czytam, że ktoś za granicą źle mówi o naszym kraju, to serce mi pęka.

– Ale raz dziennikarze Pani podpadli. W Japonii.

– Dopływaliśmy do portu i na nabrzeżu zobaczyłam tłum dziennikarzy. Po zacumowaniu jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Każdy pytał o to, jak trafiłam do marynarki, co ja tu robię, jak sobie radzę z załogą itd. Cierpliwie odpowiadałam. Trwało to bardzo długo, a mieliśmy tylko kilka godzin postoju. W którymś momencie zaczęłam się już nieco denerwować. Bardzo chciałam zejść na ląd i kupić buty – szpileczki, których, oczywiście, w Polsce nigdzie nie można było dostać. Zaoszczędziłam trochę pieniędzy na ten zakup, a tu ciągle odpowiadałam na pytania. Ale wreszcie ostatni dziennikarz opuścił pokład i z naszym przedstawicielem handlowym w Japonii ruszyliśmy szybko do sklepu. Wybrałam piękne czarne czółenka. Przymierzyłam, pasowały doskonale. Były śliczne. W największym pośpiechu wróciliśmy do portu i wypłynęłam na pełne morze. Wtedy postanowiłam jeszcze raz założyć buty. Ale okazało się, że jeden był dobry, a drugi o dwa numery za duży, bo ekspedientka, pakując w pośpiechu buty, pomyliła się! No, wtedy nerwy mi puściły. Lepiej, żebym nie cytowała tego, co wówczas inni usłyszeli!

– W marynarce rozmawia się nieraz dosyć brutalnie. Jak Pani sobie z tym radziła?

– Zawsze chciałam zostać damą, ale też musiałam być skuteczna. Dlatego wymyślałam różne powiedzenia, żeby ominąć przekleństwa. Niektóre z nich stały się kultowe. Jak ktoś mnie zdenerwował, to mówiłam np.: „Idź już, bo zaraz cię kopnę w to, czego ja nie mam!”.

– Inna przygoda przydarzyła się Pani, gdy na statku urządzono wystawny obiad dla ważnych gości.

– Staliśmy w porcie w Genui. Dostałam wiadomość, że należy przygotować uroczysty obiad na statku, bo przyjedzie bardzo ważna delegacja. Mieli być dyrektor z mojego przedsiębiorstwa, czyli Polskiej Żeglugi Morskiej, ktoś z ministerstwa i przedstawiciele odbiorców węgla z Włoch. Kilka minut przed przyjazdem tych osób zbiegłam do kuchni i jeszcze nie dowierzając swoim kucharzom, poprawiałam po swojemu udekorowanie potraw. W którymś momencie zadzwoniono z mostku, że na końcu nabrzeża widać nadjeżdżające samochody. Szybko pobiegłam do kabiny, żeby jeszcze poprawić włosy i umyć ręce. Niestety, steward, który sprzątał kabinę, źle odwrócił rączkę od prysznica i coś poprzestawiał. Jak odkręciłam wodę, prysznic zalał mi cały nowiutki biały mundur i fryzurę też!

– O rety!

– Sytuacja jak z koszmarnego snu. Zastanawiałam się, co zrobić. Za kilka sekund delegacja miała podjechać pod statek. Nie było czasu na przebranie się. Wyglądałam, jakby ktoś mi wylał na głowę wiadro wody. Tak wyszłam przywitać gości. I muszę przyznać, że nigdy nie widziałam bardziej zaskoczonych ludzi. Bardzo ich przeprosiłam, powiedziałam, co się stało i od razu zaprosiłam na drinka. Dopiero potem pobiegłam się przebrać. Goście byli zadowoleni. Mówili: „Co za oszałamiający początek spotkania!”.

– Nigdy nie przejmowała się Pani trudnościami?

– Nieraz pojawiają się, gdy osiąga się znaczący sukces. Plotki, pomówienia, obmowy... To mnie spotykało. Kiedy dostawałam premie za bezawaryjną pracę statku przez cały rok, to koledzy mówili o mnie złe słowa, np. że wystarczy być babą, by dostać premię. Bardzo to było krzywdzące, bo ciężko pracowałam na sukcesy. Takimi złośliwościami nigdy nie należy się przejmować, ale robić swoje.

– Pani mottem życiowym są słowa: „Kocham życie”?

– Można tak powiedzieć. Choć mam też inne ważne motto: „Być zawsze człowiekiem”. Gdy ktoś ma władzę, gdy jest przełożonym, to łatwo może się odczłowieczyć. Sztuką jest nie zgnoić podwładnego, ale mu pomóc. Nieraz myślałam, gdy ktoś coś zawalił: „A co ja bym zrobiła w jego sytuacji?”. Z jednej strony byłam wymagająca, ale z drugiej – chwytałam za serce. Ważne jest, żeby rozmawiać i poznać problemy ludzi. Jak żona marynarza rodziła, to wcześniej dzwoniłam do niej i dodawałam otuchy. Jak na statku pojawiały się trudne sytuacje, to starałam się je załagodzić jakimś żartem.
Teraz mam poczucie spełnienia i spokoju. W swoim życiu chyba nic bym nie zmieniła. Oprócz Konrada – mojego syna, który jest marynarzem, wnuczki Magdy i całej mojej wspaniałej rodziny, mam też dwie inne miłości – miłość do zawodu i miłość do ludzi. Jeśli się nie lubi tego, co się robi, to niewiele się osiągnie. Ja z natury kocham ludzi. Jest mi z tym dobrze i za to dziękuję Bogu.

Tagi:
wywiad rozmowa

Motocykliści chcą być razem

2018-04-25 11:32

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 17/2018, str. VI

Z ks. Jarosławem Zagozdą, proboszczem z podgorzowskiej Baczyny, rozmawia Kamil Krasowski

Karolina Krasowska
W tym roku motocykliści po raz 7. przejadą ze Świebodzina do Ro kitna

KAMIL KRASOWSKI: – 29 kwietnia odbędzie się 7. Diecezjalna Pielgrzymka Motocyklowa spod figury Chrystusa Króla w Świebodzinie do sanktuarium w Rokitnie. Jak narodziło się to dzieło?

KS. JAROSŁAW ZAGOZDA: – Pierwsza oficjalna pielgrzymka do sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej odbyła się w 2012 r. To było działanie oddolne. Ludzie sami chcieli taką pielgrzymkę zorganizować. Chcieli pojechać do świętego miejsca. Wybór padł na Rokitno, bo nie ma lepszego miejsca w diecezji. Pielgrzymka zawsze wygląda podobnie. Jest Koronka do Bożego Miłosierdzia, bardzo dobrze odbierana przez motocyklistów. Wielu z nich mówiło, że pierwszy raz w życiu modliło się Koronką właśnie na pielgrzymce. I to jest ważny element. Później jest sprawowana Msza św., poświęcenie motocykli i wspólne spotkanie przy stole. Od samego początku w pomoc przy organizacji pielgrzymki – w organizację przejazdu, ustawienie motocykli – zaangażowanych było wielu ludzi. I tak do tej pory współpracujemy. Taką grupą są motocykliści z Gorzowa skupieni w grupie MIŚ, którzy pomagają nam każdego roku.

– Jak wyglądały początki? Ile osób jeździło wówczas do Rokitna?

– W pierwszej pielgrzymce wzięło udział ok. 100 osób. Później ta liczba wzrastała. Najwięcej to było ok. 500 motocykli. Nie chodzi jednak o ilość, a przede wszystkim o duchowe przeżycie – modlitwę, spokojny czas wspólnie przeżywany w sanktuarium, co zawsze akcentujemy. Ilość nie ma znaczenia, chociaż wszystkie zloty i spotkania motocyklistów taki ranking prowadzą, my nie przywiązujemy do tego wagi.

– Skąd najczęściej przyjeżdżają uczestnicy pielgrzymki?

– Jak jest dobra pogoda, bo to jest bardzo ważne, to przyjeżdżają nawet spoza diecezji, z województw zachodniopomorskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego. Przyjeżdżają ludzie z Poznania, Piły, Połczyna Zdroju, Wrocławia, a także zaprzyjaźnieni motocykliści z Niemiec. Mówimy, że jest to pielgrzymka motocyklistów z naszej diecezji, ale każdy znajdzie tu swoje miejsce.

– Jakie intencje towarzyszą pielgrzymom?

– Uczestnicy przywożą swoje konkretne intencje modlitewne, które składają na ołtarzu w czasie Mszy św. sprawowanej za nich. Modlimy się, żeby Pan Bóg bezpiecznie nas prowadził, ale także polecamy zmarłych motocyklistów. Bardzo wielu ludzi prosi o Boże błogosławieństwo dla swoich rodzin. To też jest ciekawy rys – przyjeżdżają ludzie na motocyklach, ale wielu przybywa samochodami. Mąż przyjeżdża motocyklem, a żona z dziećmi samochodem. Albo dziadek z babcią przyjeżdżają za wnukiem właśnie samochodem, żeby z nim być. Dlatego wydaje mi się, że nasza pielgrzymka jest takim rodzinnym świętem.

– Czy w naszej diecezji istnieje duszpasterstwo motocyklistów?

– Kiedyś słyszałem takie powiedzenie, że każdy motocyklista ma duszpasterza w swoim proboszczu, ponieważ każdy należy do jakiejś parafii. Oficjalnie nie ma takiego duszpasterstwa, ale księża od zawsze są tam, gdzie się gromadzą ludzie. Biskup nie mianował takiego duszpasterza, ale są księża, którzy z tym środowiskiem się spotykają i duszpastersko troszczą się o nie.

– Wspominał Ksiądz, że w organizację pielgrzymki zaangażowani są członkowie Grupy Motocyklowej MIŚ. Z tego, co wiem, w pielgrzymkę zaangażowany jest także Klub Motocyklowy God’s Guards. Co to za klub?

– To klub, który zrzesza księży zajmujących się duszpasterstwem motocyklistów w całej Polsce, ale nie tylko, bo do wspólnoty należą też księża z Niemiec albo ci, którzy wyjechali na studia np. do Hiszpanii i tam też się spotykają. Mówi się, że jest to wspólnota kapłańska. W naszej diecezji jest kilku księży, którzy należą do tego klubu. Wspólnie przeżywamy rekolekcje, raz w roku bierzemy udział w pielgrzymce od Bałtyku do Tatr.

– W tym roku takie ogólnopolskie spotkanie Klubu God’s Guards odbędzie się w naszej diecezji w Kęszycy Leśnej.

– Rekolekcje odbywają się w różnych miejscach. Pierwsze były w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, później była Częstochowa, Warszawa, Tarnów, zaś w tym roku będzie to nasza diecezja. Spodziewamy się, że przyjadą do nas księża, którzy zajmują się duszpasterstwem motocyklistów w całej Polsce.

– Jakie są główne cele Diecezjalnej Pielgrzymki Motocyklowej ze Świebodzina do Rokitna?

– Religijny cel to przede wszystkim modlitwa. Motocykliści to ludzie, którzy lubią wejść do kościoła. Jak zwiedzają jakieś miejsca, to bardzo często jest tak, że zatrzymują się właśnie pod kościołem, żeby zobaczyć, wejść, przeżegnać się. Bardzo ciekawy i ważny jest też cel wspólnototwórczy. Motocykliści chcą być razem. Jak jedziemy na motocyklach, to nie ma okazji, żeby porozmawiać, bo każdy jedzie sam. Jak się spotkamy w większej albo mniejszej grupie – to dobrze jest opowiedzieć swoje wrażenia. Dzielimy się doświadczeniem – kto gdzie był, gdzie warto pojechać. Kolejny cel to promocja bezpiecznej jazdy. Jedziemy w zwartym szyku, w takiej procesji, w pielgrzymce, żeby pokazać, że na drodze trzeba bardzo mocno uważać.

– Jak Ksiądz jako organizator przeżywa pielgrzymkę?

– Bardzo się z niej cieszę. Zawsze też z niepokojem obserwuję pogodę z myślą, czy uda się przejechać. Był taki jeden rok, gdy padał grad. Myśleliśmy, że nikt nie przyjedzie, ale wręcz przeciwnie – przyjechało bardzo dużo ludzi. W takiej grupie modlitwa w Rokitnie ma dla mnie bardzo duże znaczenie. To pokazuje, że motocykliści to nie ludzie, którzy myślą tylko o tym, żeby jechać i pokonywać kilometry, ale że lubią się zatrzymać. Doświadczam też jedności, tutaj nie ma znaczenia, kto skąd jest i jakim motocyklem przyjeżdża.

– Kiedy odkrył Ksiądz swoje zamiłowanie do motocykli?

– Jako nastoletni chłopak dojeżdżałem do szkoły motorowerem. Jednak przyszedł czas, że zacząłem dużo jeździć na rowerze. Gdy byłem na jednej z parafii w Lubsku, spotkałem fajną grupę motocyklistów i właśnie tam powróciły do mnie dawne zamiłowania, spotkałem się też z dużą życzliwością ówczesnego proboszcza. Także zaczęło się to dawno, a odrodziło kilkanaście lat temu. Z motocyklami łączy mnie nić sympatii. Nie jest to żadna wielka miłość, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nie zawsze będę jeździł, że przyjdzie taki wiek, kiedy stanie się to niebezpieczne. Nie jeżdżę daleko, ale zawsze jest to okazja do spotkania się z kimś i zobaczenia pięknych miejsc. Z motocykla wygląda to zupełnie inaczej. Można wjechać tam, gdzie nie wjedzie się samochodem, a prawo pozwala. Na mecze żużlowe też jeżdżę z kolegami księżmi na motocyklach. Wtedy zawsze można szybciej dojechać pod stadion, szybciej wydostać się spod stadionu po meczu. Na zakupy do miasta też jeżdżę na motocyklu, bo jest łatwiej i szybciej.

– Jaką maszyną Ksiądz jeździ?

– Jeżdżę miejsko-turystycznym motocyklem BMW o niedużej pojemności. Takim, żeby czuć się bezpiecznie i żeby za dużo zapasu mocy nie było (śmiech).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Dziewczynka w legnickim Oknie Życia

2018-04-25 08:59

ks. ww / Legnica (KAI)

We wtorek około godz. 20.00 w legnickim Oknie Życia mieszczącym się w budynku ośrodka opiekuńczo-leczniczego Samarytanin prowadzonego przez Caritas znaleziono urodzoną ok. tydzień wcześniej dziewczynkę. Dyrektor ośrodka ks. Artur Trela poinformował, że dziecko zostało przeniesione do dyżurki pielęgniarskiej, gdzie udzielono mu pierwszej pomocy. Dziewczynka jest zdrowe, zadbane i w dobrej kondycji.

Ks. Waldemar Wesołowski

Zgodnie z procedurami, powiadomiono Pogotowie Ratunkowe, które po przybyciu na miejsce potwierdziło dobry stan dziecka. Dziewczynka została zabrana na oddział noworodków legnickiego szpitala. To już czwarte dziecko, które znalazło się w tamtejszym Oknie Życia.

Okno Życia to specjalnie przygotowane miejsce, gdzie matki, które nie chcą lub nie mogą zaopiekować się swoim nowo narodzonym dzieckiem, mogą anonimowo je zostawić, nie narażając noworodka i siebie na niebezpieczeństwo, bez konsekwencji prawnych.

Legnickie Okno Życia zostało otwarte w dniu Świętości Życia, 25 marca 2010 roku.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek pozdrowił wspólnotę Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego

2018-04-25 11:49

st (KAI) / Watykan

Szczególne pozdrowienia dla obchodzącej 100 lecie istnienia wspólnoty Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego skierował Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej, pozdrawiając Polaków.

Włodzimierz Rędzioch

Oto słowa papieża:

Witam polskich pielgrzymów. W sposób szczególny pozdrawiam Arcybiskupa Lublina, Kolegium Rektorów, Profesorów i Studentów Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, którzy przybyli tu z okazji 100-lecia jego założenia i 70-lecia duszpasterstwa akademickiego przy uczelni. Wraz z wami dziękuję Panu za każde dobro duchowe, jakie zrodziło się w waszej wspólnocie uniwersyteckiej w tym stuleciu. Zachęcam was, abyście kontynuowali dobrą tradycję poszukiwania więzi łączących wiarę i rozum, a równocześnie, byście odkrywali nowe metody zgłębiania nauk humanistycznych i przyrodniczych, aby coraz lepiej odpowiadać na wyzwania, jakie współczesny świat stawia przed człowiekiem i społecznościami. Niech wam towarzyszy wasz profesor Karol Wojtyła – św. Jan Paweł II! Wam i wszystkim pielgrzymom tu obecnym z serca błogosławię. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!

Papieską audiencję streścił po polsku ks. prał. Paweł Ptasznik z Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej:

Ojciec Święty kontynuuje swoją refleksję nad Chrztem, który – jak czytamy w Katechizmie Kościoła Katolickiego – jest „w szczególny sposób «sakramentem wiary», ponieważ jest sakramentalnym wejściem w życie wiary” (n. 1236). W liturgii chrztu, litania do wszystkich świętych, modlitwa egzorcyzmu i namaszczenie olejem katechumenów, od czasów starożytnych przypominają, że modlitwa Kościoła wspiera katechumenów w walce ze złem, towarzyszy im na drodze dobra, pomaga im wyzwolić się spod władzy grzechu, aby przejść do królestwa Bożej łaski. Kościół prosi o uwolnienie ich od wszystkiego, co oddziela od Chrystusa i przeszkadza w wewnętrznym zjednoczeniu z Nim. Także dla dzieci prosimy Boga o uwolnienie od grzechu pierworodnego i uświęcenie ich jako mieszkania Ducha Świętego (por. Obrzęd Chrztu Dzieci, n. 56). Chrzest nie jest formułą magiczną, ale darem Ducha Świętego, który uzdalnia tego, kto go otrzymuje „do walki ze złym duchem”. W tej walce nie jesteśmy sami. Kościół modli się, abyśmy nie ulegli zasadzkom zła, ale pokonali je mocą Paschy Chrystusa. Umocnieni przez zmartwychwstałego Pana, możemy z wiarą powtarzać słowa świętego Pawła: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia” (Flp 4,13).

W dzisiejszej audiencji udział wzięli m. in. abp Stanisław Budzik, metropolita lubelski, Rektor, studenci i Pracownicy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II oraz Akademickie Stowarzyszenie im. bł. Pier Giorgio Frassati "Frassatianum"; pielgrzymi z Parafii Wniebowzięcia NMP Głoska (diecezja wrocławska); z parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa, z Wrocławia; parafii św. Mikołaja w Elblągu; Młodzież z VI Liceum Ogólnokształcące im. Jana Pawła II w Legnicy oraz Katolickiego Liceum i Gimnazjum im. św. Franciszka z Asyżu w Legnicy; Zespół Szkół Ekonomicznych z Nysy; Zespół Szkół Rolniczych z Prudnika Członkowie Grup Modlitwy Św. Ojca Pio z Diecezji Bielsko-Żywieckiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem