Reklama

Między nami

O Tych, którzy mają odwagę

2016-11-02 11:43

Beata Kociołek
Niedziela Ogólnopolska 45/2016, str. 50-53

Fxquadro/fotolia.com

Kiedy spotykam kogoś, kto ma się pobrać – młodego chłopaka, który się żeni, czy dziewczynę, która wychodzi za mąż – mówię: Ci to mają odwagę. Dlatego, że nie jest łatwo stworzyć rodzinę. Nie jest łatwo zaangażować się na całe życie. Trzeba być odważnym. (...)
Czasami pytają mnie: co zrobić, żeby rodzina zawsze zmierzała do przodu, pokonując wszelkie trudności. Zachęcam Was, żebyście zawsze korzystali z trzech słów (...): pozwól, dziękuję i przepraszam.
Pozwól. Zawsze powinniśmy pytać współmałżonka – żona męża czy mąż żony: co o tym myślisz? Czy uważasz, że tak powinniśmy zrobić? Nigdy nie narzucać siłą. Pozwól...
Drugie słowo to wdzięczność: ileż to razy mąż powinien powiedzieć żonie „dziękuję” i ileż to razy żona powinna mężowi powiedzieć „dziękuję”. Bądźcie sobie wzajemnie wdzięczni, bo to właśnie małżonkowie udzielają sobie nawzajem sakramentu małżeństwa, a ten sakramentalny związek opiera się na wdzięczności. Dziękuję...
Trzecie słowo to przepraszam. To słowo bardzo trudno wypowiedzieć. W małżeństwie, czy to mąż, czy to żona, zawsze popełniają błędy. Umiejętność przyznania się do nich, przeprosiny i prośba o wybaczenie bardzo pomagają.
Papież Franciszek, Kraków, 28 lipca 2016

O małżeństwie i rodzinie wiele się mówi, pisze, powstają filmy, organizuje się spotkania, konferencje, rekolekcje. To ważna sprawa. Obserwując życie rodzinne bliskich, przyjaciół, znajomych i nieznajomych, zbieramy informacje, z czasem dołączamy do nich własne doświadczenia. Jednak wciąż poszukujemy, odkrywając nie do końca poznany świat naszych małżeńskich relacji. Nie chodzi bowiem tylko o wiedzę i kopiowanie cudzych wzorów, ale roztropne korzystanie z posiadanych informacji, aby dzień po dniu, z nową siłą budować nasze małżeństwo, nową jakość relacji z mężem/żoną, nieprzerwanie współpracując z łaską sakramentu, jakiego udzieliliśmy sobie, ślubując miłość, wierność i uczciwość małżeńską, aż tu na ziemi rozłączy nas śmierć.

Kocham Cię, żono! Kocham Cię, mężu!

To małżeńskie oflagowanie brzmi romantycznie, ale i rozważnie. Wyraża ni mniej, ni więcej – pragnę dobra dla Ciebie. I właśnie dlatego, że chcę dla Ciebie dobra, będę ze wszystkich sił, wytrwale troszczył/a się o Ciebie, aby dawać Ci dobro, którego potrzebujesz. Jednocześnie pozostanę otwarty/a na dobro, jakim Ty jesteś i jakie mi w wolności ofiarujesz, abyśmy mogli dzielić się nim z naszymi dziećmi, bliskimi, przyjaciółmi, w pracy i wszędzie tam, gdzie pośle nas Bóg. Samowystarczalność to obiektywnie dobra cecha, ale w małżeństwie nie sprawdza się. Między małżonkami powinna być harmonia w dawaniu i braniu. Naszym celem jest wzajemny rozwój w miłości, dlatego jestem gotowy/a na ciągłe poznawanie Ciebie i daję się poznać Tobie.

Nie jesteśmy jednak naiwni i nie żyjemy w przekonaniu, że życie upłynie nam w cukierkowych barwach. Na każdy dom przyjdzie deszcz, burze i wichry, które weń uderzą (Mt 7, 24-27). Przetrwa tylko ten, który zbudowany jest na skale. Jest nią tylko Chrystus, którego zaprosiliśmy do naszego małżeństwa i który nieprzerwanie nam towarzysząc, przekazuje sakramentalne łaski, aby nasza małżeńska autostrada doprowadziła nas do zbawienia. Taka przysięga małżeńska w pigułce. Aktywna i skuteczna przeciwko małżeńskiej rutynie, niezależnie od metryki naszego małżeństwa. Czy jednak w zabieganym świecie, gdzie wszystko jest ważne i „na wczoraj”, umiemy ją jeszcze właściwie praktykować?

Reklama

Papież Franciszek podczas pielgrzymki do Polski w ramach Światowych Dni Młodzieży, publicznie dostrzegł małżonków, narzeczonych i tych, którzy dopiero rozważają powołanie do małżeństwa. Jak to ma w zwyczaju, powiedział bezpośrednio, po ojcowsku z wielką atencją: „Ci to mają odwagę”. Wtedy łapaliśmy każde słowo Papieża. Czuliśmy się ważni, odważni i pełni sił, aby zmieniać świat na lepsze. Dziś „rozpakowujemy” papieski prezent, rozważając trzy jakże ważne w relacjach małżeńskich słowa: pozwól, dziękuję i przepraszam.

* * *

POZWÓL

Pozwalam komuś na coś albo nie pozwalam. To do mnie należy decyzja. Jest też takie „pozwól”, w którym to ja proszę drugą osobę o wyrażenie zgody, o zielone światło, o łaskawość dla mnie, ale bez jednoczesnego ograniczania jej wolnej woli. Taka postawa, choć niełatwa, jest dla nas szansą na rozwój zarówno osobisty, jak też rozwój w relacji małżeńskiej. Czyli jest to szansa na wzrastanie, doskonalenie się, rozwój cnót. Uwalniając się od zadęcia światowego indywidualizmu, staram się stanąć w prawdzie o tym, kim jestem ja i kim jest mój mąż/moja żona.

Mówiąc „pozwól”, nie chcę przemocą narzucać swojego ja (problemów, sądów, potrzeb, choć to nie znaczy, że mamy o nich w ogóle nie rozmawiać, wręcz przeciwnie!). „Pozwól” zawiera moją zgodę na Ciebie, Twoją decyzję. Niczego nie wymuszam na mężu/żonie. Daję wolność. Nie roszczę sobie praw do tego, aby być pierwszym/ą, lepszym/ą, ważniejszym/ą, zawsze wiedzącym/ą, co i kiedy należy zrobić. Chcę pokazać, że faktycznie interesuje mnie i szanuję to, co myśli i czuje mój mąż/moja żona, jakie ma potrzeby.

W miłości ważny jest czas. „Wszystko ma swój czas i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem...” (Koh 3, 1-17). Właściwie go rozeznając (bez odkładania ważnych spraw na przysłowiowego „świętego nigdy”), będziemy bardziej DLA siebie nawzajem, mówiąc częściej: „Żono, pozwól proszę”, „Mężu, pozwól proszę…”.

Pozwól

Pozwól dotyczy przede wszystkim wolności. Kiedy małżonkowie są wiązani stułą, przekazują sobie nawzajem do siebie prawa. Wynika to z miłości małżeńskiej, która jest wzajemna, ale też wyłączna. Stąd „pozwól” to wyraz lojalności tego silnego związku, przekazanie jakiejś części wolności drugiej osobie. Ale to nie całkowita rezygnacja ze swojej wolności. Są bardzo intymne obszary życia, których nie przekazuje się współmałżonkowi, jak choćby relacja z Bogiem – z jednej strony wspólna modlitwa, ale spowiedź już oddzielna. Warto zatem zobaczyć, że „pozwól” to szukanie pewnego środka, optymalnej drogi wolności w małżeństwie, żeby nie czuć się niewolnikiem małżeństwa, ale żeby czuć, że jest to celebracja miłości, coś, co nie ogranicza i zobowiązuje, ale dzięki czemu będę jeszcze bardziej wolny.

„Pozwól” może się łączyć także z tematem kontroli w małżeństwie. Zwykle myślimy o tym, że kontrola jest ważna i potrzebna. Tak, ale pod warunkiem, że jest to kontrola adekwatna, a nie przesadna, że nie jest to wścibstwo – wiedzieć o drugim wszystko i sprawować kontrolę totalną. To bardzo niebezpieczne zjawisko – w imię tego, że jesteśmy razem, może dojść do strasznej dominacji, w której odbiera się drugiemu wolność w imię miłości, bycia razem, jedności przed Bogiem. Nadmierna kontrola jest formą przemocy.

„Pozwól” to celebracja wolności, szukanie tego, co optymalne i adekwatne.

* * *

DZIĘKUJĘ

Każdy przyzna, że w dobrym tonie jest dziękować. Dziękuje człowiek kulturalny, a któż z nas nie chce takim być lub/i aby inni go postrzegali w ten sposób. Żeby jednak dziękowanie nie stało się tylko formalnością dobrze wychowanych ludzi, muszę mieć wrażliwość na... dobro wokół mnie. Doświadczając dobra, rodzi się wdzięczność, a wtedy znacznie łatwiej o dystans do rzeczywistości, mniej stresu, gniewu, niezadowolenia, mniej też „globusów” i ucieczek do garażu. Kiedy mam w sobie postawę wdzięczności, moje zwykłe „dziękuję” czyni cudowne rzeczy we mnie i innych.

Bądźmy wdzięczni za męża/żonę. Dziękując za siebie Bogu i sobie nawzajem, dostrzegamy ogrom dobra, które niesie współmałżonek. Nie żałujmy czasu i wysiłku, aby sobie i sobie nawzajem podziękować, doceniając to, co w nas dobre. Za rzeczy zwykłe i te bardziej kwalifikowane, za oczywistości, które w gruncie rzeczy wcale nie są nam należne, za drobnostki, aby mogły się stać perełkami i serdecznie uradować. Pamiętajmy, że dziękując, również motywujemy. Zacznijmy od jednego „dziękuję” dziennie, a z czasem praktyka uczyni z nas mistrzów zatroskanych o to, aby nie zgubić po drodze nawet najmniejszego dobra.

Dziękuję

Kiedy małżonkowie sobie dziękują, to dostrzegają wzajemne dobro, cieszą się nim, widzą, że dobro współmałżonka jest także moim dobrem. Kiedy małżonkowie sobie dziękują, celebrują sakrament małżeństwa niejako zanurzony w Eucharystię.

„Dziękuję” jest słowem bardzo chrześcijańskim, Eucharystia – niezależnie od tego, w jakiej intencji jest sprawowana – jest wielkim dziękczynieniem Bogu. Słowo „dziękuję” jest w pewnym sensie sercem chrześcijaństwa, tak jak Eucharystia jest misterium centralnym.

Dziękowanie uczy nas najpierw dostrzegania tego, co dobre, ucieszenia się tym, docenienia, dowartościowania, wydobycia. Kiedy już to wszystko jest spełnione, wtedy możemy wyrazić wdzięczność wobec osoby, która je sprawiła. I to jest ten drugi element. Wdzięczność może wyrażać się w spojrzeniu, dotyku, w tym, jak się nawzajem traktujemy. Dziękowanie z dostrzeganiem dobra, nazywaniem go i eksponowaniem jest bardzo ewangeliczne; bo przecież, żeby głosić Ewangelię – dobrą nowinę, należy ją widzieć, cenić, eksponować.

* * *

PRZEPRASZAM

Generalnie większość ludzi ma problem z przepraszaniem. Mamy oczywiście szacunek dla św. Piotra, który zapytawszy Jezusa o to, ile razy ma przebaczać, z niedowierzaniem przyjął odpowiedź Mistrza, że ZAWSZE. Jednak praktyka wydaje się nas przerastać. Trudno jest przyznać się do błędu, a jeszcze trudniej zadośćuczynić za zło wyrządzone drugiej osobie. W małżeństwie sytuacja wydaje się jeszcze bardziej skomplikowana, bo przecież chodzi o osoby najbliższe sobie na tym świecie – żonę i męża. W Liście do Efezjan słyszymy „Gniewajcie się, a nie grzeszcie: niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce! I nie dawajcie miejsca diabłu!” (Ef 4, 26-27). Mogą więc latać talerze, jak mówi Ojciec Święty Franciszek, ale nie pielęgnujmy i nie podsycajmy cierpienia i żalu, prowadząc zimną wojnę cichych dni. Stając w prawdzie, uznajmy krzywdy, ale nie pozwólmy, aby stały się dla nas sztandarem fałszywej niepodległości, która nas zniewala, celnie i głęboko rani, a ostatecznie odziera z nadziei w Boże miłosierdzie.

Przepraszam

Nie jest możliwe, żeby nie cierpieć na tej ziemi, i nie jest możliwe, żeby nie zadawać innym cierpienia.

To się łączy z tajemnicą naszej grzeszności – postępujemy wbrew sobie, jedno myślimy, inne mówimy, zawsze więc kogoś zranimy i ktoś nas zrani. Dlatego jedną z centralnych tajemnic chrześcijańskiego życia jest przebaczenie.

Przebaczenie jest możliwe, kiedy pada słowo „przepraszam”. Jest ono bardzo ważne i warto go używać. Ale nie należy go nadużywać. Powinno być autentyczne i szczere, ze świadomością: za co.

Słowo „przepraszam” ma ogromną siłę, może być wyrażane słowem, ale też gestami. Czasami małżonkowie mają swoje sposoby przepraszania siebie, bez słów, ale dobrze jest, żeby to słowo jednak padało. Żeby doszło do konfrontacji, a nie tylko zostało przyciszone, przykryte, schowane. Gdy emocje opadną, dobrze jest wrócić do rozmowy z innej pozycji, na innych warunkach i emocjach, porozmawiać i wszystko zakończyć słowem „przepraszam”.

Beata Kociołek
razem z mężem Maciejem: małżeństwo pełnoletnie, rodzice 3 synów, prawnicy, doradcy życia rodzinnego, od 10 lat prowadzą kursy dla narzeczonych

Ks. Tomasz Knop
teolog duchowości, kierownik duchowy, psychoterapeuta, psychodramatysta, bibliodramatysta, rekolekcjonista, kapelan hospicjum w Częstochowie

* * *

To naprawdę ważne słowa

Często mówimy, że są to słowa klucze. A klucz jak to klucz – otwiera zamki albo je zamyka. Dobrze jest się spotkać w małżeństwie, aby porozmawiać, jak to z tymi kluczami u nas jest. Jeśli mężowie nie zaproszą na randkę swoich żon, nic nie stoi na przeszkodzie, aby żony przejęły inicjatywę i zorganizowały spotkanie we dwoje. Ważne, aby odłączyć się od przeszkadzaczy (no cóż, świat musi tym razem poczekać!), dzieciom zorganizować opiekę (i tu apel do żon – dzieci na tej rozłące na pewno nie ucierpią, one wiedzą, że wzajemna miłość rodziców jest ich wielkim skarbem!), a samemu z pękiem kluczy (pozwól, dziękuję, przepraszam) otworzyć się na bliskość małżeńskiego spotkania, aby doświadczyć (i uczynić to stałą małżeńską praktyką) prawdziwej komunii osób.

* * *

Świadectwa

Cieszę się, że zdecydowaliśmy się na prawdziwe prekana, a nie tylko podpisiki. To był kosmos. Okazało się, że prowadzący to ludzie, którzy chcą się podzielić swoim doświadczeniem. A do tego ksiądz – otwarty na ludzi, przystępny. Takiego Kościoła nie znałam, ale dziś mogę powiedzieć, że Pan Bóg wiedział, iż właśnie ono było mi potrzebne. Pan Bóg naprawdę wie wszystko. I jeszcze jedno. Nie sądziłam, że są dokumenty kościelne dotyczące małżeństwa i że normalni ludzie mogą, a nawet powinni je czytać, bo... przydają się w codziennym życiu, tłumacząc wiele spraw.
Małgosia

Czasami wydaje mi się, że rozumiem więcej, a czasami, że jednak mniej. Dopóki szukałem żony, wydawało mi się, a nawet byłem pewien, że jestem idealnym kandydatem na męża. Coś tam przeczytałem o kobietach, posłuchałem mądrych nauk, rekolekcji. Nie wpadłbym na to, że praktyka życia małżeńskiego, a nawet jeszcze okres narzeczeństwa, tak odrze mnie ze złudzeń, jaki to ja jestem cierpliwy, wytrwały, wyrozumiały, chętny do współpracy i co tam jeszcze sobie pomyślę w litanii samouwielbienia. Codziennie powtarzam sobie, że nasze małżeństwo jest dla mnie najważniejszym życiowym wyzwaniem. To u boku mojej żony uczę się, czym jest MIŁOŚĆ, czyli jak nie być egoistą.
Maciek

Moi rodzice nigdy nie przepraszali siebie nawzajem. Ciche dni po prostu mijały. Okazało się, że mój mąż nie akceptuje takiej małżeńskiej ścieżki i chciałby wyjaśnić każdą sprzeczkę zgodnie z zasadą, aby nad naszym gniewem nie zachodziło słońce. Na początku strasznie mnie to denerwowało, ale z czasem okazało się, że wiele dowiadujemy się o sobie tą drogą. Przepraszając siebie nawzajem, zawsze oboje wygrywamy.
Jagoda

Dopiero po tym kursie przedmałżeńskim zrozumieliśmy (a na pewno bardziej ja), co to znaczy być narzeczeństwem, że w sakramencie małżeństwa zapraszamy do nas Boga, że tu nie chodzi o fajny ślub i ładne zdjęcia na ścianę do naszego salonu. Tu chodzi o nasze życie, czyli moje, mojej żony, naszych dzieci. Aby było piękne, miało sens i prowadziło do Boga. W kilku dziedzinach czuję się specjalistą, mam liczne certyfikaty potwierdzające wysokie kwalifikacje zawodowe. W byciu mężem dopiero zaczynam się specjalizować. To moja życiowa rola, tylko sęk w tym, że dobrych nauczycieli nie znam zbyt wielu. Wiem jednak ponad wszelką wątpliwość, że moim pragnieniem jest, aby moja żona była ze mną szczęśliwa, a ja z nią, ma się rozumieć.
Jurek

To, że przepraszanie jest trudne, to żadna nowość, ale żeby dziękowanie było trudne, to było dla mnie zaskoczeniem. Zawsze podchodziłam do życia praktycznie. Brałam, co dostawałam, i dawałam, co mogłam. Nie liczyłam na żadne podziękowania. Z domu wyniosłam przekonanie, że to prowadzi do pychy. Dziękować nauczyłam się w dorosłym życiu, dzięki wychowaniu dzieci, bo rodzice uczą dzieci mówić trzech ważnych słów: „proszę, dziękuję i przepraszam”. I tak oto nadrobiłam dzięki dzieciom lekcję dobrego wychowania, które procentuje również w moim małżeństwie. Mówiąc „dziękuję”, czuję wdzięczność za mojego męża i dla mojego męża, za to, kim jest, ale też za to, że codziennie rano wita mnie uśmiechem, a potem zaprasza na kawę.
Kasia

Tagi:
rodzina miłość małżeństwo

O. Szustak: prawda, w której nie ma miłości, może zabić

2017-12-23 10:15

rk / Andrychów (KAI)

O tym, że prawda wypowiedziana bez miłości może zabić oraz dlaczego łatwiej Jezusowi wskrzesić zmarłego niż pogodzić skłóconych małżonków – wyjaśniał podczas ostatniego dnia rekolekcji adwentowych w Andrychowie o. Adam Szustak. Kościół pw. św. Stanisława BM na andrychowskim osiedlu wypełniały szczelnie przez trzy dni (20-22 grudnia) rzesze ludzi z różnych zakątków diecezji bielsko-żywieckiej, Małopolski i Śląska.


Znany dominikanin przestrzegł przed mówieniem komuś prawdy bez miłości. „Co z tego, że mówisz prawdę? Prawda pozbawiona miłości jest do wyrzucenia. Ta prawda może kogoś absolutnie zniszczyć” – zaznaczył w piątkowej konferencji, dla której punktem wyjścia była opowieść ewangeliczna o uzdrowieniu teściowej Piotra. Na tym przykładzie rekolekcjonista zachęcał, by naśladować Jezusa i uczyć się od Niego, jak naprawiać relacje z innymi ludźmi.

„Grzegorz z Nyssy pisze, że kiedy Bóg ma do wyboru wskrzesić umarłego albo pogodzić teściową z zięciem, to woli umarłych wskrzeszać. Bo to łatwiejsze jest. Kiedy Bóg przychodzi do umarłego, mówi wstań i ten wstaje” – zauważył kaznodzieja. Wskazał, jak trudno jest naprawić ludzkie podziały wśród bliskich sobie osób, zamkniętych w swej krzywdzie i oddzielonych od siebie nawzajem.

Zdaniem o. Szustaka, Bóg pragnie doprowadzić nas do tego, abyśmy się nauczyli kochać. „Dopóty nie zrobimy, do nieba nie wejdziemy” – przestrzegł, wyjaśniając obrazowo, jak będzie wyglądał czyściec. „Apokalipsa mówi wyraźnie: Pan Bóg naprawi każdą krzywdę, otrze każdą łzę. Wiecie, dlaczego się modlimy za dusze czyśćcowe? Żeby wreszcie uwolniły serca - bo oni tam siedzą i mówią: nie, nie będę kochać. A my się modlimy - przebacz, otwórz serce” – powtórzył.

W trzydniowych rekolekcjach w Andrychowie udział wzięły rzesze ludzi z różnych zakątków diecezji bielsko-żywieckiej i spoza niej. By wysłuchać popularnego dominikanina, młodzi i dorośli przyjechali z Bielska-Białej, Cieszyna, Żywca, Oświęcimia, Wadowic, Makowa Podhalańskiego czy Suchej Beskidzkiej.

„Te dni przypominały ewangeliczne obrazy, gdy za Panem Jezusem szły tłumy. I tak przyszły do Andrychowa. Cała okolica tu ściągnęła. Co jest piękne, że za ojcem przyszła młodzież. To znaczy, że jesteście głodni Bożego słowa i szukacie takiego sposobu jego podania, żeby zapadało w serce” – zauważył na koniec proboszcz andrychowskiej parafii ks. Jan Figura, dziękując rekolekcjoniście.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Dietetyk na Wielki Post: nie bójmy się pościć! To nas uzdrowi!

2018-02-14 18:15

Wydawnictwo Esprit, pgo / Warszawa (KAI)

Post to droga do wewnętrznej wolności, harmonii oraz Bożej dyscypliny, a ponieważ Bóg kocha post, poszcząc stajemy się prawdziwym przyjacielem samego Boga! A w codziennym życiu zyskamy cnotę umiarkowania - mówi Marek Zaremba, autor bestsellerów o jaglanej diecie i nowej książki o sile postu „Boży skalpel”, której patronatem medialnym jest Katolicka Agencja Informacyjna.

Agnieszka Konik-Korn

Co to znaczy pościć?

Wydawałoby się, że post to wyłącznie dobrowolna decyzja o tym aby się głodzić. Jednak istnieje pewien paradoks. Otóż post nie jest wcale związany z omijaniem jedzenia lecz poszukiwaniem bliższej relacji z Bogiem. Głód jest wyłącznie miejscem spotkania dwóch zakochanych - po trzykroć świętego Boga i grzesznego człowieka. Bóg nie potrzebuje postu, my tak! Prawdziwie pościć oznacza zatem przede wszystkim poszukiwać Boga.

Post, to również wyjście na naszą osobistą górę kuszenia, gdzie spotykamy się z naszymi wadami, pokusami i grzechem. To światło, które doskonale rozświetla i uświadamia ukryte w nas słabości i pożądliwość, za którymi stoi nasz odwieczny duchowy nieprzyjaciel. Post jest tarczą na wszelką pokusę nadmiernej konsumpcji zarówno materialnej i duchowej. Praktyka postu uświadamia nam z jednej strony naszą kruchość, z drugiej wskazuje na wewnętrzną pychę, która stale nas oddziela od relacji z Bogiem i drugim człowiekiem. Post uczy, że tylko Jezus może realnie pokonać grzech oraz nasze słabości.

Poszcząc wzrastamy w pokorze, która uzdrawia nas ze współczesnej hipokryzji oraz skupiania uwagi wyłącznie na sobie. Podczas postu połączonego z modlitwą kierujemy nasze zmysły do wewnątrz, aby dostrzec że prawdziwe lekarstwo oraz wsparcie jest wyłącznie na zewnątrz - w Bogu i ludziach w pełni z Nim zjednoczonych. Poszcząc zatem naśladujemy Chrystusa, który całkowicie zaufał Ojcu. Oddając naszemu Panu podczas postu ciało i duszę, ufamy że będzie On kształtować nas do niesienia światu Jego pokoju i miłości, których poszcząc, doświadczymy w pełni! Nieść Chrystusa może bowiem tylko ten kto Nim prawdziwie żyje i odczuwa Jego miłość. Poprzez post otwieramy serce, aby nasz Pan mógł dokonać operacji, uzdalniając nas do bycia miłosiernym. Post, to Boży skalpel, którym operuje nas Stwórca! To droga do wewnętrznej wolności, harmonii oraz bożej dyscypliny, a ponieważ Bóg kocha post, poszcząc stajemy się prawdziwym przyjacielem samego Boga!

W Polsce panuje powszechny mit obżarstwa naszych przodków, suto zastawionych stołów podczas licznych biesiad. Czy jest on prawdziwy? Czy w życiu naszych przodków były obecne postne tradycje?

Popularne wyobrażenia o nieposkromionym obżarstwie naszych przodków to pewne stereotypy. W rzeczywistości czas ucztowania i „staropolskiego” obżarstwa, szczególnie w okresie przed rozbiorami Polski, był przeplatany długimi okresami niezwykle surowego postu! Co ciekawe, prekursorem polskiej linii postnych potraw był Damian Zaremba, kuchmistrz rodziny Lubomirskich z Kruszyna! Surowy zakaz powstrzymywania się w określonym przez religię okresie nie tylko od jedzenia mięsa, ale także od spożywania mleka, masła, serów i jaj sprawiał, że ówczesny post był czymś zupełnie innym niż ten, niemal symboliczny post, który obowiązuje wierzących współcześnie.

Skrupulatnie przestrzegano także ograniczeń ilościowych, co sprawiało, że w tym czasie nawet zamożni ludzie po prostu głodowali. Gdy do tego wszystkiego przypomnimy fakt, iż dni postnych było wówczas sto kilkadziesiąt w roku, to łatwiej nam będzie zrozumieć przyczynę niewątpliwej żarłoczności naszych przodków oraz księży w dniach, w których post nie obowiązywał. Popularny obraz kuchni staropolskiej jako nieposkromionego, ociekającego tłuszczem mięsnego rozpasania jest w istocie daleki od prawdy. Jej główną cechą było raczej ciągłe przeplatanie się postu i obżarstwa, powściągliwości i łakomstwa, wyrzeczenia i świętowania. Przybywający do naszego kraju podróżnicy, w tym także katolicy, byli zszokowani siłą i powszechnością praktyk postnych. Gorliwy katolik w siedemnastowiecznej Polsce pościł przez niemal pół roku! Dziś katolicy z ledwością są w stanie odmówić sobie słodyczy czy lampki wina w czasie Wielkiego Postu lub mięsa w piątek.

Czy post ma moc uzdrawiającą? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Przezwyciężać w sobie to, co cielesne, by zwyciężało to, co duchowe, to w obecnych czasach niezwykle zacięta walka wewnętrzna. Współczesnemu człowiekowi coraz trudniej bowiem przychodzi uznanie osobistych błędów i podjęcie decyzji o zawróceniu z niewłaściwej drogi. Już nie potrzebujemy wznosić posągów czy złotych cielców, jak czyniono to kiedyś, sami bowiem uczyniliśmy z siebie „przedmioty” pożądania, oczekując w wirtualnej sferze podziwu i nadania nam przez innych najczęściej „zafałszowanej” wartości.

W ten sposób został wręcz całkowicie zaburzony i utracony skarb, który nosimy w swoim sercu – unikalny i niepowtarzalny duch, ukochany i nadany nam przez Stwórcę, przeznaczony do życia w świętości. Kiedy w wyglądzie i tym, co posiadamy czy osiągamy, upatrujemy wyłącznie naszej wartości czy poczucia spełnienia, ostatecznie tracimy poczucie wolności. Zamiast w każdym człowieku dostrzegać piękno Bożego stworzenia zaczynamy się wzajemnie oceniać, szufladkować i krytykować, nie zdając sobie sprawy z tego, że tak naprawdę demaskujemy ukryte w nas wady. Zamykamy nasze życie w więzieniu uzależnień cielesnych, a nawet duchowych.

Post jest doskonałym źródłem i drogą do uzdrowienia wewnętrznego. To dobrowolna postawa chrześcijanina, który poprzez jednoczenie się z Jezusem pragnie ofiarności, dobra i miłości. To szkoła pokochania również siebie jako dziecka bożego, droga do dbałość o zdrowie w świetle umiarkowania lecz bez zbytniej obsesji. Post jako źródło uzdrawiania, uczy nas, że podejmując go w intencji konkretnej osoby załóżmy o jej nawrócenie, czy daj Boże świętość, nie mamy prawa jej w żaden sposób oceniać! Bóg dokonuje bowiem podczas postu przemiany w nas i osobach, sytuacjach czy przekonaniach według Jego woli. To bardzo ważne w postnym stylu życia, aby wzrastała nasza wiara i współpraca z otrzymaną łaską.

Post jest zatem praktyką, której potrzebuje każdy człowiek?

Każdy z nas potrzebuje nieustannego uzdrawiania miłości, ponieważ nasze zwątpienie w bezwarunkową miłość Boga wywołuje znaczące konsekwencje w relacjach z innymi ludźmi. Kiedy miłość się kończy, najczęściej obwiniamy drugą stronę, rodzą się pretensje i oskarżenia. Taki obraz towarzyszy rozstaniom od początku ludzkości, a przyczyną tego jest nasz brak wiary w bezwarunkową, pełną i nieskończoną miłość Bożą, której przykład dał Jezus oraz wielu świętych. Post, w którym pragniemy poprzez współpracę z Bożą łaską wykorzenić nasze wady, jest sprawdzoną drogą do odkrywania i uzdrawiania miłości!

Jak Pan, jako dietetyk, patrzy w kontekście postu na popularność różnego rodzaju diet?

Współczesne obsesje dietetyczne rujnują życie czasem całych rodzin. Jako dietetyk mogę to potwierdzić z ręką na sercu. Człowiek, aby cokolwiek zjeść, coraz częściej potrzebuje badań naukowych! Szukając wyłącznie raju na ziemi, miotamy się pomiędzy tym, co jeść, a czego nie jeść, ponieważ nieustannie wszystko analizujemy i badamy. Post odrywa nas od przesadnego lęku o zdrowie. Uczy, że celem życia jest relacja z Bogiem i wzmacnia nasza czujność na pokusy nadmiernego dogadzania podniebieniu. Owocem postu połączonego z modlitwą są zatem rozwijające się w nas cnoty. Pokora, cichość, umiarkowanie, cierpliwość, miłość i pokój, które wzmacniają naszą wiarę i nadzieję. Post prowadzi do wyjątkowej bliskości z Bogiem i najbliższymi. Moje dzieci mówią, że odkąd poszczę i modlę się na różańcu jestem najlepszym tatą na świecie!

Jaka jest największa trudność w poszczeniu?

Współczesna kultura Zachodu dobrowolną słabość i post już dawno wpisała na czarną listę zarówno pokutnych, jak i dietetycznych herezji. Jednak dobrowolna słabość jest zupełnie czymś innym niż nam się często wydaje. Jest konieczna dla tych, którzy chcą być duchowo umocnieni i dokonywać wielkich Bożych dzieł. Święty Paweł w liście do Koryntian nauczał, że „Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć” (1 Kor 1, 25). Bóg ukazuje się nam bardzo często wtedy, gdy jesteśmy najsłabsi. Uciszając nasze ciało, nasz wewnętrzny hałas jest coraz głośniejszy, niż nam się wydawało. Nic jednak nie ujawni lepiej, jak hałaśliwe są nasze pragnienia, dopóki nie będziemy ich próbowali skonfrontować z ciszą i postem.

Żyjąc w zachodniej kulturze, chcemy nasze pragnienia zaspokajać niemal natychmiast. Nawet te duchowe. Ilu z nas krąży od rekolekcji do rekolekcji i ciągle poszukuje „duchowych” wrażeń? Jednak dobre samopoczucie i rozpieszczanie naszego ciała czy ducha stałym komfortem nie jest celem ludzi, którzy zmierzają do Królestwa Bożego. Post jest zupełną przeciwnością dobrego samopoczucia, powoduje nagłe zdanie sobie sprawy z tego, jak bardzo czasem polegamy na fałszywym poczuciu komfortu, który wcale nie gwarantuje nam wewnętrznej równowagi. Najczęściej bowiem kurczowo trzymamy się fałszywych przyjemności i poczucia bezpieczeństwa. Mamy niewielką możliwość usłyszenia w tym wszystkim Boga, co widać po kondycji współczesnego Kościoła i stale narzekających wiernych.

Post, zupełnie praktycznie, pozwala nam więc na milczenie i słuchanie Boga?

Post oddziela nas od całego tego hałasu w tle, który ukrywa prawdę o nas samych. W tej nowej ciszy zmuszeni jesteśmy skonfrontować się z naszymi uzależnieniami i duchowym otępieniem, z którego często nie zdajemy sobie nawet sprawy. Poszcząc regularnie, z czasem umiarkowanie w naszym życiu zaczyna nabierać kolorów tęczy i zaczynamy dostrzegać Tego, Który jest jej źródłem. Wstrzemięźliwość już nas nie odstrasza, ponieważ post powoli odrywa z nas etykiety społecznej aprobaty, sukcesu i samouwielbienia. Znika krytykanctwo, ocenianie, wszelkie domysły i fałszywe projekcje naszego umysłu. Doświadczamy duchowej sytości, której wcześniej się nie spodziewaliśmy. To nie jest uczucie krótkie i impulsywne, jak po skosztowaniu szklanki gorącej czekolady, to czasem wręcz niezwykle długi finisz głębokiego smaku wewnętrznej harmonii, który paradoksalnie wzrasta na naszych słabościach.

Na końcu może się jednak pojawić strach przed oceną innych…

W opozycji do postu zawsze znajdą się osoby, które zadadzą te pytania: czy głodzenie się nam nie zaszkodzi? Czy dzień bez jedzenia nie spowoduje poważnej choroby? Co gorsza, są również chrześcijanie, którzy boją się podjąć post, bo cóż pomyślą sobie o nich ich domownicy czy znajomi? Podczas biznesowych spotkań, czy rodzinnego pizza party dostaniemy przecież rumieńców i dyskomfortu, zamiast z radością oznajmić, że post jest dla nas drogą do głębszej jedności z samym Bogiem!

Każdy człowiek przy zdrowych zmysłach z reguły dobrze wie, co jest dla niego dobre. Organizm wysyła nam czytelne sygnały, które nieomylnie pokazują, co zdrowiu służy, a co może zaszkodzić. Mam tutaj na myśli nie tyle rodzaj, co ilość pokarmu, ta bowiem jest obecnie przytłaczająca. Tak wielkiej nadwagi, jaką dźwiga współczesny człowiek, nie było od początku ludzkości! Kto ignoruje takie sygnały, poczuje się wkrótce bardzo źle, będzie niedomagający i schorowany. Człowiek jest wspaniałym dziełem samego Boga, wyposażonym w intuicję i rozsądek, i powinien w duszy stale wygrywać dźwięki umiarkowania, miłe samemu Stwórcy, zwłaszcza zaś dźwięki mądrości. Nasze struny wstrzemięźliwości powinny być poruszane z wielką delikatnością, aby nasze przesadne czasem łakomstwo poprzez swoją naiwność myślenia o żołądku bez dna, nie doprowadziły nas do ruiny. Lęk przed głodem o czym warto pamiętać, jest większy od uczucia głodu!

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Abp Skworc apeluje o pokój społeczny oraz przestrzeganie piątego przykazania

2018-02-18 19:00

ks. sk / Katowice (KAI)

Zatruwanie powietrza jest przejawem lekceważenia przykazania „nie zabijaj” – przestrzegł abp Wiktor Skworc w liście skierowanym do diecezjan z okazji I niedzieli Wielkiego Postu. Odwołując się do orędzia papieża Franciszka na Wielki Post metropolita katowicki apeluje o zachowanie pokoju społecznego.

Bożena Sztajner/Niedziela

- Zauważalne i gorszące jest zwłaszcza „zaangażowanie w nieustanne bratobójcze wojny”, których skutki są odczuwalne w rodzinach, podstawowych komórkach społeczeństwa i Kościoła – pisze abp Skworc. – Z doświadczenia naszej małej Ojczyzny musimy jeszcze dodać zatruwanie powietrza, przez które lekceważone jest przykazanie: „nie zabijaj” – dodaje.

W słowie do wiernych archidiecezji słowie metropolita katowicki zachęca do praktykowania proponowanych przez Kościół środków, którymi są: post, modlitwa i jałmużną. – Dotyczy to w sposób szczególny Wielkiego Postu, kiedy jesteśmy wezwani do ofiarności na rzecz funduszu misyjnego Ad gentes, który wspomaga misjonarzy z Polski – pisze abp Skworc.

Hierarcha przypomina także o prowadzonej akcji „Śląskie dla Aleppo”. – Jej celem jest pomoc dzieciom w tym doświadczonym wojną syryjskim mieście – czytamy w słowie abp. Skworca.

Metropolita katowicki dzieli się też radością z faktu, że 10 alumnów Wyższego Śląskiego Seminarium Duchownego rozpoczyna tygodniowe rekolekcje przygotowujące ich bezpośrednio do przyjęcia święceń diakonatu. – Wraz z biskupami pomocniczymi udzielimy im święceń w sobotę, 24 lutego, w trzech kościołach naszej archidiecezji – pisze.

Na zakończenie przesłania do diecezjan metropolita katowicki przekazuje słowa błogosławieństwa na owocne przeżywanie okresu Wielkiego Postu. – Niech Duch Święty, którym jesteśmy napełnieni, rozpala w nas chrześcijańską miłość, abyśmy z zapałem podjęli wielkopostną drogę, czerpiąc wsparcie z jałmużny, postu i modlitwy! – kończy swoje słowo abp Wiktor Skworc.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem