Reklama

Wyścig do Białego Domu

2016-11-02 11:42

Tomasz Winiarski
Niedziela Ogólnopolska 45/2016, str. 22-24

PAP/AFP PHOTO/Paul J. Richards

Na krótko przed wyborami prezydenckimi Donald Trump pozostaje kilka punktów procentowych za swoją demokratyczną rywalką – Hillary Clinton. W dodatku wewnątrz samej Partii Republikańskiej obserwujemy rozłam, wynikający z rosnącej niechęci do kandydatury Trumpa. Oskarżenia o seksualne wykorzystywanie kobiet tylko pogarszają wizerunek miliardera. Czy jest on jeszcze w stanie odwrócić niekorzystny trend i osiągnąć wymarzony Biały Dom?

Nowojorski miliarder nie jest ulubieńcem establishmentu Grand Old Party (Partii Republikańskiej, w skrócie GOP). Wybór nominata nie leży jednak w kwestii władz partyjnych – to zadanie i przywilej zwykłych wyborców. To amerykańscy konserwatyści zadecydowali, przez kogo chcą być reprezentowani.

Republikanie w potrzasku?

Sam Donald Trump, jeszcze na etapie prawyborów, wielokrotnie podkreślał, że jego przesłanie polityczne trafia również do niezagospodarowanego elektoratu. Miał w ten sposób przyciągnąć do Partii Republikańskiej nowych wyborców, którzy do tej pory dryfowali, niejako porzuceni, między dwiema największymi siłami politycznymi w USA. Kiedy okazało się, że w niektórych stanach w trakcie prawyborów odnotowana została rekordowa frekwencja, mogło się wydawać, że Trump faktycznie poszerzył tradycyjny elektorat Republikanów. Dzisiaj jednak wygląda to już zupełnie inaczej, a „partia Lincolna” nie ma powodów do świętowania. Chociaż bezpośrednio po konwencji GOP kandydat Republikanów zyskał pewną przewagę w sondażach, to wkrótce utracił ją na rzecz świeżo nominowanej Hillary Clinton. Generalnie partyjne konwencje są czynnikiem podnoszącym społeczne poparcie dla kandydata. Sztuka polega jednak na tym, by utrzymać korzystny trend. Donaldowi Trumpowi to się nie udało – od tego momentu kandydat Republikanów przegrywał ze swoją lewicową rywalką w większości badań opinii publicznej.

W kuluarach polityki

Chcąc lepiej zrozumieć genezę sukcesu Donalda Trumpa, postanowiłem zajrzeć za kulisy amerykańskiej sceny politycznej. Dotarłem do osoby, która jako delegatka stanu Luizjana w trakcie krajowej konwencji Republikanów głosowała na nowojorskiego miliardera. Moja rozmówczyni była początkowo zobligowana do głosowania na Teda Cruza, lecz gdy ten wycofał się z wyścigu o nominację, została zwolniona z tego zobowiązania i w trakcie konwencji mogła podjąć inną decyzję.

Reklama

– Zagłosowałam na Trumpa, ponieważ oczywiste było, że Ted Cruz nie miał żadnych szans na zdobycie wystarczającej liczby głosów delegatów, by zagwarantować sobie nominację – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. Podkreśla również, że jako członkini stanowego komitetu centralnego – organu politycznego reprezentującego Partię Republikańską w Luizjanie – oraz przedstawicielka stanowej delegacji na konwencję GOP zdecydowała się poprzeć Trumpa w celu zapewnienia jedności swojej formacji politycznej. – Jak mogłabym zachęcać moją społeczność w Luizjanie do głosowania na Donalda Trumpa, gdybym wcześniej sama nie poparła go na krajowej konwencji? – pyta retorycznie.

Zastanawia mnie, skąd wziął się tak wielki sukces polityczny Donalda Trumpa. Jak udało mu się trafić ze swoim przesłaniem do tak dużej grupy konserwatywnego elektoratu w USA?

– Tak wielu Amerykanów zdecydowało się poprzeć kandydaturę Donalda Trumpa z tego samego powodu, dla którego krytykuje go tylu polityków Partii Republikańskiej. On nie jest częścią ich gry, nigdy przedtem nie był zawodowym politykiem. Nie należy również do establishmentu – mówi Beth Croslow Billings.

Sondażowy impas

Z najnowszych sondaży wynika, że Donald Trump ustępuje Hillary Clinton średnio 6 punktami procentowymi. Rezultaty konkretnych ankiet są jednak dosyć mocno zróżnicowane. Przykładowo według badania Fox News z połowy października, demokratka wyprzedzała republikańskiego rywala w stosunku 49 do 42 proc., a w innym sondażu z podobnego okresu przewaga byłej sekretarz stanu wynosiła już tylko 2 punkty procentowe. Czy może to być swego rodzaju pocieszenie dla zwolenników nowojorskiego miliardera? Częściowo tak, ale błędem byłoby myśleć, że na tym etapie kampanii mamy do czynienia z relatywnie dużą nieprzewidywalnością. Gdy przeanalizuje się ogólny trend, można zauważyć, że to Hillary Clinton jest zdecydowaną faworytką. Jeszcze lepszy ogląd sytuacji daje nam analiza tego, jak rozkładają się głosy elektorskie, a więc kluczowy czynnik decydujący o tym, kto ostatecznie zostanie prezydentem. W USA głowę państwa wybiera się w wyborach pośrednich – Amerykanie głosują w swoich stanach, a każdy z nich ma przypisaną konkretną liczbę elektorów. Kandydat, który wygrywa w danym stanie, zgarnia wszystkie tamtejsze głosy elektorskie. Do zwycięstwa potrzeba przynajmniej 270 z nich.

Walka o prezydenturę rozgrywa się zatem w tzw. swing states, czyli stanach wahających się. Są to rejony, w których kandydaci odnotowują zbliżone poparcie, a co za tym idzie – trudno jest przewidzieć ostatecznego zwycięzcę.

Kluczowe stany

Od tych na pozór sztywnych założeń strategicznych oczywiście są również wyjątki, które pojawiają się przy okazji niektórych elekcji prezydenckich. Na dzisiejszej mapie politycznej USA sytuacja Donalda Trumpa nie napawa optymizmem. Kandydat Republikanów ma problemy nawet w tym stanie, który do tej pory uchodził za tradycyjny bastion prawicy. Mowa o Arizonie, która dzisiaj ma status remisowy, chociaż w wyborach z poprzednich lat pewnie zwyciężali tutaj Republikanie. Według sondażu gazety „Arizona Republic”, Hillary Clinton prowadzi tam z Donaldem Trumpem aż o 5 punktów procentowych. Inne badania są jednak bardziej optymistyczne dla kandydata Republikanów. Sondaż SurveyMonkey dla „The Washington Post” pokazuje np., że Trump wciąż cieszy się w Arizonie przewagą rzędu kilku punktów procentowych. Ta rozbieżność wyników dowodzi, jak bardzo wyrównana walka toczy się na tym terenie. Bez wygranej w stanie Arizona i zdobycia przypisanych jej 11 głosów elektorów trudno będzie wyobrazić sobie ewentualne zwycięstwo Trumpa w wyborach prezydenckich (8 listopada). Pozostałe najbardziej kluczowe stany o statusie wahających się to: Floryda, gdzie do zgarnięcia jest aż 29 głosów elektorskich, Ohio – z przypisanymi 18 głosami, Karolina Północna, która do puli dostarczyć może dodatkowych 15 głosów, oraz zapewniająca 11 głosów Indiana. Trump obecnie ma przewagę tylko w dwóch z nich – w Indianie oraz niewielką w Ohio. Gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to kandydatka Demokratów mogłaby liczyć na pewnych 260 głosów, a Trump jedynie na 170. W puli pozostają jednak głosy elektorów ze stanów wahających się – jest ich w sumie 108. Oznacza to, że chcąc zwyciężyć 8 listopada, Donald J. Trump musi wygrać niemalże we wszystkich „swing states”. Choć zadanie to wydaje się niezmiernie trudne do wykonania, nie jest zupełnie nierealne. Szczególnie że w zaliczanym do wahających się stanie Iowa Trump ma ewidentną przewagę nad Hillary Clinton. Wygrana w tym typowo rolniczym rejonie dostarczy mu wprawdzie zaledwie 6 głosów elektorskich, ale w sytuacji, w której dzisiaj znajduje się kandydat Republikanów, absolutnie każdy głos będzie dla niego na wagę złota.

Republikanie w kryzysie

Donaldowi Trumpowi nie pomaga w dodatku niechęć wielu wpływowych polityków Partii Republikańskiej wobec jego kandydatury. Po tzw. aferze taśmowej, która dotyczyła kompromitujących, seksistowskich komentarzy wygłaszanych przez Trumpa w 2005 r., Republikanie znaleźli się w stanie małej wojny domowej.

– Nie bronię tego, co powiedział 11 lat temu, ale nie jestem również naiwna. Medialna histeria związana z upublicznieniem tej taśmy jest dla mnie oczywistą przesłanką, że media zrobią wszystko, by Trump ostatecznie przegrał wybory – uważa Beth Croslow Billings.

– Znacznie bardziej niepokoi mnie to, co robiła Hillary Clinton, niż to, co powiedział Donald Trump – dodaje.

Wspólne badanie zrealizowane przez Reutersa oraz Ipsos wykazało, że 63 proc. obywateli USA wierzy w to, iż Trump w przeszłości dopuścił się molestowania seksualnego, co więcej – jedną trzecią respondentów wyrażających taką opinię stanowili zwolennicy Republikanów.

Jak wyliczył „The New York Times”, w sumie 160 wpływowych polityków tego ugrupowania zdecydowało się nie wspierać kandydata własnej partii. Część z nich była mu przeciwna już na samym początku, inni zdecydowali się go opuścić dopiero wtedy, kiedy światło dzienne ujrzało kompromitujące Trumpa nagranie oraz gdy 9 kobiet (dzisiaj już 11, m.in. znana aktorka Salma Hayek – przyp. red.) publicznie oskarżyło go o molestowanie seksualne. Obrońcy kandydata GOP twierdzą, że są to historie wyssane z palca, a sztab Clinton mógł płacić za opowieści, które zdyskredytowałyby nowojorskiego miliardera. Sam zainteresowany natomiast grozi pozwami wobec tychże kobiet.

– Kiedy w trakcie swojej kampanii Donald Trump popełni jakiś błąd taktyczny, przedstawiciele establishmentu uciekają z pokładu jego statku niczym szczury z tonącej łódki. Oni nie rozumieją tego, że zwolennikom Trumpa nie zależy na ich poparciu – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Niezgadzanie się z Trumpem jest dla niego w pewnym sensie korzystne. Republikańscy wyborcy są już zmęczeni tym, że elity partyjne stale ich okłamują – wyjaśnia.

To jednak opinia tylko jednej strony konfliktu trapiącego dzisiaj amerykańską Grand Old Party. Wciąż jest wielu wyborców, którzy o przedstawicielach republikańskiego establishmentu mają bardziej pozytywną opinię.

Spiker Izby Reprezentantów – republikanin Paul Ryan stwierdził, że nie zamierza bronić kandydata swojej partii ani prowadzić z nim kampanii. Zamiast tego kongresmen chce skupić się na utrzymaniu republikańskiej większości w Kongresie. W listopadzie oprócz wyborów prezydenckich odbędą się również wybory do Senatu oraz do Izby Reprezentantów. W przypadku ewentualnej przegranej Donalda Trumpa Republikanie, mając przewagę w obu izbach Kongresu, będą w stanie skutecznie blokować przynajmniej niektóre lewicowe pomysły Hillary Clinton. Konserwatyści kontrolujący Kongres byliby zatem przeciwwagą dla Demokratów posiadających swojego kandydata w Białym Domu. W samej Partii Republikańskiej wciąż jest jednak wielu zwolenników Donalda Trumpa, którzy nie zgadzają się z Paulem Ryanem i uważają, że Grand Old Party powinna stanąć murem za swoim nominatem. Twierdzą, że lepszy wynik kandydata Partii Republikańskiej w wyborach prezydenckich oznaczać będzie lepszy rezultat tego ugrupowania w walce o amerykański Kongres.

– Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby amerykańskie społeczeństwo było tak bardzo podzielone. W trakcie poprzednich wyborów w przydomowych ogródkach w całym mieście widywaliśmy plakaty i tabliczki lobbujące za konkretnym kandydatem. W tym roku taki widok to rzadkość – mówi „Niedzieli” Beth Croslow Billings. – Cicha większość (jak nazywa się w USA zwolenników Trumpa – przyp. red.) będzie miała swój głos w dniu wyborów – zapewnia.

Zły kandydat?

Za oceanem pojawiają się głosy, że gdyby kandydatem Republikanów został ktoś inny, to dzisiaj najprawdopodobniej prowadziłby w sondażach, a głównym tematem w amerykańskich mediach byłaby afera mailowa z Hillary Clinton w roli głównej, a nie skandale Donalda Trumpa. Kandydatka Demokratów skasowała ponad 30 tys. e-maili, które w dodatku wysyłała ze swojego prywatnego serwera zamiast z oficjalnej skrzynki pocztowej przysługującej sekretarzowi stanu. W ten sposób naraziła rząd USA na wyciek ściśle tajnych danych państwowych. Wielu Amerykanów uważa, że Hillary Clinton robiła to celowo, by tym sposobem zatuszować swoje nielegalne działania, których miała się dopuszczać, gdy pracowała w administracji Baracka Obamy.

Donald Trump wzbudza jednakowoż dodatkowe kontrowersje poprzez brak złożenia obietnicy uznania wyniku wyborów prezydenckich. Wielu uważa, że takie stanowisko jest niebezpieczne i godzi w amerykańską demokrację. W trakcie jednego z wieców wyborczych oświadczył, że wynik wyborczy zaakceptuje, ponieważ... to on okaże się zwycięzcą, czym wywołał radosne okrzyki swoich zwolenników. Wciąż nie wiadomo jednak, jak zachowa się w przypadku swojej przegranej. Jego zwolennicy twierdzą, że w trakcie wyborów faktycznie może dojść do oszustwa, dlatego całemu procesowi należy się bacznie przyglądać. Argumentem w rękach stronników Trumpa są np. doniesienia o osobach zarejestrowanych do głosowania w kilku stanach jednocześnie. Sam Donald Trump pytany w trakcie ostatniej debaty, czy obieca zaakceptować wynik wyborów, odparł, że jeszcze tego nie wie i na razie będzie trzymał wszystkich w niepewności. Dla jednych odpowiedź ta była genialnym posunięciem taktycznym, dla drugich – przykładem bezczelności.

– Mamy długą tradycję pokojowego przekazywania władzy prezydenckiej. Myślę, że Trump zaakceptuje wynik wyborów, jeżeli tylko będą one przeprowadzone w sposób uczciwy – mówi Beth Croslow Billings. – Jeżeli kandydaci osiągną zbliżony wynik wyborczy, mamy wtedy odpowiednie procedury stanowe, które automatycznie uruchamiają proces ponownego liczenia głosów – wyjaśnia „Niedzieli”.

Taka sytuacja miała miejsce na Florydzie w trakcie wyborów w 2000 r. George W. Bush pokonał wtedy swojego demokratycznego rywala – Ala Gore’a minimalną różnicą zaledwie kilkuset głosów.

Jak wynika z badania zrealizowanego przez organizacje Politico oraz Morning Consult – 41 proc. Amerykanów uważa, że Trump może przegrać walkę o Biały Dom z powodu oszustw wyborczych.

Pojawiają się również spekulacje na temat ewentualnego następnego kroku Donalda Trumpa, gdyby ten przegrał wybory. Niektórzy uważają, że miliarder będzie chciał rozbić system dwupartyjny w USA, zakładając własną partię polityczną. Możliwe również, że będzie chciał skapitalizować swój elektorat, tworząc własne medium – np. stację telewizyjną.

Dynamika i nieprzewidywalność amerykańskiej polityki każą nam jednak pamiętać, że tak naprawdę walka trwa do ostatniego dnia kampanii i do tego czasu wszystko może się jeszcze wydarzyć. Zwłaszcza że w jednym z najnowszych sondaży – badaniu Investor’s Business Daily/TIPP, który w trojgu poprzednich wyborach prezydenckich najdokładniej przewidział ostateczne wyniki – Donald Trump prowadzi nad Hillary Clinton 2 punktami procentowymi. Dzień głosowania zbliża się wielkimi krokami, a serca Amerykanów zaczynają bić coraz szybciej. Emocje sięgają zenitu – kraj wuja Sama wstrzymuje oddech i czeka. Tak będzie przynajmniej do 8 listopada, gdy wreszcie poznamy wynik wyborów, które tak bardzo podzieliły amerykańskie społeczeństwo.

* * *

Tomasz Winiarski
Student dziennikarstwa, amerykanista zafascynowany kulturą, polityką i historią USA. Dziennikarz dla Polonii w Stanach Zjednoczonych. W życiu stara się kierować mottem: Nie ma rzeczy niemożliwych! tomasz.winiarski@niedziela.pl

Tagi:
polityka USA USA

USA, Wielka Brytania i Francja uderzyły w bazy z bronią chemiczną w Syrii

2018-04-14 10:45

Przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA gen. Joseph Dunford ogłosił zakończenie pierwszej fali nalotów Syrii. Podczas konferencji w Waszyngtonie w sobotę wieczór podał, że celem były dwa obiekty: ośrodek badawczy i składy broni chemicznej.


Przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych USA gen. Joseph Dunford

Atak rozpoczął się o godz. 4 czasu lokalnego w Syrii (o godz. 3 czasu polskiego). Był przeprowadzony wspólnie z siłami zbrojnymi Wielkiej Brytanii i Francji, które były zintegrowane już na pierwszym etapie planowania operacji – oświadczył.

Cele, które objęto atakami z powietrza, były ściśle związane z programami zbrojeń chemicznych władz syryjskich - zaznaczył gen. Dunford. Chodziło o wojskowy ośrodek naukowo-badawczy w Damaszku, w którym prowadzono badania i eksperymenty związane z technologią broni chemicznej i biologicznej, a także składy znajdujące się na zachód od miasta Hims.

Poproszony o ustosunkowanie się do informacji podanej przez Syryjskie Obserwatorium Praw Człowieka, że władze syryjskie zdołały ewakuować przed kilkoma dniami broń chemiczną ze składów, które były celem sobotniego ataku rakietowego, gen. Dunford powiedział, że „nic mu o tym nie wiadomo”.

Przewodniczący kolegium szefów sztabów sił zbrojnych zaznaczył też, że cele dobrano w taki sposób, aby nie doszło do jakiejkolwiek kolizji z siłami rosyjskimi i aby uniknąć ofiar wśród ludności cywilnej.

Powiadomiliśmy Rosjan, że będziemy wykorzystywać syryjską przestrzeń powietrzną, ale nie koordynowaliśmy i nie uzgadnialiśmy z nimi naszej operacji — podkreślił generał Dunford.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

W ciszy słychać najlepiej

2018-04-18 11:44

Agnieszka Dziarmaga
Niedziela Ogólnopolska 16/2018, str. 26-29

Miejsce pod Łysicą w pobliżu źródełka św. Franciszka, przytulone do pachnącej żywicą ściany Puszczy Jodłowej. Turyści i pielgrzymi wchodzą tędy na owiany tajemnicą Łysiec w Górach Świętokrzyskich. Święta Katarzyna –to miejsce wybrały sobie ponad 200 lat temu bernardynki klauzurowe. A może legendarne uroczysko wybrało sobie mniszki za osadniczki?

T. D.
Matka przełożona dogląda plonów w przyklasztornym ogrodzie

Wiosną, gdy przekwitną leszczyny i zazielenią się łąki, zaludnia się szlak na Łysicę. Niektórzy mają szczęście podpatrzeć mniszki pracowicie gracujące grządki w ogrodzie (który rozsławił je w okolicy), a nawet sprawnie jeżdżące na traktorze. Gospodarstwo sióstr to rzecz wymagająca. Jednak istotą tego pracowitego życia, spędzanego w klasztornych murach i otaczającym je ogrodzie do ostatniego oddechu, pozostaje modlitwa. I więź z Jezusem, której wciąż i wciąż im za mało.

Z Drzewicy do puszczańskiego eremu

Bernardynki posługują wyłącznie w Polsce, a w Świętej Katarzynie od 1815 r. Obowiązująca klauzura konstytucyjna nakłada na to skromne, pracowite i przemodlone życie określone reguły. Oficjalna nazwa zakonu brzmi: Mniszki Trzeciego Zakonu Regularnego św. Franciszka z Asyżu.

Korzenie duchowości i historii bernardynek to Trzeci Zakon św. Franciszka. Powstanie bernardynek jest związane z działalnością w Polsce św. Jana Kapistrana. Siostry były najpierw tercjarkami. Wspólnotowe życie zamknięte, jeszcze nie w pełni klauzurowe, podjęły w 1459 r. w klasztorze na krakowskim Stradomiu. W XVI wieku istniało już ponad 30 domów żeńskich w Polsce. W 1561 r. Pius II dla pierwszych sióstr żyjących w klauzurze nadał pierwsze ustawy połączone ze ślubami. Nowelizacje ustawowe następowały z nadania kolejnych papieży – Mikołaja IV i Leona X. Początki klasztoru drzewickiego – macierzystego dla św. Katarzyny – to z kolei 1626 r. Gdy klasztor w Drzewicy spłonął, siostry tułały się po dworach szlacheckich i doświadczały z całym narodem klęsk powstańczych; były to trudne czasy popowstaniowe. 19 lipca 1815 r. decyzją kapituły w Paradyżu i z nadania biskupa de Boża Wola Górskiego siostry osiedliły się w Świętej Katarzynie. Do klasztoru pod Łysicą przybyło 8 sióstr. Miejsce było niezwykłe, na poły owiane legendą. Nazywały je eremem. Pierwszy kościół miał wznieść, z pomocą bernardynów, Włocławek – dawny rycerz Jagiełły, który zapragnął życia pustelniczego, a zarazem szukał schronienia dla figurki św. Katarzyny, którą przywiózł z Ziemi Świętej. Kościół i klasztor Bernardynów erygował bp Jan Rzeszewski w 1478 r. Zabudowania niejednokrotnie niszczyły pożary, m.in. w 1847r., co wymuszało przebudowę obiektu.

„Partyzantka”, oświata, nowinki

Bernardynki osiadłe w Świętej Katarzynie, pomimo nękających ich dom pożarów, nie opuściły nowej siedziby i odbudowały klasztor z kościołem. W 1864 r. klasztor został uznany za etatowy – we wspólnocie mogło być do 14 sióstr. W 1905 r. wraz z ukazem tolerancyjnym otwarto nowicjat dla 6 sióstr. W 1920 r. było ich już 20.

Do II wojny światowej klasztor utrzymywał się z jałmużny oraz z posagów, które wnosiły kandydatki pochodzące ze szlacheckich lub mieszczańskich rodzin. Siostry na co dzień oddawały się przede wszystkim modlitwie, wykonywały prace domowe, specjalizowały się w hafcie, natomiast sprawy gospodarcze prowadzili tercjarze przy klasztorze.

II wojna światowa nie ominęła klasztoru, który po części, od strony gospodarczej, zajęli Niemcy. M. Bernarda Karmańska, doskonale władająca niemieckim, potrafiła stworzyć pozory względnie poprawnych relacji, które były przykrywką dla udzielania pomocy partyzantom. I tak tercjarki, idąc po wodę do źródełka św. Franciszka, w konewkach dostarczały zupę polskim partyzantom... Klasztor nie uniknął represji, w tym rewizji. Czasy PRL-u stwarzały kolejne zagrożenia, ale powoli do zakonu wkraczały nowinki – m.in. podłączenie energii elektrycznej w latach 50. ubiegłego wieku wniosło spore zmiany w codzienne życie sióstr.

W okresie powojennym siostry z pomocą tercjarek prowadziły szkołę dla dziewcząt, która funkcjonowała jeszcze w latach 60. XX wieku. Placówka stanowiła kontynuację inicjatyw przedwojennych i łączyła się z misją bernardynek. – Bernardynki, gdy przybyły do eremu pod Łysicą, przywiozły ze sobą kilka dziewcząt, którym udzielały nauki w Drzewicy. Tutaj liczba ich wzrosła do dziewięciu – wyjaśnia s. Krystyna. O formalnej szkole można mówić w zasadzie od 1925 r. Uczennice – dziewczęta głównie z chłopskich rodzin – uczyły się prac domowych: gotowania, szycia, haftu, materiałoznawstwa, poznawały podstawy języka polskiego i, co może najważniejsze – uczyły się budować relacje międzyludzkie, żyć wiarą. Siostry do dzisiaj wspominają imiona nauczycielek zapisanych w dziejach szkoły: s. Emanuela, s. Asumpta, s. Piusa, s. Koleta, s. Hiacynta czy niezapomniany nauczyciel historii Bolesław Skrzeczyna. Doskonale pamięta tamte czasy 91-letnia dziś s. Piusa, która pracowała w księgowości i pomagała w szkole.

Gdy otworzono świecką szkołę w Świętej Katarzynie, placówka sióstr została zamknięta (1962 r.), ale jeszcze do dzisiaj zjawiają się u furty dawne wychowanki, by dziękować i ciepło wspominać pobierane tutaj nauki, tak jak p. Maria, mieszkanka Michniowa, która zachowuje w pamięci jasełka, przedstawienia. Stanisław Rembowiecki (obecnie mieszkaniec Nowej Soli) wspomina gospodarskie i kulinarne talenty swojej mamy – absolwentki szkoły sióstr, która wspaniale potrafiła ugotować coś z niczego.

Wpływ na klasztorne życie miały także zmiany posoborowe, skutkujące z jednej strony reformą liturgii – wprowadzeniem do niej języka polskiego, ale i rezygnacją z wyposażania kandydatek w wiano, wreszcie udoskonalaniem warunków życia w klasztorze (rewolucją było choćby założenie centralnego ogrzewania; w klasztorze w całości zbudowanym z kamienia utrzymywała się przejmująca wilgoć, opał był drogi, pomieszczenia – wciąż niedogrzane).

Świat puka do furty

Czy krata odgrodziła siostry od świata i jego spraw? Absolutnie, znają je jak mało kto, jak wytrawne socjolożki i psycholożki, bo dzisiejszy, zapędzony i goniący za sukcesem świat wciąż wyrzuca na margines tych, którzy nie nadążają. Jest ich dużo, bardzo dużo, coraz więcej. To oni dzwonią do klasztoru i proszą o chwilę rozmowy, pukają do furty, gdzie cierpliwie wysłuchuje ich s. Krystyna, piszą maile. Młodzi, coraz więcej młodych. Problemy? Siostra przełożona Tadeja Strona wylicza wszelkiego rodzaju uzależnienia, które ich uwięziły: od alkoholu, narkotyków i używek po zniewolenie przez seks i Internet. Wiele młodych małżeństw prosi także o wymodlenie wyczekiwanego poczęcia dziecka. Wielu rozmówców tak niewiele sobie obiecywało po wizycie w klasztorze, wielu trafiło tutaj niespodziewanie, a potem dziwią się, że doznali uzdrowienia, że „tego rodzaju rzeczy można usłyszeć u sióstr”...

W Polsce nadal panuje silna wiara w skuteczność modlitwy sióstr bernardynek. – Choć żyjemy za kratą, poza światem – dla Pana Jezusa i z jak najczęstszą modlitwą, której tak bardzo pragniemy – to zewnętrzny świat przychodzi do nas z intencjami, rozmowami, w listach. Szczególnie młodzi ludzie tak bardzo potrzebują kontaktu, uwagi, rozmowy – mówi matka przełożona.

Siostry poznają także ten zewnętrzny świat przez kościół klasztorny pw. św. Katarzyny, w którym modlą się parafianie i turyści. Przypatrują się im z klauzurowego chóru. Są organistkami, zakrystiankami, dbają o kwiaty i bieliznę kościelną, starają się sprostać zainteresowaniu ze strony turystów. W świecie poza murami klasztoru mniszki są w pewnym sensie obecne przez owoce swojej pracy: słynne na całą Polskę hafty, kwiaty z ogrodu, sad i warzywniak (obdarzają one mnóstwem plonów, które są potem przerabiane w klasztornej kuchni), miody z własnej pasieki. Jedna z sióstr jest absolutną specjalistką w harmonijnej współpracy z pszczołami. Dzisiaj ogród – w którym gościłam nie raz i rozkoszowałam się widokiem kolekcji róż, podziwiałam wypieszczone szklarnie, czereśniowe drzewa, zagony bobu i szpinaku – to gospodarstwo na własne potrzeby, choć jeszcze do lat 80. XX wieku funkcjonowała tu szklarnia z pomidorami i nowalijkami. Pamiętam, jak śp. bp Kazimierz Ryczan opowiadał, jaki to specjał: zsiadłe mleko i placki ziemniaczane z klasztornej kuchni...

Tajemnica i zaproszenie

W Świętej Katarzynie posługuje dziś 26 sióstr w wieku od 33 do 91 lat. Potrzeba im młodych, modlą się o powołania, których spadek dotyka większość zakonów i zgromadzeń, tak jak niż demograficzny dotyka polskie szkoły. A powołanie? To zawsze zaproszenie i tajemnica, to wybór – jak mówią – „większej miłości”.

S. Kamila, góralka, od dawna czuła, że to jest to; przez znajomego księdza i jego opowieści poznawała charyzmat i to tajemnicze, z pozoru inne życie. Nudne? – Każdą minutę mamy zagospodarowaną, każda jest na wagę złota, tym bardziej że nas tak ciągnie do Pana Jezusa... Każda z nas jest nabrzmiała tymi intencjami, ludzkimi prośbami, a że mamy to szczęście, iż Jezus jest w zasięgu naszych rąk, to biegniemy do Niego – opowiada matka przełożona.

– „Pójdź za Mną, jeśli chcesz” – te słowa Jezus nieustannie zasiewa w ludzkim w sercu, zasiał je również w moim. Dla mnie być powołaną to być w drodze, na której wybieram bycie z Jezusem, mając pewność, że On mnie uprzedza – tłumaczy s. Kamila. – Uprzedza mnie swoim słowem, które codziennie kształtuje moją tożsamość i posłannictwo w życiu klauzurowym. Jego gesty miłości, które odkrywam, pochylając się nad słowem Bożym, przemieniają mnie i zanurzają w pięknie Jezusowego człowieczeństwa. Ukazują mi, że 30 lat ukrytego życia Jezusa to ukłon Boga Ojca w stronę mojej codzienności, która również jest niewidoczna dla świata, jest cicha, prosta, ukryta za murami – wyjaśnia.

Codzienne życie

Pobudka jest o godz. 5 rano, 20 minut później siostry w kaplicy modlą się Liturgią Godzin i modlitwą myślną. Po półgodzinnej przerwie – Msza św., którą odprawia ksiądz kapelan. Po śniadaniu mniszki rozchodzą się do swoich prac: w pralni, prasowalni, kuchni, na furcie  w zakrystii, w infirmerii, ogrodzie, sadzie, gospodarstwie, przy hafcie i w sekretariacie. Praca trwa do 11.45. W południe – „Anioł Pański”, Liturgia Godzin, Koronka do Miłosierdzia Bożego, intencje danego dnia. Od 12 do 12.30 trwa odbywany w milczeniu obiad (milczenie znoszą tylko święta kościelne lub imieniny którejś z sióstr). Potem poobiednie prace do ok. 16.25. Wówczas rozpoczyna się blok modlitw popołudniowych.

Już o godz. 16.30 siostry gromadzą się na Nieszpory i półgodzinną medytację. O 17.30 jest kolacja, zaś o 18 – nabożeństwo z modlitwą różańcową lub Msza św. w kościele. Kompleta – modlitwa na zakończenie dnia trwa mniej więcej do godz. 19. Wszelkie zajęcia indywidualne kończą się o 21 i nad wspólnotą klauzurową zapada cisza nocna.

Od kilku lat w ten cykl siostry włączyły codzienną godzinną, odbywaną indywidualnie, adorację Najświętszego Sakramentu oraz intencje Kościoła, Ojca Świętego, wskazania roku duszpasterskiego i te indywidualne, ludzkie. Dużo tej modlitwy...

Za murami klasztoru czas płynie inaczej. W ciszy, rytmicznie, z określoną dyscypliną. Jakąś cząstką siebie każdy z nas zazdrości tego czasu wygospodarowanego na modlitwę, tej szansy na spojrzenie w głąb siebie, tego ogrodu pięknego jak marzenie wiosną i latem, a zimą przygarniającego wszelkie ptactwo z Puszczy Jodłowej. Zazdrościmy zdrowej kuchni bez ulepszaczy, normalnego czasu pracy, odpoczynku, snu. I ciszy. I zespolenia z Jezusem, najwyższym Dobrem, i niewahającej się przed niczym – pewności. Siostry wybrały najlepiej.

Kontakt:
Klasztor sióstr Bernardynek klauzurowych
ul. Kielecka 2, Święta Katarzyna, 26-010 Bodzentyn
tel. 41 311 22 19, e-mail: sbernardynki@gmail.com, https://bernardynkiklauzur.wixsite.com/swietakatarzyna

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Bible-ing w Częstochowie

2018-04-22 17:58

Ks. Mariusz Frukacz

„Jesteśmy napełnieni Duchem Świętym”, pod takim hasłem na zakończenie Tygodnia Biblijnego odbył się 22 kwietnia w archidiecezji częstochowskiej Bible-ing, czyli medytacja Słowa Bożego na ulicach miasta.

Ks. Mariusz Frukacz

Organizatorem tegorocznego Bible-ingu był m.in. Zespół ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

W Częstochowie w wydarzeniu wzięło udział ponad 50 osób, które najpierw o godz. 15. 00 spotkały się na modlitwie na placu przykościelny przy parafii św. Jakuba, by następnie udać się w różne miejsca w centrum miasta.

Zobacz zdjęcia: Bible-ing w Częstochowie

Bible-ing to piętnastominutowa medytacja Pisma Świętego w zupełnej ciszy. W rozmowie z „Niedzielą” Karol Jakubczyk, który uczestniczył w Bible - ngu po raz pierwszy zaznaczył, że to dla niego bardzo ciekawe doświadczenie. - Uważam, że Pismo Święty ma duży wpływ na nasze życie. Czasem odnajduję w nim coś, co naprawdę chwyta za serce – powiedział Karol Jakubczyk.

Natomiast siostra Ewelina Dudzik, zmartwychwstanka, dodała: „Obecność nasza z Pismem Świętym w centrum miasta jest jakimś znakiem dla tych, którzy przechodzą obok nas. Jest to niezwykła okazja do dania świadectwa o obecności Chrystusa w tej przestrzeni, w której żyjemy na co dzień. Ludzie przechodzący zatrzymują się i czasem pytają o naszą wiarę”.

- Każdego roku w Bible-ingu uczestniczą nowe osoby i jest ich coraz więcej. Ci, którzy wcześniej doświadczyli czegoś ważnego podczas Bible-ingu w poprzednich latach przyprowadzają tutaj swoich bliskich, znajomych i przyjaciół – podkreśliła Agnieszka Armacińska, rzeczniczka Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

Zdaniem Agnieszki Armacińskiej „to jest niezwykła atmosfera działania Słowa Bożego”. - Radością dla nas jest również to, że osoby, które przechodzą obok nas to czasem się zatrzymują, by wspólnie pomodlić się, albo też porozmawiać o wierze – dodała rzeczniczka Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji w Archidiecezji Częstochowskiej.

Również ks. Michał Krawczyk z Zespołu ds. Nowej Ewangelizacji powiedział, że „to, co rozważamy i czym chcemy żyć, to trzeba z tym słowem iść do innych i nim ich obdarować”.

Uczestnicy Bible-ingu w Częstochowie rozważali Ewangelię o Dobrym Pasterzu (J 10, 11-18).

Wydarzenie odbyło się również w Radomsku (Plac 3-go Maja), Wieluniu (Plac Legionów) i Zawierciu ( ul. Księdza Kardynała Stefana Wyszyńskiego 2 - przy fontannach).

M. in. w Bible-ingu w Wieluniu wziął udział również bp Andrzej Przybylski, biskup pomocniczy archidiecezji częstochowskiej.

Pierwszy raz Bible-ing odbył się na ulicach Częstochowy 20 kwietnia 2013 r. z inicjatywy nazaretanki, siostry Goretti Jach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem