Reklama

Bóg robi sobie we mnie miejsce

2017-01-25 09:38

Rozmawia Agnieszka Porzezińska
Niedziela Ogólnopolska 5/2017, str. 8-9

Bożena Sztajner/Niedziela

Najpierw spalił się jej dom, rok później utopił się syn, a parę lat później, gdy wydawało się, że cała pula nieszczęść została wyczerpana, drugi syn w wypadku stracił rękę i nogę. Mimo wszystko Urszula Mela nadal wierzy, że Bóg jest Miłością. Rozmowa, którą z nią przeprowadziła Agnieszka Porzezińska, jest zapisem spotkania zorganizowanego w ramach Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych

AGNIESZKA PORZEZIŃSKA: – Czy z betlejemskiej stajni płynie dla Ciebie dobra nowina?

URSZULA MELA: – Przed naszym spotkaniem postałam sobie przed szopką w kościele. Patrzyłam na żłóbek, który jest przecież dużo bardziej zadbany niż ten prawdziwy. Tutaj nie pachnie brzydko, świecą się kolorowe lampki. Zastanawiałam się, gdzie jest tutaj dla mnie miejsce i co dla mnie znaczy bycie dobrą matką.

– Co znaczy?

– Miałam dużo wyobrażeń na temat tego, jaką dobrą będę matką, a potem dużo więcej doświadczeń świadczących o tym, że jest zupełnie inaczej. Ciągle widziałam, czego nie potrafię, czego nie jestem w stanie zrobić. Po urodzeniu pierwszego dziecka popatrzyłam na nie: było takie bezbronne, kruche, i przeraziłam się, bo zobaczyłam równocześnie swoją słabość, nieporadność.

– Może Maryja także wyobrażała sobie, co powinna dać swojemu dziecku, co chciałaby dać...

– Ja chciałabym dać mój czas, moją cierpliwość, opiekę, troskę, pracowitość, moje wszystko... A widzę, że tego nie mam. Dzisiaj, gdy patrzyłam na stajenkę, pomyślałam, że to jest idealny obraz dla mnie. Jezus urodził się w jednych z najgorszych okoliczności, jakie można sobie wyobrazić. Nie miał nic.

– To znaczy, że świat nas okłamuje. Twoje dziecko musi mieć to, to i to, żeby się dobrze rozwijać, a Ty musisz być taka, siaka i owaka, żeby to dziecko dobrze wychowywać...

– Dokładnie. A Ewangelia pokazuje, że te wszystkie „musisz” i „powinnaś”, czyli wyobrażenia, nie są Bogu do niczego potrzebne. Gdy trzymałam swoje małe dzieci na rękach, jeszcze nie słyszałam o tym, że naszym zadaniem jest uczyć się widzieć w twarzy drugiego człowieka twarz Chrystusa; w twarzy drugiego człowieka – a więc i we własnych dzieciach. Ten mały człowiek, moje dziecko, ma również jakąś historię przewidzianą przez Boga i niekoniecznie jest to historia, którą ja dla niego wymyślam.

– Nie realizować życia dzieciom zgodnie z własną wizją, która wydaje nam się bardzo dobra, jest bardzo ciężko. Naturalne jest, że w stosunku do dzieci pojawiają się jakieś marzenia, wyobrażenia...

– To straszna bieda je mieć. Ja się bardzo starałam nie mieć, bo wiedziałam, jakim cierpieniem była dla mnie próba sprostania oczekiwaniom mojego taty. Chciałam tego dzieciom oszczędzić, ale oczywiście zafundowałam im inną jazdę...

– Czy uważasz, że każdy rodzic jest skazany na krzywdzenie swoich dzieci? Zdecydowana większość nie ma przecież takich intencji...

– Tak. Każda matka jest kiepską matką, a każdy ojciec jest kiepskim ojcem.

– Mówisz serio?

– Może ktoś się zbulwersuje. Tylko że to nie jest zarzut. Gdy już tak sobie powyliczałam, co jest ze mną nie tak i jak bardzo nie nadaję się na matkę, bardzo ważnym odkryciem były dla mnie słowa proroka Jeremiasza: „Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię” (1, 5). Jak to do mnie dotarło, to poczułam ogromną ulgę. Nie dość, że Bóg mnie stworzył, to jeszcze wcześniej wymyślił? Z tą całą moją słabością, z moją biedą? Od samego początku dużo lepiej niż ja wiedział, jaka jestem.

– Wiedział, jaka jesteś, i Ci te Twoje dzieci dał...

– Dokładnie. Zdecydował się dać mi czworo dzieci. Cztery osoby pod opiekę...

– A Bóg zawsze wie, co robi...

– Skoro Bóg dał, to musiał uznać, że wystarczy, kim jestem, żeby Jego plany mogły się realizować. Moim zadaniem jest jak najmniej przeszkadzać Bogu, czyli Jemu oddać dzieci, które urodziłam. To jest następna, bardzo trudna tajemnica Ofiarowania – nie trzymać dzieci w garści. Zgodzić się na to, czego nie można im dać, o co same będą musiały zawalczyć. Ostatnio usłyszałam pytanie: Jak wychować takie dzielne dziecko jak Jasiek? Nie mam pojęcia. Wrzucić do transformatora? Zabić mu brata? Przepraszam, że tak mówię, ale wiesz... To nie ja wychowałam dzielne dziecko. To Bóg dopuścił okoliczności, które wymusiły na nas to, żeby zacząć myśleć, zacząć się zastanawiać, o co w życiu chodzi, co jest ważne...

– Wiesz już?

– Po iluś latach widzę, że każde z naszych trudnych doświadczeń przyniosło coś bardzo dobrego. Ale nie od razu.

– Czy kiedy przeżywałaś kolejne trudne doświadczenia, wypominałaś Bogu, że nie kocha, że jest okrutny?

– Byłam przekonana, że to kara, że pewnie mi się należała, że nie zasługuję na nic lepszego. Dobrą nowiną jest dla mnie to, że Pan Bóg się mną nie gorszy. Ja mogę stanąć w stajni, którą jest moje życie, z bałaganem – nie tylko fizycznym, z moimi porażkami, i mogę zobaczyć, że Bóg przychodzi do tej stajni i chce się w niej narodzić.

– Właśnie ją wybiera, to ona jest wyjątkowa...

– Nie przychodzi dlatego, że jestem taka świetna, ale dlatego, że mnie kocha. Po prostu. I moje dzieci też kocha. Na pewno lepiej i mądrzej niż ja. Czy któraś matka ma szansę stać się matką pokroju Maryi? Dobra nowina jest taka, że my wcale nie musimy. Możemy oddać Jej całą naszą biedę. Ja tak to czuję. Mogę oddać Maryi moje wszystkie dzieci i sama być przy Niej dzieckiem.

– Jak Ty to robisz, że sobą nie przysłaniasz dzieciom świata i pozwalasz Bogu działać?

– Jak ja to robię? Ano tak, że przez wiele lat zawsze ładowałam się na pierwsze miejsce – między Boga a moje dzieci, między męża a dzieci, bo ja wiedziałam wszystko najlepiej, a inni wszystko robili źle.

– A jak radzisz sobie z lękiem, że gdy się usuniesz, to stanie się coś złego i Twoje dzieci będą cierpieć? Wiele matek nosi w sobie ten lęk...

– Szybko się przekonałam, że nie jestem w stanie upilnować dzieci. To po pierwsze. Chyba że będę je trzymać na smyczy. Mój syn Jan, gdy pierwszy raz samodzielnie poszedł na spacer do lasu, na którego skraju mieszkaliśmy, miał 2,5 roku.

– Wypuściłaś go dobrowolnie?! Chciałaś, żeby się szybko usamodzielnił?

– Chyba zwariowałaś! Wyszedł z łóżeczka i po prostu smyrgnął sobie do lasu. Myślałam, że zwariuję. Biegałam po lesie, potem po mieście, potem znowu po lesie, i tak w kółko. Wykończona i zrozpaczona spotkałam mojego synka na drodze, którą wracał do domu, bo mu się zachciało pić. I nie była to jego ostatnia ucieczka, mimo różnych moich perswazji. Pierwszy raz jedynkę wybił sobie w wieku 9 miesięcy, bo szedł po prostej drodze do babci, ale trzymał w rękach kamyczki i gdy się przewrócił, to tymi kamyczkami pac sobie w ząbki. Wyobrażasz sobie, jak musiał wyglądać?
Tego lata, póki nie zdarzył się wypadek, Jasiek jeździł po poligonach z kolegami, kąpał się w stawikach. A to było już po śmierci Piotrusia, który się utopił. Do wypadku nigdy nic złego się nie stało. Raz został na placu przy domu i wtedy była ta burza, otwarty transformator...

– Po tych wszystkich trudnych doświadczeniach nie miałaś kłopotu, żeby ufać Bogu? Dalej wierzyłaś, że jest Miłością?

– Zadawałam sobie takie pytania, oczywiście. Miałam w sobie ogromny lęk, ale nie taki, który ostrzega, chroni, tylko taki potworny, niszczący. Budziłam się z nim i zasypiałam, był ze mną stale, niezależnie od okoliczności. Bardzo ciężko było mi z nim żyć. Myślałam, że oszaleję. Żeby przeżyć, musiałam zacząć się kłócić z Bogiem. W miarę równolegle dostałam Słowo...

– Urodziłaś się poza Kościołem. Chrzest przyjęłaś już jako dorosła, 22-letnia osoba...

– Do Boga przychodziłam przez rozum. Chciałam zrozumieć świat, wiedzieć, o co w nim chodzi. Przekopywałam się przez różne historie, zeny nie zeny, magiczne historie...

– I dlaczego w końcu wybrałaś Jezusa?

– Bo od dzieciństwa miałam pragnienie poznania Prawdy. Jak ma na imię Prawda?

– Jezus Chrystus. On powiedział: „Ja jestem Drogą, Prawdą i Życiem” (J 14, 6).

– Ja tego przez bardzo długi czas nie wiedziałam, ale Edyta Stein powiedziała, że jak ktoś szuka Prawdy, i szuka uporczywie, to zawsze trafi na Boga.

– Możesz przywołać konkretny moment swojego nawrócenia?

– Było wiele takich momentów. Najpierw Pan Bóg przywołał mnie do Kościoła, a potem, żeby mnie ratować – do wspólnoty neokatechumenalnej.

– Poszłaś tam dla siebie czy dla męża?

– Skąd wiesz? Dla męża i dla znajomych, żeby się w końcu odczepili. I zostałam na próbę...

– Która trwa już 14 lat?

– No właśnie. We wspólnocie dostałam doświadczenie spotkania ze Słowem, doświadczenie pytania Boga i otrzymywania odpowiedzi. Pan Bóg uratował moje życie, zbudował od nowa moje małżeństwo. Wszyscy, którzy nas znają i znali wcześniej, mogą zaświadczyć. Dzisiaj z przyjemnością wracam do domu. Wiele razy dziennie słyszę, że jestem kochana. To zrobił Bóg, nie ja. Ja się tylko zgodziłam, żeby coś się zmieniło. Musiałam dojść do przepaści i skoczyć, żeby się przekonać, że Bóg mnie uratuje.

– Hasło Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych brzmi: „Moja Mama jest Królową”. Co te słowa dla Ciebie znaczą? Jakie budzą skojarzenia?

– Ja miałam duży kłopot z Maryją. Nie wyobrażałam sobie, że mogę mieć z Nią żywą relację. Ale pamiętam pierwszy moment, kiedy Ją poczułam. To było po śmierci Piotrusia – synka, który się utopił, gdy miał 7 lat, prawie na naszych oczach. Osoba w tym wizerunku była jedyną, której mogłam patrzeć w oczy. Ja wiedziałam, że Ona rozumie, że Ona wie. Dla mnie Ona była wtedy kotwicą trzymającą przy życiu. Wszystko mi się wtedy rozsypało, ale te oczy były kotwicą. Cała nasza relacja była zamknięta w tym spojrzeniu.

– Starasz się, żeby było w Tobie więcej Boga?

– Ja się w ogóle nie staram, bo z mojego starania nic nigdy nie wychodziło. Ja Boga słucham. Przyglądam się, co On we mnie robi, i... jestem zdumiona, bo dostaję łaski, np. łaskę modlitwy za wrogów, czyli za tych, których bardzo chce mi się sądzić. Jezus mówi: zrób. Ja robię i to się okazuje ogromnym błogosławieństwem. Czuję, że Pan Bóg robi sobie we mnie miejsce. Jaka to niesamowita ulga, że mogę mówić: tak. Bogu wszystko wychodzi wspaniale.

* * *

„Moja Mama jest Królową” to cykl 9 Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych, które od listopada 2016 r. do lipca 2017 r. odbywają się na Jasnej Górze w 8. dniu każdego miesiąca. Tematami tych spotkań są kolejne tajemnice różańcowe. 8 stycznia 2017 r. gościem wieczoru była Urszula Mela. Uczestnicy spotkania rozważali tajemnicę Bożego Narodzenia. Kolejny Jasnogórski Wieczór Maryjny, zaplanowany na 8 lutego 2017 r., skupi się na tajemnicy Ofiarowania. Publikujemy zapis rozmowy, którą w Sali Rycerskiej na Jasnej Górze Agnieszka Porzezińska przeprowadziła z Urszulą Melą.

Tagi:
wywiad Jasna Góra Wieczory Maryjne

Lubię oddawać siebie

2019-01-16 11:02

Z Kamilem Bednarkiem rozmawia Agnieszka Bugała
Niedziela Ogólnopolska 3/2019, str. 54-57

Sukces może zmienić ludzkie serce i przyjaciół wokół – ale on sobie z tym poradził. Jest niekwestionowaną gwiazdą polskiej sceny muzyki reggae. Pisze, komponuje, wciąż się uczy. I ścisza głos, gdy mówi o domu, o przyjaźni, miłości i... o babci

Agnieszka Bugała

AGNIESZKA BUGAŁA: – Kamil, już niebawem, bo 1 lutego premiera płyty „MTV Unplugged”. Dołączyłeś do listy niewielu artystów, którzy dostali szansę nagrania swoich utworów w aranżacjach akustycznych.

KAMIL BEDNAREK: – To było dla mnie i zespołu muzyczne wyzwanie i wyróżnienie, bo rzeczywiście, nie każdy dostaje propozycję realizacji takiego projektu. Zmobilizowaliśmy się, włożyliśmy mnóstwo pracy – odbyło się aż 40 prób, by wszystko brzmiało dobrze – i ten wysiłek się opłacał. Dzięki temu byliśmy przygotowani, choć nie ukrywam, że nigdy jeszcze nie czułem tak ogromnego stresu przed koncertem. Dzięki temu, jeśli chodzi o tremę, znów przesunęła mi się granica strachu. Mimo że gram już od 10 lat, to zdarzało się, że stres się pojawiał.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Czy kremacja zwłok jest niezgodna z wiarą chrześcijańską? (2)

Ks. Krzysztof Graczyk
Edycja włocławska 31/2003

Kzenon/pl.fotolia.com

Na podstawie przedstawionej wcześniej nauki Kościoła trzeba stwierdzić, że chrześcijańska praktyka grzebania ciał ludzi zmarłych opiera się na prawdzie o integralnym odkupieniu nas przez Chrystusa Pana, który kiedyś wskrzesi ciała zmarłych i obdarzy je chwałą zmartwychwstania. Wyraźne stanowisko Kościoła zostało przedstawione w nowym Kodeksie Prawa Kanonicznego, obowiązującym od 1983 r. Można więc na podstawie przepisów prawnych zawartych w tej kodyfikacji stwierdzić, że kremacja nie jest zabroniona, ale lepszy jest tradycyjny pogrzeb: "Kościół usilnie zaleca zachowanie pobożnego zwyczaju grzebania ciał zmarłych. Nie zabrania jednak kremacji, jeśli nie została wybrana z pobudek przeciwnych nauce chrześcijańskiej" (1176 § 3).
Patrząc przez pryzmat historii chrześcijaństwa, kremacja była wielokrotnie potępiana przez Kościół katolicki, ponieważ wiązała się z wiarą w to, że po śmierci wszystko się kończy. Mentalność ta uległa zmianie. I w obecnym czasie Kościół uznaje, że kremacja jest "dziś często pożądana, nie z powodu nienawiści wobec Kościoła lub obyczajów chrześcijańskich, ale jedynie z racji związanych z higieną, racji ekonomicznych czy innego rodzaju, w płaszczyźnie publicznej czy prywatnej" (Instrukcja Świętego Oficjum, a obecna nazwa: Kongregacja ds. Nauki Wiary, 1963). Innymi słowy można stwierdzić, że Kościół katolicki uznaje kremację, ponieważ pozwala ona zachować warunki higieny, zdrowia publicznego i stanowi rozwiązanie trudności z pozyskiwaniem terenów na cmentarze. Kremacja, pomijając motywacje natury ideologicznej, daje się pogodzić z wiarą chrześcijańską i formami pobożności związanymi z okazywaniem szacunku wobec ciała zmarłego: "Rzeczywiście, spalenie (kremacja) zwłok, jako że nie dotyczy duszy i nie przeszkadza Bożej Wszechmocy w odbudowaniu ciała, nie zawiera sama w sobie, ani nie przyczynia się w sposób obiektywny do zaprzeczenia tym dogmatom" (Instrukcja Świętego Oficjum, 1963), tj. zmartwychwstania ciał i nieśmiertelności duszy. Wymiar paschalny (śmierć i zmartwychwstanie) kremacji jest taki sam jak zwykłego pochówku (pogrzebanie) - to, co ulega przemianie w proch czy popiół, przeznaczone jest do zmartwychwstania. Zresztą nikt nie jest w stanie stwierdzić, że w momencie zmartwychwstania użyta zostanie ta sama materia, to samo ciało, które posiadamy w obecnym życiu. Dlatego też zmartwychwstanie nie będzie nowym początkiem starego sposobu istnienia, lecz nową rzeczywistością, nowym życiem.
Trzeba ostatecznie powiedzieć, że Kościół nie zabrania stosowania kremacji, ale poleca w dalszym ciągu pobożny zwyczaj grzebania ciał zmarłych, ponieważ posiada on pewne znaczenie, którego niestety pozbawia kremacja. I tak złożenie ciała w ziemi przypomina, że śmierć jest snem, w którym oczekujemy przebudzenia, i który jest związany ze zmartwychwstaniem. Ponadto trzeba podkreślić, że w języku biblijnym pogrzeb jest znakiem ludzkiej ograniczoności i przemijalności: "wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty; bo prochem jesteś i w proch się obrócisz!" (Rdz 3, 19). I jeszcze w innym miejscu: "Wielka udręka stała się udziałem każdego człowieka i ciężkie jarzmo spoczęło na synach Adama, od dnia wyjścia z łona matki, aż do dnia powrotu do matki wszystkich" (tj. ziemi: Syr 40, 1). Bez ulegania pokusie dosłownej interpretacji Pisma Świętego przywołane powyżej fragmenty bardziej wskazują na pochówek niż na kremację.
Wielu ludzi pyta: Czy pochówek nie może być uważany za pozostałość przestarzałej mentalności lub pełnej przesądów i tylko zewnętrznej otoczki czci dla ciała zmarłego? Przecież po co czekać, aby nastąpił rozkład zwłok, gdy można osiągnąć ten sam stan poprzez ich spalenie (kremację)? Otóż trzeba mocno powiedzieć, że takie myślenie nadaje kremacji znaczenie ideologiczne, oczywiście inne niż to antychrześcijańskie i antyreligijne znane z przeszłości, ale zawsze nie do przyjęcia. Pochówek to wybór naturalności rozkładu ciała ludzkiego, ale to nie znaczy, że należy uważać go za naturalistyczny i irracjonalny. Chodzi tu przecież o ludzką wrażliwość i zwyczaj, który dla wierzącego posiada długą tradycję, uznawaną także dziś za rozsądną. Psychiczny opór ludzi wobec kremacji (wybiera ją mniejszość) nie może być traktowany jako opóźnienie rozwoju kultury w danym społeczeństwie. Należy szanować tych, którzy proszą o kremację, ale trzeba również nabrać dystansu wobec informacji na ten temat i wobec presji namawiania do jej stosowania. Ludzka i chrześcijańska pietas wymaga, by zarówno w przypadku kremacji, jak i pochówku szanowano zwłoki zmarłych, a obrzędy były otwarte na nadzieję zmartwychwstania.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

V Parafialny Koncert Kolęd we Wręczycy Wielkiej

2019-01-21 17:55

Parafia we Wręczycy Wielkiej

Odbył się w niedzielę 20 stycznia. Uczestniczyli w nim: chór parafialny parafii św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny we Wręczycy Wielkiej, schola liturgiczna Domine Jesu z Częstochowy, zespół Siódme Piętro z Wręczycy Wielkiej, chór gminny „Con Amore” z Wręczycy Wielkiej, zespół Cantate Deo z Wręczycy Wielkiej, Dzieci Boże parafii św. Józefa Oblubieńca Najświętszej Maryi Panny we Wręczycy Wielkiej oraz zespół śpiewaczy Wręczynki z Wręczycy Wielkiej.

Archiwum parafii we Wręczycy Wielkiej
Zobacz zdjęcia: Koncert Kolęd we Wręczycy Wielkiej

– Cieszę się, że ludzi w różnym wieku i o różnych zainteresowaniach połączyło wspólne kolędowanie na chwałę Nowonarodzonego. Wierzę, że takie wydarzenia łączą bardziej wspólnotę parafialną – powiedział ks. Andrzej Olejnik, wikariusz parafii i główny organizator koncertu.

– Coroczne koncerty są dla mnie głębokim przeżyciem wspólnotowym, spotkaniem w rodzinie Kościoła. Liczę na to, że nasz chór będzie się nadal powiększał liczebnie, ale równocześnie nie zatraci ducha służby i rodzinnej atmosfery, której doświadczamy na próbach i na liturgii – mówił kierownik chóru parafialnego Parafii św. Józefa Oblubieńca NMP we Wręczycy Wielkiej – Cieszę się, że tyle zespołów wzięło udział w tym pięknym kolędowaniu na chwałę Pana.

Anna Biernacka, członek chóru parafialnego z radością stwierdza: – Wielką radością moją i męża jest to, że moja córeczka, Martynka i wszystkie dzieci z grupy Dzieci Bożych wzrastają w wierze i miłości do Jezusa. Przez swój śpiew podczas tegorocznego koncertu kolęd dały piękne świadectwo. Moje dziecko bardzo cieszyło się, że mogło wziąć udział w tym radosnym wydarzeniu. – Ufam, że ziarno zasiane wyda plon obfity – dodaje parafianka.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem