Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Kiedy stajesz się jednym z...

2017-01-04 10:27

Rozmawia Anna Przewoźnik
Niedziela Ogólnopolska 2/2017, str. 26-27

Archiwum o. Dariusza Pabisia

O powołaniu misyjnym i specyfice Kościoła południowoamerykańskiego z o. Dariuszem Pabisiem CSsR, redemptorystą, rozmawia Anna Przewoźnik

Bez wątpienia na każde ludzkie powołanie mają wpływ konkretne osoby, które spotkaliśmy na naszej drodze życia. Ja jednak chciałbym wspomnieć nie tyle kogoś konkretnego, ile świątynię, która miała swój szczególny udział w wyborze mojej życiowej drogi, a przede wszystkim w procesie odkrywania Boga.

Pochodzę z Gliwic. Chrzest, I Komunia, bierzmowanie, katecheza, moja posługa ministrancka, grupa oazowa – całe moje życie religijne jako dziecka i młodzieńca toczyło się w kościele Redemptorystów pw. Świętego Krzyża. Świątynia ta ma dla mnie wielkie znaczenie. Cisza i półmrok, które towarzyszyły mi, kiedy wstępowałem tu na modlitwę, albo gdy, będąc ministrantem, czekałem na nabożeństwa, były czymś wyjątkowym. Jako dziecko fascynowało mnie malutkie okienko, które znajduje się nad amboną. Często widziałem, jak się otwierało i spoglądał z niego na kościół jakiś zakonnik. Po chwili postać znikała i okienko się zamykało, a ja zostawałem z pytaniem o ten inny wymiar życia. Było to dla mnie spojrzenie z „innego świata”, świata, który zdawał się mnie przywoływać. Ten sam wymiar miało dla mnie wielkie okno nad prezbiterium, w którym często widziałem zapalone światło. Jak dowiedziałem się później, była to klasztorna kaplica. Mam tyle wspomnień z tego jednego kościoła, że aż trudno je wszystkie zebrać. Pamiętam starszych ojców, którzy w tej ciszy i półmroku oczekiwali na penitentów w konfesjonałach pod chórem. Zawsze można było bez pośpiechu się wyspowiadać i porozmawiać z kapłanem.

Reklama

Czy świątynia może przemawiać do serca i wzywać do nawrócenia? Zdecydowanie tak. Dzisiaj mam już pewność, że pierwszą ewangelizację i intymny dialog na temat sensu mojego życia Bóg prowadził ze mną za pośrednictwem murów i atmosfery parafialnego kościoła. Dlatego zawsze z wielką radością powracam do tego miejsca w Gliwicach. Jest to powrót do źródeł. W tym kościele Pan Bóg pozwolił mi znaleźć to, co najważniejsze w życiu.

O. Dariusz Pabiś CSsR Obecnie katecheta i kapelan w szpitalu w Warszawie

* * *

ANNA PRZEWOŹNIK: – Czy powołanie misyjne to powołanie w powołaniu?

O. DARIUSZ PABIŚ CSSR: – Myślę, że tak. Podstawowym powołaniem jest powołanie do życia zakonnego, kapłańskiego, i w ramach tego powołania odkrywa się wezwanie do posługi misyjnej poza swoim krajem. Nie musi to być Ameryka Południowa czy Afryka. Ogromne potrzeby pracy misyjnej są również w Europie, np. w Republice Czeskiej, która niedawno została ogłoszona krajem misyjnym. O powołaniu misyjnym myślałem już w Polsce, będąc klerykiem. Pamiętam, kiedy byłem na pierwszym roku teologii, przyjechał do nas przełożony z Argentyny i mówił wiele o pracy misyjnej w tym kraju. Zgłosiłem się wtedy do swojego przełożonego z propozycją wyjazdu na misje. Powiedział mi: „Dobrze, jak będzie coś konkretnego, będziesz pierwszy”.

– I w 2002 r. pojawiła się propozycja wyjazdu do Ameryki Południowej...

– Tak, dopiero po 4 latach mojego kapłaństwa pojawiła się możliwość pracy misyjnej w Argentynie. Byłem w Ameryce Południowej 10 lat. Po pierwszych 6 latach pracy miałem 3-letnią przerwę na Amerykę Północną. Pracowałem wtedy dla imigrantów meksykańskich w parafii Matki Bożej Częstochowskiej w Cicero w Chicago. W 2008 r. powróciłem do Argentyny. Na początku pracowałem w Misiones, jednej z 23 prowincji Argentyny, która graniczy z Brazylią i Paragwajem. Posługiwałem tam w sumie 3 lata. Następnie 2 lata – w prowincji Beunos Aires w mieście Quilmes i kolejne 2 lata – w La Plata, stolicy prowincji Buenos Aires. Blisko 3 lata spędziłem w Patagonii Argentyńskiej, w Lago Puelo.

– Wspominając swój pobyt w Stanach, mówił Ojciec, że Chicago to zupełnie inna misja i że tęsknił tam za Argentyną. Dlaczego?

– Każda praca ma swoją specyfikę. Parafia w Cicero ma latynoskie klimaty (ok. 90 proc. parafian to emigranci z Meksyku). Jest to duszpasterstwo piękne, wdzięczne i niezwykle ważne. W emigrantach z Meksyku namacalnie odczuwaliśmy, kim jest człowiek ubogi i opuszczony w znaczeniu naszego redemptorystowskiego charyzmatu: dramaty rozdzielonych rodzin, strach przed deportacją, konieczność utrzymania rodziny i wykształcenia dzieci, przestępczość niszcząca życie młodych ludzi. Problemy niespotykane chyba nigdzie indziej na tak wielką skalę. To, co mnie jednak „ściągnęło” na nowo do Ameryki Południowej, to pewna specyficzna i wyczuwalna tylko tutaj naturalność w sposobie życia i wyrażania tego, co zasadnicze. Nawet śmierć jest czymś zaskakująco zwykłym. Dzieje się tak wtedy, kiedy ludziom jest obce odgrywanie ról narzuconych przez środowiska, które określają się jako cywilizowane. Ameryka Południowa zaczyna nabierać prawdziwych smaków – tych słodkich i gorzkich – kiedy porzucasz rolę turysty, a stajesz się jednym z...

– Czy zgodzi się Ojciec ze stwierdzeniem, że na misjach Pan Bóg pozwala misjonarzom zobaczyć samych siebie z nieco innej strony?

– Myślę, że każdy misjonarz musi się odzierać ze swoich przyzwyczajeń, lęków. To, co w Polsce wydaje się oczywiste, na misjach wcale takie nie jest. Na początku pracy duszpasterskiej pojawia się chęć, by głosić Ewangelię na sposób polski. Tu zadajemy sobie pytanie: co to znaczy? Uświadamiamy sobie, że często mylimy tradycję z Ewangelią. Na misjach dane środowisko wymaga zastanowienia się, co tak naprawdę należy do sedna Ewangelii, a co jest tylko pewnym kontekstem kulturowym.

– Patagonia Argentyńska jest dwa razy większa od Polski. Charakteryzuje się pięknymi terenami, położona jest w południowej Argentynie.

– Argentyna jest kilka razy większa od Polski. Trzeba pamiętać, że tylko prowincja Buenos Aires jest niewiele mniejsza od całego naszego kraju. Samo terytorium prałatury Esquel w prowincji Chubut, w której pracują misjonarze, to 1/3 Polski. Z Lago Puelo do Buenos Aires jest 1800 km. Jeszcze kilka lat temu Benedykt XVI poprosił redemptorystów, aby objęli misję na terytorium Patagonii Argentyńskiej. Polscy redemptoryści z prowincji warszawskiej, jak również polscy i argentyńscy redemptoryści z wiceprowincji Resistencia podjęli się tej misji. Od 2007 r. istnieje możliwość stałego życia wiarą. Wcześniej przyjeżdżali tutaj misjonarze, ale na krótko, głosili słowo Boże i wyjeżdżali.

– Jak kościół i parafia są tam przyjmowane?

– Mieszkańcy dopiero oswajają się z tymi stałymi strukturami Kościoła. W Lago Puelo była wcześniej kaplica, w której Msza św. była odprawiana sporadycznie. Obecnie jest to parafia pw. Matki Bożej Fatimskiej i toczy się w niej normalne życie parafialne. Pracowałem z długoletnim misjonarzem o. Józefem Baraniakiem. Na przestrzeni tych lat obserwowałem, jak ludzie zaczynają przyzwyczajać się do stałej obecności księdza, do tego, że w niedzielę i w dzień powszedni mogą uczestniczyć w Eucharystii, że jest katecheza, duszpasterstwo. To jest pewien proces i praca na wiele lat.

– Jaki teren zajmuje i ilu mieszkańców liczy parafia Matki Bożej Fatimskiej?

– Trudno to precyzyjnie określić, nawet ludzie sprzeczają się co do liczby jej mieszkańców. A parafia to nie tylko Lago Puelo, ale także kilka miejscowości w okolicy. Mamy pod opieką 7 kaplic położonych w odległości 50, 70 km. Msze św. niedzielne odprawiane są w 3 kościołach. W pozostałych Eucharystia odprawiana jest raz w tygodniu, zdarza się, że na wolnym powietrzu czy w prywatnych domach. Czasem docieramy do tych, którzy mieszkają w tzw. siedliskach. To osady, gdzie ludzie zatrzymują się tylko na pewien czas. Wielu mieszkańców przez chrzest staje się katolikami, ale później praktykuje niewielu, często tylko 1 proc.

– Czy próbowaliście ze współbratem przekazywać też jakieś nasze zwyczaje?

– To byłoby z góry skazane na porażkę. Tu jest inna kultura, nawet inny klimat. Podejmowano np. próby odprawiania porannych Mszy św., ale to nie zdało egzaminu. Rano nikt tu nie przyjdzie do kościoła, na więcej ludzi można liczyć tylko na wieczornej Eucharystii. Także polskich zwyczajów, np. związanych z Bożym Narodzeniem, do tych realiów nie da się przenieść. W temperaturze +30°C ludzie bardziej myślą o plaży niż o świętowaniu przy stole.

– A opłatek, Pasterka? Nie próbował Ojciec opowiadać o pięknych polskich zwyczajach?

– Czasami wspominaliśmy o pewnych tradycjach, które mają dużą wartość, jak np. dzielenie się opłatkiem, które służy zacieśnianiu więzi rodzinnych, prowadzi do pojednania, ale nie oczekiwałem, że stanie się to tutejszą tradycją.

– Przeglądając zdjęcia z archiwum parafii, zatrzymałam się szczególnie przy jednym: figura Matki Bożej Fatimskiej na wozie zaprzęgniętym w woły, prowadzona w procesji ulicami miasteczka...

– Uczymy ludzi kultywowania święta patronalnego, stąd przejście procesyjne z figurą Maryi, muzyka. To wszystko dzieje się w maju. W centrum jest, oczywiście, Msza św., ale przy tej okazji organizujemy także święto społeczne – zapraszamy regionalne zespoły folklorystyczne i religijne, chcemy bowiem dać ludziom możliwość radosnego bycia razem. To nie jest takie naturalne dla mieszkańców południowej części kraju.
Trzeba podkreślić, że tutaj Jezus jest obecny w ludzkich sercach, w ich naturalnych, szczerych odruchach. My jesteśmy po to, by tę wiarę oczyszczać z elementów, które nie są Boże. W tym regionie zauważa się wiele praktyk pogańskich, które zostały sprowadzone z innych części świata. Mocno jest tu obecny buddyzm. Blisko parafii, w której pracowałem, jest miejscowość El Bolsón – to centrum ruchu hipisowskiego. Na naszym terenie znajduje się znane jezioro Lago Puelo, które w kontekście religii pogańskich jest bardzo cenione jako rzekomo mające energię, która dotarła z kosmosu. Ludzie często wierzą też w dziwne zjawy – chochliki, mary – popularnie nazywane „duendes”.

– To wszystko może przeszkadzać w pełnym przyjęciu Ewangelii...

– Przeszkadza. Wielu wybiera sobie elementy z różnych religii, które im pasują, by żyć wygodnie, bez nakazów. Tu jest inna dynamika wiary. I potrzeba dużo czasu, by zdobyć zaufanie, serca ludzi. Mieszkańcy często są zdystansowani, mało emocjonalni. To troszkę inny świat.

– Czy misjonarz potrzebuje pomocy osób świeckich?

– Bez misjonarzy świeckich głoszenie słowa Bożego byłoby niemożliwe, także w Ameryce Południowej. Redemptoryści pracujący w Argentynie wdrażają plan pastoralny nazywany SINE, czyli Integralny System Nowej Ewangelizacji, który rozpoczyna się rekolekcjami ewangelizacyjnymi, głoszeniem kerygmatu, spotkaniem osobistym z żywym Jezusem Chrystusem. Świeccy Argentyńczycy, którzy tu przyjeżdżają, mają w sobie naturalną potrzebę głoszenia słowa Bożego od domu do domu. W styczniu, lutym do naszej parafii przyjechała 20-osobowa grupa z Buenos Aires. To ludzie, którzy na co dzień pracują zawodowo i przez cały rok oszczędzają, by móc tu przyjechać i mówić o Bogu. W ciągu roku przyjeżdża też grupa misjonarzy świeckich z Drogi Neokatechumenalnej; przybywają do nas również siostry zakonne. To ogromna pomoc. Świadectwa tych ludzi budzą ducha misyjnego w naszych parafianach, dlatego mamy wielu chętnych, którzy angażują się w radio, głoszą katechezy dla dzieci i młodzieży, i wszystko to czynią bezinteresownie.

– Czy mieszkańcy dbają o misjonarzy?

– Ludzie są bardzo życzliwi, mamy wszystko, co jest potrzebne do przeżycia. Mieszkańcy chyba doceniają nasz wysiłek w głoszeniu słowa Bożego, bo dbają o nas. Zawsze mamy coś do zjedzenia i kilka pesos, by zatankować samochód i dotrzeć z Panem Jezusem do najdalszych zakątków. Doświadczamy tutaj jednej z obietnic Jezusa, która realizuje się w stu procentach. Pan Bóg dba o nas właśnie w taki sposób, żeby nam niczego nie brakowało, ale i nie zbywało!

Tagi:
misje

Służba w dalekim Caibarién

2018-02-22 10:40

Z Ewą Pankiewicz, lubelską wolontariuszką na Kubie, rozmawia ks. Mieczysław Puzewicz
Edycja lubelska 8/2018, str. VI

Ze zbiorów E. Pankiewicz
Ewa w otoczeniu bezhabitowych sióstr zakonnych i katechetów

Ks. Mieczysław Puzewicz: – Jak wyglądał Twój wolontariat w Caibarién na Kubie?

Ewa Pankiewicz: – Wolontariat w Caibarién, w diecezji Santa Clara (środkowa Kuba), to efekt wieloletniej współpracy lubelskiego środowiska z bp. Arturo Amadorem. Przez 2 miesiące zajmowałam się przede wszystkim pracą z młodzieżą w parafiach, zaangażowaną w prowadzenie katechez. Podczas spotkań poruszaliśmy tematy dotyczące miejsca młodych w Kościele, systemu wartości, wyzwań świata współczesnego, wolontariatu. Jednym z celów organizowanych warsztatów było zachęcenie młodzieży do podejmowania działań na rzecz najbliższego otoczenia, do wychodzenia poza mury kościoła, do ludzi potrzebujących. Młodzież była otwarta na zdobywanie nowego doświadczenia, poznanie innych sposobów animacji grup czy pracy w zespole. Poza tym prowadziłam katechezy dla grup dziecięcych. Często katechezy odbywają się w domach prywatnych. Ważnym zadaniem było odwiedzanie ludzi chorych, niepełnosprawnych, starszych w ich domach. Często były to osoby bardzo ubogie, samotne, których bliscy wyemigrowali. Potrzebowali rozmowy, wysłuchania, ale też pomocy w obowiązkach codziennych. Najbardziej zapadły mi w pamięci otwartość i szczera radość, z jaką przyjmowali mnie w swoich domach. Na pożegnanie często słyszałam: „To jest twój dom – wracaj, kiedy chcesz”.

– Tam, gdzie pracowałaś, przeszedł niedawno kataklizm.

– Caibarién to miasto najbardziej poszkodowane podczas huraganu, który przeszedł przez Kubę we wrześniu 2017 r. Jego skutki nadal są bardzo widoczne, a szczególnie na obszarach położonych bezpośrednio nad morzem. Wiele domów zostało całkiem zniszczonych, inne mają zerwane dachy, naruszone konstrukcje. Materiały budowlane na Kubie są bardzo drogie i większości ludzi nie stać na odbudowanie swoich dobytków. Ludzie są zmęczeni. Dominuje apatia, brak nadziei, rezygnacja. W najgorszej sytuacji są osoby w wieku podeszłym, chore, niepełnosprawne, które nie mają rodzin i często są zostawione same sobie.

– Co Cię zaskoczyło w Kościele na Kubie?

– To, co zaskoczyło mnie i jednocześnie spodobało mi się najbardziej, to żywa wspólnota wiernych. Nikt nie jest tam anonimowy, ludzie interesują się sobą, po Mszach pozostają i rozmawiają. Czuć tę wspólnotę i serdeczność relacji. Można wskazać wiele problemów, z którymi mierzy się tamtejszy Kościół. Społeczeństwo Kuby to społeczeństwo starzejące się, brakuje ludzi młodych, liderów, którzy animowaliby życie wspólnoty. Dużym problemem jest też niska liczba powołań wśród Kubańczyków. Katecheci narzekają na brak współpracy ze strony rodziców, którzy nie przyprowadzają dzieci na Msze. Zdarzają się przypadki, że to dziecko wychodzi z inicjatywą i prosi rodziców o zgodę na uczestniczenie w katechezach.

– Czy w diecezji Santa Clara są polskie akcenty?

– Diecezję Santa Clara powołał św. Jan Paweł II 1 kwietnia 1995 r. Papież odwiedził stolicę diecezji w styczniu 1998 r. Mija 20 lat od tej pielgrzymki, a jego postać i słowa są wciąż pamiętane i bardzo ważne dla Kubańczyków. Obecnie na terenie diecezji Santa Clara pracuje trzech polskich księży, którzy pełnią funkcję proboszczów dużych parafii. Rozpowszechniony jest również kult Bożego Miłosierdzia, w wielu parafiach przyjęło się odmawianie Koronki do Bożego Miłosierdzia. Coraz bardziej popularna jest też postać bł. ks. Jerzego Popiełuszki.

– Czego najbardziej potrzeba Kościołowi na Kubie?

– Kościół na Kubie to kościół ubogi. Wskazać można szereg potrzeb o charakterze materialnym. Jednak najbardziej potrzeba przykładów z zewnątrz. Kuba po latach ateizacji to zdecydowanie kraj misyjny. Dlatego obecność zagranicznych duchownych, sióstr zakonnych czy wolontariuszy jest bardzo ważna. To daje ludziom nadzieję. Potrzeba tam przewodników, którzy będą wyjaśniać sprawy fundamentalne, wskazywać właściwe drogi nowo powstającym wspólnotom, podtrzymywać już istniejące, towarzyszyć członkom Kościoła w pogłębianiu wiary.


Relacja Ewy Pankiewicz, pierwszej polskiej wolontariuszki posługującej w Kościele na Kubie, dostępna jest na stronie internetowej:
www.solidarity.com.pl . Zapraszamy też na otwarte spotkanie z wolontariuszką, które odbędzie się 5 marca o godz. 18 w Centrum Wolontariatu przy ul. Głębokiej 17 w Lublinie.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Przeżyć depresję

2018-02-14 10:25

Ewa Wesołowska, psycholog
Niedziela Ogólnopolska 7/2018, str. 52-53

Dotyka coraz częściej. Nas albo naszych bliskich. Zabiera energię, radość, utrudnia życie. 23 lutego obchodzimy Dzień Walki z Depresją. Jak ją przeżyć? Co robić, gdy zauważymy jej symptomy u naszych bliskich?

Björn Braun 200%/fotolia.com

Żyjemy w czasach, w których najnowsze technologie stwarzają wiele możliwości komunikowania się ludzi ze sobą, praktycznie w każdym czasie i miejscu. Jednocześnie w tłumie ludzi człowiek staje się coraz bardziej samotny – zagubiony w relacjach z innymi, zagubiony w świecie uczuć i w samym sobie. Powszechny – również dla dzieci i młodzieży – przekaz, że w życiu liczą się osiągnięcia, efektywność, skuteczność, dążenie do perfekcji, wydaje się tylko pogłębiać izolację człowieka. W połączeniu z innymi licznymi zmianami społecznymi stwarza to znacznie większe nie tylko ryzyko pojawienia się różnorakich zaburzeń psychicznych, ale także znacznie większą trudność radzenia sobie z nimi, kiedy już się pojawią.

Statystyki

Ryzyko zachorowania na depresję w ciągu całego życia waha się w granicach: 10-25% dla kobiet i 5-12% dla mężczyzn. W świetle tych statystyk problem staje się bardzo bliski nam wszystkim. Najprawdopodobniej wokół nas jest ktoś, kto cierpi, cierpiał albo będzie cierpiał na depresję. Może także się okazać, na różnych etapach życia, że problem będzie dotyczył także i nas. Kiedy myślimy „depresja”, możemy mieć bardzo różne wyobrażenia na ten temat. Głębokie cierpienie człowieka nie zawsze jest widoczne „na pierwszy rzut oka”. Częściej nawet nie jest. Stąd tak często, kiedy ktoś popełnia samobójstwo, słyszymy zaskoczenie bliskich i otoczenia. Okazuje się, że nikt się tego nie spodziewał, nikt nic nie wiedział. Dlatego łatwo nie zauważyć tych, którzy cierpią nawet blisko nas. Cierpią często w samotności, izolując się stopniowo od swoich bliskich, przyjaciół. Wysoka pozycja społeczna, wykształcenie, uroda i wiele innych rzeczy nie chronią przed depresją. Na zewnątrz możemy widzieć człowieka osiągającego liczne sukcesy, a wewnątrz siebie żyje on w wielkim bólu i samotności.

Smutek

Zatrzymując się przy depresji, warto odróżnić to, co jest prawidłową i naturalnie pojawiającą się reakcją emocjonalną, od tego, co będziemy rozpatrywać już jako zaburzenie depresyjne. W życiu często przeżywamy smutek, a także złość, lęk, żal. Przeżywanie tych emocji to bardzo istotna część naszej codzienności. Np.: koleżanka miała do nas zadzwonić, ale nie zadzwoniła. Odczuwamy smutek i złość. Te emocje mówią nam o naszych głębokich, bardzo ważnych potrzebach: potrzebie miłości, bliskości, akceptacji. Czasami potrzeby te mogą nie być przez nas do końca uświadomione. Czasami się ich wstydzimy, spychamy na margines naszego życia tak, by ich nie przeżywać, nie odczuwać. Odbieramy je jako coś zagrażającego dla nas samych. Tymczasem nasze uczucia mają nam coś bardzo istotnego o nas samych do powiedzenia. Smutek jest naturalną reakcją na wszelką doświadczaną przez nas utratę: rzeczy, własnej wartości, stratę bliskiego człowieka, i domaga się, aby go przeżyć, zatrzymać się przy nim przez jakiś czas.

Depresja

O depresji zaczynamy mówić wtedy, kiedy reakcja obniżonego nastroju przedłuża się, trwa powyżej dwóch tygodni i właściwie zaczyna być już stanem, który towarzyszy nam przez większą część dnia. W depresji prócz przeżywanego smutku lub pustki istotne są także inne symptomy. Może to być utrata dotychczasowych zainteresowań i zdolności do odczuwania przyjemności. To, co do tej pory sprawiało radość, teraz zaczyna być obojętne albo budzi niechęć. Takiej osobie można zaproponować wyjście do kina, wycieczkę rowerową, spotkanie z przyjaciółmi, chociaż można spotkać się z obojętnością albo niechęcią, mimo że jeszcze niedawno sama inicjowała podobne wydarzenia. Czasami nawet w najbliższym otoczeniu trudno o zrozumienie takiej postawy. Można to przecież odczytać jako przejaw niechęci do osoby, która proponuje wspólne spędzenie czasu. Jest to jednak jeden z objawów choroby. Towarzyszy temu również brak energii, nieadekwatne ciągłe zmęczenie często wzmocnione trudnościami ze snem bądź odwrotnie – nadmierną sennością. Osoby cierpiące na depresję często coraz bardziej zamykają się w sobie, uciekają w coraz większą samotność i izolację. Pogrążają się w coraz bardziej krytycznym spojrzeniu na samych siebie. Charakterystyczny dla tych osób jest nie tylko negatywny obraz samego siebie, ale także świata i przyszłości. Często podejmujemy próby przekonania takiej osoby, że przecież jest inaczej, ale na pewnym etapie choroby jest to niemożliwe. Co więc możemy zrobić i jak pomóc?

Pomoc

Jedna z przyczyn depresji wiąże się z doświadczeniem w przeszłości straty, często źle przeżytej, zapomnianej. Strata ta najczęściej dotyczy bliskich osób. Może wiązać się z czyjąś nieobecnością w pewnym okresie życia, śmiercią kogoś bliskiego, rozwodem rodziców, wyjazdem jednego z nich, a także z ich fizyczną bądź emocjonalną niedostępnością. Nie mamy wpływu na historię bolesnych przeżyć tej osoby, ale to, co możemy zrobić teraz, to po prostu z nią BYĆ we wszystkim, co przeżywa. To bardzo cenne, kiedy stworzymy bezpieczną przestrzeń do tego, by mogły zostać wyrażone uczucia nie w samotności, ale wobec drugiej osoby.

Bezpieczna przestrzeń oznacza najczęściej empatyczną obecność i gotowość słuchania. Słuchanie może też być milczeniem, czasami obydwu stron, bo w milczeniu w sposób niewerbalny człowiek też wyraża siebie. Bycie przy osobie cierpiącej na depresję nie jest łatwe, ponieważ bardzo szybko może pojawić się w nas poczucie bezradności i przytłoczenia intensywnością przeżywanych przez nią, a także przez nas samych emocji. To właśnie m.in. dlatego, aby uniknąć w sobie trudnych uczuć, tak skłonni jesteśmy do porad w stylu: „weź się w garść”, „zobaczysz, wszystko będzie dobrze” itd. Trzeba bardzo uważać, aby unikać tego typu stwierdzeń. Takie „dobre rady” mogą jedynie pogłębić ból i jeszcze bardziej oddalić osobę cierpiącą od innych ludzi. Kiedy pojawia się poczucie bezradności, może to być sygnał, aby szukać pomocy u specjalisty: psychologa, psychoterapeuty, a czasami u lekarza psychiatry. W wielu sytuacjach pomoc specjalisty jest wręcz niezbędna. Trzeba być na to szczególnie wrażliwym, kiedy pojawiają się stwierdzenia dotyczące śmierci czy niechęci do życia.

Dlaczego?

Pojawiające się w nas uczucia, szczególnie te bolesne, domagają się, aby w odpowiednim momencie zatrzymać się na nich, przeżyć je i pójść dalej. Depresja jest bolesnym doświadczeniem, w którym często dochodzą do głosu nieprzeżyte wcześniejsze doświadczenia emocjonalne. Ich natężenie i intensywność sprawia, że nie da się po prostu „pójść dalej”. Trzeba się zatrzymać na dłużej, przeżyć, przepracować je, często korzystając z pomocy kompetentnej osoby. Wobec cierpienia pojawia się wiele pytań „dlaczego?„. Depresję trudno zrozumieć, poddać racjonalnemu wytłumaczeniu, ale skoro się pojawia, to znaczy, że nasze uczucia i przeżycia domagają się, aby się nimi zająć, w pewnym sensie aby zaopiekować się tym w nas, co kiedyś najprawdopodobniej zostało porzucone.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kard. Dziwisz: Hanna Chrzanowska poważnie odczytywała Ewangelię i wprowadzała ją w życie

2018-02-24 11:31

md / Kraków (KAI)

Samarytańska działalność Hanny Chrzanowskiej wpisuje się w wielowiekową i wspaniałą historię Kościoła krakowskiego na polu miłosierdzia – powiedział kard. Stanisław Dziwisz podczas Mszy św. w kościele św. Mikołaja, gdzie spoczywają doczesne szczątki przyszłej błogosławionej. Hierarcha wyraził nadzieję, że beatyfikacja krakowskiej pielęgniarki przyczyni się zwłaszcza do duchowej odnowy środowisk, które niosą pomoc chorym.

Piotr Drzewiecki

W homilii kard. Dziwisz, który jako sekretarz kard. Karola Wojtyły osobiście poznał przyszłą błogosławioną, przypomniał jej biografię, podkreślając, że religijność Hanny Chrzanowskiej była „bardzo dyskretna, ale konsekwentna”. „Uderza nas fakt, że Hanna mniej mówiła o swojej religijności, natomiast zależało jej bardzo na życiu duchowym pacjentów oraz pielęgniarek” – mówił, powołując się na organizowane przez nią rekolekcje, dni skupienia i pielgrzymki dla pielęgniarek oraz rekolekcje dla chorych.

„To ujawniało prawdę o jej osobistym życiu duchowym, stanowiącym fundament i sekret jej ogromnego zaangażowania” – zaznaczył kaznodzieja. Przytoczył również słowa Chrzanowskiej skierowane do proboszczów, które według niego urosły do rangi symbolu. Apelując do nich, by organizowali punkty pielęgniarskie w parafii, mówiła: „Do chorego nie umytego i nie nakarmionego słowo Boże dociera z trudem lub nie dociera wcale”.

Według hierarchy, sekretem życia i zaangażowania Hanny Chrzanowskiej było „poważne odczytywanie Ewangelii” i wprowadzanie jej w życie. „Czyniła to w wybranym przez siebie ważnym sektorze pomocy bliźniemu, jakim jest pielęgniarstwo szeroko pojmowane. Ono stało się jej charyzmatem – jej specyficzną drogą służby Bogu i człowiekowi” – mówił, dodając, że w tej służbie Chrzanowska wykorzystywała osobiste przymioty umysłu i serca oraz profesjonalne przygotowanie, zdobyte w ośrodkach naukowych i medycznych w kraju i za granicą.

„Samarytańska działalność Czcigodnej Służebnicy Bożej Hanny Chrzanowskiej wpisuje się w wielowiekową i wspaniałą historię Kościoła Krakowskiego na polu miłosierdzia” – mówił kard. Dziwisz. Dodał, że staje ona w jednym szeregu ze św. Jadwigą Królową, św. Janem Kantym, św. Bratem Albertem i Sługą Bożym ks. Piotrem Skargą.

Przypominając, że Kraków znany jest w Kościele jako duchowa stolica Bożego Miłosierdzia, metropolita senior stwierdził, że prawda o Bogu bogatym w miłosierdzie i o powołaniu każdego człowieka do okazywania bliźnim miłosiernej miłości, powinna uwrażliwiać, by „każdy z nas starał się być człowiekiem miłosierdzia, zgodnie ze swoim powołaniem, swoimi talentami i okolicznościami życia”.

„Wystarczy się obejrzeć wokół, aby dostrzec, ilu ludzi czeka na naszą pomoc, nie tylko materialną. Tylu naszych braci i sióstr czeka również na dobre słowo, na gest życzliwości, na każdy odruch dobra” – zauważył hierarcha.

Msza św. pod przewodnictwem kard. Stanisława Dziwisza rozpoczęła spotkanie przedstawicieli parafialnych zespołów charytatywnych, Szkolnych Zespołów Caritas, grup wolontariuszy pomagających chorym i starszym oraz nadzwyczajnych szafarzy Komunii świętej z Archidiecezji Krakowskiej. Jest ono związane z przygotowaniami do beatyfikacji Hanny Chrzanowskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem