Reklama

Czas na walkę z oszczercami

2016-12-07 11:09

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 50/2016, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Maciej Świrski

O „zupie aksjologicznej” i znaczeniu dobrego imienia kraju dla jego bezpieczeństwa z Maciejem Świrskim rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Kilka lat temu „z wściekłości na obrażanie dobrego imienia Polski” powstała Reduta Dobrego Imienia. Co ostatecznie zadecydowało o tym, że postanowił Pan powołać tego rodzaju obywatelską inicjatywę nie tylko sprzeciwu, ale też aktywnej obrony dobrego imienia Polski?

MACIEJ ŚWIRSKI: – Dobrze pamiętam ten konkretny moment, 27 listopada 2012 r., gdy pod wpływem obejrzenia filmu „Pokłosie” stwierdziłem: dość tego, sprawy zaszły już za daleko – ten film nie tylko fałszuje historię Polski, ale także zakłamuje współczesną polską rzeczywistość! Polacy do tej pory nie przeciwstawiali się temu zdecydowanie, do tego dochodziła lękliwość w mówieniu o tej kwestii – uznałem, że czas to przerwać.

– A właśnie takie filmy jak „Pokłosie” rozjątrzały jeszcze traumę wojenną...

– Nie tylko takie filmy. Żeby ta trauma przestała boleć, powinna być uczciwie opowiedziana. Jako naród nie przeszliśmy odpowiedniej terapii, bo prawdziwej opowieści o tych naszych polskich losach z paroma wyjątkami do tej pory nie było.

– Nie można do niej zaliczyć mnóstwa „wojennych” książek i produkcji filmowych?

– Trudno tak potraktować „Stawkę większą niż życie” czy „Czterech pancernych i psa” oraz mnóstwo innych zakłamanych filmów i książek. „Popiół i diament” Andrzeja Wajdy zyskał popularność tylko dlatego, że dawał złudne wytchnienie, bo pokazywał pokolenie Armii Krajowej, natomiast już to, jak zakłamuje prawdę o AK, było mniej ważne. Literatura emigracyjna była za żelazną kurtyną i twórczość np. Józefa Mackiewicza nie miała wpływu na przepracowanie traumy przez Polaków. Dopiero teraz zaczyna on być szerzej znany.

– Po 1989 r. natomiast zaczęto nam wmawiać, że niepotrzebnie pielęgnujemy narodową martyrologię.

– Zawsze zbyt wiele dajemy sobie wmówić. Po 1989 r. wszyscy, którzy przekazywali tę boleśnie prawdziwą polską opowieść – jak np. Józef Mackiewicz – byli wyklęci i wyszydzeni przez silne w III RP środowisko kreujące tzw. pedagogikę wstydu, która sprawiała, że Polacy prawie zupełnie przestali się bronić przed wszelkimi zniesławieniami. W polskiej rzeczywistości społecznej w sferze wartości powstawało coś, co nazywam postmodernistyczną „zupą aksjologiczną”; wszystko stawało się relatywne – bohaterskie obalenie komunizmu przez naród, Solidarność, będąca szczytem polskiej samoorganizacji społecznej, jest już tylko wyśmiewanym „styropianem”... Wyśmiewana wiara, postaci bohaterskich kapłanów... Polacy po 1989 r. tracili wszystkie ważne punkty odniesienia.

– Tuż po utworzeniu Reduty, która miała bronić dobrego imienia Polski w świecie, mówił Pan, że ma ogrom pracy wewnątrz kraju.

– Tak, dlatego że trzeba wciąż przeciwdziałać „pedagogice wstydu”, która jest narzędziem tych, którym jest na rękę utrzymanie statusu Polski jako kraju zależnego, niemogącego zabierać głosu nawet we własnej obronie, któremu można sprzedać tandetne paciorki, czyli choćby produkty gorszej jakości niż na Zachodzie, opatrzone tą samą uznaną marką. Pierwszorzędnym zadaniem takich organizacji jak Reduta jest więc budzenie Polaków do tego, aby nie godzili się na to gorsze traktowanie. Chodzi nam nie tylko o to, aby nie zniesławiano Polski, ale też o podwyższenie ogólnego statusu narodu polskiego, o poczucie godności i pełnowartościowości. W statucie Reduty zapisaliśmy utrwalanie tożsamości i poczucia dumy narodowej. Tu chodzi o pewne poczucie wewnętrznej siły u ludzi, którzy wiedzą, że mają własne państwo, którzy je budują, rządzą nim i go bronią. Tak jak było w I Rzeczypospolitej.

– W jaki konkretnie sposób Reduta realizuje dziś swoje działania statutowe?

– Pierwszą dużą akcję podjęliśmy w związku z antypolskim, wręcz rasistowskim filmem „Nasze matki, nasi ojcowie”; oprócz demonstracji pod warszawską siedzibą niemieckiej stacji ZDF złożyliśmy zawiadomienie do prokuratury – sprawa jest w sądzie. Reduta stara się monitorować wszelkie przejawy prowadzonej od kilkudziesięciu lat niemieckiej polityki historycznej, która odwraca uwagę od zbrodni Niemców, a z Polaków stara się zrobić współwinowajców. Niestety, do tej pory – także z powodu bierności Polaków, uzależnienia młodych polskich elit poprzez rozmaite niemieckie stypendia itp. – skutecznie udało się Niemcom puścić w świat określenie „polskie obozy śmierci”.

– Ten termin nie wynika tylko z niewiedzy lub z bezmyślności?

– Według informacji, które pojawiły się kilkanaście lat temu w dzienniku „Bild”, na początku lat 50. ubiegłego wieku w Organizacji Gehlena powstała „Agencja 114”, zatrudniająca dwóch byłych esesmanów, którzy jako specjaliści od wywiadu i dezinformacji wymyślili termin „polskie obozy zagłady”. Jest to prawdopodobne, ponieważ Niemcy, którzy przygotowywali się wtedy do wejścia do NATO, próbowali wybielić swój obraz. Do dziś skutecznie prowadzą politykę „dzielenia się winą”. Z opisu niemieckich zbrodni skreślono – i to na całym świecie – słowo „niemieckie” i zastąpiono je słowami „nazistowskie” i „hitlerowskie”.

– Reduta zamierza konsekwentnie rozliczać polsko-niemieckie zaszłości?

– Tak, oczywiście w taki sposób, jaki jest dziś możliwy. Trzeba przede wszystkim głośno i odważnie mówić o tym, że Niemcy nie rozliczyli się ze swej historii. Dotychczas zostało ukaranych zaledwie 5-7 proc. wojennych zbrodniarzy; większość sprawców zbrodni popełnionych na polskich obywatelach nie została ukarana.

– Czy zaproponowana przez Redutę akcja zamiany tablic upamiętniających zbrodnie II wojny światowej w celu wskazania Niemców jako winnych zbrodni ma w dzisiejszej Polsce szansę powodzenia?

– Tak, moim zdaniem – wymaga tylko woli politycznej. Jeśli chodzi o Warszawę i tzw. tablice Tchorka, to koszt wymiany napisów szacujemy na ok. 1 mln zł. Dysponentem warszawskich tablic jest miasto, a więc dopóty, dopóki PO będzie rządziła stolicą, nie będzie to możliwe.

– Wydaje się, że od roku Reduta może już działać pełną parą...

– To prawda, ale okazuje się, że jednak nie zawsze i nie w każdej sprawie. Z pewnością udało nam się sprawę obrony dobrego imienia wyartykułować w taki sposób, że stała się ona elementem agendy politycznej rządu. Oczywiście, były i przedtem działania oraz myślenie na ten temat, jak chociażby książki prof. Jerzego Roberta Nowaka, działalność mec. Lecha Obary, jego kancelarii i Stowarzyszenia Patria Nostra, a jeszcze wcześniej akcja „Rzeczpospolitej”... Wydaje mi się, że udało się sformułować argumentację polityczną, która przemówiła do polityków i dzięki temu znalazła się w agendzie politycznej.

– Obrona dobrego imienia wymaga specjalnych uzasadnień?!

– To uzasadnienie muszą usłyszeć przede wszystkim ci, którzy godzili się i nadal godzą na zniesławianie Polski. Im trzeba jasno wytłumaczyć, jak silny jest związek dobrego imienia kraju z jego bezpieczeństwem. Otóż to politycy krajów NATO będą decydować o ewentualnym udzieleniu Polsce sojuszniczej pomocy wynikającej z art. 5 Traktatu NATO. A te decyzje oceniać będą wyborcy, zatem nie jest bez znaczenia to, jaki jest stosunek obywateli państw członkowskich Sojuszu do Polski i Polaków. Tymczasem niewiele brakuje, by w oczach Europejczyków Polacy zostali uznani za spadkobierców katów z Auschwitz... Politycy podejmujący decyzje o udzieleniu Polsce pomocy w przypadku agresji będą na to patrzyli przez pryzmat własnego interesu politycznego. Jeśli wyborcy nie będą darzyli sympatią Polaków – to decyzji o pomocy nie będzie. Jak widać, obrona dobrego imienia Polski jest więc niezwykle ważnym elementem zabezpieczenia polskiej niepodległości i bezpieczeństwa narodowego.

– A zatem nie chodzi wyłącznie o tę urażoną dumę ani o rzekome polskie przewrażliwienie, które często się nam wytyka?

– Ani nawet o znieważony patriotyzm, bo tego akurat nikt na świecie nie bierze pod uwagę. A i nie dla wszystkich Polaków tego rodzaju „duchowa” motywacja jest przekonująca; trafia do nich jedynie twarda argumentacja dotycząca bezpieczeństwa.

– Dobre imię kraju to dziś rodzaj twardej waluty?

– Z pewnością wizerunek państwa jest jednym z ogniw łańcucha bezpieczeństwa narodowego. Oprócz silnego wojska musimy mieć silne dobre imię, żeby inne narody chciały z nami współdziałać i nas nie lekceważyły. Te dwa czynniki się uzupełniają. Przede wszystkim jednak powinniśmy się zbroić. Wreszcie powstają Wojska Obrony Terytorialnej.

– Tymczasem im bardziej walczymy o to dobre imię, tym częściej spotykamy się z krytyką i niezrozumieniem świata – tak przynajmniej twierdzą polscy politycy opozycyjni. Długa droga przed nami?

– Długa i niełatwa. Jesteśmy na jej początku, na etapie diagnozy. RDI prowadzi stałe skanowanie Internetu za pomocą specjalnego narzędzia, które opracowaliśmy w celu wykrycia naruszeń dobrego imienia Polski i Polaków, i oczywiście reaguje na nie w sposób adekwatny i na miarę, niestety skromnych, możliwości. Mimo że Reduta jest instytucją walczącą na pierwszej linii, to jednak potrzebne są znacznie szersze działania. To państwo powinno – i wreszcie zamierza – aktywnie działać na rzecz wizerunku Polski w świecie.

– Co wynika ze skanowania naruszeń dobrego imienia Polski i jakie są ich główne źródła?

– Oprócz niemieckiego są jeszcze dwa główne źródła oszczerstw, wynikające z bardzo konkretnych interesów. Przede wszystkim rosyjskie; Rosji chodzi o osłabienie pozycji Polski w NATO. Trzecim źródłem są pewne środowiska żydowskie, które starają się wydobyć z Polski pieniądze – tzw. roszczenia.

– Wydaje się, że wobec tak potężnych wrogów skromna organizacja społeczna musi być bardzo bezradna...

– Zwyciężają ci, którzy nie wiedzą, że czegoś nie można zrobić. I się nad tym nie zastanawiają, tylko robią. Poza tym państwo nie wszystko może zrobić na tym polu.

– To znaczy?

– Gdy pewne wydawnictwo w Kanadzie używa sformułowania „polskie SS” w odniesieniu do sprawy związanej z białostockim gettem, to niekoniecznie musi interweniować polski ambasador, podając sprawę do sądu. Istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że przegra – a w ten sposób przegra państwo polskie. W takiej sytuacji lepszy byłby pozew skierowany właśnie przez uprawnioną organizację społeczną lub osobę prywatną.

– Reduta robi to z lepszym skutkiem?

– Chodzi o to, że taka przegrana państwa nie jest dobra dla wizerunku Polski. Prawnicy Reduty – mec. Lech Obara i mec. Monika Brzozowska – dopracowali się doktryny prawnej dotyczącej dobrego imienia narodu respektowanej przez polskie sądy, pozwalającej tego rodzaju sprawy sądzić w Polsce. Będziemy teraz pozywać przed polskie sądy tych oszczerców, którzy działają na terenie Europy – niemieckie gazety, polityków – żeby wyegzekwować od nich sprostowania.

– Reduta przymierza się też do tropienia żyjących jeszcze oprawców wojennych. Jak zamierzacie to robić?

– To cały duży kompleks spraw zaniechanych przez państwo polskie i sabotowanych przez państwo niemieckie. Teraz nadal trudno się do nich zabrać, ponieważ sprawy zbrodniarzy wojennych tkwią w archiwach i jako akta prokuratorskie do niedawna były tajne. Dopiero po ich odtajnieniu można wobec jeszcze żyjących zbrodniarzy przynajmniej występować o zadośćuczynienie. Praca nad upowszechnianiem materiałów źródłowych na temat terroru niemieckiego w Polsce właśnie się zaczęła – robi to niedawno założony przy Ministerstwie Kultury Ośrodek Badań nad Totalitaryzmami im. Witolda Pileckiego.

– Niektórzy powiedzą, że można by już zostawić w spokoju tych 90-letnich staruszków...

– Żydzi ścigają konsekwentnie esesmanów z załóg obozów koncentracyjnych, nawet takich, którzy byli telefonistami czy księgowymi. Polacy powinni robić to samo. Na pewno żyją jeszcze uczestnicy pacyfikacji Zamojszczyzny, mordercy z Wehrmachtu i SS. Dowódcy już nie żyją, ale najmłodsi z nich tak – szeregowcy, którzy palili wsie i strzelali.

– Reduta korzysta z Internetu, z mediów społecznościowych, dzięki nim organizuje i kształtuje opinię publiczną, jednak teraz musi iść z nimi na wojnę, właśnie z powodu spraw, o które walczy.

– Tak trzeba! Niedawno Onet – portal należący do niemiecko-szwajcarskiego wydawnictwa Ringier Axel Springer opublikował zdjęcie kobiet prowadzonych przez niemieckich żołnierzy, a obok napisał o prostytucji Polek z Niemcami podczas II wojny światowej. Wystąpiliśmy przeciwko Onetowi w imieniu Krystiana Brodackiego, który rozpoznał na tym zdjęciu swoją matkę tuż przed rozstrzelaniem w Palmirach... Facebook natomiast dopuszcza profile zniesławiające św. Jana Pawła II i likwiduje te o charakterze religijnym, zwłaszcza chrześcijańskim, oraz narodowo-patriotycznym. Globalne media coraz częściej pozwalają sobie na tego rodzaju manipulacje i oszczerstwa – teraz spotkają się ze zdecydowanym sprzeciwem.

– Czy jako prezes RDI nie czuje się Pan jednak zbyt bezradny w tej zagęszczającej się „zupie aksjologicznej”?

– Mamy do czynienia z bardzo silnym, sprawnym i przemyślnym przeciwnikiem. Reduta Dobrego Imienia nie na darmo nazywa się „Dobrego Imienia”! Nawiązuje w sposób świadomy do XVI-wiecznego „Nomen bonum nomen Iesu”. 3 stycznia mamy święto patronalne Reduty – Najświętszego Imienia Jezus.

* * *

Maciej Świrski
Publicysta, prezes Reduty Dobrego Imienia – Polskiej Ligi przeciw Zniesławieniom, członek Rady Dyplomacji Historycznej przy MSZ

Tagi:
wywiad rozmowa

Nie mówimy już „panie władzo”

2018-03-21 09:41

Z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 36-37

O trudnej pracy policji i jej relacji ze społeczeństwem z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką – rzecznikiem prasowym Komendy Głównej Policji – rozmawia Wiesława Lewandowska

Krzysztof Świertok

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Mimo upływu ponad ćwierćwiecza wydaje się, że na stosunku polskiego społeczeństwa do policji wciąż ciąży niechlubna scheda po Milicji Obywatelskiej; raczej boimy się policjanta, niż widzimy w nim stróża naszego bezpieczeństwa. Czy dla codziennej służby policyjnej to wciąż duży problem, Panie Inspektorze?

MŁ. INSP. DR MARIUSZ CIARKA: – Coraz mniejszy. Dlatego m.in., że cały czas wzrasta liczba policjantów z powołania, z prawdziwą pasją. Coraz więcej mamy dziś policjantów, którzy już w szkole średniej wybierali klasę o profilu policyjnym (takich klas jest dziś w Polsce kilkadziesiąt). Osoby, które decydują się na bardzo trudną rekrutację do policji – chyba jedną z najtrudniejszych spośród wszystkich innych zawodów – z góry godzą się na konieczne w tej służbie wyrzeczenia. Wiedzą, że mają chronić ludzi i nieść im pomoc, nawet z narażeniem własnego życia.

– Można dziś, Pańskim zdaniem, mówić, że w służbie policyjnej zaszła już taka jakościowo-osobowościowa dobra zmiana, iż obywatele zaczynają ją doceniać i szanować?

– Jak najbardziej. Widać to na co dzień i w odniesieniu do konkretnych policjantów, mimo że zdarza się, iż niektóre media nie są policji przychylne. To, że 89 proc. Polaków uważa dziś, iż Polska jest krajem bezpiecznym, a aż 95 proc. oświadcza, że czuje się bezpiecznie w miejscu swojego zamieszkania, o tej dobrej zmianie świadczy. Z badania opinii społecznej wynika też, że policja cieszy się ponad 72-procentowym zaufaniem, co sytuuje ją na drugiej pozycji wśród badanych instytucji, tuż po samorządach. To wynik przede wszystkim dużego zaangażowania policjantów, których na co dzień spotykamy, a którzy pełnią tę odpowiedzialną służbę.

– Kiedy zaczęło się odczuwalnie zmieniać postrzeganie policji przez polskie społeczeństwo? Kiedy przestano ją już wiązać z nielubianą MO?

– Ta przemiana nastawienia społecznego następowała powoli. Jest ona efektem ciężkiej pracy policjantów i kierownictwa policji od początku jej istnienia, czyli od zmiany nazwy w 1990 r. Na początku, oczywiście, brak było zaplanowanego, profesjonalnego podejścia do zmiany niektórych starych nawyków, konieczna tu była wręcz przemiana mentalności – nie tylko samych policjantów, ale i całego społeczeństwa. Mówi się, że na to potrzeba co najmniej dwóch pokoleń... W policji widać już wyraźnie zmianę pokoleniową, mamy coraz więcej młodych policjantów, zupełnie inaczej podchodzących do życia.

– I naprawdę cieszą się oni już należnym tej instytucji respektem?

– Tak zwykle jest, choć to podejście bywa różne. Nikt dziś do młodego policjanta nie mówi: „panie władzo”, bo i nie o to tu przecież chodzi, lecz o to, by policjant był doceniany i szanowany – jako ten, kto potrafi zapewnić każdemu potrzebną mu ochronę, potrafi pomóc niemal dosłownie w każdej sprawie związanej z bezpieczeństwem, a czasem także w innych. Policja to pomoc i ochrona – POMAGAMY I CHRONIMY. Na takie właśnie ukształtowanie służby policyjnej szczególny nacisk kładzie obecne kierownictwo MSWiA i policji. Zdajemy sobie sprawę, że dobry wizerunek i zaufanie ludzi są ważnymi elementami dobrej i skutecznej pracy policjanta. Policjant nie tylko niesie pomoc ludziom, ale też sam jej potrzebuje – potrzebuje współpracy z ludźmi.

– Współpraca z policją – czy w potocznym odczuciu nie brzmi to wciąż nagannie?

– Sądzę, że także w tej sprawie zaszła już duża zmiana. Ludzie zdecydowanie chętniej z nami współpracują, informują nas o tym, co ich niepokoi, i nie jest to traktowane jako donosicielstwo, jak to wcześniej bywało. Wyraźnie zwiększa się w naszym społeczeństwie poczucie współodpowiedzialności za bezpieczeństwo. A wynika to przede wszystkim ze zmiany postawy samych policjantów, którzy wiele czasu poświęcają na spotkania i rozmowy z ludźmi, niekoniecznie przy okazji interwencji czy w związku z przestępstwem. Znakomitym narzędziem ułatwiającym współdziałanie obywateli z policją jest funkcjonująca już od półtora roku internetowa Krajowa Mapa Zagrożeń Bezpieczeństwa, dzięki której każdy z nas ma wpływ na zwiększenie poczucia bezpieczeństwa przez wskazywanie swoich spostrzeżeń policji. Mapa ta powstała po szerokich konsultacjach prowadzonych przez policjantów w całej Polsce. Dopytywaliśmy, co powinno się na niej znaleźć, jakie kategorie zagrożeń powinniśmy wyszczególnić. Do dziś mapa ma już ponad 3 mln odsłon.

– Rolą Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa jest ostrzeganie przed niebezpiecznymi miejscami w celu ich unikania?

– To by było o wiele za mało! Tę mapę, zamieszczoną na stronach internetowych policji, tworzą ci, którzy chcą nas poinformować o rozmaitych zagrożeniach lub uciążliwościach w miejscu swojego zamieszkania. Nie trzeba mieć wielkiej wiedzy o komputerach, wystarczy się zalogować na Krajowej Mapie Zagrożeń Bezpieczeństwa – także za pomocą odpowiedniej aplikacji w telefonie – wybrać swoją miejscowość, ulicę, konkretne miejsce i zaznaczyć wybrany problem albo go opisać. W zgłoszeniu można poruszyć najrozmaitsze kwestie – od związanych z miejscami gromadzenia się narkomanów, osób spożywających alkohol, wagarowiczów, po złe oznakowanie dróg, kłusownictwo itp. Jesteśmy zobowiązani do sprawdzenia, czy te konkretne problemy rzeczywiście w danym miejscu istnieją, a następnie staramy się je rozwiązać. Nie ignorujemy nawet najdrobniejszej informacji i weryfikujemy ją w możliwie najkrótszym czasie. Chodzi tu, oczywiście, o te zdarzenia i wykroczenia, które najbardziej nurtują społeczeństwo – nie o przestępstwa, bo w ich przypadku tryb składania zawiadomień reguluje Kodeks postępowania karnego. Za pośrednictwem Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa nie możemy zgłaszać również tych zdarzeń, które wymagają natychmiastowej interwencji – tu, oczywiście, mamy do dyspozycji numery alarmowe: 997 lub 112.

– Zarówno przy wielkim, jak i małym zagrożeniu liczy się przede wszystkim szybkość interwencji policyjnej, a więc fizyczna bliskość policji. A z tym chyba wciąż nie jest najlepiej, zwłaszcza poza miastami?

– Aby poprawić ten stan rzeczy, po 2015 r. minister spraw wewnętrznych i administracji podjął decyzję o przywracaniu zlikwidowanych przez poprzednie rządy posterunków policyjnych w małych miejscowościach, wszędzie tam, gdzie to możliwe i zasadne – co wnikliwie badamy – i gdzie lokalne społeczności oraz samorządy wyrażają taką wolę. Do dziś odtworzono już blisko 80 posterunków i w miarę możliwości będzie ich jeszcze przybywać. Zmierzamy więc ku temu, aby policjanci byli jak najbliżej ludzi, także w tych najmniejszych miejscowościach. I chociaż nie powstają tam wielkie komisariaty z dużą liczbą funkcjonariuszy, to już kilku policjantów buduje poczucie bezpieczeństwa oraz swoistą dumę lokalną. Chcielibyśmy, aby dobrze wyposażony posterunek policji nie tylko dawał większe poczucie bezpieczeństwa, ale też by był szanowaną instytucją lokalną, by stanowił o prestiżu danej miejscowości.

– Przez całe lata III RP policjanci narzekali na zbyt wielkie obciążenie pracą papierkową, byli zresztą kojarzeni raczej z przewlekłą, mało efektywną pracą urzędniczą niż ze skutecznym zapewnianiem bezpieczeństwa...

– Zmieniamy to. W 2017 r. wdrożyliśmy nową formułę funkcjonowania dzielnicowego; dzielnicowi zostali odciążeni od spraw papierkowych, nie prowadzą już dochodzeń, za to jak najczęściej muszą być obecni w terenie, aby mieszkańcy rzeczywiście znali swojego dzielnicowego – jako tę pierwszą pomocną osobę, do której można się zgłosić niemal z każdym problemem. Ponadto wspólnie z MSWiA uruchomiliśmy specjalną aplikację „Moja Komenda”, którą każdy może ściągnąć na telefon, a za pośrednictwem której możemy znaleźć wszystkie dane kontaktowe swojego dzielnicowego. Chodzi o to, żeby ludzie znali swoich policjantów i mogli się z nimi łatwo kontaktować. Nie tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia, ale przede wszystkim po to, by takiego zagrożenia uniknąć. Tak jak w służbie zdrowia ważna jest profilaktyka, tak w Policji liczy się prewencja.

– Jak duże są udział i waga działań prewencyjnych w codziennej pracy policji?

– Każdy policjant dobrze wie i docenia to, że w jego pracy najważniejsza jest prewencja, której jednak nie da się ani zmierzyć, ani wycenić. Nikt nie jest w stanie zmierzyć tego, ilu ludzi dzięki ciężkiej pracy policjantów prewencji – czyli tych, którzy chodzą na pogadanki do szkół, przedszkoli, na rozmaite spotkania, prelekcje, którzy organizują festyny poświęcone popularyzacji bezpieczeństwa, szkolenia itp. – nie stało się ofiarami przestępstwa, ilu ludzi zrozumiało, jak należy dbać o własne bezpieczeństwo. Z naszych obserwacji wynika, że nieustanna praca prewencyjna ma ogromne znaczenie, że jest ciągle niezbędna.

– Dlatego, że ludzie mają małą świadomość coraz to nowych zagrożeń?

– Niestety tak, choć niektóre z nich właśnie dzięki działaniom prewencyjnym udało się ograniczyć lub wyeliminować, np. będące do niedawna wielką plagą oszustwa „na wnuczka”. Dzięki szeroko zakrojonej akcji uświadamiająco-edukacyjnej, prowadzonej także w mediach, starsi ludzie już coraz rzadziej ulegają oszustom. Oczywiście, pojawiają się nowi oszuści i nowe sposoby ich działania. Dziś mamy już do czynienia z oszustwami „na policjanta”, „na prokuratora”, oszuści, posługując się telefonem lub Internetem, podszywają się pod wszystkie możliwe osoby i instytucje zaufania publicznego.

– Dawni pospolici kieszonkowcy i włamywacze po prostu przenoszą się do Internetu?

– Ci zwykli kieszonkowcy i włamywacze nadal istnieją, żadnej policji na świecie nie udało się ich wyeliminować, lecz dzięki policyjnym akcjom prewencyjnym już lepiej wiemy, jak się przed nimi ochronić. W ostatnim czasie np. w Krakowie jest prowadzona akcja prewencyjna, w której policja wspólnie z urzędem miasta uświadamia użytkowników komunikacji miejskiej, jak się zachować, aby uniknąć kradzieży, jak nie kusić złodzieja. Wobec przestępców internetowych natomiast rzeczywiście wielu ludzi nie wie, jak się zachować, co dalej robić. A w sieci dochodzi do takich samych przestępstw jak w tzw. realu – do kradzieży, włamań, handlu bronią, żywym towarem, narkotykami, pedofilii – a także do wielu nowych, bo np. łatwiejsza staje się kradzież danych osobowych.

– Co policja na to?

– Prowadzimy, oczywiście, specjalne akcje prewencyjne, ale też bardzo konkretne działania. Ponad rok temu utworzono w policji wyspecjalizowane Biuro do Walki z Cyberprzestępczością, co, moim zdaniem, w przyszłości okaże się tak przełomową decyzją, jaką w przeszłości było utworzenie polskiego FBI, czyli Centralnego Biura Śledczego. Efekty działania tego ostatniego już są imponujące; jeden tylko wydział tego biura w 2017 r. pracował nad ok. 4 tys. spraw.

– Można więc mieć pewność, że przestępcy w sieci są tak samo tropieni przez policjantów jak ci w realu?

– Tak, a może nawet bardziej, bo tu wychwytywane są najdrobniejsze nawet sygnały o mogącym mieć miejsce zdarzeniu. Dla zilustrowania możliwości policyjnego działania, nie zdradzając tajemnic żadnego śledztwa, podam przykład konkretnej sprawy: mężczyzna obwieścił na szwedzkim portalu społecznościowym, że za chwilę popełni samobójstwo; szybko ustalono jego lokalizację w Myślenicach. Dzięki policyjnej interwencji do samobójstwa nie doszło... Przy tej okazji powiem, że wiele jest takich działań, którymi byśmy chcieli się pochwalić, zwłaszcza wtedy, kiedy jesteśmy niesłusznie krytykowani, ale z uwagi na dobro prowadzonych spraw i na dobro konkretnych osób musimy zachować milczenie.

Mł. insp. Mariusz Ciarka, doktor prawa, oficer policji, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji

***

Jak zadbać o własne bezpieczeństwo?

• chroń swoje dane osobowe: dowód osobisty trzymaj w bezpiecznym miejscu; bez oczywistej potrzeby nigdzie i nikomu nie podawaj swojego numeru PESEL i innych informacji;

• jeśli posługujesz się Internetem, pamiętaj, że w sieci nic nie ginie; nie rozpisuj się więc na portalach społecznościowych o swoich prywatnych sprawach (np. o zdrowiu, wyjazdach), które mogą zostać przez kogoś wykorzystane, m.in. przez przestępców;

• nie załatwiaj spraw przez telefon, nawet jeśli dzwoniący podaje się za przedstawiciela jakiejś znanej ci firmy lub instytucji (np. policji) i proponuje ci korzystne transakcje lub rozwiązania twoich problemów; nie rozmawiaj z takimi osobami, nie podawaj i nie potwierdzaj swoich danych osobowych;

• zbierających pieniądze na szczytne cele zawsze proś o wylegitymowanie się dowodem osobistym (i o możliwość spisania danych z tego dokumentu); kolorowy, profesjonalnie wyglądający identyfikator nie wystarczy, gdyż dziś z łatwością można go sobie wydrukować;

• pamiętaj, że policjant to twój przyjaciel, nie wróg; zlokalizuj swoją komendę policji (ściągnij na telefon aplikację „Moja Komenda”), poznaj swojego dzielnicowego; korzystaj z Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Kard. Parolin: migranci nie mogą ciążyć na barkach tylko jednego kraju

2018-06-18 19:28

vaticannews.va / Watykan (KAI)

„Europa musi wypracować wspólne rozwiązanie problemu migracji. Odpowiedzialności nie można zrzucić na barki tylko jednego kraju” – wskazuje na to watykański sekretarz stanu na marginesie dyskusji o nieprzyjęciu przez Włochy uchodźców ze statku Aquarius. Kard. Pietro Parolin zauważa, że by realnie stawić czoło zjawisku migracji trzeba wspólnie wejść na drogę humanitarnej i solidarnej pomocy.

www.catholic.by

Watykański kardynał zauważa, że problem migracji jest poważnym kryzysem bezpośrednio związanym ze zjawiskiem strukturalnym wypływającym z wielu problemów istniejących w krajach pochodzenia uchodźców: wojen, konfliktów, ubóstwa, głodu i niedorozwoju społecznego. Stąd duży nacisk powinien być położony na rozwiązanie tych palących kwestii.

Kard. Parolin wskazuje, że w ostatnim czasie wielokrotnie rozmawiał z biskupami regionu Sahelu, którzy referowali mu, iż ludzie cały czas uciekają z tego terenu choć są świadomi czekających ich niebezpieczeństw. Podkreślił, że nie wystarczą same apele kierowane przez Kościół czy lokalne władze, by nie emigrować, jeśli jednocześnie nie zapewni się ludziom godnych warunków do życia, by mogli pozostać w swych ojczyznach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bp Hinder: apel papieża o pokój w Jemenie to ostatni liczący się głos

2018-06-18 20:51

vaticannews.va / Aden (KAI)

Apel papieża o pokój w Jemenie to jedyny głos, który może mieć jeszcze wpływ na tę sytuację – powiedział bp Paul Hinder, zwierzchnik Kościoła katolickiego w Arabii Południowej, odnosząc się do słów Franciszka po wczorajszej modlitwie Anioł Pański.

pl.wikipedia.org

Papież przyznał, że z wielkim niepokojem śledzi los mieszkańców Jemenu, którzy cierpią na skutek wojny. Zaapelował też do wspólnoty międzynarodowej, by skłoniła strony konfliktu do podjęcia negocjacji.

Jemen jest kolejną areną konfliktu dwóch islamskich mocarstw: Arabii Saudyjskiej i Iranu. W tych dniach trwa ofensywa saudyjskiej koalicji na port w Al-Hudaidzie. Bp Hinder przypomina, że port ten ma wielkie znaczenie strategiczne. W związku z nałożoną przez Arabię Saudyjską blokadą Jemenu jest też jednym miejscem, przez które może napływać pomoc humanitarna. Zależy od niej życie 7 mln osób, które na skutek trwającej od trzech lat wojny, nie mogą się obejść bez pomocy z zewnątrz.

Wikariusz apostolski Arabii Południowej zaznaczył, że trwające obecnie walki zagrażają życiu 250 tys. mieszkańców Jemenu. Mając to na względzie ogłosił on specjalny dzień postu i modlitwy o pokój w Jemenie. Będzie on przeżywany w całym wikariacie 23 czerwca.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem