Reklama

Biskup Pluta nie tylko od święta

2016-12-21 09:59

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 52/2016, str. 4-5

Katarzyna Krawcewicz
Ks. Dariusz Gronowski

Z ks. Dariuszem Gronowskim rozmawia Katarzyna Krawcewicz

KATARZYNA KRAWCEWICZ: – Czy zgłębiając wspomnienia o bp. Wilhelmie Plucie, natknął się Ksiądz na opowieści z okresu okołoświątecznego?

KS. DARIUSZ GRONOWSKI: – Owszem, jest kilka takich historii. Jedna sięga czasów wojny. Ks. Pluta był wtedy proboszczem w Leszczynach. Przed świętami Bożego Narodzenia odwiedziła go siostra Bronisława, zatrzymała się oczywiście na plebanii. W nocy nie mogła zasnąć. Odkryła wtedy, że brat też nie śpi – najpierw coś pisał, potem się modlił. W pewnej chwili ktoś zapukał w okno. Ks. Pluta powiedział siostrze, żeby się nie bała, bo on idzie do chorego. Po latach okazało się, że poszedł wtedy spowiadać partyzantów, swoich parafian, którzy chcieli przystąpić do sakramentu pojednania przed świętami. Już jako biskup opowiadał: „To byli moi parafianie i ja musiałem się o ich rodziny troszczyć. Tym wszystkim, co mi się udało na czarno zabić, to żywiłem ich dzieci, bo ojców nie było w domu”.
Drugie wspomnienie świąteczne dotyczy kościoła w Kostrzynie. Trzeba wiedzieć, że była to szczególna świątynia. Kościół pw. Najświętszej Maryi Panny Matki Kościoła był pierwszym w diecezji kościołem wybudowanym po wojnie od podstaw. Nasze ziemie bardzo się rozwijały, było coraz więcej ludzi, powstawały nowe osiedla, a kościołów brakowało. Władze komunistyczne nie chciały wyrażać zgody na budowę nowych świątyń. Dopiero na początku lat 70. udało się zdobyć pierwsze pozwolenie na budowę bardzo potrzebnego kościoła w Kostrzynie. Więcej pozwoleń władze wydały dopiero w okresie, gdy św. Jan Paweł II został papieżem. Prace nad kostrzyńskim kościołem trwały od 1974 do 1978 r. W 1975 r., dokładnie w Wigilię, bp Pluta poświęcił ukończony kościół dolny. Świątynia konsekrowana została 19 listopada 1983 r.
We wspomnieniach bp. Pawła Sochy i sióstr zakonnych, które za czasów bp. Pluty posługiwały w domu biskupim w Gorzowie, zachował się niezwykły sylwester. Było to w 1985 r., na krótko przed śmiercią bp. Pluty. Zaprosił wtedy domowników na czuwanie modlitewne przed Najświętszym Sakramentem. Było to wyjątkowo długie nabożeństwo. O północy bp Pluta pobłogosławił cały dom, idąc do każdego kącika. Za oknami trwało noworoczne szaleństwo, wybuchały fajerwerki, on zaś powiedział: „Niech tam strzelają, a my pomódlmy się jeszcze godzinę”. Może to długie nabożeństwo było konsekwencją tego, że jakoś przeczuwał, że już niedługo będzie pasterzował diecezji? Później, z okazji przypadających 10 stycznia imienin, odwiedzili go biskupi. Każdemu z nich indywidualnie dziękował, każdemu poświęcił ok. 10 minut przemowy – to się nigdy wcześniej nie zdarzyło. Po jego śmierci biskupi uświadomili sobie, że to było swoiste pożegnanie z jego strony.
Bp Wilhelm Pluta miał też taki zwyczaj, że w styczniu i w lutym odwiedzał księży w poszczególnych dekanatach, w ramach tzw. kolędy. Księża bardzo cenili sobie te jego wizyty, dawały im poczucie wsparcia w trudnych czasach. Z tego powodu spotkania te nie były dobrze widziane przez komunistyczny aparat bezpieczeństwa. Spotkanie rozpoczynało się adoracją Najświętszego Sakramentu i konferencją bp. Pluty, a potem wszyscy spotykali się przy stole. Dodam, że właśnie na takie kolędowe spotkanie do Gubina jechał bp Pluta, kiedy zginął w wypadku.

– Z opowieści o bp. Plucie wyłania się obraz człowieka bardzo rodzinnego.

– To prawda. Rodzina odwiedzała go przy różnych okazjach, również na Boże Narodzenie. Bp Pluta miał taki zwyczaj, że swoich gości prowadził najpierw do kaplicy. A później było już normalne, rodzinne spotkanie, na którym bp Wilhelm zawsze tryskał humorem i potrafił cały wieczór bawić gości swoimi wicami. Leokadia Pluta tak wspomina: „Dziś po latach rysuję obraz Wujka Biskupa z tych spotkań od rozmodlonego, zatopionego wręcz w modlitwie pokornego kapłana, poprzez pełnego powagi i dostojeństwa biesiadnika przy stole, po rozbawionego, tryskającego radością i śmiechem – po prostu Wujka”.
Gabriela Malec opowiada, że zdarzało się, że na spotkaniach rodzinnych biskup śmiał się do łez: „Wtedy jego słynna górna złota piątka błyszczała. Wujek bardzo często się uśmiechał, a gdy się serdecznie śmiał, łzy mu ciurkiem kapały spod okularów”.

– Taka rodzinna atmosfera charakteryzowała chyba wszystkie miejsca, w których mieszkał.

– Już jako proboszcz na Śląsku starał się, by na plebanii zawsze panowała rodzina atmosfera. Jego siostry, Klara i Bronisława, opowiadały, jak na plebanii w Wirku zawsze troszczył się o to, by wikariusz miał wszystko, czego potrzebuje, żeby był dobrze traktowany, mimo że zaraz po wojnie panowała naprawdę wielka bieda. Z kolei w Załężu mówił siostrze jadwiżance zajmującej się kuchnią, by spiżarnia nigdy nie była zamknięta zarówno dla współpracowników, jaki i dla księży uczących się w tamtejszym kolegium. Mówił: „To są nasi domownicy, mają się wszyscy tutaj czuć jak w rodzinie, bo to jest ich dom”. Nic dziwnego, że księża współpracownicy bardzo go lubili, a on sam zaś twierdził, że nigdy nie miał złego wikariusza.

– Stąd już tylko krok do zatroskania o wszystkie rodziny w diecezji.

– Odnowa życia w rodzinie bardzo mu leżała na sercu. Widział wyraźnie symptomy kryzysu rodziny. Jeszcze będąc kapłanem na Śląsku, wiele lat poświęcił na opracowanie materiałów do prowadzenia kursu przedmałżeńskiego. Z tym przyszedł do diecezji gorzowskiej. Już 1 lutego 1960 r. wydał rozporządzenie w sprawie kursów przedmałżeńskich i nauczania przedślubnego, w którym ustalił m.in., że „w każdej parafii musi się odbywać dłuższe szkolenie przedmałżeńskie, przynajmniej jedno na 2 lata dla młodzieży żeńskiej od lat 15, dla męskiej od lat 18”. W trosce o rodzinę podkreślał, że przygotowanie do życia w małżeństwie powinno właściwie zacząć się już od dziecka. Mówił również o potrzebie specjalnego duszpasterstwa dla młodych małżeństw. Nie ograniczał się do wydawania rozporządzeń, ale dbał o przygotowanie osób do zajęcia się tą sferą duszpasterstwa. Polecił otwierać przy parafiach poradnie rodzinne.
Należy podkreślić, że w tamtych czasach były to działania pionierskie. Nic dziwnego, że zostały zauważone i docenione na płaszczyźnie ogólnopolskiej. W konsekwencji poproszono go o tworzenie Komisji Episkopatu ds. Duszpasterstwa Rodzin.
Bardzo zależało mu na tym, żeby powstawały zdrowe katolickie rodziny. W swoich listach niejednokrotnie poruszał taką tematykę, jak: dbałość o miłość małżeńską, ofiarna miłość w rodzinie, obchodzenie niedziel i świąt, modlitwa w rodzinie, katolickie wychowanie dzieci, troska o rodziny wielodzietne i zaniedbane, a także obrona życia nienarodzonych.

– W jeszcze jednej sferze dał się szczególnie zapamiętać. Chodzi o dobroczynność. Jego zatroskanie o biednych objawiało się nie tylko od święta.

– Tu warto znów wrócić na plebanię w Wirku. Po wojnie było tam tak biednie, że gdyby nie pomoc dobrych ludzi, ks. Pluta miałby naprawdę ciężko. A mimo to próbował zawsze coś zaoszczędzić z tacy czy odłożyć z tego, co mu przyniesiono, i podzielić się z biednymi. Jego siostra Bronisława opowiada: „Wiedział, w których domach panowała bieda, choroby, gdzie ojcowie nie wrócili z wojny lub byli w obozach. Kupowałam zawsze 10 bochenków chleba i brat wieczorami chodził ze mną do ubogiej dzielnicy Wirku i ja zanosiłam chleby do osób potrzebujących. W domu nie ma, a my chodzimy do obcych – tak sobie myślałam. A brat czuł, że tak myślę, i mówił wtedy do mnie: Popatrz, tutaj jest tyle dzieci, ojciec nie wrócił z wojny; tutaj jest gruźlica i sami chorzy. I to tak trwało długo, jak długo tam był”.
Jako biskup troszczył się o rozwój duszpasterstwa dobroczynnego. W latach 60. i 70. nadał mu nowy kształt. Wydawał różne rozporządzenia, m.in. o planowaniu pracy charytatywnej w parafii. Akcentował tworzenie zespołów charytatywnych. Zależało mu na tym, żeby rozbudzić ducha czynnej miłości bliźniego w każdej parafii. Dawał konkretne wskazówki, np. zachęcał do zaopiekowania się dziećmi, których matka jest chora, a także prosił o umożliwienie dzieciom z biednych rodzin wyjazdu na wakacje. To również on jest pomysłodawcą umieszczania w kościołach skarbonek z napisem „Mój 1 zł miesięczny dla najbiedniejszych”. Również bp. Plucie diecezja zawdzięcza utworzenie Domu Samotnej Matki.
Do końca życia osobiście angażował się w pomoc bliźniemu. Ks. Władysław Sygnatowicz, jego bliski współpracownik, pisał: „Najbardziej ma na sercu tych, którzy cierpią, potrzebujących pomocy, także materialnej. Nikt od niego nie odszedł bez wsparcia. Wiedzą o tym rodziny wielodzietne, ubogie dzieci przystępujące do I Komunii św., klęską żywiołową dotknięci itp. Przy skromnym swoim osobistym życiu każdy grosz zaoszczędzony śle na cele dobroczynne, a czyni to dyskretnie, bez rozgłosu, tak że najbliżsi współpracownicy przypadkowo tylko o tej hojności się dowiadują”.

– Czego bp Pluta życzyłby nam na Boże Narodzenie?

– Może tego, by każdy z nas potrafił wiernie realizować swoje powołanie do świętości, patrząc, jak to było w Świętej Rodzinie z Nazaretu.

Tagi:
wywiad

Domowy Kościół drogą do Pana Boga

2018-02-14 11:10

Ks. Adam Stachowicz
Edycja sandomierska 7/2018, str. VI

Ks. Adam Stachowicz
Wiesława i Mirosław Bąkowie

Ks. Adam Stachowicz: – Na co dzień posługujecie w Ruchu Światło-Życie, a konkretnie w jego rodzinnej gałęzi. Macie od 36 lat doświadczenie wspólnego życia małżeńskiego, ale też ciągłej formacji osobistej i małżeńsko-rodzinnej. Jednocześnie działacie, pomagając szczególnie młodym małżonkom i rodzicom oraz przygotowującym się do zawarcia sakramentalnego związku małżeńskiego. Możecie więc dużo powiedzieć o rodzinie…

Wiesława i Mirosław Bąkowie: – Tak to prawda. Chociaż ciągle jesteśmy w drodze. Ciągle się uczymy poznawania woli Boga względem nas oraz poznajemy siebie nawzajem. Bardzo ważne jest jednak dla nas doświadczenie prawdy, że fundamentem rodziny jest małżeństwo. Tu się wszystko zaczyna, w tej maleńkiej „wspólnocie miłości i życia”.
Z perspektywy czasu wiemy, jak bardzo musieliśmy się napracować, czasem walczyć, aby nie zniszczyć w naszej relacji daru sakramentu małżeństwa. Ogromną pomocą była i jest dla nas formacja Domowego Kościoła. Poprzez codzienną modlitwę małżeńską, rozważanie słowa Bożego, dialog małżeński czy rekolekcje nieustannie odkrywamy piękno życia małżeńskiego.
Dzisiaj możemy powiedzieć z radością, że łączy nas miłość do Boga oraz względem siebie. Przeżywamy naszą relację jako wyjątkową i szczęśliwą. Nie możemy nie mówić o tym szczególnym prezencie otrzymanym od Pana Boga, dlatego pragniemy pomagać innym małżeństwom w zbliżeniu się do Boga, a przez to w budowaniu jedności małżeńskiej. Bo to właśnie na niej buduje się szczęśliwą rodzinę.
W Piśmie świętym Bóg mówi: „Opuści człowiek ojca i matkę, a połączy się z żoną swoją, i będą dwoje jednym ciałem” (Ef 5,31) oraz „Bądźcie płodni i rozmnażajcie się” (Rdz 1,28). Owoc miłości małżeńskiej we współpracy z łaską Boga Stworzyciela sprawia, że staje się rodzina. Miłość małżonków, mamy i taty, buduje szczęście domu rodzinnego. Pamiętamy pewne zajęcia socjoterapeutyczne z dziećmi. Na zadane pytanie: „Kiedy są najbardziej szczęśliwe?”, m.in. padła odpowiedź: „Kiedy mama i tata się całują, kiedy są blisko siebie. Wtedy wiem, że nic mi się złego nie może stać”. Jesteśmy przekonani, że tę prawdę o ważności relacji w małżeństwie trzeba przekazywać szczególnie młodym małżonkom oraz przygotowującym się do małżeństwa.

– Czyli determinacja do dzielenia się doświadczeniem wspólnej relacji w małżeństwie oraz bliskością Boga pochodzi z waszej z Nim osobistej relacji?


– Tak. Po pierwsze – jak powiedzieliśmy – spłata długu Bogu, który nas hojnie obdarował swoją miłością. Po drugie – wiemy, jak bardzo każdy człowiek pragnie szczęścia, jak każde małżeństwo pragnie szczęścia. Wiemy też, jak na pytanie o drogę do szczęścia świat, a w nim krzykliwe zło, podsuwa odpowiedzi nieprawdziwe i zwodnicze. Dlatego pragniemy mówić o tym, jakim szczęściem jest pięknie przeżyte małżeństwo i rodzina. Od 36 lat patrzymy i czujemy całym sercem, jak zmieniają się małżonkowie, którzy włączają się do wspólnoty Domowego Kościoła. Przychodzą ci, którzy mają się dobrze, aby wzmocnić relacje, posłuchać doświadczeń innych małżonków. Przychodzą do wspólnoty też ci, którzy cierpią, którzy ocierają się o salę sądową z rozpoczętym procesem rozwodowym. I widać, jak łaska wspólnej modlitwy wielu małżeństw, jak świadectwo tych, którzy mają wiele do powiedzenia o budowaniu jedności małżeńskiej kruszy w nich mury niechęci, jak zaczynają budować od nowa.
Mamy też od roku doświadczenie Dekanalnych Dni Skupienia dla małżonków, których inicjatorem jest ks. Tomasz Cuber, diecezjalny duszpasterz rodzin. Na taką małżeńską randkę przychodzą małżonkowie z różnym stażem małżeńskim. Tu małżonkowie mają czas dla siebie poprzez wspólną wymianę doświadczeń przy herbatce, tu jest czas na posłuchanie dobrych rad na szczęśliwe małżeństwo i czas na modlitwę z indywidualnym błogosławieństwem małżonków.

– Można więc śmiało powiedzieć, że wasze doświadczenie poparte jest częstą praktyką pracy z małżeństwami? Jak np. takie Dni Skupienia, jak to nazywacie: „randki małżeńskie”, przekładają się na wzajemne relacje biorących w nich udział?

– Słyszymy po takich spotkaniach wiele wspaniałych świadectw. Przywołam chociażby takie: „Jesteśmy 40 lat w sakramentalnym związku małżeńskim, ale taka randka przydarzyła nam się pierwszy raz. Wróciliśmy do domu bardzo umocnieni. Nasza relacja nabrała delikatnej, a jednocześnie takiej radosnej świeżości. Długo jeszcze wieczorem rozmawialiśmy o tym, co za nami i o tym, co przed nami. Nasze dialogowanie zakończyliśmy modlitwą za męża i za żonę. Postanowiliśmy takie modlitwy zdobyć dla naszych dzieci trwających z związkach małżeńskich” (Danusia i Krzysiek); „Jesteśmy szczęśliwi, że mogliśmy być na takim spotkaniu. Budowało nas dosłownie wszystko. Każde słowo było na wagę złota. Świadectwa małżonków wzmocniły nas. Nasze zatroskanie o to, że w tak wielu sprawach sobie nie radzimy postanowiliśmy oddać Jezusowi. Już jesteśmy mocniejsi o te konkretne recepty na szczęśliwe życie małżeńskie. Nosiłam w sobie ranę po stracie dziecka, a teraz jestem przekonana, że Bóg tak chciał i – co więcej – ono jest szczęśliwe na wieki” (Kasia i Piotrek).

– Czemu w ostatnich latach tak dużo słyszymy o rodzinie? Państwo jako instytucja chce pomagać, szczególnie finansowo. Samorządy pokazują, że sprawa rodzin nie jest im obojętna. W Kościele od dawna intensywnie pokazuje się rodzinę jako podstawową wartość, wskazując nauczanie św. Jana Pawła II, który przekonywał: „rodzina Bogiem silna staje się siłą człowieka i całego narodu”…


– W adhortacji apostolskiej „Familiaris Consortio” św. Jan Paweł II pokazywał m.in. to, że rodzina jest drogą Kościoła i drogą narodu. Trwa więc walka o najwyższą stawkę. To jest być, albo nie być. Sługa Boży kard. Stefan Wyszyński, tworząc Jasnogórskie Śluby Narodu, mówił niejednokrotnie, by nie pozwolono, aby zniszczono rodzinę, bo zginie naród.
Bogu dzięki i Maryi Królowej Polski za to, że w obliczu diabelskiego ataku na małżeństwo i rodzinę poprzez lansowaną deprawację, mocno przenikającą z Zachodu, budzimy się do walki o tę Bożą instytucję. To dobrze, że na wszelkie sposoby stawiamy zaporę złu, aby obronić małżeństwo jako związek mężczyzny i kobiety, aby ochronić każde życie ludzkie od poczęcia do naturalnej śmierci. Bardzo mocno jesteśmy przekonani, że potrzeba integralnego działania na rzecz małżeństwa i rodziny.
Tu wspomnijmy słowa św. Teresy z Kalkuty, która do zebranych przedstawicieli instytucji państwowych i kościelnych mówiła: „Wy, kapłani, możecie czynić to, czego nie mogą uczynić władze państwowe. Urzędnicy, wy możecie uczynić to, czego nie uczynią kapłani. Razem możemy ratować rodzinę i świat. Nie czekajmy na jutro. Bierzmy się do pracy dzisiaj”. Okazją ku temu jest rozpoczynający się Powiatowy Rok Rodziny pod mocnym hasłem: „Rodzina. Nasza troska, nasz skarb”.

– Jesteśmy po inauguracji Roku Rodziny w powiecie ostrowieckim. Wy tu żyjecie. Czym dla was jest ten czas?

– Ta inicjatywa jest dla nas bardzo ważna. Z nadzieją patrzymy na ten rok. Wszyscy wiemy, jak bardzo rodzina potrzebuje dzisiaj wsparcia. Wsparcia potrzebują małżonkowie, rodzice, dzieci i młodzież. Myślimy i tego pragniemy, aby troska o rodzinę była wpisana w permanentne działanie kościoła i wszelkich instytucji państwowych. Padło wiele słów pięknych i zobowiązujących, a jednocześnie pełnych nadziei. Zabrakło czasu i możliwości posłuchania małżonków i rodziców, jakie mamy oczekiwania wobec takiej inicjatywy. Pozwoliliśmy sobie poprosić Pana Starostę o rozmowę wiążącą w tej kwestii. Propozycję przyjął.

– O czym chcielibyście rozmawiać z przedstawicielami lokalnych władz? – W posynodalnej adhortacji apostolskiej Ojca Świętego Franciszka „Amoris laetitia”, gdzie czytamy: „Dobro rodziny ma kluczowe znaczenie dla świata i Kościoła. Świadectwo temu dają małżeństwa, które przetrwały próbę czasu i są świadkami Bożej miłości. Otwiera to drzwi pozytywnego, gościnnego duszpasterstwa, które umożliwia rozprzestrzenianie się dobra według zamysłu Bożego”.

Mamy takie doświadczenie próby czasu i o tym pragniemy rozmawiać. Będziemy mówić o tym, że mamy, że znamy receptę na szczęśliwe życie małżeńskie i rodzinne. Na szczęśliwy dom zbudowany na skale, której nic i nikt nie pokona. Ufamy bowiem, że o to chodzi w tym Powiatowym Roku Rodziny. Pragniemy rozmawiać o tym, że zanim zaczniemy wychowywać dzieci, to pierwej trzeba wychowywać rodziców, myśląc o tym, że wychowywać to znaczy wydobywać dobro i na tych zasobach budować codzienność rodzinną. Tworzą się w nas oczekiwania.

– Jakie to oczekiwania? Co praktycznego mógłby wnieść taki „czas dla rodzin”?


– Wszystkie przedstawione propozycje są bardzo słuszne. Bogu dzięki, że będzie takie duże wsparcie dla rodzin dotkniętych różnymi dysfunkcjami. My myślimy o profilaktyce, która jest jak zawsze bardzo korzystna. W zamyśle mamy m.in. zorganizowanie takiego miejsca w mieście, gdzie małżonkowie będą mogli się spotkać na sesjach, kursach, aby zaczerpnąć wiedzy i wymienić doświadczenia nt.: „Jak pogłębiać więź małżeńską i rodzinną”. Miejsca na taką małżeńską randkę pod okiem profesjonalnie przygotowanych specjalistów.
Dobre byłoby wspólne organizowanie pikników rodzinnych z promocją pięknego życia małżeńskiego i rodzinnego poprzez prezentowanie talentów rodzinnych. Bardzo zależy nam na tym, aby był to również czas promowania zdrowej rodziny zbudowanej na „trwałym fundamencie Bożej miłości”.
Słowa pouczają, czyny pociągają. Jesteśmy przekonani, że Jezus, który połączył nas sakramentalnym węzłem małżeńskim, chce, abyśmy wszyscy stali się znakiem i narzędziem Jego miłości przez konkretne inicjatywy i czyny.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Nadzieja w Chrystusie

2018-02-21 10:32

Abp Wacław Depo
Niedziela Ogólnopolska 8/2018, str. 33

Graziako

W kolejną niedzielę Wielkiego Postu wchodzimy na szczyt Taboru, aby wraz z Chrystusem przemieniać się z nadzieją na życie wieczne. Nie sposób zejść z Taboru bez podstawowego daru wiary chrześcijańskiej, którym jest nadzieja. Ona zawsze jest oczekiwaniem dóbr przyszłych, do których granicą będzie tajemnicze wypowiedzenie prawdy o zmartwychpowstaniu. Dlatego nadzieja wiary chrześcijańskiej jest związana z pragnieniem tych dóbr wiecznych, które Bóg przyobiecał człowiekowi w swoim Synu, Jezusie Chrystusie. Można więc powiedzieć, że każdy z nas zanurzony w tajemnicę życia Jezusa jest jakimś wielkim spodziewaniem się Boga, który przychodzi do nas w teraźniejszości.

W pismach św. Augustyna znajdujemy twierdzenie, że jako chrześcijanie jesteśmy sobą ze względu na przyszłość. Przyszłość jest darem Bożym, ale wraz z nią idzie teraźniejszość – otaczający nas świat, ludzie, zdarzenia czy rzeczy. Człowiek wierzący to stworzenie wciągnięte w orbitę Boskości i wewnętrznego życia Boga. Tak uczył nas św. Jan Paweł II w swoim słynnym wywiadzie „Przekroczyć próg nadziei”. I przez to samo jest on człowiekiem radości związanej z nadzieją na życie wieczne. Nie chodzi tutaj – podkreślał Papież – o radość naiwną ani też o próżną nadzieję. Każdy z nas jest człowiekiem widzącym i czytającym rzeczy i wydarzenia ukryte. Czującym sprawy ludzi, ich serca i oglądającym już tutaj, na ziemi, tajemnicę Boga, przez znak Syna Bożego. To z woli i zamysłu Boga wszelka nadzieja świata i człowieka rozświetla się z punktu Chrystusa. Dlatego chrześcijanin idący za Chrystusem widzi więcej i głębiej przeżywa swoje życie. Nadzieja jest dla nas nie tylko spodziewaniem się jakiejś przyszłości – jest także nowym sposobem tłumaczenia świata, który w oczach chrześcijanina otrzymuje nowy sens. Nadzieja uczy interpretacji zdarzeń świata i siebie samego według wyższego Boskiego sensu.

Te obrazy nadziei odtworzone zostały w mozaice na Górze Tabor, gdzie tajemnica narodzin Syna Bożego jest pierwszą tajemnicą zbliżenia się i przemienienia się Boga dla nas. Jego Odwieczny Syn staje się człowiekiem, potwierdza godność naszej ludzkiej natury, przyjmując ją i włączając w tajemnicę swojego Boskiego życia. A cóż dopiero powiedzieć o tajemnicy przemiany, która dokonuje się na wzgórzu Golgoty, gdzie Syn Boga oddaje za nas swoje życie!

Kolejną tajemnicą przemiany Jego ciała, już uwielbionego, jest tajemnica zmartwychwstania, która była zapowiedziana nie tylko przez Górę Tabor. Ale zwłaszcza wtedy, kiedy Chrystus wyjaśniał swoim uczniom, że konieczne jest Jego odejście przez tajemnicę cierpienia i śmierci. Zauważmy, że tajemnica zmartwychwstania nie zamyka jeszcze wszystkiego, lecz otwiera przed nami kolejny etap bliskości Boga, jaką jest tajemnica Kościoła i sakramentów świętych, w tym sakramentu Eucharystii. Właśnie to samo Ciało zrodzone z Maryi w Betlejem, to samo Ciało, które wisiało na krzyżu, to samo Ciało jest z nami pod postacią chleba. I ta sama Krew pod postacią wina jest oddawana za nas na odpuszczenie naszych grzechów.

Ta Miłość ukrzyżowana i zmartwychwstała w Chrystusie przekłada wszelki język beznadziei, kłamstwa i grzechu na mowę i wyznanie pełne nadziei. Bo nadzieja złożona w Chrystusie nigdy nie zawodzi i nie zdradza człowieka. Toteż w życiu chrześcijańskim nie ma takich sytuacji, które mogłyby nas uczynić ludźmi bez nadziei.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Czerwone Koloseum, jak krew chrześcijańskich męczenników

2018-02-24 23:02

Włodzimierz Rędzioch

Dziś wieczorem, z inicjatywy organizacji Pomoc Kościołowi w Potrzebie, rzymskie Koloseum podświetlono na czerwono, aby przypomnieć krew przelewaną przez chrześcijan w Koloseach współczesnego świata.

Włodzimierz Rędzioch
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem