Reklama

Kapitan w spódnicy

2017-02-15 09:52

Z Danutą Kobylińską-Walas rozmawiał Krzysztof Tadej
Niedziela Ogólnopolska 8/2017, str. 14-17

Krzysztof Tadej
Danuta Kobylińska-Walas

Danuta Kobylińska-Walas to pierwsza kobieta kapitan żeglugi wielkiej w historii Polski. – Legendarna osoba, która słynie z ogromnego poczucia humoru, szacunku do ludzi i uczciwości – podkreślają marynarze. Nazywano ją „królową morza”, „kapitanem w spódnicy”, „pierwszą po Bogu” lub po prostu „Żabą” – ze względu na ulubiony styl pływania. Bardzo ceni Jana Pawła II. Jego portret kanonizacyjny, którego autorem jest fotograf współpracujący z „Niedzielą” Grzegorz Gałązka, znajduje się na honorowym miejscu w jej domu. Pani Danuta udzieliła wielu wywiadów dla najbardziej prestiżowych stacji telewizyjnych świata i najsłynniejszych gazet. Dzisiaj zdecydowała się na ekskluzywny wywiad dla tygodnika „Niedziela”.
Z Danutą Kobylińską-Walas – kapitanem żeglugi wielkiej – rozmawia Krzysztof Tadej, dziennikarz TVP

KRZYSZTOF TADEJ: – Często podkreśla Pani, żeby koncentrować się na tym, co najważniejsze.

DANUTA KOBYLIŃSKA-WALAS: – Trzeba bardziej być niż mieć. Gdy teraz przyglądam się ludziom, to widzę, jak uganiają się za pieniędzmi. To wydaje się im najważniejsze. Nie dostrzegają, że tracą życie. To takie bezsensowne. Nieraz mówię: „Człowieku, opanuj się! Przecież do trumny nie zabierzesz karty do bankomatu! Zacznij się cieszyć życiem”.

– Pani tak właśnie robi od lat.

– W czasie 40 lat pływania na morzu trudnych sytuacji było co niemiara. Przez 17 lat byłam kapitanem, co wiązało się z ogromną odpowiedzialnością i ciągłym podejmowaniem decyzji. Ale nigdy nie traciłam pogody ducha. Teraz też, choć z wiekiem przychodzi wiele ograniczeń. Mam 85 lat, jestem po nowotworze. Z dużym trudem udaje mi się zrobić parę kroków i wyjść na balkon w mieszkaniu. Pomimo tego nie poddaję się. Ciągle jest mi jeszcze dobrze na tym świecie i uważam, że każda chwila może być piękna.

– Jan Paweł II napisał kiedyś, że w podeszłym wieku można zachować zdumiewającą młodość i żywotność ducha.

– To, jacy jesteśmy, zależy od nas. Można być przecież starym, mając 20 lat! Nieraz widzę młodych pogrążonych w depresji. Ale i ludzie starsi mogą być nie do życia. Gdy dzwonię do znajomych, to opowiadają o wszystkich chorobach świata, które ich dopadły, i lekach, które przyjmują. Stękają, jęczą, są zgorzkniali. Męczą tymi opowieściami mnie i swoich bliskich. A ja opowiadam im dowcipy. Każdego staram się podnieść na duchu. Nieraz kilka życzliwych słów albo proste zdanie: „Uśmiechnij się. Jutro będzie lepiej!” potrafią zmienić człowieka.
A wracając do Jana Pawła II, to osobiście go poznałam i wyszła z tego niezła draka.

– To znaczy?

– Trzy miesiące po wyborze kard. Wojtyły na papieża dopłynęliśmy do włoskiego portu w Civitavecchia z węglem. Znajome zakonnice zawiadomiły sekretarza Papieża, że jest we Włoszech Polka – kapitan statku z załogą. Dostaliśmy oficjalne zaproszenie na spotkanie z Ojcem Świętym. Byliśmy bardzo szczęśliwi. Z drugiej strony były to czasy PRL-u – pełna komuna – i przewidywałam, że mogą wyniknąć z tego kłopoty, dlatego zadzwoniłam do naszej ambasady w Rzymie z informacją, że wybieramy się do Watykanu. Jak się okazało, ten telefon później nas uratował.
Cała załoga chciała zobaczyć Papieża. Trzeba było urządzić losowanie, bo ktoś musiał zostać na statku. Pojechaliśmy na galowo, w pięknych mundurach. Posadzono nas w pierwszym rzędzie. Pojawił się Papież. Zaczął witać jakieś włoskie chóry i studentów z Hiszpanii. A potem mówił o nas. Podkreślił, że jest tu jedyna kobieta kapitan z marynarzami, i to z polskiego statku. Pojawiły nam się łzy w oczach. Jego spojrzenie i słowa to był miód na nasze serca!
Zobaczyliśmy Papieża – cudownego, ciepłego, ale też z jakąś ogromną wewnętrzną siłą. Po spotkaniu podszedł do nas, porozmawiał z każdym, pogłaskał mnie po głowie. Czuliśmy się, jakby skrzydła wyrosły nam u ramion. Miałam wrażenie, że staliśmy się jacyś inni – lżejsi, wewnętrznie czyści, bardziej radośni. Gdy wróciliśmy na statek, pierwszy oficer spytał, czy nie boję się kłopotów po powrocie do Polski. Odpowiedziałam: „Teraz niczego się nie boję prócz Boga. Mogą mnie nawet zwolnić. Oni nawet nie są w stanie zrozumieć tego, co przeżyłam, i tego mi nikt już nie odbierze!”. O naszym spotkaniu z Ojcem Świętym wieczorem poinformowało Radio Wolna Europa. I się zaczęło. „Co ta Kobylińska sobie wyobraża?! Co ona zrobiła? To skandal!” – krzyczano w Komitecie Wojewódzkim PZPR w Szczecinie. Chciano mnie zniszczyć i czyniono to na różne sposoby. Tym bardziej że nigdy nie byłam dla partii osobą godną zaufania. Mój ojciec walczył w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r., a wujkowie zginęli w Katyniu. Rodzice w czasie wojny pomagali Armii Krajowej i Szarym Szeregom, a do tego byliśmy ziemianami, których po wojnie wyrzucono z majątku.
Ale w tych kłopotach pomogła mi nasza ambasada w Rzymie. Powiedzieli, że zostali oficjalnie poinformowani o spotkaniu z Papieżem i że była to świetna reklama Polski. Szczęśliwie jakoś cała ta sprawa rozeszła się po kościach. To jeden z przykładów, jak musiałam lawirować. Z jednej strony być sobą, a z drugiej – omijać rafy, które pojawiały się w związku z systemem panującym w Polsce.

– Inne Pani kłopoty wynikały z tego, że jest Pani kobietą...

– Było wiele przykrych sytuacji. Gdy zostałam kapitanem, dostawałam telefony z inwektywami. Przed pierwszym rejsem kilka osób z załogi zgłosiło się do kadr. Powiedzieli, że ze mną nie popłyną.

– Dlaczego?

– Uważali, że to uwłaczające, by „baba wydawała im rozkazy”. W kadrach trafili jednak na bardzo przyzwoitą panią Zosię Wierzchowską. Powiedziała, że nie ma nikogo na podmianę i muszą w ten jeden rejs popłynąć. Obiecała, że potem dostaną kogoś innego. Ale jak to w życiu – po rejsie wszystko się zmieniło. Osoby, które mnie najbardziej atakowały, znowu pobiegły do kadr, ale tym razem po to, by zawiadomić panią Zosię, że chcą ze mną pływać dalej.

– Ten pierwszy rejs nie był łatwy. Statkiem „Kopalnia Wujek” płynęła Pani na Kubę.

– Przewoziliśmy dary PCK dla zrujnowanej przez cyklon i powodzie wyspy. Na pokładzie były też 24 autobusy dla mieszkańców Hawany. Na Atlantyku dopadł nas huragan. Statek niebezpiecznie przechylał się raz na prawą, raz na lewą stronę. Wszystko trzeszczało. Zaczął się sztorm, który był tak silny, że na przyrządach zabrakło skali. Wartość 12 stopni w skali Beauforta była znacznie przekroczona. Załoga była przerażona. Ja zresztą też. Naturalnie nie mogłam tego pokazać, żeby potem nie powiedzieli: „Baba zawaliła”. Kazałam ustawiać statek pod wiatr, wielokrotnie zmieniałam kurs, żeby przetrwać nawałnice. I modliłam się do Boga.

– W którymś momencie ktoś z załogi przybiegł do Pani.

– Bolek, mój steward, błagał: „Niech pani coś robi! Toniemy! A ja mam maleńką córeczkę...”. Zobaczyłam, że nie ma ludzi ze stali i żelaza. Najbardziej twardzi marynarze wymiękli. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Krzyknęłam: „A co z pana za chłop! Trochę buja, a pan panikuje! Niech pan zjeżdża z mostku do swojej roboty i nie zawracaj pan głowy!”. Był zdumiony. Wrócił do załogi. Powiedział: „Chyba nie jest tak źle, bo stara jest dziwnie spokojna”. Napięcie opadło i jakoś przetrwaliśmy sztorm.

– W nawiązaniu do tej sytuacji marynarze napisali kiedyś o Pani wiersz.

– Jeden z wersów brzmiał: „Niestraszne nam sztormy, niestraszne kiwanie, póki Żaba z nami, nic się nam nie stanie!”.

– Niemal w każdym porcie czekał na Panią tłum dziennikarzy. Każdy chciał porozmawiać z kobietą kapitanem.

– Traktowałam to jako ważny obowiązek, bo reprezentowałam przecież Polskę. Czyniłam to najlepiej i najwspanialej, jak mogłam. Byłam najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdy pisano w artykułach z szacunkiem o Polsce. Do dzisiaj jestem bardzo czuła na tym punkcie. Jak czytam, że ktoś za granicą źle mówi o naszym kraju, to serce mi pęka.

– Ale raz dziennikarze Pani podpadli. W Japonii.

– Dopływaliśmy do portu i na nabrzeżu zobaczyłam tłum dziennikarzy. Po zacumowaniu jedni wchodzili, drudzy wychodzili. Każdy pytał o to, jak trafiłam do marynarki, co ja tu robię, jak sobie radzę z załogą itd. Cierpliwie odpowiadałam. Trwało to bardzo długo, a mieliśmy tylko kilka godzin postoju. W którymś momencie zaczęłam się już nieco denerwować. Bardzo chciałam zejść na ląd i kupić buty – szpileczki, których, oczywiście, w Polsce nigdzie nie można było dostać. Zaoszczędziłam trochę pieniędzy na ten zakup, a tu ciągle odpowiadałam na pytania. Ale wreszcie ostatni dziennikarz opuścił pokład i z naszym przedstawicielem handlowym w Japonii ruszyliśmy szybko do sklepu. Wybrałam piękne czarne czółenka. Przymierzyłam, pasowały doskonale. Były śliczne. W największym pośpiechu wróciliśmy do portu i wypłynęłam na pełne morze. Wtedy postanowiłam jeszcze raz założyć buty. Ale okazało się, że jeden był dobry, a drugi o dwa numery za duży, bo ekspedientka, pakując w pośpiechu buty, pomyliła się! No, wtedy nerwy mi puściły. Lepiej, żebym nie cytowała tego, co wówczas inni usłyszeli!

– W marynarce rozmawia się nieraz dosyć brutalnie. Jak Pani sobie z tym radziła?

– Zawsze chciałam zostać damą, ale też musiałam być skuteczna. Dlatego wymyślałam różne powiedzenia, żeby ominąć przekleństwa. Niektóre z nich stały się kultowe. Jak ktoś mnie zdenerwował, to mówiłam np.: „Idź już, bo zaraz cię kopnę w to, czego ja nie mam!”.

– Inna przygoda przydarzyła się Pani, gdy na statku urządzono wystawny obiad dla ważnych gości.

– Staliśmy w porcie w Genui. Dostałam wiadomość, że należy przygotować uroczysty obiad na statku, bo przyjedzie bardzo ważna delegacja. Mieli być dyrektor z mojego przedsiębiorstwa, czyli Polskiej Żeglugi Morskiej, ktoś z ministerstwa i przedstawiciele odbiorców węgla z Włoch. Kilka minut przed przyjazdem tych osób zbiegłam do kuchni i jeszcze nie dowierzając swoim kucharzom, poprawiałam po swojemu udekorowanie potraw. W którymś momencie zadzwoniono z mostku, że na końcu nabrzeża widać nadjeżdżające samochody. Szybko pobiegłam do kabiny, żeby jeszcze poprawić włosy i umyć ręce. Niestety, steward, który sprzątał kabinę, źle odwrócił rączkę od prysznica i coś poprzestawiał. Jak odkręciłam wodę, prysznic zalał mi cały nowiutki biały mundur i fryzurę też!

– O rety!

– Sytuacja jak z koszmarnego snu. Zastanawiałam się, co zrobić. Za kilka sekund delegacja miała podjechać pod statek. Nie było czasu na przebranie się. Wyglądałam, jakby ktoś mi wylał na głowę wiadro wody. Tak wyszłam przywitać gości. I muszę przyznać, że nigdy nie widziałam bardziej zaskoczonych ludzi. Bardzo ich przeprosiłam, powiedziałam, co się stało i od razu zaprosiłam na drinka. Dopiero potem pobiegłam się przebrać. Goście byli zadowoleni. Mówili: „Co za oszałamiający początek spotkania!”.

– Nigdy nie przejmowała się Pani trudnościami?

– Nieraz pojawiają się, gdy osiąga się znaczący sukces. Plotki, pomówienia, obmowy... To mnie spotykało. Kiedy dostawałam premie za bezawaryjną pracę statku przez cały rok, to koledzy mówili o mnie złe słowa, np. że wystarczy być babą, by dostać premię. Bardzo to było krzywdzące, bo ciężko pracowałam na sukcesy. Takimi złośliwościami nigdy nie należy się przejmować, ale robić swoje.

– Pani mottem życiowym są słowa: „Kocham życie”?

– Można tak powiedzieć. Choć mam też inne ważne motto: „Być zawsze człowiekiem”. Gdy ktoś ma władzę, gdy jest przełożonym, to łatwo może się odczłowieczyć. Sztuką jest nie zgnoić podwładnego, ale mu pomóc. Nieraz myślałam, gdy ktoś coś zawalił: „A co ja bym zrobiła w jego sytuacji?”. Z jednej strony byłam wymagająca, ale z drugiej – chwytałam za serce. Ważne jest, żeby rozmawiać i poznać problemy ludzi. Jak żona marynarza rodziła, to wcześniej dzwoniłam do niej i dodawałam otuchy. Jak na statku pojawiały się trudne sytuacje, to starałam się je załagodzić jakimś żartem.
Teraz mam poczucie spełnienia i spokoju. W swoim życiu chyba nic bym nie zmieniła. Oprócz Konrada – mojego syna, który jest marynarzem, wnuczki Magdy i całej mojej wspaniałej rodziny, mam też dwie inne miłości – miłość do zawodu i miłość do ludzi. Jeśli się nie lubi tego, co się robi, to niewiele się osiągnie. Ja z natury kocham ludzi. Jest mi z tym dobrze i za to dziękuję Bogu.

Tagi:
wywiad rozmowa

Ogień Ewangelii

2018-02-07 10:50

Z ks. patrykiem Chocholskim i ks. Tomaszem Nowakiem rozmawia ks. Jacek Molka
Niedziela Ogólnopolska 6/2018, str. 24-25

Z okazji jubileuszu 200-lecia przybycia św. Jana Marii Vianneya do Ars, które miało miejsce 11 lutego 1818 r., z ks. Patrykiem Chocholskim, kustoszem tamtejszego sanktuarium, którego dziadek był Polakiem, oraz z ks. Tomaszem Nowakiem, kustoszem sanktuarium tego świętego w Mzykach w archidiecezji częstochowskiej – rozmawia ks. Jacek Molka

Bożena Sztajner/Niedziela
Ks. Patryk Chocholski i ks. Tomasz Nowak w studiu telewizyjnym „Niedzieli”

KS. JACEK MOLKA: – Księże Patryku, czy w związku z jubileuszem przewidziane są w Ars jakieś szczególne religijne wydarzenia?

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Uroczystości będą trwały cały rok. Zaczną się one 11 lutego br. pod przewodnictwem kard. Beniamina Stelli, prefekta watykańskiej Kongregacji ds. Duchowieństwa, który odprawi Mszę św. na ich rozpoczęcie.

Drugim ważnym wydarzeniem będą rekolekcje kapłańskie dla duchownych z całego świata. Odbędą się one w dniach 24-29 września br. Chcemy pochylić się nad nauczaniem św. Jana Marii Vianneya, patrona proboszczów, by z niego czerpać inspirację do posługi kapłańskiej w dzisiejszym zmieniającym się świecie.

– Kto wygłosi te rekolekcje?

– Zaprosiliśmy, za zgodą Kongregacji ds. Duchowieństwa, o. Enza Bianchiego, jednego z watykańskich doradców ds. ekumenizmu i znawców świętego proboszcza z Ars, by powiedział kapłanom, co znaczył dla św. Jana Marii Vianneya zwrot „ogień Ewangelii”. To też jest hasło rekolekcji.

– Ksiądz Kustosz ma polskie korzenie. Można więc powiedzieć, że Ars jest w jakimś sensie polskim sanktuarium...

– W pewnym sensie można tak powiedzieć, bo po raz pierwszy kustosz ma polskie nazwisko. Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że większość pielgrzymów, którzy przybywają do Ars, to właśnie Polacy.

– A propos pielgrzymów. Jak wygląda ruch pielgrzymkowy w Ars?

– Pątnicy przybywają indywidualnie i w zorganizowanych grupach. Pielgrzymują księża, siostry zakonne i osoby świeckie. Nie tylko do Ars, ale również do Lourdes czy Fatimy. Podkreślę, że prawie codziennie przybywa przynajmniej jeden autokar z Polski. Warto tam pielgrzymować. Warto dosłownie skosztować tego miejsca. Serdecznie zapraszam do Ars.

– W Mzykach na uroczystościach związanych z jubileuszem św. Jana Marii Vianneya gościł niedawno kustosz sanktuarium w Ars...

KS. TOMASZ NOWAK: – 14 stycznia br. w parafii w Mzykach Mszy św. przewodniczył ks. Patryk Chocholski. W Eucharystii uczestniczyło wielu wiernych. Odbył się też okolicznościowy koncert. Ks. Patryk przybliżył nam duchowość św. Jana Marii Vianneya, dosłownie porwał słuchaczy. Było to bardzo głębokie duchowe przeżycie.

– Księże Patryku, skoro mówimy o duchowości, to co takiego ma dziś do zaoferowania współczesnemu światu św. Jan Maria Vianney? Jak sprawić, by ów „ogień Ewangelii” zapłonął?

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Duchowość św. Jana Marii Vianneya polegała na tym, że odkrywał ciągle, na nowo, miłosierdzie Boże we własnym życiu. I dzielił się tym swoim odkryciem ze wszystkimi, z parafianami i z pielgrzymami. Pytał np. wiernych, czy dziś się kąpali. I wyjaśniał zaraz, że on czuje się zanurzony w miłości Trójcy Świętej. Był on więc człowiekiem, który sam był dobrą nowiną, był ogniem Ewangelii.

– Można zatem powiedzieć, że był takim mistykiem, który w swoim życiu pokazywał tę wewnętrzną radość życia Trójcy Przenajświętszej.

– Tak. I wyrażał to w relacjach z innymi ludźmi, m.in. w różnych dziełach, które powstawały w Ars, jak np. dom opieki dla dziewcząt. Miał niezwykłą umiejętność postrzegania ludzi dokładnie takimi, jakimi byli. Rozumiał ich, szczególnie podczas spowiedzi. Potrafił wczuć się w ich życiowe sytuacje. Nie wszyscy jego parafianie uczęszczali na niedzielne Msze św., ale on potrafił ich zaangażować w działalność na rzecz Kościoła.

– Zaczynał od garstki parafian, a potem było ich tysiące. Jak obecnie wyglądają Księdza parafia i sanktuarium?

– Co roku sanktuarium nawiedza ok. pół miliona pielgrzymów. W niedziele frekwencja też jest wysoka. Ludzie się angażują. Francja przeżywa pewien kryzys ze względu na sekularyzację. Brakuje też księży. Ale można powiedzieć, że sanktuarium i parafia w Ars promienieją. Jeszcze raz podkreślę, że parafianie włączają się w życie wspólnoty.

– Księże Tomaszu, czy w Mzykach jest podobnie?

KS. TOMASZ NOWAK: – Mzyki to przede wszystkim sanktuarium modlitwy za kapłanów i osoby konsekrowane. Pielgrzymuje tu wielu księży, nie tylko z archidiecezji częstochowskiej. Ruch pielgrzymkowy obejmuje także osoby świeckie, które przyjeżdżają, by się pomodlić. Jako kustosz miejsca, w którym są relikwie patrona proboszczów, prawie każdego dnia, kiedy pielgrzymi są obecni, doświadczam takiego wielkiego świadectwa ogromnej miłości i przywiązania wiernych do kapłanów. Ta modlitwa, którą ludzie tam zanoszą, przynosi owoce. Wiele razy pielgrzymi proszą o to, by mogli dłużej zostać w sanktuarium na adoracji Najświętszego Sakramentu, na modlitwie w intencjach, z którymi przybywają.

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Dodam jeszcze do tego, co powiedział ks. Tomasz, że w obecnej sytuacji w Europie to Polska jest znakiem nadziei. Przecież większość zagranicznych pielgrzymów w Ars to właśnie Polacy. Mnie się wydaje, że w Polsce widać tę duchowość św. Jana Marii Vianneya w życiu duchowieństwa i świeckich. Dlatego takie sanktuaria proboszcza z Ars, jak to w Mzykach, mają sens i wielkie znaczenie.

– To prawda. Warto też wiedzieć, że w Mzykach Ksiądz Proboszcz podejmuje pielgrzymów specyficznym posiłkiem – zapiekanymi ziemniakami. To danie symboliczne, które nawiązuje do posiłków św. Jana Marii Vianneya...

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – To genialna idea. Już dwa razy je jadłem z ks. Tomaszem. I one naprawdę w Mzykach smakują inaczej.

KS. TOMASZ NOWAK: – Wszyscy pielgrzymi, którzy przyjeżdżają do sanktuarium, dostają propozycję spożycia takiego posiłku. Zwykle opowiadam historię tych ziemniaków – o tym, jak św. Jan się nimi posilał. One były przypleśniałe, niekiedy już stare i dzieci – szczególnie małe – gorąco w to wierzą i mają taki lęk przed ich spożyciem, że i te oferowane w Mzykach są takie same. Ale są zawsze świeże i zdrowe. To dobry posiłek.

KS. PATRYK CHOCHOLSKI: – Jeszcze raz bardzo serdecznie zapraszam wszystkich do Ars.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Ks. Dolindo w Częstochowie

2018-02-21 22:11

Marian Florek

W dniu 21 lutego 2018 r. w częstochowskim Duszpasterstwie „Emaus” odbyło się spotkanie z Joanną Bątkiewicz-Brożek, autorką książki o niezwykłym włoskim księdzu Dolindo Ruotolo.

Marian Florek

Świadkowie życia kapłana – jak mówiła autorka – byli pod wielkim wrażeniem jego świętości i pokory. A i sama pani Joanna, mówiąc o swoich osobistych przeżyciach związanych z dziennikarską pracą nad książką poświęconą ks. Dolindo, nie potrafiła ukryć ogromnych emocji. Udzielały się one i słuchaczom. Wszyscy mieli wrażenie jakby ks. Dolindo był wśród zgromadzonych.

Ks. Dolindo Ruotolo urodził się 6 października 1882 w Neapolu, a zmarł 19 listopada 1970. Doświadczany: z powodu oskarżeń nieprzychylnych mu osób, oskarżany o herezję, z wieloletnim zakazem odprawiania Mszy Świętej i głoszenia homilii. Błogosławiący spadający z nieba deszcz, aby nawrócił neapolitańczyków. Mówił: „Życie wieczne to nie żart”, mówił : „Jezu ty się tym zajmij!”.

Duszpasterstwu Akademickiemu „Emaus” gratulujemy spotkania z autorką ksiązki o Bożym Kapłanie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Bp Florczyk: Igrzyska mają coś z religii, coś z Boga

2018-02-22 16:51

dziar / Kielce (KAI)

Igrzyska są świętem, bo mają coś z religii, coś z Boga – mówi KAI bp Marian Florczyk, delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Sportowców. Wspiera on duchowo sportowców, towarzysząc im podczas XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu, które trwają od 9 do 25 lutego.

Bartkiewicz / Episkopat.pl
bp Marian Florczyk

Na to „wyjątkowe święto, jakimi są Igrzyska”, jak podkreśla kielecki biskup pomocniczy, składają się współzawodnictwo, szlachetność, wzajemny szacunek, pokój, radość i inne wartości. Wśród całego systemu wartości trzeba zauważyć ważną rolę religii i wiary.

- Igrzyska są świętem, bo mają coś z religii, coś z Boga - zauważa bp Florczyk i wyjaśnia, że „już sam początek Igrzysk – zapalenie ognia olimpijskiego – odwołuje się do pierwiastka boskiego. Jest to święty ogień, którego się strzeże jak największej świętości. Igrzyska odbywają się na ziemi, ale przed obliczem Boga. Taka była koncepcja pierwszych igrzysk. Wymiar religijny i duchowy jest obecny w toku całych Igrzysk. To jest ten duch sportu, o którym często mówimy, i który czyni sport wielką wartością dla poszczególnego człowieka i społeczności”.

Podkreśla także dobre przygotowanie logistyczne w Pjongczangu dla kultu religijnego, odbywania modlitwy, wspólnotowych spotkań. - W każdej wiosce olimpijskiej są miejsca przygotowane na modlitwę przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, a są to specjalnie wyposażone pomieszczenia dostosowane do wspólnej modlitwy lub rozważania Pisma Świętego, co najczęściej praktykują protestanci. W Pjongczangu jest kilka takich pomieszczeń. MKOl dba o to, aby podczas Igrzysk uwzględnić potrzeby duchowe sportowców. Poszczególne ekipy przyjeżdżają ze swoimi duszpasterzami, kapelanami reprezentacji narodowych. U nas taka praktyka rozpoczęła się po 2004 r. Zadaniem duszpasterza jest troska o godność sportowca i sportu - zaznacza hierarcha.

Podkreśla także, że celem nie jest sam sukces, sukces za wszelką cenę. - Sport to cały wymiar etyczny, to budowanie siły ducha i ciała. To jest ta nierozłączna jedność. To jest złe, że koncentrujemy się na sprawności i sile fizycznej, zapominając o sprawności duszy – zauważa bp Florczyk, podając przykład wykluczenia rosyjskich zawodników z Igrzysk, czy załamania wewnętrzne wśród niektórych sportowców.

- W tym święcie sportu, jakimi są igrzyska, chodzi o harmonię, o sprawność duszy i ciała, to jest jedność. Taką jednością, całością, jest przecież człowiek. Jeśli zaniedba się jeden z elementów, rodzi się poważny problem. Chrześcijaństwo strzeże ducha sportu, strzegąc wartości duchowych – stwierdza delegat KEP.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem