Reklama

Propozycja nie do odrzucenia

2016-11-23 09:53

Z Dominiką Figurską rozmawiała Agnieszka Porzezińska
Niedziela Ogólnopolska 48/2016, str. 20-22

Marek Kępiński/BPJG

Pierwsze „tak” było trudniejsze od kolejnych. Pierwsze „tak” stało się dla mnie przełomowe. Kolejne były już po części konsekwencją tego pierwszego „tak”.
Z Dominiką Figurską – aktorką, szczęśliwą żoną i mamą pięciorga dzieci – rozmawia Agnieszka Porzezińska

„Moja Mama jest Królową” to cykl Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych, które organizują ojcowie paulini w Roku Jubileuszu 300-lecia Koronacji Obrazu Matki Bożej Częstochowskiej na Jasnej Górze. Spotkania rozpoczęły się 8 listopada 2016 r. i w nawiązaniu do daty koronacji – 8 września 1717 r. – odbywają się ósmego dnia każdego miesiąca, aż do 8 lipca 2017 r. Jasnogórskie Wieczory Maryjne rozpoczynają się Mszą św. o godz. 18.30 w Kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej. W każdym miesiącu będą rozpatrywane poszczególne etapy życia Maryi, oparte na tajemnicach różańcowych: od Zwiastowania, przez Współcierpienie, do Wniebowzięcia i Ukoronowania. Spotkania, które o godz. 19.30 rozpoczynają się w Kaplicy Różańcowej na Jasnej Górze, prowadzi Agnieszka Porzezińska. Gośćmi pierwszego spotkania byli o. Stanisław Jarosz, paulin, i Dominika Figurska, aktorka. Mszy św. przewodniczył o. Jacek Toborowicz, przeor klasztoru Paulinów w Leśniowie, a kazanie wygłosił o. Samuel Karwacki.

Pierwsze spotkanie było poświęcone tajemnicy Zwiastowania. Obok drukujemy zapis rozmowy, którą Agnieszka Porzezińska przeprowadziła z Dominiką Figurską. Kolejny Jasnogórski Wieczór Maryjny został zaplanowany na 8 grudnia 2016 r. Jego tematem będzie tajemnica Nawiedzenia.

Reklama

Więcej informacji na stronie: www.koronamaryi.pl .

* * *

AGNIESZKA PORZEZIŃSKA: – Czy można być szczęśliwą kobietą, mając pięcioro dzieci? Kto patrzy na Ciebie, ten widzi, że jest to możliwe. Czy w dresie, czy w szpilkach – zawsze pięknie wyglądasz. Jesteś żoną, mamą, aktorką. Najważniejsze, że jesteś kobietą szczęśliwą! Szczęśliwą zawsze czy czasami?

DOMINIKA FIGURSKA: – Prawie zawsze! To nie znaczy, że zawsze jestem w wyśmienitym nastroju. Chodzi o szczęście doświadczane w głębi siebie, w sercu. Ja też doświadczam, że życie niesie czasem trudne sytuacje. Na szczęście radość dominuje...

– To w naszych czasach odważna deklaracja. Niejedna osoba postawi pytanie: Czy aby na pewno jesteś szczęśliwa? Czy to możliwe, gdy w domu od świtu do nocy czeka na miłość piątka dzieci? Niektórzy ludzie woleliby, byś nie była zbyt szczęśliwa. Łatwiej mogliby się z Tobą utożsamiać...

– Paradoksalnie matki, które mają kilkoro dzieci, łatwiej uwierzą w moje szczęście niż te kobiety czy ci mężczyźni, którzy nie stali się jeszcze rodzicami lub mają tylko jedno dziecko. Kto ma wiele dzieci, ten twardo stąpa po ziemi i zdaje sobie sprawę, że nie ze wszystkim nadąża, bo tu nieposprzątane, tam nieuprane czy nieugotowane. Jednak radość jest większa niż trud włożony w macierzyństwo. Nie zrozumieją tego ci, którzy postrzegają dzieci jako przykry obowiązek czy ciężar.

– Czy Ty czasem tłumaczysz się przed Maryją z tego, że nie jesteś doskonałą żoną i mamą? Gdy przyjeżdżasz do Niej, to schylasz zawstydzona głowę i mówisz, że coś Ci nie wyszło? Czy może raczej opowiadasz Jej o tym, co dobrego robisz, zrobiłaś?

– Różnie bywa. Zwykle zaczynam od dziękowania Maryi za wszystko, w czym mi pomaga i do czego mnie mobilizuje. Na tym jednak się nie kończy. Nie jestem całkiem spolegliwa. Czasem niemal się z Nią kłócę właśnie dlatego, że bardzo Ją kocham i bardzo Jej ufam. To dlatego zdarza się, że Maryja słyszy ode mnie coś w rodzaju buntu: to nie tak miało być. Czasem stawiam Jej twarde pytania: dlaczego?!

– A słyszysz Jej odpowiedzi?

– Tak! I Jezus, i Jego Matka odpowiadają mi cierpliwie, tłumaczą, pomagają zrozumieć. Czuję, że obydwoje nie tylko mnie kochają, ale też rozumieją i potrafią z odpowiedziami trafiać do mojego serca, przekonać mnie i wyciszyć. Gdy staję przed obliczem Maryi, to przychodzi mi na myśl moja własna mama. To ona uczyła mnie kobiecości i miłości. Maryja uczy mnie tego, czego się wcześniej nie nauczyłam.

– W swoim sercu nazywasz Maryję Mamą czy Matką?

– Używam obydwu tych słów. Lubię nazywać Ją Matką. To mnie od Niej nie oddala. Przeciwnie, ja sama czuję się wtedy bardziej dorosła i zdolna do podjęcia odpowiedzialności za życie. Moje dzieci mówią do mnie: mama, bo są jeszcze małe. A ja już jestem mamą, więc nazywam Maryję Matką, bym mogła być dla dzieci mamą. Mówię do Niej: moja Matko Boża... Moja Matko kochana!

– A czy do Ciebie też przychodził w życiu Anioł Boga? Czy składał Ci jakieś propozycje?

– Tak! Gdy zaczął przychodzić i sugerować mi małżeństwo, macierzyństwo, rodzinę, to mówiłam: nie! Nie chcę dzieci! To nie mój plan na dorosłość! Ja chcę koniecznie być aktorką. Sorry, Aniele, ale macierzyństwo to nie dla mnie!

– Jednak Boży wysłannik swoje osiągnął?

– Tak, lecz musiał przychodzić do mnie wiele razy. Nie byłam w tym podobna do Maryi. Ona jest od dziewczęcych lat taka piękna również duchowo, cudowna, mądra. Umiała podjąć z Aniołem poważną rozmowę. Nie reagowała emocjonalnie. Miała odwagę zapytać: Jak to się stanie, skoro nie znam męża? Ja nie byłam tak dojrzała. Nie umiałam zadawać pytań, wejść w dialog. Mówiłam jedynie: nie i już! Później przyszedł taki moment, gdy powiedziałam: no dobrze, zgadzam się! Jednak i zgoda nie była oparta na refleksji czy na postawieniu pytań, które ułatwiają podjęcie przemyślanej decyzji. W moim przypadku refleksja przyszła dużo później. Teraz, gdy mam pięcioro dzieci, czasem wołam do Boga: coś Ty narobił w moim życiu? Czy na pewno to moja droga? Czy podołam?

– Czasem sama się dziwisz, że Bóg zdołał przekonać Cię do swoich pomysłów na Twoje życie?

– Rzeczywiście, sama jestem tym zaskoczona. Od dziecka marzyłam o tym, by być aktorką. Wszystko inne było mało ważne. W dodatku realizacja pragnień przychodziła mi wyjątkowo łatwo. Za pierwszym razem dostałam się na studia w Krakowie. Stałam się ulubioną studentką znanych profesorów – Stuhra, Wajdy. Na czwartym roku studiów dostałam rolę, która dla wielu aktorek byłaby rolą życia – zagrałam Ofelię w „Hamlecie” Szekspira. W dodatku w wersji, jakiej nie było dotąd w żadnym teatrze świata, gdyż w czasie spektaklu jako Ofelia na oczach widzów miałam się utopić. W tym celu na scenie został wbudowany basen. Po studiach natychmiast dostałam ważną rolę we włoskim filmie, grałam w superpopularnym serialu...

– Otrzymałaś od razu to, na co inni aktorzy czekają nieraz przez całe życie...

– To prawda! Jestem spełnioną aktorką. Moja kariera rozwijała się niemal jak w pięknym śnie. I wtedy właśnie niespodziewanie zaczął przychodzić do mnie Anioł i szeptać w moim sercu: Bóg ma dla Ciebie inne plany. Za którymś razem się zgodziłam.

– Pierwsze „tak” było najtrudniejsze? Czy może każde kolejne było jednakowo trudne?

– Pierwsze „tak” było trudniejsze od kolejnych. Pierwsze „tak” stało się dla mnie przełomowe. Kolejne były już po części konsekwencją tego pierwszego „tak”.

– Powiedz coś o Twoich chwilach samotności. Co się dzieje w Tobie, gdy odchodzi od Ciebie Anioł? Na ile trudno jest Ci być samą w sytuacjach, które wiele kosztują?

– Samotność czasem doskwiera, ale nauczyłam się i tego. Początkowo bałam się samotności. Stopniowo zaczęłam odkrywać, że ona ma też swoje dobre strony. Pomaga usłyszeć Boga. Pozwala stawiać ważne pytania i uważnie nasłuchiwać jeszcze ważniejszych odpowiedzi. To w samotności łatwiej otworzyć się na łaskę Boga i doświadczyć, że to przy Bogu nie jestem nigdy sama. Takie doświadczenia nie gwarantują jednak, że zawsze będę z łaską Boga współpracować. To wymaga za każdym razem wysiłku i otwierania się na nowo na pomoc Boga.

– Jak pielęgnujesz łaskę, czyli miłość, z jaką Bóg Ciebie nawiedza?

– Przez to, że uczestniczę w Eucharystii, korzystam z sakramentów, czytam Pismo Święte. Robię to po to, by stawać się lepszym człowiekiem, czyli by owocnie korzystać z łaski. Chcę być lepsza zwłaszcza w kontakcie z bliskimi. Wcześniej bywałam wobec nich zbyt twarda, za mało wrażliwa na ich potrzeby. Teraz chcę coraz mocniej kochać. Moja współpraca z łaską ma wzloty i upadki. Moje małżeństwo i macierzyństwo zaczęły się od wzlotów. Razem z mężem przyjęłam z radością pierwsze, później drugie dziecko...

– Czyli domowa sielanka?

– Tak to się zaczęło. Później jednak przyszło doświadczenie słabości, kryzys i samotność. Dzisiaj rozumiem, że kryzys nie wziął się znikąd. Nadchodził niepostrzeżenie, małymi krokami. Diabeł działa przebiegle. Nie gasi od razu wszystkich żarówek, bo byśmy się zorientowali, że jest ciemno i że trzeba czuwać, zastanowić się, coś zmienić. Diabeł wykręca żarówkę po żarówce z żyrandola wartości, więzi, norm moralnych. Chce, byśmy się oswajali z inną niż Boża drogą życia. Chce, żeby już nawet ciemność nam nie przeszkadzała. Samotność w kryzysie, w bólu zbliżyła mnie znowu do Boga i do Maryi. Już nie mam wątpliwości co do tego, że chcę żyć tak, jak Bóg mi mówi. I że chcę coraz mocniej przylgnąć do Maryi.

– Wracasz do trudnej przeszłości, czy raczej żyjesz tu i teraz – radością z dobrej teraźniejszości?

– To byłoby piękne umieć żyć wyłącznie dobrą teraźniejszością. Wzrusza mnie przypowieść o synu marnotrawnym, gdyż ojciec nie wypomina mu nawet jednym słowem złej przeszłości. My, ludzie, nie jesteśmy aż tak miłosierni dla bliźnich i dla samych siebie. Czasem wracam do przeszłości, rozpamiętuję, wypominam coś sobie i innym. Już wiem, że to do niczego dobrego nie prowadzi. Ważne jest przebaczyć zranienia, by iść dalej. Rany z przeszłości najlepiej goi dobra teraźniejszość.

– A kim jest dla Ciebie Elżbieta, do której Maryja idzie z Jezusem w swoim łonie? Czy masz jakąś „swoją” Elżbietę, do której chętnie się udajesz?

– Zupełnie zaskoczyłaś mnie tym pytaniem! I uświadomiłaś mi teraz, że Maryja poszła się po kobiecemu zwierzyć, opowiedzieć o czymś wyjątkowym, co Ją spotkało. Pierwsze miesiące ciąży dla każdej matki są trudne. Zwłaszcza przy pierwszym dziecku. Maryja jest niezwykła, bo mimo swojej trudnej, nowej sytuacji nie skupia się na sobie. Wie, że czeka ją trudna rozmowa z Józefem, że grozi Jej śmierć, jeśli Józef nie uwierzy w Jej czystość i prawdomówność. Mimo to idzie do krewnej, w daleką podróż. Idzie piechotą w góry. Chce służyć. „Moje” Elżbiety to ludzie, do których idę z pomocą, mimo że ja też pomocy potrzebuję.

– Tak postąpiłaś i dzisiaj. Opuściłaś swoich bliskich, by przyjechać na Jasną Górę i tu rozmawiać z nami o swojej więzi z Maryją. Bóg poprosił Maryję o to, co po ludzku wydawało się niemożliwe. Czy w Twoim życiu też o coś podobnego Bóg Ciebie prosił? Wiem, że doświadczyłaś dramatycznego lęku o zdrowie dziecka...

– Tak, to było przy trzeciej ciąży. Urodziłam dwie zdrowe córki, przy trzeciej ciąży nie chciałam nawet iść do lekarza. Wydawało mi się, że istnieją tylko zdrowe dzieci. O innych nie myślałam. Niemal przez przypadek zrobiłam badania w dwunastym tygodniu ciąży. Wtedy przeżyłam szok. Wyniki były fatalne. Kolejne badania potwierdziły, że dziecko ma wadę genetyczną. Spytałam lekarza: czy to oznacza, że urodzi się z zespołem Downa? Lekarz wyjaśnił, że niekoniecznie. Może być czterysta innych chorób. Ten cios spotkał mnie we Wrocławiu. Zadzwoniłam do męża przerażona. W dodatku za chwilę miałam wejść do teatru i grać rolę w jakiejś komedii. Przed spektaklem płakałam w garderobie. Koleżanka zwierzyła mi się, że ktoś ukradł jej dwa tysiące złotych. Chętnie zgodziłabym się na to, by mi ukradli dwadzieścia tysięcy, byle tylko moje dziecko było zdrowe. Podróż do domu to wewnętrzna walka. Na szczęście oboje z mężem zgodziliśmy się, że przyjmiemy dziecko z każdą chorobą. Ja zrezygnuję z pracy. Mąż będzie musiał utrzymać całą rodzinę. Nie śmiałam nawet prosić Boga o zdrowie dziecka. Prosiłam o siłę dla mnie i męża. Bóg znowu nas zaskoczył – Józef urodził się zdrowy. Jest żywiołowy i radosny.

– Na koniec chciałam spytać, co dla Ciebie znaczy hasło jasnogórskich konferencji: „Moja Mama jest Królową”.

– Dla mnie to znaczy, że Maryja jest wyjątkowo ważna, gdyż jest bardzo mądra. Mogę oddać się pod Jej opiekę. Chcę, żeby Ona zarządzała moim życiem. Ona jest cała piękna. Najpiękniejsza pod każdym względem. Mogę ze wszystkim się do Niej zwrócić.

– Dzisiaj Maryja dostała tyle pochwał, że jako kobieta czuje się tu, przy nas, bardzo szczęśliwa. Dojrzała mama chce być ceniona i chce, by jej dzieci wiedziały, że jest Boża, szczęśliwa i silna. Najszczęśliwsze są przecież te dzieci, które czują się kochane przez mamę, która jest spełniona i radosna w swojej kobiecości i swoim macierzyństwie...

– Kocham Maryję, bo Ona pomaga mi być szczęśliwą i spełnioną żoną i mamą. Cieszę się, że urodziłam się w Polsce, bo kult maryjny nas wyróżnia. Potwierdziły to Światowe Dni Młodzieży w Krakowie. Potwierdzają to dary, które otrzymujemy od Boga za Jej przyczyną: kard. Wyszyński, św. Jan Paweł II, św. Siostra Faustyna z jej iskrą miłosierdzia, której potrzebuje świat – małżonkowie, rodzice, dzieci...

Więcej na stronie: www.koronamaryi.pl

Tagi:
wywiad Jasna Góra rozmowa Żywa Korona Maryi Wieczory Maryjne

To Bóg planuje

2017-06-28 09:33


Niedziela Ogólnopolska 27/2017, str. 26-27

„Nie zdarzyło mi się jeszcze mieć pretensji do Pana Boga, a w momencie, kiedy pojawiają się moje własne cierpienia i jest mi z czymś bardzo trudno, dosyć szybko – bo na szczęście mam pogodne usposobienie – przychodzi mi do głowy myśl: Panie Boże, wiem, że jesteś”... Z dr Heleną Pyz – niezwykle dzielną i odważną kobietą, lekarką i misjonarką w ośrodku dla trędowatych Jeevodaya w Indiach – rozmawia Agnieszka Porzezińska

AGNIESZKA PORZEZIŃSKA: – Maryja została wzięta do nieba z duszą i ciałem. Tutaj, na ziemi, ciało może sprawiać nam czasami kłopot, ale później będzie docenione?

DR HELENA PYZ: – Jestem lekarzem i zajmuję się leczeniem ciała, ale wielokrotnie zdarzało mi się ratować także dusze. Na rozpacz nie ma tabletek, pomagają tylko moc Boga i troska Maryi. Przez lata praktyki przekonałam się, że człowiek jest jednością tego, co cielesne, i tego, co duchowe.

– Z cierpieniem, ze śmiercią ma Pani do czynienia praktycznie na co dzień...

– Tak, i to jest wielka łaska. Kiedy ciało już nie chce słuchać, kiedy poddane jest strasznemu cierpieniu, zawsze można dać człowiekowi nadzieję, mówiąc, że istnieje sens jego cierpienia. Dla ludzi niewierzących – takich prawdziwie niewierzących, którzy zaprzeczają istnieniu Pana Boga – zawsze mam jedno stwierdzenie: Nie dałeś sobie życia sam. Życie jest wielkim darem. Nie masz prawa w żaden sposób go zakończyć, zniszczyć, musisz dbać o swoje ciało do końca, bo w nim ukryta jest twoja dusza.

– Współcześnie panuje kult ciała, ale to jest bardzo płytkie spojrzenie na człowieka. Co z ludźmi, których ciała są brzydkie, okaleczone?

– Sama jestem chora i gdy jeszcze chodziłam, to chodziłam brzydko. Moje ciało było powyginane. Trzeba umieć to przyjąć. Uważam, że nie samo ciało jest ważne, ale człowiek. Mimo że ciało jest w jakikolwiek sposób upośledzone lub okaleczone, to nadal jesteśmy w pełni wartościowymi ludźmi. Niczego nam nie brakuje, bo nadal jesteśmy tymi samymi bożymi stworzeniami. Pan Bóg daje nam takie życie, jakie daje, i nawet jeśli ulega ono zmianie czy degradacji, to nadal, aż do samego końca, jesteśmy Jego własnością.

– Kiedy uświadomiła sobie Pani, co to znaczy „wniebowzięcie”?

– Wierzymy, że chrzest św. całkowicie gładzi nasze grzechy, niezależnie od tego, w jakim momencie go przyjmujemy. Kilkakrotnie zdarzało mi się chrzcić człowieka w obliczu śmierci, zarówno dorosłego, jak i niemowlę. Za każdym razem odczuwałam radość i miałam głęboką świadomość, że ten człowiek za chwilę będzie w niebie. Tak, jego ciało pogrzebiemy, włożymy do piachu, ono ulegnie dalszemu zniszczeniu, ale dusza tego człowieka za chwilę będzie w ramionach Ojca. To są niepowtarzalne przeżycia.

– Nie ma Pani wątpliwości, że niebo istnieje naprawdę?

– Nie mam. Tak mnie wychowano. Ale nie mam wątpliwości także dlatego, że ja nieba doświadczam. Niebo to jest radość i szczęście w ramionach Ojca, ale jakiejś cząstki tej radości doświadczamy także tu, na ziemi.

– W przeżywaniu odchodzenia ludzi także doświadcza Pani przedsionków nieba?

– Niedawno odeszła do nieba moja serdeczna przyjaciółka, osoba, która przez kilkanaście lat bardzo mi pomagała. Pięć dni przed śmiercią przyszedł do niej kapłan z sakramentami pojednania, Eucharystii i chorych. Napisała do mnie – ja byłam wtedy w Indiach, a ona w Polsce: „Właśnie wyszedł ksiądz. Jestem szczęśliwa. Czy to nie przedsmak nieba? Absolutny spokój...”. Pięć dni później już jej tutaj, na ziemi, nie było. Wielokrotnie widziałam radość, ulgę i spełnienie u ludzi, którzy prosili o chrzest i go otrzymali. Sama kiedyś miałam łaskę ochrzcić dziecko leżące w inkubatorze, którego życie było zagrożone. Ochrzciłam je i od tego momentu ono zaczęło zdrowieć.

– To niesamowite...

– Jeszcze jeden przypadek. Kiedyś jeden z moich pacjentów był już na krawędzi życia i sam, bez żadnego mojego pytania, poprosił o chrzest. Musiał parę dni czekać na przybycie księdza. A gdy ten w końcu przybył i udzielił mu sakramentu, pacjent po godzinie zmarł. Jemu to było naprawdę potrzebne. Ogromną łaską jest patrzeć, jak działa Pan Bóg. Jestem przekonana, że docieranie do ludzi chorych w momencie, kiedy cierpią, i danie im nadziei jest nieprawdopodobnie ważnym zadaniem. Im więcej będzie katolickich lekarzy i pielęgniarek, którzy zwrócą uwagę na to, kiedy trzeba podejść do człowieka, i im więcej będzie dobrych kapelanów szpitalnych, tym więcej będzie łaski, żeby cierpienie znosić w łączności z Panem Bogiem i mieć szansę na to, by kiedyś, po zmartwychwstaniu ciał, być jak nasza Mama w niebie.

– To byłaby sytuacja idealna i dająca bardzo wiele pokoju, gdybyśmy umieli stale przeżywać cierpienie nasze i innych ludzi w łączności z Bogiem. Jednak trudno mi uwierzyć, że stałe obcowanie z ogromnym cierpieniem nie zasmuca Pani, nie odbiera sił.

– Naprawdę nie. Proszę mi uwierzyć, jestem bardzo szczęśliwa w mojej posłudze. Nie zdarzyło mi się jeszcze mieć pretensji do Pana Boga, a w momencie, kiedy pojawiają się moje własne cierpienia i jest mi z czymś bardzo trudno, dosyć szybko – bo na szczęście mam pogodne usposobienie – przychodzi mi do głowy myśl: Panie Boże, wiem, że jesteś. I często to mi wystarcza.

– Jako członkini Instytutu Prymasa Wyszyńskiego jest Pani bardzo mocno związana z Jasną Górą...

– Mój tata wędrował na Jasną Górę od 1945 do 1979 r. Chodził co roku od okupacji do swojej śmierci. W dniach 6-15 sierpnia musiał mieć urlop w swoim zakładzie pracy. Mnie też zdarzyło się iść dwa razy. A tak dosłownie to raz jechałam rowerem, a raz szłam o kulach. Bardzo kocham Jasną Górę. Kiedy jest mi czasem bardzo ciężko, to tam, w Indiach, w ośrodku Jeevodaya, w którym pracuję, w kaplicy albo w moim pokoju przenoszę się w myślach do Kaplicy, do takiego kątka tuż przy drzwiach, który bardzo lubię, i patrzę na Cudowny Obraz. On zawsze jest w moim sercu. Jeżeli potrzebuję pomocy, odpoczynku, pociechy, powrotu do sił, to w myślach siadam właśnie tam. Na jedną chwilę, dłuższą lub krótszą – i siły wracają. Jasna Góra jest moim miejscem, w jakimś sensie moim domem. Tu jest przecież moja Mama.

– Jaką Mamą jest dla Pani Maryja?

– Najlepszą. Moja rodzona mama też była cudowna, bardzo wiele rozumiała. Zgadzała się na wszystko. Mówiła: Ty wiesz lepiej. Ty wiesz, co jest ci potrzebne. Kiedy wybrałam się do Instytutu i zdecydowałam na życie konsekrowane, powiedziała: Ty wiesz, co lepsze. Kiedy wybierałam się do Indii, a wtedy już ciężko chorowałam, powiedziała: Wiem, że nie możesz sama sobie odmówić, sama sobie zaprzeczyć. Czułabyś się nieszczęśliwa, gdybyś nie realizowała tego, co ci Pan Bóg pokazał jako twoją drogę. A nad moją mamą duchową, która mnie wychowywała w Instytucie – niejedna zresztą – jest jeszcze Pani Jasnogórska. Przyciągnęły mnie Jej oczy. Kiedy patrzę w Jej oczy, nie mogę nie ulec Jej miłości. Ona zawsze patrzy z wielką cierpliwością.

– Gdy Pani zachorowała, miała 10 lat. Miała Pani żal do Boga?

– Dzieciak nie ma świadomości, że czegoś nie może. Nie miałam w sobie buntu, ale ogromną chęć dalszego życia. Lekarze wtedy nie bardzo znali chorobę Heinego-Medina – był 1958 r. Nie wiedzieli jeszcze, jak sobie z tą chorobą radzić. Miałam bardzo ciężkie porażenie wszystkich mięśni. Lewą ręką mogłam unieść tylko kubek, jeśli nie był pełen wody. Jak tylko czułam, że mogę ruszać jednym palcem, zaraz to wykorzystywałam. Rodzice i rodzeństwo bardzo mnie wspierali, bym wróciła do jak najlepszej sprawności. Chyba tata zaraził mnie chęcią do nauki. Powiedział: Inni będą zdobywać medale na boiskach, a ty musisz zwojować świat głową. Podsuwał mi ciekawą literaturę. Dużo czytałam. Miałam przecież na to czas. Choroba upośledziła moją sprawność fizyczną, ale na szczęście Pan Bóg zachował mi sprawną głowę. Mogłam skończyć studia medyczne i swoimi umiejętnościami i wiedzą zacząć służyć innym ludziom.

– A dzieci w szkole Pani nie dokuczały? Nie odsuwały się od Pani?

– Nie rozumiem tego, co się dzieje dzisiaj. Tyle się słyszy o przypadkach agresji między dziećmi. Mnie moi rówieśnicy nie dokuczali. Nigdy nie było przezywania, wyśmiewania. Gdy się przewracałam, zawsze ktoś mnie podniósł, wziął pod ramię. Nie miałam złych doświadczeń – a może tylko te dobre pamiętam...

– Wciąż ma Pani dużo sił?

– Myślę, że póki jestem Bogu potrzebna, dostaję siły. Od kilku lat jestem emerytką, ale ciągle jeszcze jestem w stanie pomagać. Staram się pokonywać trudności i iść dalej.

– Umie Pani żyć z dnia na dzień, czy jednak ulega pokusie robienia planów? Marzy Pani o czymś?

– Wystarcza mi to, co mam. Umiem żyć w biedzie, a tam, gdzie pracuję, jest bardzo biednie. Żyję na takim poziomie jak moi współmieszkańcy w ośrodku. Umiem też cieszyć się udogodnieniami, które otrzymuję w Polsce. Chciałabym być potrzebna i umieć się wycofać, kiedy Pan Bóg uzna, że już czas. To On planuje. Od początku to Pan Bóg wytyczał mi drogę, a ja nigdy nie chciałabym powiedzieć Bogu: nie.

* * *

Moja Mama jest Królową

To cykl dziewięciu Jasnogórskich Wieczorów Maryjnych, które od 8 listopada 2016 r. do 8 lipca 2017 r. odbywają się na Jasnej Górze w 8. dniu każdego miesiąca.

Tematami tych spotkań są tajemnice różańcowe.

8 czerwca 2017 r. uczestnicy spotkania rozważali tajemnicę Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Gośćmi wieczoru byli: o. Grzegorz Prus – rektor paulińskiego seminarium w Krakowie na Skałce i dr Helena Pyz – misjonarka świecka w Indiach. Publikujemy zapis rozmowy, którą przeprowadziła z dr Heleną Pyz Agnieszka Porzezińska.

Kolejny Jasnogórski Wieczór Maryjny – zaplanowany na 8 lipca 2017 r. – będzie dotyczył tajemnicy Królowania Maryi.

* * *

Jeevodaya to Ośrodek Rehabilitacji dla Trędowatych w Indiach, założony przez ks. Adama Wiśniewskiego SAC, a od 1989 r. prowadzony przez dr Helenę Pyz – lekarkę i misjonarkę, członkinię Instytutu Prymasa Wyszyńskiego www.jeevodaya.org

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Święty Krzyż: nocna Droga Krzyżowa w intencji trzeźwości

2018-02-17 11:57

dziar / Święty Krzyż (KAI)

Ponad 200 osób – trzeźwiejących alkoholików, doświadczonych nałogiem i ich rodzin - uczestniczyło wczoraj późnym wieczorem w terenowej Drodze Krzyżowej z Nowej Słupi na Święty Krzyż, która jest organizowana w pierwszy piątek Wielkiego Postu. Wydarzenie, któremu przewodniczył bp Jan Piotrowski, włączono w rozpoczęty 11 lutego Tydzień Modlitw o Trzeźwość Narodu.

Archiwum autora
Opactwo na Świętym Krzyżu

Każdy z uczestników otrzymał drewniany krzyż z napisem: „Bądźcie trzeźwi! Czuwajcie! Przeciwnik wasz, diabeł, jak lew ryczący krąży szukając kogo pożreć”.

Organizatorzy podkreślają, że społeczność osób trzeźwiejących bardzo aktywnie włącza się w przygotowanie nabożeństwa. Ich obecność z całymi rodzinami, z przyjaciółmi, wspólna modlitwa i poruszające świadectwa o upadkach i zmaganiu z nałogiem, mają znaczenie nie tylko dla nich samych, ale też dla pozostałych uczestników wydarzenia.

Przy jednej ze stacji mały Staś zaśpiewał poruszającą piosenkę o cierpieniach dzieci wskutek nałogu rodziców; przy innej Ryszard opowiadał o swojej bardzo trudnej drodze do trzeźwości, gdy był kilka razy karany, kilkakrotnie przeszedł odwyk, zniszczył rodzinę, ale dzięki miłości Jezusa wyszedł ze zniewolenia i odbudowuje swoje życie.

W bazylice na św. Krzyżu Mszy św. przewodniczył bp Jan Piotrowski, który poświęcił krzyże niesione przez uczestników nabożeństwa. W homilii biskup podkreślił znaczenie związania swojego losu z Jezusem, który daje siłę i oparcie w sytuacji wychodzenia z nałogu.

W okresie Wielkiego Postu, w diecezji kieleckiej są podejmowane różne inicjatywy trzeźwościowe.

Grupa Lubrzanka organizuje na terenie trzech gmin: Masłowa, Bodzentyna i Górna nabożeństwa Drogi Krzyżowej z modlitwą o trzeźwość. Nabożeństwa odbywają się za każdym razem w innej parafii. Przygotowują je grupy trzeźwiejących alkoholików. Bardzo mocnym akcentem wydarzeń są osobiste świadectwa alkoholików trzeźwiejących.

W parafii Uniejów od trzech lat trzeźwiejący alkoholicy organizują w Wielki Piątek nabożeństwo Drogi Krzyżowej, w tym roku będzie o godzinie 14.00. Sami przygotowują rozważania poszczególnych stacji, przy każdej z nich głoszą dwa lub trzy świadectwa. Do Uniejowa na Drogę Krzyżową przyjeżdżają osoby z okolic Miechowa i Wolbromia.

Uczestnicy starają się rozpropagować inicjatywę, rozdając ulotki profilaktyczne i informacyjne z adresami grup AA, dotyczące duszpasterstwa trzeźwości, rozdają obrazki z modlitwą o trzeźwość.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Msza żałobna w seminarium za ks. prof. Jana Kowalskiego

2018-02-17 20:36

Kl. Michał Pierzchała, rok V

W dniu 16 lutego br. w Kościele seminaryjnym pw. Jezusa Chrystusa Najwyższego i Wiecznego Kapłana w Częstochowie została odprawiona Eucharystia w intencji zmarłego ks. inf. prof. dr. hab. Jana Kowalskiego. Żałobnej Mszy św. przewodniczył bp dr Andrzej Przybylski.

W czasie homilii ksiądz biskup zaznaczył, że stajemy przed Bogiem przede wszystkim z ogromną wdzięcznością za dar życia i posługi śp. księdza Jana, który zawsze szczególną troską otaczał wspólnotę kandydatów do kapłaństwa. Jego Ekscelencja zwrócił uwagę uczestników liturgii żałobnej na fakt, iż z pewnością zmarły ksiądz Jan tak bardzo troszczył się o kleryków, ponieważ wiedział, że tak dużo zależy w Kościele od kapłanów. Kaznodzieja wskazał na śp. księdza profesora jako na przykład kapłana, który najpierw troszczył się o Kościół, o sprawy Boże, o drugiego człowieka, a dopiero na końcu o samego siebie. Zmarły Ks. inf. prof. Jan Kowalski pełnił liczne funkcje w Wyższym Częstochowskim Seminarium Duchownym. Był między innymi wykładowcą teologii moralnej, ojcem duchownym (1962-63), wicerektorem i prefektem studiów (1974-78) oraz rektorem naszego Wyższego Seminarium Duchownego (1978). Dobrodziej naszego Kościoła partykularnego odznaczał się autentycznym zaangażowaniem w kształcenie młodych pokoleń kapłanów oraz głęboką miłością do Kościoła Częstochowskiego. Jego troska wyrażała się przede wszystkim

Zobacz zdjęcia: Eksporta śp. ks. prof. Jana Kowalskiego

w braterskim wsparciu udzielanym wspólnocie alumnów w wymiarze intelektualnym, duchowym. Niesposób zapomnieć o ogromie dóbr materialnych, szczególnie przeznaczonych na sprawowanie kultu Bożego, naukę czy codzienne funkcjonowanie, które otrzymaliśmy dzięki otwartości serca śp. ks. prof. Jana. Stąd wyrażając naszą wdzięczność jako wspólnota księży przełożonych i profesorów oraz kleryków otoczyliśmy śp. księdza Jana modlitwą Liturgii Godzin oraz koronką do Bożego Miłosierdzia.

Ufamy, że dobry i miłosierny Pan przyjmie drogiego naszym sercom śp. ks. inf. prof. Jana Kowalskiego do swojej chwały. Wierzymy, że Bóg przebaczy mu grzechy popełnione wskutek ludzkiej ułomności i zakryje wszelką niedoskonałość swoją miłością.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem