Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

Nie opuszczę cię aż do śmierci

2016-12-20 10:11

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 52/2016, str. 64-65

Magdalena Pijewska

Wydaje się, że wiemy wszystko o chorobie alkoholowej, która jest plagą wielu polskich rodzin. I nie dotyczy jedynie rodzin z marginesu społecznego, ale jest bardzo częsta w tzw. dobrych rodzinach. Może warto spojrzeć na nią z innej perspektywy

Zdrada, alkoholizm to najczęstsze przyczyny rozwodów. Czujemy się zranieni przez swojego partnera, który w chwili zawarcia małżeństwa był innym człowiekiem – czułym, kochającym i deklarującym miłość aż po sam grób. A później czas i nasze błędy, wynikające zwykle z egoizmu, zmieniły wszystko. Gdy dojdzie do tego jeszcze choroba alkoholowa, która zamienia codzienne życie rodziny w koszmar, poddajemy się, rezygnujemy z walki o małżeństwo i zranieni odchodzimy, nie chcąc mieć z naszym współmałżonkiem żadnych kontaktów.

A może warto po raz kolejny spróbować... Jeszcze raz wyciągnąć rękę do naszego męża czy żony. Podjąć kolejną próbę leczenia. I wszystkie swoje działania powierzyć Bogu, bo to On – wbrew wszelkiej nadziei – może grzesznika wyciągnąć z największego błota i uczynić cud – uwolnić go od nałogu.

Może historia pani Natalii przekona nas do tego. A że początek przemiany związany jest z wieczorem wigilijnym, warto o tym pomyśleć, siadając do rodzinnego stołu, przy którym często nie ma miejsca dla uciążliwego pijaka, który może po raz kolejny zaburzyć świąteczny nastrój.

Reklama

Musimy pamiętać, że czas Adwentu i Bożego Narodzenia to okres refleksji i przebaczenia. Sam Bóg ukorzył się tak bardzo przed człowiekiem, że z miłości do nas przyszedł na ten świat jako bezbronne dziecko, aby razem z każdym człowiekiem dźwigać trudy życia i przez swą krwawą ofiarę zapewnić nam zbawienie. Trzeba tylko dostrzec obecność Boga w naszym życiu i w przeżywaniu ciężkich chwil, upadków prosić Go o pomoc. Bo bez niej nie jesteśmy w stanie niczego dokonać. Jeżeli będziemy wierzyli, że Bóg nas wyciągnie z najgorszej pułapki i poprowadzi nieraz bardzo krętymi ścieżkami do wyzwolenia, osiągniemy zwycięstwo.

Szczęście i upadek w małżeństwie

Pani Natalia, emerytowana prawniczka, po wielu oporach zgodziła się na publikację swojej historii. – Długo nad tym myślałam, bo każdy przypadek nieudanego małżeństwa jest inny i żadna recepta opublikowana w prasie nikogo nie uleczy. Trzeba samemu dojrzeć, przejść przez wiele meandrów życia, aby wyciągnąć wnioski ze swojej historii. Zawsze byłam sceptyczna co do wynurzeń kobiet w prasie kolorowej. Ale zgodziłam się upublicznić swoje przeżycia w „Niedzieli”, tym bardziej że są one związane z Wigilią Bożego Narodzenia.

Wszystko zaczęło się zwyczajnie, tak jak w wielu związkach. Antka poznałam podczas swoich praktyk studenckich, które odbywałam w sądzie. On był już wówczas młodym, świeżo mianowanym sędzią. Błyskotliwy, inteligentny, szarmancki wobec kobiet. Miał w sobie to coś, co zapewniało mu powodzenie u dziewczyn. Szybko staliśmy się parą. Byłam szczęśliwa i zakochana, podobnie jak on. Wiedziałam, że Antek nie stroni od alkoholu, ale wówczas daleko mu było do bycia alkoholikiem. Po ślubie byliśmy bardzo szczęśliwi. Wiliśmy wspólne gniazdko, doczekaliśmy się upragnionej córki. Antek robił błyskotliwą karierę zawodową, ale nigdy nie odbywało się to kosztem domowego czasu.

Gdy się jest młodą, niedoświadczoną i bezgranicznie zakochaną, nie dostrzega się pewnych spraw albo się je bagatelizuje. Wówczas jeszcze nie przywiązywałam wagi do bratania się Antka z wódką. „Jesteśmy młodzi, szczęśliwi, chcemy się bawić, a nie rozdzierać szat nad każdym wypitym kieliszkiem” – myślałam. Byłam spokojna, bo sama również brałam udział w tych wszystkich balangach. Oczy miałam szeroko otwarte na ewentualną zdradę Antka. Wiedziałam, jak bardzo podoba się innym kobietom. A alkohol... No cóż, w pewnych środowiskach niemal każdy pije. Było to zwodnicze, tym bardziej że Antek był bardzo silnym mężczyzną i nie upijał się do tego stopnia, żebym musiała go taszczyć do domu.

Lata mijały, a mój mąż miał coraz większe problemy z alkoholem. Jak zwykle w takich sytuacjach, zaczęły się konflikty w rodzinie. Antek znikał z domu, wracał pijany nad ranem. Początkowo był pełen skruchy. Przepraszał, obiecywał poprawę. Gdy stawiałam twarde warunki, buntował się. Wiedziałam, że ma grono przyjaciół, z którymi pije. Znałam ich wszystkich i próbowałam stworzyć koalicję z żonami trzech najbliższych przyjaciół męża. Ale na nic się to zdało. W pracy Antek miał nieposzlakowaną opinię. Nigdy nie pojawiał się w niej pod wpływem alkoholu. Mógł sobie na to pozwolić, bo jego dzień pracy był nienormowany.

Najgorsze, że mój mąż nie chciał przyznać się do nałogu. „Jaki ze mnie alkoholik – przekonywał – przecież wszystko mam pod kontrolą. Taki mam styl życia. Lubię się odprężyć po stresującej pracy”. Zaczęłam dostrzegać u niego paskudne cechy charakteru. Przez te wszystkie lata obcowania na co dzień z najgorszymi postępkami ludzkimi stracił wrażliwość i nauczył się grać, oszukiwać. Opanował to do perfekcji.

Zaczęliśmy żyć z dnia na dzień. Nigdy nie można było niczego zaplanować. A wyjazdy na wakacje to była prawdziwa udręka. W wynajętym domku na Mazurach wszelkie rygory puszczały. Antek przyjeżdżał z nami po to, aby móc swobodnie pić. I pił do upadłego. Prosiłam, błagałam, aby poddał się terapii, takiej, jaka będzie dla niego najlepsza. Wszystko trafiało w próżnię. Nasza córka Inga nienawidziła ojca. Wstydziła się za niego przed koleżankami. Nigdy nikogo nie zapraszała do domu, w obawie, aby jej koleżanki nie były świadkami ekscesów ojca. Może dlatego szybko się usamodzielniła i ograniczyła kontakty z rodzicami. Miała do mnie żal, że nie byłam zdecydowana, aby podjąć radykalne kroki. Ale ja kilka razy próbowałam odejść od Antka. Wyprowadzałam się z dzieckiem z domu do swojej siostry. Kończyło się na przeprosinach i kajaniu się męża. Wracałam do domu, a po pewnym czasie wszystko było po staremu. Szukałam winy w sobie. Może zbyt późno dostrzegłam jego problem? Ale Antek nie chciał zrozumieć, że jest alkoholikiem. Nie chciał poddać się żadnej terapii, twierdząc, że ze wszystkim poradzi sobie sam.

Nasze małżeństwo powoli przestawało istnieć. Współczułam mężowi, ale już go nie kochałam. Gdy przeszedł na wcześniejszą emeryturę, mógł pić bez ograniczeń i popłynął w alkohol. Zaczęła się tragedia. Okresy abstynencji były coraz rzadsze. Wszyscy na osiedlu go znali. Popijał na ławce z okolicznymi pijaczkami. Nie pomogło zamykanie go w domu, wylewanie zachomikowanej wódki do zlewu. Stał się agresywny, dochodziło do rękoczynów. Wielokrotnie wzywałam policję, ale byli bezradni, bo męża chronił immunitet. A on sam odgrywał przed policjantami uciśnioną przez żonę ofiarę – tak mistrzowsko, że wierzono mu i patrzono na mnie podejrzliwie.

Koniec małżeństwa

W końcu miałam tego wszystkiego dosyć. Ciągłej niepewności jutra, awantur, wstydu przed sąsiadami, prania, sprzątania po pijanym mężu. Żyliśmy w samotności, nikt nie przychodził do naszego domu, nie mieliśmy świąt ani rodzinnych uroczystości. Wszystko przepadło w oparach alkoholu. „Nie mogę marnować resztki życia, które mi pozostało” – myślałam. Wyprowadziłam się z domu, wynajęłam kawalerkę. Nie potrafiłam jednak zerwać kontaktu z mężem. Nie był mi obojętny, martwiłam się o niego. Raz uratowałam go od śmierci. Pijany wszedł do wanny i nie mógł się z niej wydostać. Bez leków – bo był już wtedy chory na cukrzycę – przeleżał w wannie dwa dni. Gdy karetka zabierała go do szpitala, był nieprzytomny. Odratowano go, ale stracił oko, które, miotając się w wannie, wybił sobie jakąś szczotką. Pielęgnowałam go podczas rekonwalescencji. Myślałam, że ten wypadek go otrzeźwił. Ale on winą za wszystko obciążył mnie. Upił się i, jak ja to nazywam: „na bandytę”, zrobił karczemną awanturę z łamaniem mebli w tle. Uciekłam do swojej kawalerki i postanowiłam zerwać z nim wszelkie kontakty. Każdy jest odpowiedzialny za swoje życie – tłumaczyłam sobie. Utwierdzana w swojej – uważałam, że słusznej – decyzji przez koleżanki, siostrę i córkę zerwałam kontakty z mężem. Czasami tylko moja dawna sąsiadka telefonowała do mnie, by opowiedzieć o ekscesach Antka.

Próba wybaczenia

Mieszkałam sama, miałam spokój, ale ciągle dręczyły mnie wątpliwości. Może nie wykorzystałam wszystkich możliwości, może gdzieś, również z mojej winy, pogubiliśmy swoje ścieżki... Może trzeba mozolnie odnaleźć właściwą drogę. Ale jak? Rady psychologa na nic się zdały.

Któregoś wieczoru poszłam z siostrą na Mszę św. Nigdy nie byłam zbyt religijna, wiarę traktowałam naskórkowo. Nie angażowałam Boga w swoje życie. Wierzyłam, że sama muszę pokonywać trudności. Kazanie wygłoszone w trakcie tej Mszy św. stało się początkiem mojej nowej drogi. Zrozumiałam, że sama nie dam rady zmienić niczego w swoim życiu. Muszę z pokorą prosić o pomoc Boga. Wierzyłam, że to On wskaże mi rozwiązanie w moim małżeństwie.

Od tego czasu zaczęłam czytać Biblię. Po kawałku zgłębiałam Nowy Testament wraz z odpowiednimi komentarzami. Już nie byłam taka pewna co do słuszności swojej decyzji. Wiele lat temu przysięgałam przed Bogiem, że nie opuszczę męża aż do śmierci. I co? Zdezerterowałam. Wiedziałam, że Antek jest wierzący. Widziałam, jak w chwilach abstynenckich się modlił. Gdy był trzeźwy, słuchał przez radio niedzielnej Mszy św. „Przecież to może być punkt zaczepienia” – myślałam. Dlaczego nie poszłam tą drogą? Dlaczego nie błagałam Boga o pomoc, o uratowanie życia mojemu mężowi? Te myśli kiełkowały we mnie powoli. Nie byłam jednak jeszcze gotowa, aby się przemóc i spróbować ponownie.

Nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Nigdy ich nie lubiłam – są dla szczęśliwych ludzi, którzy w zgodzie i miłości zasiadają do wigilijnej wieczerzy. Wigilijny wieczór spędziłam z córką i jej rodziną. Wróciłam do pustego domu. I ogarnął mnie dziwny niepokój. Myślałam o Antku: „Leży na pewno pijany i nawet nie wie, że są święta. A jeżeli potrzebuje pomocy...?”. W taką noc nikt nie powinien być sam. I błyskawicznie podjęłam decyzję. Pojechałam do niego. Był trzeźwy, ale pogrążony w bezgranicznej rozpaczy. Przegadaliśmy ze sobą całą noc. Powiedziałam, że mu wybaczyłam i że nie opuszczę go aż do śmierci. Że musimy swoje życie odbudować na stałym fundamencie, jakim jest wiara. A potem wspólnie modliliśmy się o pomoc w wydobyciu się z nałogu. Mąż po raz pierwszy zgodził się na udział w terapii anonimowych alkoholików. To była noc naszego odrodzenia.

A dalej? No cóż... Nie było łatwo, ale powolutku, krok po kroku, wchodziliśmy na nową drogę. Antek wyznał mi, że w ten wigilijny wieczór planował odebrać sobie życie. Był już zbyt zmęczony i samotny, aby dalej ciągnąć swój bagaż. Dlatego był trzeźwy, bo chciał, jak powiedział, godnie odejść.

Teraz chodzimy na terapię prowadzoną przez księdza. Poznaliśmy tragiczne drogi innych alkoholików. Były upadki, zwątpienie i znów mozolne podnoszenie się. W każdą niedzielę chodzimy na Mszę św., przystępujemy do Komunii św. I błagamy Boga o pomoc w wytrwaniu w abstynencji.

Od tamtej chwili minął rok. Przed nami święta Bożego Narodzenia. Po raz pierwszy zasiądziemy wspólnie do wieczerzy wigilijnej. Będziemy dziękować Bogu za ocalenie, za otwarcie nam oczu na inne horyzonty.

Tagi:
rodzina wierność

Tydzień Małżeństwa

2018-02-06 09:38

Antoni Szymański

Czy instytucja małżeństwa przeżywa kryzys? Sądząc po ilości rozwodów, w Polsce nie wygląda to najlepiej. Czy możemy coś zrobić, by przywrócić atrakcyjność małżeństwu?


„Jestem żonaty, mam walentynki codziennie”, „Jestem mężatką, mam walentynki codziennie” – tak głoszą napisy na koszulkach promowanych podczas Tygodnia Małżeństwa (www.tydzienmalzenstwa.pl). Doroczna inicjatywa Stowarzyszenia Psychologów Chrześcijańskich rozpoczyna się 7, a kończy 14 lutego. To znakomity sposób by przygotować się do walentynek. Statystyki podają, że ponad 70 proc. Polaków aprobuje święto zakochanych a ok. 60 proc. wręcza w tym czasie swoim bliskim prezenty. Polacy w tym dniu obdarowują najczęściej współmałżonków lub narzeczonych. To dobra okazja, by pozytywnie mówić o więzi małżeńskiej. Co można zaoferować małżeństwu oprócz koszulek?

Według organizatorów celem Tygodnia Małżeństwa jest propagowanie idei trwałej, bliskiej i satysfakcjonującej relacji małżeńskiej, która prowadzi do osobistego rozwoju i bardziej szczęśliwego, zdrowszego życia. Podkreślają, że w procesie budowania silnych więzi, bezcenne jest celebrowanie, docenianie i radosne spędzanie wspólnego czasu. Dlatego budują cykliczną tradycję swoistego „festiwalu małżeństwa” – cieszenia się małżeństwem w „okresie walentynkowym”. Liczą, że w ten sposób uda im się zmotywować społeczeństwo, specjalistów, media i osoby publiczne do promowania znaczenia zdrowych i trwałych relacji małżeńskich.

Potrzeba takich działań jest ewidentna. Od lat osiemdziesiątych ub. wieku trwa stały trend zmniejszenia ilości zawieranych małżeństw i wzrostu liczby rozwodów. Występuje on z różnym nasileniem praktycznie we wszystkich krajach europejskiego kręgu kulturowego.

W Polsce stosunek liczby zawieranych małżeństw do rozwodów wynosi 3:1. Oznacza to, że w danym roku na 3 zawierane małżeństwa przypada jeden rozwód. Co prawda ostatnie dane brzmią bardziej optymistycznie, bo w 2016 r. zawarto o 4623 więcej małżeństw i przeprowadzono o 3400 mniej rozwodów niż w roku 2015, jednak za wcześnie na prognozowanie zmiany trendu.

Skutki rozwodów są powszechnie znane, jednak zbyt łatwo o nich zapominamy. Najbardziej cierpią dzieci. W wyniku rozpadów małżeństw w ostatnich latach dziesiątki tysięcy dzieci rocznie pozostaje w niepełnych rodzinach, na ogół bez ojca. Narażone są na regres w rozwoju fizycznym, intelektualnym i emocjonalnym, gorzej się socjalizują. U dzieci rozwiedzionych rodziców, częściej niż u dzieci ze stabilnych rodzin, pojawia odczucie beznadziejności, lęku i niepokoju, występuje brak sensu życia i wiary w przyszłość. Nasila się poczucie winy, agresja i rozpacz. Dzieci częściej przejawiają postawę bierności, apatii, izolacji wobec rówieśników i dorosłych. Wśród trwałych skutków mogą wystąpić zaburzenia snu, moczenie nocne, nerwice dziecięce, nadpobudliwość psychoruchowa, brak łaknienia, jąkanie się, tiki. W sytuacjach konfliktowych dzieci z rodzin rozwiedzionych częściej bywają agresywne, buntownicze, nieufne, zamknięte w sobie, nieposłuszne, apatyczne.

Mimo ewidentnych szkód jakie wywołuje rozwód, coraz częściej i łatwiej się na niego decydujemy, dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie należy szukać w przemianach, dokonujących się na wielu płaszczyznach. Badania pokazują, że rozstaniom małżonków sprzyjają takie czynniki jak urbanizacja (więcej rozwodów w dużych miastach), lęk przed dzietnością (dzieci jak wiadomo spajają związek), przemiany w stylu życia (obniżenie standardów moralnych, kult pracy, obraz małżeństwa w mediach, łatwość nawiązywania pozamałżeńskich kontaktów przez Internet).

Istotną rolę w utrzymaniu trwałości małżeństwa odgrywa stosunek do religii. Badania pokazują, że w regionach w których obserwuje się większy szacunek do rodzinnych wartości i zachowuje tradycje religijne, rzadziej dochodzi do rozwodów. Niebagatelne znaczenie mają również aspekty prawne. W Polsce nadal zbyt łatwo i zbyt tanio można się rozwieźć. Ponadto istnieją ułatwienia i przywileje dla rodziców samotnie wychowujących dzieci, które niejednokrotnie dyskryminują rodziny pełne, szczególnie wielodzietne.

Biorąc pod uwagę fakt, że nie wszystkim czynnikom sprzyjającym rozpadowi rodzin da się od razu zaradzić, organizatorzy Tygodnia Małżeństwa skupiają się na aspektach społeczno-kulturowych i psychologicznych. Zachęcają do udziału w konferencjach, seminariach, debatach i warsztatach oraz różnorakich formach wspólnego, twórczego spędzenia czasu takich jak działania artystyczne, sportowe i psychoedukacyjne. Wydarzenia odbywają się w Warszawie, w Trójmieście, we Wrocławiu, Wejherowie, Jastarni, Rumii, Olsztynie, Elblągu, Chodzieży i Kuźnicy. Program dla małżeństw zapowiada się niezwykle bogato.

Szczególnie zachęcająco brzmią formy takie jak, warsztaty komunikacji, Msze św., seminaria z duchowości, spotkania z autorami książek o małżeństwie, warsztaty na temat seksualności i płodności, małżeńskie spacery i nordic walking, warsztaty taneczne i kulinarne, projekcje filmowe, ćwiczenia komunikacyjne, panele i prezentacje na temat instytucji małżeństwa w różnych religiach, indywidualne konsultacje dla par u psychologów i seksuologów, „wieczory randkowe”, gry planszowe i terenowe oraz inne atrakcje.

Szczegółowo można zapoznać się z nim na stronie www.tydzienmalzenstwa.pl

Na jedną zasadniczą myśl, przyświecającą organizatorom tej inicjatywy chciałbym zwrócić uwagę. Wierzą oni, że pomimo przytoczonych przeze mnie statystyk i tragicznych trendów, małżeństwo jest nadal ATRAKCYJNYM i USZCZĘŚLIWIAJĄCYM związkiem. Obalają stereotypy i kreatywnie inspirują, podsuwając pomysły na pielęgnowanie więzi. Zamiast narzekać i biadolić nad kryzysem, wolą wypracowywać i upowszechniać ciekawe rozwiązania. Z całego serca kibicuję tym przedsięwzięciom i zachęcam, by na nowo zakochać się w swoim małżeństwie.

Modlitwa

Święty Walenty, opiekunie tych, którzy się kochają,

Ty, który z narażeniem życia urzeczywistniłeś i głosiłeś

ewangeliczne przesłanie pokoju ,

Ty, który – dzięki męczeństwu przyjętemu z miłości -

zwyciężyłeś wszystkie siły obojętności, nienawiści i śmierci,

wysłuchaj naszej modlitwy:

W obliczu rozdarć i podziałów na świecie

daj nam zawsze kochać miłością pozbawioną egoizmu,

abyśmy byli pośród ludzi wiernymi świadkami miłości Boga.

Niech ożywiają nas miłość i zaufanie,

które pozwolą przezwyciężać życiowe przeszkody.

Prosimy Cię, wstawiaj się za nami do Boga,

który jest źródłem wszelkiej miłości i wszelkiego piękna

i który żyje i króluje na wieki wieków. Amen.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Jasna Góra: już wkrótce specjalne oznakowania dla niewidomych i słabowidzących

2018-02-22 10:05

it / Częstochowa (KAI)

Już wkrótce na Jasnej Górze pojawią się specjalne oznakowania dla niewidomych i słabowidzących. - To wyjście naprzeciw potrzebom pielgrzymów i turystów, także tych starszych wiekiem - przekonują paulini. Chodzi również o zwiększenie dostępności i bezpieczeństwa. Troska o niepełnosprawnych w różnych obiektach użyteczności publicznej jest coraz bardziej widoczna. Jeśli chodzi o zabytki, są to rozwiązania innowacyjne.

Mazur/episkopat.pl
Jasna Góra

Jerzy Jóźwik, koordynujący projekt wyjaśnia, że już niebawem w kilku miejscach Jasnej Góry m.in. w Kaplicy Matki Bożej zostaną umieszczone specjalne tablice tyflograficzne a więc dotykowe dla niewidomych. Będzie można jednak z nich korzystać, jak ze zwykłych planów. Pojawią się także oznaczenia poziome, które również będą uniwersalne, bo „sygnalizujące” np. rozpoczynające się schody czy progi.

- Jasną Górę odwiedza coraz więcej osób, w skali roku to ok. 4 mln. Ojcowie paulini przez swoją gościnność, wychodząc naprzeciw potrzebom pielgrzymów, stwarzają warunki, by z tego wyjątkowego miejsca mogły korzystać wszystkie osoby, również te wykluczone z powodu niepełnosprawności - powiedział Jerzy Jóźwik. Dodał, że chodzi głównie o to, by „poprawić bezpieczeństwo i pomóc niedowidzącym i niewidomym w tym, żeby poruszali się po Jasnej Górze wiedząc, gdzie się znajdują, dokąd mogą pójść, jak się układają ścieżki, przejścia w kolejnych etapach zwiedzania czy bytności w Sanktuarium”.

- Jest to inicjatywa klasztoru, która wynika z potrzeby uniwersalnego projektowania i uwzględnienia potrzeb wszystkich pielgrzymów. Tego typu rozwiązania są coraz częściej stosowane w różnych obiektach użyteczności publicznej, natomiast w skali zabytku są to rozwiązania innowacyjne - podkreśla inny z przedstawicieli koordynatorów Sławomir Ochman.

Oznakowania zostały dostosowane do zabytkowego charakteru częstochowskiego sanktuarium. To najważniejsze, ponieważ obiekt znajduje się pod szczególną opieką konserwatorską. Tablice zostały wykonane w mosiądzu, jak różnego rodzaju inne tablice na Jasnej Górze. Dwie ogólne z nich zostaną umieszczone przy wejściach na teren klasztoru. Cztery inne obejmą miejsca będące w zakresie realizowanego teraz projektu: Salę Jana Pawła II, która niebawem po remoncie zostanie oddana do użytku, Bastion św. Rocha, w którym znajduje się Skarbiec Pamięci Narodu i tzw. atrium w Kaplicy Matki Bożej.

- Wszystkie elementy będą na tyle uniwersalne, że będą użyteczne dla każdego. Osoby w pełni sprawne, które np. z zamyślenia nie zwrócą uwagi na zbliżające się schody, zostaną ostrzeżone dotykiem, co może uchronić je przed kontuzjami - dodaje Sławomir Ochman.

Wyczuwalno-wizualne oznakowania dla niewidomych i słabowidzących powstają we współpracy z przedstawicielami Polskiego Związku Niewidomych. To kolejny etap projektu realizowanego w ramach trwających prac remontowych z środków unijnych „Program Operacyjny Infrastruktura i Środowisko”.

Wkrótce do użytku oddane zostaną także kolejne udogodnienia dla osób niepełnosprawnych ruchowo.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Florczyk: Igrzyska mają coś z religii, coś z Boga

2018-02-22 16:51

dziar / Kielce (KAI)

Igrzyska są świętem, bo mają coś z religii, coś z Boga – mówi KAI bp Marian Florczyk, delegat Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Sportowców. Wspiera on duchowo sportowców, towarzysząc im podczas XXIII Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Pjongczangu, które trwają od 9 do 25 lutego.

Bartkiewicz / Episkopat.pl
bp Marian Florczyk

Na to „wyjątkowe święto, jakimi są Igrzyska”, jak podkreśla kielecki biskup pomocniczy, składają się współzawodnictwo, szlachetność, wzajemny szacunek, pokój, radość i inne wartości. Wśród całego systemu wartości trzeba zauważyć ważną rolę religii i wiary.

- Igrzyska są świętem, bo mają coś z religii, coś z Boga - zauważa bp Florczyk i wyjaśnia, że „już sam początek Igrzysk – zapalenie ognia olimpijskiego – odwołuje się do pierwiastka boskiego. Jest to święty ogień, którego się strzeże jak największej świętości. Igrzyska odbywają się na ziemi, ale przed obliczem Boga. Taka była koncepcja pierwszych igrzysk. Wymiar religijny i duchowy jest obecny w toku całych Igrzysk. To jest ten duch sportu, o którym często mówimy, i który czyni sport wielką wartością dla poszczególnego człowieka i społeczności”.

Podkreśla także dobre przygotowanie logistyczne w Pjongczangu dla kultu religijnego, odbywania modlitwy, wspólnotowych spotkań. - W każdej wiosce olimpijskiej są miejsca przygotowane na modlitwę przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski, a są to specjalnie wyposażone pomieszczenia dostosowane do wspólnej modlitwy lub rozważania Pisma Świętego, co najczęściej praktykują protestanci. W Pjongczangu jest kilka takich pomieszczeń. MKOl dba o to, aby podczas Igrzysk uwzględnić potrzeby duchowe sportowców. Poszczególne ekipy przyjeżdżają ze swoimi duszpasterzami, kapelanami reprezentacji narodowych. U nas taka praktyka rozpoczęła się po 2004 r. Zadaniem duszpasterza jest troska o godność sportowca i sportu - zaznacza hierarcha.

Podkreśla także, że celem nie jest sam sukces, sukces za wszelką cenę. - Sport to cały wymiar etyczny, to budowanie siły ducha i ciała. To jest ta nierozłączna jedność. To jest złe, że koncentrujemy się na sprawności i sile fizycznej, zapominając o sprawności duszy – zauważa bp Florczyk, podając przykład wykluczenia rosyjskich zawodników z Igrzysk, czy załamania wewnętrzne wśród niektórych sportowców.

- W tym święcie sportu, jakimi są igrzyska, chodzi o harmonię, o sprawność duszy i ciała, to jest jedność. Taką jednością, całością, jest przecież człowiek. Jeśli zaniedba się jeden z elementów, rodzi się poważny problem. Chrześcijaństwo strzeże ducha sportu, strzegąc wartości duchowych – stwierdza delegat KEP.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem