Reklama

BETEL - Zakupy z sercem - Deribie Mekanene

„Udomowienie” mediów

2016-11-23 09:53

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 48/2016, str. 38-39

Archiwum Kroniki Sejmowej
Elżbieta Kruk Polityk, posłanka na Sejm IV, V, VI, VII i VIII kadencji; obecna przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2006-07), od 2016 r. członkini Rady Mediów Narodowyc

O destrukcyjnym wpływie mediów na gusta i opinie Polaków i rozważaniu potrzeby ich repolonizacji z posłanką Elżbietą Kruk rozmawia Wiesława Lewandowska

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Od pewnego czasu – ale dopiero po ok. 27 latach istnienia III RP – politycy partii rządzącej mówią o potrzebie repolonizacji mediów, narażając się oczywiście na dość niewybredną krytykę polskiej opozycji oraz polityków i mediów zachodnich. Coraz trudniej chyba uzasadnić tę potrzebę, a zwłaszcza ją zaspokoić?

POS. ELŻBIETA KRUK: – To prawda, jednak najwyższy czas, by przynajmniej zacząć mówić o tak istotnym dla polskiego życia publicznego problemie. I naprawdę trudno zrozumieć – jeśli się myśli w kategoriach polskiej racji stanu – dlaczego tak długo na ten temat milczano. Repolonizację powinniśmy rozumieć jako przywrócenie mediów Polakom tak, by reprezentowały nasz interes narodowy.

– Czy to jeszcze możliwe, skoro to media, zwane czwartą władzą – w Polsce media tzw. głównego nurtu wydają się nawet pierwszą – od lat skutecznie reprezentują interesy swych zagranicznych mocodawców (właścicieli i rządów)?

– Rzeczywiście, media w Polsce celowo wykrzywiają debatę publiczną; teraz przekonują, że repolonizacja mediów jest, nawet w najmniejszym stopniu, niemożliwa. A każdy, kto ją proponuje, jest przez te media dyskredytowany. Temat repolonizacji podjął prezes Jarosław Kaczyński, który zaproponował „udomowienie” mediów. Media mainstreamowe w zgodnym chórze z zagranicznymi podniosły larum, że w Polsce łamana jest demokracja, że naruszana jest wolność słowa, że planuje się zamach na media prywatne, że rząd chce je zawłaszczyć. To oczywiste bzdury.

– Jakie są zatem pomysły i plany rządu co do „udomowienia” mediów?

– Najważniejsze wydaje się to, aby Polacy wiedzieli, że na niektórych rynkach medialnych w Polsce dominuje obcy kapitał. Dziś chyba nie jesteśmy tacy naiwni jak dwadzieścia lat temu i już wiemy, że każdy kapitał ma swą „narodowość” , że jest przywiązany do określonych interesów, podlega całkiem jednoznacznym wpływom politycznym. Trudno zatem oczekiwać i ufać, że media będące w rękach zagranicznego kapitału będą przekazywać Polakom treści zgodne z polską racją stanu. Temu tematowi będzie poświęcone najbliższe posiedzenie sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu.

– Zasadnicza bieda polegała i wciąż polega na tym, że w Polsce nie było – i chyba nadal nie ma – odpowiednio dużego rodzimego kapitału, którego wymagały tzw. wolne media III RP. W latach 90. ubiegłego wieku i później niemal całe środowisko medialne bardzo wyczekiwało obcych inwestorów i cieszyło się ich obecnością. Musiało dojść do wykupu...

– Mimo to nie musiało dojść do tego, co mamy teraz. Byliśmy zbyt naiwni i daliśmy się łatwo zmanipulować. Zbyt szybko uwierzyliśmy, że odzyskaliśmy państwo, że ono będzie skutecznie działać... Tymczasem po dwudziestu kilku latach okazuje się, że nie tylko nie odzyskaliśmy państwa, ale też sukcesywnie, niemal z roku na rok, je traciliśmy.

– Także dzięki takim, a nie innym mediom?

– Otóż to! Ci, którzy dostrzegali procesy destrukcji, nie mogli się przebić przez tę medialną zaporę. Zdecydowanie blokowany był temat zakresu obecności kapitału zagranicznego na rynkach medialnych. Może więc teraz powinniśmy się wreszcie zastanowić nad tym, jak łatwo było – i nadal jest! – przykryć, schować nasz interes narodowy. Zbyt często bezrefleksyjnie pozwalamy sobą manipulować, zapędzać się w kozi róg. Zresztą wydaje się, że jest to dziś problem nie tylko Polski, ale też krajów postkomunistycznych, które nie potrafiły należycie upilnować swojego interesu.

– Bo „wyposzczone” społeczeństwa bardzo entuzjastycznie zareagowały na powiew Zachodu w postaci kolorowej prasy i po zachodniemu sformatowanych programów telewizyjnych.

– A możni tego świata chwycili okazję, uznali, że trafił się łatwy łup do skolonizowania. Szczerze powiedziawszy, mam dziś największy żal do prawej, konserwatywnej strony naszej sceny politycznej o to, że zaniechała działań, zaniedbała tę sprawę, nie doceniła kwestii rynku medialnego, a więc i kształtowania społecznego przekazu na swój temat. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że i dzisiaj wielu prawicowych polityków nie docenia wagi mediów, ich znaczenia dla funkcjonowania państwa. Mimo że już wiadomo, jak bardzo smacznym kąskiem dla obcych interesów politycznych stały się polskie media.

– Faktem jednak pozostaje, że ćwierć wieku temu nie było „domowego” kapitału, wejście obcego było niejako koniecznością...

– Tak nam mówiono. Jednak państwo powinno było dopilnować interesów narodowych, wykorzystując odpowiednie instrumenty prawne, choćby na wzór państw Europy Zachodniej, w których jeśli w ogóle istnieje kapitał zagraniczny na rynkach medialnych, to tylko śladowo.

– W którym momencie już całe „mleko się wylało”?

– Dziś niełatwo to ocenić. Problem narastał zwłaszcza na rynku prasowym, na którym dziś – głównie dotyczy to prasy regionalnej – dominuje kapitał niemiecki. W nieco mniejszej skali problem ten odnosi się do rynku mediów elektronicznych, które jednak nie są dziś w Polsce takie, jakie powinny być w naprawdę wolnym kraju. Zaczęło się od nieuzasadnionej decyzji z początku lat 90. ubiegłego wieku Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, która stanowiła, że poza mediami publicznymi na rynku telewizyjnym można zbudować tylko jedną silną telewizję.

– Dlaczego to była zła decyzja?

– Dlatego, że nie zapewniała budowy pluralizmu na tym rynku; z góry wykluczono pewne grupy i środowiska. Pierwszą koncesję dostał Polsat Zygmunta Solorza. Dopiero później pojawił się, na początku niewielki, TVN. Już na samym początku III RP zablokowano więc rozwój rynku telewizyjnego, tak że został on w znacznej mierze zmonopolizowany. Nawet KRRiT Jana Dworaka scharakteryzowała go jako oligopol.

– Wtedy tłumaczono, że niewiele jest miejsca w eterze, że częstotliwości są dobrem rzadkim.

– Pod tym względem Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji była trochę „chłopcem do bicia”, zaś o częstotliwościach decydował w sposób niezbyt przejrzysty ówczesny Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty, dziś Urząd Komunikacji Elektronicznej. Faktem jest, że te częstotliwości były gdzieś blokowane, ukrywane. To zadecydowało o powolnym i nieprawidłowym rozwoju rynku telewizyjnego w Polsce.

– O rynek mediów elektronicznych – zwłaszcza o telewizję – toczyły się jednak wielkie boje, było na ten temat dość głośno, natomiast całkiem bezboleśnie i po cichu odbywał się wykup tytułów prasowych. Dlaczego odpowiednio wcześnie nie włączały się żadne światła ostrzegawcze?

– Dziennikarze czy politycy albo nie byli odpowiednio dalekowzroczni i lekceważyli problem, albo było im to z jakichś powodów na rękę. Niewątpliwie przegapiliśmy fundamentalny problem. Dzisiejsza debata publiczna na ten temat nieco poprawia stan świadomości społecznej o zasięgu obcego kapitału, głównie niemieckiego, na rynku codziennej prasy lokalnej. Wydaje się jednak, że w ogóle nie ma tej świadomości, gdy chodzi np. o rynek kolorowych magazynów opiniotwórczych – kobiecych, młodzieżowych, dziecięcych, komputerowych czy sportowych – na którym mamy tylko śladową obecność rodzimego kapitału. Najwyższy więc czas głośno postawić pytanie, jakie treści i jakie wartości są przekazywane na ich łamach, jakie opinie i postawy są przez nie kształtowane. I przede wszystkim – czyj interes reprezentują te kształtujące opinię i gusta Polaków magazyny. Czy na pewno polski?

– Proszę o konkretny przykład.

– Dosyć charakterystyczna była niedawna debata medialna o caracalach, śmigłowcach produkowanych przez francusko-niemiecki koncern, z których zakupu Polska z ważnych powodów zrezygnowała. W prasie z kapitałem niemieckim pojawiały się ewidentne zakłamania; „Fakt” zaczął straszyć, że Polska będzie musiała płacić ogromne odszkodowania... Łatwo zauważyć, że gdy mamy kolizję interesów polskich i obcych, te tylko polskojęzyczne gazety zajmują się krytyką i często ośmieszaniem polskich spraw. „Newsweek” pisze ostatnio, że „PiS wszczyna wojnę z Polską”... To ciekawa ocena niemieckiego tygodnika. Nieprawdaż?

– I, niestety, ludzie ten przekaz kupują...

– Jednak od kilku lat mamy już nieco lepszą sytuację, gdy chodzi o neutralizację tego rodzaju przekazu. Z wielkim trudem, ale powstało już kilka naprawdę niezależnych mediów opiniotwórczych.

– A głos tzw. mediów głównego nurtu stał się po prostu jeszcze bardziej natarczywy, radykalny; to one ogłaszają światu, że już samo mówienie o repolonizacji mediów to „sposób PiS na zawłaszczanie mediów prywatnych”.

– Powtórzę, że np. w Niemczech czy we Francji nie ma obcego kapitału w mediach. Gdy kilka lat temu kapitał anglosaski zainwestował w „Berliner Zeitung”, podniósł się w Niemczech zgodny protest polityków, dziennikarzy, autorytetów i obywateli; debatowano, jak bardzo niebezpieczny to precedens, że obcy będą mieli wpływ na gust Niemców, na kształtowanie niemieckiej opinii! Ta presja społeczna spowodowała, że zakup został anulowany. Tymczasem u nas mamy zmasowany atak – zewnętrzny i wewnętrzny – na PiS za to właśnie, że chciałby w taki czy inny sposób choć trochę „udomowić” te nasze polskie-niepolskie media. Ogółowi Polaków jednak wciąż brakuje poczucia wagi pilnowania własnego interesu; jako spadek po komunizmie pozostało w Polsce i innych krajach postkomunistycznych takie właśnie myślenie postkolonialne...

– ...i przez całe lata wygodniej nam było naiwnie wierzyć, że media będące własnością obcego kapitału są niezależne od związanych z nim interesów – że mamy w Polsce naprawdę wolne media!

– Tak. I każdy, kto ośmielał się w to wątpić, był od razu posądzany o hołdowanie teoriom spiskowym, co, rzecz jasna, te właśnie media starały się wyszydzać. Dlatego dziś, gdy podejmujemy temat repolonizacji mediów, powinniśmy przede wszystkim zacząć od uświadomienia Polakom skali problemu i jego konsekwencji, tj. że możemy ulegać nieżyczliwym podpowiedziom czy niepolskiej propagandzie.

– Kłopot polega na tym, że ta nauka „poprawnego” myślenia – czy raczej: niemyślenia – sączy się właśnie z tych najbardziej popularnych mediów, będących niepolską własnością...

– Niestety, za późno zaczęliśmy w III RP budować własne media. Ale cieszmy się, że od niedawna mamy już kilka tygodników opiniotwórczych, mamy dzienniki, o których można powiedzieć, że reprezentują polską rację stanu. Staramy się też odbudować media publiczne, które wymagają nie tylko gruntownej reformy, ale i całej filozofii działania, by spełniać swą misję publiczną. Przed nami jednak długa droga, do której przebycia niezbędne są determinacja i silna wola polityczna.

* * *

Elżbieta Kruk
Polityk, posłanka na Sejm IV, V, VI, VII i VIII kadencji; obecna przewodnicząca sejmowej Komisji Kultury i Środków Przekazu, była przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (2006-07), od 2016 r. członkini Rady Mediów Narodowych

Tagi:
wywiad rozmowa

Nie mówimy już „panie władzo”

2018-03-21 09:41

Z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 12/2018, str. 36-37

O trudnej pracy policji i jej relacji ze społeczeństwem z mł. insp. dr. Mariuszem Ciarką – rzecznikiem prasowym Komendy Głównej Policji – rozmawia Wiesława Lewandowska

Krzysztof Świertok

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Mimo upływu ponad ćwierćwiecza wydaje się, że na stosunku polskiego społeczeństwa do policji wciąż ciąży niechlubna scheda po Milicji Obywatelskiej; raczej boimy się policjanta, niż widzimy w nim stróża naszego bezpieczeństwa. Czy dla codziennej służby policyjnej to wciąż duży problem, Panie Inspektorze?

MŁ. INSP. DR MARIUSZ CIARKA: – Coraz mniejszy. Dlatego m.in., że cały czas wzrasta liczba policjantów z powołania, z prawdziwą pasją. Coraz więcej mamy dziś policjantów, którzy już w szkole średniej wybierali klasę o profilu policyjnym (takich klas jest dziś w Polsce kilkadziesiąt). Osoby, które decydują się na bardzo trudną rekrutację do policji – chyba jedną z najtrudniejszych spośród wszystkich innych zawodów – z góry godzą się na konieczne w tej służbie wyrzeczenia. Wiedzą, że mają chronić ludzi i nieść im pomoc, nawet z narażeniem własnego życia.

– Można dziś, Pańskim zdaniem, mówić, że w służbie policyjnej zaszła już taka jakościowo-osobowościowa dobra zmiana, iż obywatele zaczynają ją doceniać i szanować?

– Jak najbardziej. Widać to na co dzień i w odniesieniu do konkretnych policjantów, mimo że zdarza się, iż niektóre media nie są policji przychylne. To, że 89 proc. Polaków uważa dziś, iż Polska jest krajem bezpiecznym, a aż 95 proc. oświadcza, że czuje się bezpiecznie w miejscu swojego zamieszkania, o tej dobrej zmianie świadczy. Z badania opinii społecznej wynika też, że policja cieszy się ponad 72-procentowym zaufaniem, co sytuuje ją na drugiej pozycji wśród badanych instytucji, tuż po samorządach. To wynik przede wszystkim dużego zaangażowania policjantów, których na co dzień spotykamy, a którzy pełnią tę odpowiedzialną służbę.

– Kiedy zaczęło się odczuwalnie zmieniać postrzeganie policji przez polskie społeczeństwo? Kiedy przestano ją już wiązać z nielubianą MO?

– Ta przemiana nastawienia społecznego następowała powoli. Jest ona efektem ciężkiej pracy policjantów i kierownictwa policji od początku jej istnienia, czyli od zmiany nazwy w 1990 r. Na początku, oczywiście, brak było zaplanowanego, profesjonalnego podejścia do zmiany niektórych starych nawyków, konieczna tu była wręcz przemiana mentalności – nie tylko samych policjantów, ale i całego społeczeństwa. Mówi się, że na to potrzeba co najmniej dwóch pokoleń... W policji widać już wyraźnie zmianę pokoleniową, mamy coraz więcej młodych policjantów, zupełnie inaczej podchodzących do życia.

– I naprawdę cieszą się oni już należnym tej instytucji respektem?

– Tak zwykle jest, choć to podejście bywa różne. Nikt dziś do młodego policjanta nie mówi: „panie władzo”, bo i nie o to tu przecież chodzi, lecz o to, by policjant był doceniany i szanowany – jako ten, kto potrafi zapewnić każdemu potrzebną mu ochronę, potrafi pomóc niemal dosłownie w każdej sprawie związanej z bezpieczeństwem, a czasem także w innych. Policja to pomoc i ochrona – POMAGAMY I CHRONIMY. Na takie właśnie ukształtowanie służby policyjnej szczególny nacisk kładzie obecne kierownictwo MSWiA i policji. Zdajemy sobie sprawę, że dobry wizerunek i zaufanie ludzi są ważnymi elementami dobrej i skutecznej pracy policjanta. Policjant nie tylko niesie pomoc ludziom, ale też sam jej potrzebuje – potrzebuje współpracy z ludźmi.

– Współpraca z policją – czy w potocznym odczuciu nie brzmi to wciąż nagannie?

– Sądzę, że także w tej sprawie zaszła już duża zmiana. Ludzie zdecydowanie chętniej z nami współpracują, informują nas o tym, co ich niepokoi, i nie jest to traktowane jako donosicielstwo, jak to wcześniej bywało. Wyraźnie zwiększa się w naszym społeczeństwie poczucie współodpowiedzialności za bezpieczeństwo. A wynika to przede wszystkim ze zmiany postawy samych policjantów, którzy wiele czasu poświęcają na spotkania i rozmowy z ludźmi, niekoniecznie przy okazji interwencji czy w związku z przestępstwem. Znakomitym narzędziem ułatwiającym współdziałanie obywateli z policją jest funkcjonująca już od półtora roku internetowa Krajowa Mapa Zagrożeń Bezpieczeństwa, dzięki której każdy z nas ma wpływ na zwiększenie poczucia bezpieczeństwa przez wskazywanie swoich spostrzeżeń policji. Mapa ta powstała po szerokich konsultacjach prowadzonych przez policjantów w całej Polsce. Dopytywaliśmy, co powinno się na niej znaleźć, jakie kategorie zagrożeń powinniśmy wyszczególnić. Do dziś mapa ma już ponad 3 mln odsłon.

– Rolą Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa jest ostrzeganie przed niebezpiecznymi miejscami w celu ich unikania?

– To by było o wiele za mało! Tę mapę, zamieszczoną na stronach internetowych policji, tworzą ci, którzy chcą nas poinformować o rozmaitych zagrożeniach lub uciążliwościach w miejscu swojego zamieszkania. Nie trzeba mieć wielkiej wiedzy o komputerach, wystarczy się zalogować na Krajowej Mapie Zagrożeń Bezpieczeństwa – także za pomocą odpowiedniej aplikacji w telefonie – wybrać swoją miejscowość, ulicę, konkretne miejsce i zaznaczyć wybrany problem albo go opisać. W zgłoszeniu można poruszyć najrozmaitsze kwestie – od związanych z miejscami gromadzenia się narkomanów, osób spożywających alkohol, wagarowiczów, po złe oznakowanie dróg, kłusownictwo itp. Jesteśmy zobowiązani do sprawdzenia, czy te konkretne problemy rzeczywiście w danym miejscu istnieją, a następnie staramy się je rozwiązać. Nie ignorujemy nawet najdrobniejszej informacji i weryfikujemy ją w możliwie najkrótszym czasie. Chodzi tu, oczywiście, o te zdarzenia i wykroczenia, które najbardziej nurtują społeczeństwo – nie o przestępstwa, bo w ich przypadku tryb składania zawiadomień reguluje Kodeks postępowania karnego. Za pośrednictwem Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa nie możemy zgłaszać również tych zdarzeń, które wymagają natychmiastowej interwencji – tu, oczywiście, mamy do dyspozycji numery alarmowe: 997 lub 112.

– Zarówno przy wielkim, jak i małym zagrożeniu liczy się przede wszystkim szybkość interwencji policyjnej, a więc fizyczna bliskość policji. A z tym chyba wciąż nie jest najlepiej, zwłaszcza poza miastami?

– Aby poprawić ten stan rzeczy, po 2015 r. minister spraw wewnętrznych i administracji podjął decyzję o przywracaniu zlikwidowanych przez poprzednie rządy posterunków policyjnych w małych miejscowościach, wszędzie tam, gdzie to możliwe i zasadne – co wnikliwie badamy – i gdzie lokalne społeczności oraz samorządy wyrażają taką wolę. Do dziś odtworzono już blisko 80 posterunków i w miarę możliwości będzie ich jeszcze przybywać. Zmierzamy więc ku temu, aby policjanci byli jak najbliżej ludzi, także w tych najmniejszych miejscowościach. I chociaż nie powstają tam wielkie komisariaty z dużą liczbą funkcjonariuszy, to już kilku policjantów buduje poczucie bezpieczeństwa oraz swoistą dumę lokalną. Chcielibyśmy, aby dobrze wyposażony posterunek policji nie tylko dawał większe poczucie bezpieczeństwa, ale też by był szanowaną instytucją lokalną, by stanowił o prestiżu danej miejscowości.

– Przez całe lata III RP policjanci narzekali na zbyt wielkie obciążenie pracą papierkową, byli zresztą kojarzeni raczej z przewlekłą, mało efektywną pracą urzędniczą niż ze skutecznym zapewnianiem bezpieczeństwa...

– Zmieniamy to. W 2017 r. wdrożyliśmy nową formułę funkcjonowania dzielnicowego; dzielnicowi zostali odciążeni od spraw papierkowych, nie prowadzą już dochodzeń, za to jak najczęściej muszą być obecni w terenie, aby mieszkańcy rzeczywiście znali swojego dzielnicowego – jako tę pierwszą pomocną osobę, do której można się zgłosić niemal z każdym problemem. Ponadto wspólnie z MSWiA uruchomiliśmy specjalną aplikację „Moja Komenda”, którą każdy może ściągnąć na telefon, a za pośrednictwem której możemy znaleźć wszystkie dane kontaktowe swojego dzielnicowego. Chodzi o to, żeby ludzie znali swoich policjantów i mogli się z nimi łatwo kontaktować. Nie tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia, ale przede wszystkim po to, by takiego zagrożenia uniknąć. Tak jak w służbie zdrowia ważna jest profilaktyka, tak w Policji liczy się prewencja.

– Jak duże są udział i waga działań prewencyjnych w codziennej pracy policji?

– Każdy policjant dobrze wie i docenia to, że w jego pracy najważniejsza jest prewencja, której jednak nie da się ani zmierzyć, ani wycenić. Nikt nie jest w stanie zmierzyć tego, ilu ludzi dzięki ciężkiej pracy policjantów prewencji – czyli tych, którzy chodzą na pogadanki do szkół, przedszkoli, na rozmaite spotkania, prelekcje, którzy organizują festyny poświęcone popularyzacji bezpieczeństwa, szkolenia itp. – nie stało się ofiarami przestępstwa, ilu ludzi zrozumiało, jak należy dbać o własne bezpieczeństwo. Z naszych obserwacji wynika, że nieustanna praca prewencyjna ma ogromne znaczenie, że jest ciągle niezbędna.

– Dlatego, że ludzie mają małą świadomość coraz to nowych zagrożeń?

– Niestety tak, choć niektóre z nich właśnie dzięki działaniom prewencyjnym udało się ograniczyć lub wyeliminować, np. będące do niedawna wielką plagą oszustwa „na wnuczka”. Dzięki szeroko zakrojonej akcji uświadamiająco-edukacyjnej, prowadzonej także w mediach, starsi ludzie już coraz rzadziej ulegają oszustom. Oczywiście, pojawiają się nowi oszuści i nowe sposoby ich działania. Dziś mamy już do czynienia z oszustwami „na policjanta”, „na prokuratora”, oszuści, posługując się telefonem lub Internetem, podszywają się pod wszystkie możliwe osoby i instytucje zaufania publicznego.

– Dawni pospolici kieszonkowcy i włamywacze po prostu przenoszą się do Internetu?

– Ci zwykli kieszonkowcy i włamywacze nadal istnieją, żadnej policji na świecie nie udało się ich wyeliminować, lecz dzięki policyjnym akcjom prewencyjnym już lepiej wiemy, jak się przed nimi ochronić. W ostatnim czasie np. w Krakowie jest prowadzona akcja prewencyjna, w której policja wspólnie z urzędem miasta uświadamia użytkowników komunikacji miejskiej, jak się zachować, aby uniknąć kradzieży, jak nie kusić złodzieja. Wobec przestępców internetowych natomiast rzeczywiście wielu ludzi nie wie, jak się zachować, co dalej robić. A w sieci dochodzi do takich samych przestępstw jak w tzw. realu – do kradzieży, włamań, handlu bronią, żywym towarem, narkotykami, pedofilii – a także do wielu nowych, bo np. łatwiejsza staje się kradzież danych osobowych.

– Co policja na to?

– Prowadzimy, oczywiście, specjalne akcje prewencyjne, ale też bardzo konkretne działania. Ponad rok temu utworzono w policji wyspecjalizowane Biuro do Walki z Cyberprzestępczością, co, moim zdaniem, w przyszłości okaże się tak przełomową decyzją, jaką w przeszłości było utworzenie polskiego FBI, czyli Centralnego Biura Śledczego. Efekty działania tego ostatniego już są imponujące; jeden tylko wydział tego biura w 2017 r. pracował nad ok. 4 tys. spraw.

– Można więc mieć pewność, że przestępcy w sieci są tak samo tropieni przez policjantów jak ci w realu?

– Tak, a może nawet bardziej, bo tu wychwytywane są najdrobniejsze nawet sygnały o mogącym mieć miejsce zdarzeniu. Dla zilustrowania możliwości policyjnego działania, nie zdradzając tajemnic żadnego śledztwa, podam przykład konkretnej sprawy: mężczyzna obwieścił na szwedzkim portalu społecznościowym, że za chwilę popełni samobójstwo; szybko ustalono jego lokalizację w Myślenicach. Dzięki policyjnej interwencji do samobójstwa nie doszło... Przy tej okazji powiem, że wiele jest takich działań, którymi byśmy chcieli się pochwalić, zwłaszcza wtedy, kiedy jesteśmy niesłusznie krytykowani, ale z uwagi na dobro prowadzonych spraw i na dobro konkretnych osób musimy zachować milczenie.

Mł. insp. Mariusz Ciarka, doktor prawa, oficer policji, rzecznik prasowy Komendy Głównej Policji

***

Jak zadbać o własne bezpieczeństwo?

• chroń swoje dane osobowe: dowód osobisty trzymaj w bezpiecznym miejscu; bez oczywistej potrzeby nigdzie i nikomu nie podawaj swojego numeru PESEL i innych informacji;

• jeśli posługujesz się Internetem, pamiętaj, że w sieci nic nie ginie; nie rozpisuj się więc na portalach społecznościowych o swoich prywatnych sprawach (np. o zdrowiu, wyjazdach), które mogą zostać przez kogoś wykorzystane, m.in. przez przestępców;

• nie załatwiaj spraw przez telefon, nawet jeśli dzwoniący podaje się za przedstawiciela jakiejś znanej ci firmy lub instytucji (np. policji) i proponuje ci korzystne transakcje lub rozwiązania twoich problemów; nie rozmawiaj z takimi osobami, nie podawaj i nie potwierdzaj swoich danych osobowych;

• zbierających pieniądze na szczytne cele zawsze proś o wylegitymowanie się dowodem osobistym (i o możliwość spisania danych z tego dokumentu); kolorowy, profesjonalnie wyglądający identyfikator nie wystarczy, gdyż dziś z łatwością można go sobie wydrukować;

• pamiętaj, że policjant to twój przyjaciel, nie wróg; zlokalizuj swoją komendę policji (ściągnij na telefon aplikację „Moja Komenda”), poznaj swojego dzielnicowego; korzystaj z Krajowej Mapy Zagrożeń Bezpieczeństwa.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Czy zostaną wyjaśnione okoliczności śmierci polskiego kardynała?

2018-04-20 11:45

abd / Poznań (KAI)

Wniosek o wszczęcie śledztwa w sprawie śmierci kard. Augusta Hlonda złożył w IPN wicepostulator procesu beatyfikacyjnego prymasa Polski, chrystusowiec ks. Bogusław Kozioł. W rozmowie z KAI wyjaśnia, dlaczego okoliczności śmierci niezłomnego prymasa Polski do dziś budzą wątpliwości.

Archiwum

- Praktycznie już podczas pogrzebu kard. Hlonda pojawiła się pogłoska, że mógł on zostać otruty na zlecenie służb bezpieczeństwa. Były ku temu poważne przesłanki: jeszcze za życia Kardynała w czasie jego powojennych objazdów parafii w na północy Polski, służby bezpieczeństwa pozorowały wypadki z jego udziałem. Na szczęście nieskutecznie – wyjaśnia w rozmowie z KAI ks. Bogusław Kozioł SChr, wicepostulator procesu beatyfikacyjnego kard. Augusta Hlonda. Przypomina także o budzących wątpliwość okolicznościach śmierci ówczesnego prymasa Polski, której oficjalną przyczyną było, wg dokumentacji medycznej, zapalenie płuc, będące powikłaniem po ostrym zapaleniu wyrostka robaczkowego.

- Przed śmiercią Prymas dwukrotnie przeszedł operację. Już wówczas mówiono, że pierwsza z nich była niepotrzebna i przeprowadzono ją w następstwie postawienia błędnej diagnozy. Kard. Hlond pytał z resztą lekarzy na łożu śmierci: co panowie podacie jako powód mej śmierci? Tak, jakby zdawał sobie sprawę z ukrywanych faktów – przypomina wicepostulator.

Ks. Kozioł odwołuje się też do przeprowadzonej niedawno kwerendy w archiwach IPN. – Znalazłem kilka dokumentów agentów i współpracowników SB, którzy informują swoich przełożonych, że w środowiskach salezjańskich krąży pogłoska o rzekomym otruciu kard. Hlonda i proszą o zajęcie się tą sprawą. Ponadto, w artykule, opublikowanym w na jednym z polskich portali w ubiegłym miesiącu, przytoczone są fragmenty wypowiedzi represjonowanego ks. Józefa Zatora Przytockiego, który w wspomina, że w czasie jednego z przesłuchań miał usłyszeć od przesłuchującego go oficera: „po śledztwie tutaj zdechniesz. My sobie damy radę ze wszystkimi. Myśmy pomogli zdechnąć Hlondowi” - mówi chrystusowiec. Wicepostulator ufa, że jeśli IPN pozytywnie rozpatrzy złożony wniosek, przyszłe śledztwo być może pomoże rozwiać wątpliwości dotyczące przyczyny śmierci kard. Hlonda.

Obecnie proces beatyfikacyjny kard. Augusta Hlonda znajduje się na tzw. „etapie rzymskim”. W Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych złożono dokumentację zebraną w toku trwającego procesu. 9 marca 2017 r. odbyła się już dyskusja komisji teologów, która pozytywnie zaopiniowała heroiczność cnót i życia Kardynała. Natomiast 15 maja br. w Rzymie zbierze się z kolei komisja kardynałów i biskupów.

- Jeśli wyda ona, w co gorąco wierzymy, również pozytywną opinię, będzie to przedostatni krok w procesie beatyfikacyjnym. Ostatnim będzie podpisanie przez papieża dekretu o heroiczności cnót. Wówczas proces formalnie zostanie zakończony, a Kardynałowi będzie przysługiwał tytuł Czcigodnego Sługi Bożego. Do beatyfikacji potrzebny będzie jeszcze cud, o który się modlimy – wyjaśnia kapłan.

Jak dodaje, niedawno był badany w Niemczech przypadek domniemanego cudu zgłoszony ze środowiska polonijnego, jednak ze względu na brak dostatecznej dokumentacji, sprawa została odłożona. Obecnie dokumentowany jest też kolejny przypadek, tym razem ze Śląska.

22 października br. obchodzona będzie 70. rocznica śmierci kard. Hlonda. Z tej okazji podjęto szereg inicjatyw, mających na celu przybliżyć osobę Kardynała. Między innymi w Warszawie, w dniu śmierci kard. Hlonda, planowane są okolicznościowe wydarzenia: sesja naukowa w Sejmie oraz Msza św. sprawowana w warszawskiej archikatedrze. Jeszcze na wiosnę, wspólnie z Pocztą Polską przygotowywana jest emisja okolicznościowego znaczka pocztowego. Z kolei jesienią w Mysłowicach odbędzie się też konferencja naukowa poświęcona prymasowi.

- Opracowuję także dwie publikacje. Pierwsza z nich, zatytułowana „Myślałem o Was tyle razy”, przygotowywana jest przede wszystkim z myślą o nas, chrystusowcach, ponieważ kard. Hlond był naszym założycielem. Będzie to zbiór wszystkich jego myśli, pism, listów, które do nas skierował. Kolejną będzie stanowił zbiór jego nauczania do Polonii: korespondencja, przemówienia, homilie, listy – zapowiada ks. Kozioł.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Bible-ing w Częstochowie

2018-04-22 17:58

Ks. Mariusz Frukacz

„Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym”, pod takim hasłem na zakończenie Tygodnia Biblijnego odbył się 22 kwietnia w archidiecezji częstochowskiej Bible-ing, czyli medytacja Słowa Bożego na ulicach miasta.

Ks. Mariusz Frukacz

Organizatorem tegorocznego Bible-ingu był m.in. Zespół ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

W Częstochowie w wydarzeniu wzięło udział ponad 50 osób, które najpierw o godz. 15. 00 spotkały się na modlitwie na placu przykościelny przy parafii św. Jakuba, by następnie udać się w różne miejsca w centrum miasta.

Zobacz zdjęcia: Bible-ing w Częstochowie

Bible-ing to piętnastominutowa medytacja Pisma Świętego w zupełnej ciszy. W rozmowie z „Niedzielą” Karol Jakubczyk, który uczestniczył w Bible - ngu po raz pierwszy zaznaczył, że to dla niego bardzo ciekawe doświadczenie. - Uważam, że Pismo Święty ma duży wpływ na nasze życie. Czasem odnajduję w nim coś, co naprawdę chwyta za serce – powiedział Karol Jakubczyk.

Natomiast siostra Ewelina Dudzik, zmartwychwstanka, dodała: „Obecność nasza z Pismem Świętym w centrum miasta jest jakimś znakiem dla tych, którzy przechodzą obok nas. Jest to niezwykła okazja do dania świadectwa o obecności Chrystusa w tej przestrzeni, w której żyjemy na co dzień. Ludzie przechodzący zatrzymują się i czasem pytają o naszą wiarę”.

- Każdego roku w Bible-ingu uczestniczą nowe osoby i jest ich coraz więcej. Ci, którzy wcześniej doświadczyli czegoś ważnego podczas Bible-ingu w poprzednich latach przyprowadzają tutaj swoich bliskich, znajomych i przyjaciół – podkreśliła Agnieszka Armacińska, rzeczniczka Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

Zdaniem Agnieszki Armacińskiej „to jest niezwykła atmosfera działania Słowa Bożego”. - Radością dla nas jest również to, że osoby, które przechodzą obok nas to czasem się zatrzymują, by wspólnie pomodlić się, albo też porozmawiać o wierze – dodała rzeczniczka Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

Również ks. Michał Krawczyk z Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji powiedział, że „to, co rozważamy i czym chcemy żyć, to trzeba z tym słowem iść do innych i nim ich obdarować”.

Uczestnicy Bible-ingu w Częstochowie rozważali Ewangelię o Dobrym Pasterzu (J 10, 11-18).

Wydarzenie odbyło się również w Radomsku (Plac 3-go Maja), Wieluniu (Plac Legionów) i Zawierciu ( ul. Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego 2 - przy fontannach).

M. in. w Bible-ingu w Wieluniu wziął udział również bp Andrzej Przybylski, biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej.

Pierwszy raz Bible-ing odbył się na ulicach Częstochowy 20 kwietnia 2013 r. z inicjatywy nazaretanki, siostry Goretti Jach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem