Reklama

Pielgrzymi Bożego Miłosierdzia w Berlinie

2016-10-27 09:31

Ks. Robert Gołębiowski
Edycja szczecińsko-kamieńska 44/2016, str. 6-7

Archiwum: idzieczlowiek.pl
Pielgrzymi przekraczają granicę polsko-niemiecką

Dobiegający końca Jubileuszowy Rok Miłosierdzia wyzwolił w sercach wielu ludzi wierzących niezwykłe pokłady miłości, dobroci, a także inicjatywy, które niosły ze sobą prawdziwy podziw dla hartu ducha i pięknego świadectwa wiary, jakie zostało w ten sposób zaprezentowane. Jednym z budzących ogromny szacunek pomysłów była realizacja projektu Pielgrzymów Miłosierdzia, którzy właśnie w tym roku z modlitwą na ustach i orędziem miłosierdzia i pokoju przewędrowali wszerz i wzdłuż Europę, głosząc prawdę o Bogu bogatym w miłosierdzie. Ukoronowaniem tego pielgrzymiego szlaku był ostatni odcinek „Pielgrzymki Miłosierdzia”, jaki w dniach 30 września – 2 października przebyto od Berlina do Siekierek.

Wojtek, Romek i Grzesiu – to współcześni herosi ducha i modlitwy. O ich życiu trzeba koniecznie kiedyś napisać książki, nakręcić kolejne filmy, nie tylko przemawiający do serca dokument „Pielgrzymi”, który ukazuje i charyzmat. W swoim życiu upadli, odeszli od prawowitej drogi uczciwości i wypełniania woli Pana Boga. To długie, smutne historie ich więziennej gehenny, ale i wspaniałej ingerencji Bożego Miłosierdzia. Pojawił się na ich drodze niejeden człowiek, ale szczególnie znany w naszej diecezji Leszek Podolecki, założyciel schronisk dla bezdomnych, terapeuta i ewangelizator, które otworzył ich serca i wielu innych na piękno życia czystego i nieskazitelnego wypływającego z daru miłości miłosiernej. Pan Bóg połączył ich drogi życia w wynagradzaniu za ludzkie słabości, ale w dziele promieniowania łaską miłosierdzia. Podjęli się tego błogosławionego trudu, idąc pieszo przez swoje życie. Z czasem dołączali do nich inni: Dominik, małżonkowie Darwina i Jacek. Nie sposób odzwierciedlić przebytych kilometrów, odwiedzanych miast, ludzi spotykanych podczas wędrówki. Oddajmy im samym głos: „Gdy pięć lat temu – mówi Roman – po naszej pierwszej dalekiej pielgrzymce, doszliśmy z trzech stron świata do Asyżu, poproszono każdego z naszej trójki, żeby jednym słowem wyraził to, co jest dla niego istotą pielgrzymowania. Każdy podał wtedy inne słowo. Wojtek użył określenia rozeznanie, Dominik wybrał zaufanie, dla mnie najważniejsze było przekroczenie. Dziś po pięciu latach nowych doświadczeń i wielu tysiącach kilometrów myślę, że w tym trójkącie zawiera się wyjaśnienie siły tego wezwania, na które my tylko odpowiadamy – tak jak potrafimy – modlitwą stóp. W kolejnych latach dołączały nowe osoby, które połączyło z nami to samo pragnienie... dać innym świadectwo tego, co sami otrzymaliśmy i stale otrzymujemy za darmo – miłosierdzie przebaczające skruszonemu grzesznikowi”.

Byli w Asyżu, wędrowali już z Fatimy, Jerozolimy, byli w Brukseli, dotarli pod koło podbiegunowe, modlili się na zakrwawionej zbrodnią norweskiej wyspie Utoya, zanieśli z bazyliki św. Jakuba w Szczecinie obraz Jezusa Miłosiernego do Rzymu. To tylko właściwie skrawek ich nieustannego głoszenia miłości Boga. Największym wyzwaniem stała się tegoroczna pielgrzymka w ramach obchodów Roku Miłosierdzia pod hasłem: „Zmiłuj się nad nami i nad całym światem”. Ich inspiracją był aspekt fatimski, jak sami o tym mówią: „Matka Boża z Fatimy wzywa dzieci do pokuty i modlitwy za grzeszników, żeby ratować świat. W obliczu niegodziwości popełnianych na świecie jedynym ratunkiem dla ludzkości jest szczere zwrócenie się do Niepokalanego Serca Maryi w duchu ofiary i zadośćuczynienia za zło popełniane na świecie. Wobec współczesnych zagrożeń nadzieją na ratunek jest przykład własnej postawy każdego człowieka, któremu udziela się to wezwanie do ofiary i pokuty, niezależnie od tego, kim jest i skąd pochodzi”.

Reklama

Każdy z trójki pielgrzymów miłosierdzia wyruszył 13 maja z trzech zakątków świata: z Fatimy, Kazania i Damaszku, by po przebyciu 3300 km dotrzeć 15 sierpnia do Berlina, głosząc po drodze orędzie miłosierdzia przekazane światu przez św. s. Faustynę, a także wzywając do pokuty w duchu objawień fatimskich sprzed stu laty. Abp Andrzej Dzięga zachęcił pielgrzymów, aby dopełnili Pielgrzymkę Miłosierdzia poprzez przejście ostatniego odcinka z Berlina do Siekierek liczącego 86 km. Symbolicznie pielgrzymka rozpoczęła się dwa dni wcześniej na wzgórzu Golm koło Kamminke, na cmentarzu, gdzie pochowano 24 tys. cywilnych ofiar bombardowania Świnoujścia przez 670 amerykańskich „latających superfortec” w marcu 1945 r. W modlitwie wzięli udział bezdomni ze Świnoujścia, którymi opiekuje się Leszek Podolecki. W piątkowy poranek 30 września w bazylice św. Jana Chrzciciela w Berlinie, należącej do Polskiej Misji Katolickiej, odprawiona został koncelebrowana Msza św. pod przewodnictwem proboszcza ks. Marka Kędzierskiego SDB, a także z udziałem ks. kan. Mariana Augustyna, organizatora i przewodnika wędrówki, oraz ks. kan. Roberta Gołębiowskiego, który w imieniu Metropolity Szczecińsko-Kamieńskiego przekazał słowo pozdrowienia i wskazał na fundamentalne wartości przesłania miłosierdzia i ich głoszenia w czasie pielgrzymki. Wspaniałym świadectwem wiary było przejście pielgrzymów przez cały Berlin w 17-osobowej grupie pielgrzymów, którzy wywodzili się z m.in. z Morynia, Koszalina, Łodzi, Warszawy oraz cztery osoby z Berlina. Wszystkim towarzyszył na trasie List arcybiskupa Berlina Heinera Kocha do Pielgrzymów Bożego Miłosierdzia z podziękowaniem za ikonę i tablicę przekazaną 15 sierpnia i z błogosławieństwem na pielgrzymkę z Berlina do Siekierek nad Odrą. Przed Siekierkami dołączyły kolejne osoby tak, że łącznie przybyło w niedzielę do sanktuarium 33 pielgrzymów. Włączyli się oni w tradycyjne comiesięczne modlitewne pielgrzymowanie kilkuset osób Dróżkami Różańcowymi pod przewodnictwem abp. A. Dzięgi oraz kustosza ks. kan. B. Przybysza od sanktuarium aż do Siekierkowskiego Cmentarza Wojennego.

Zapytałem jeszcze w Berlinie bohaterów pielgrzymowania oraz Leszka Podoleckiego o ich kolejne plany. Wskazali na Stany Zjednoczone i chęć przejścia z wybrzeża zachodniego na wschodnie. Tam również pragną zanieść orędzie miłosierdzia i przesłanie pokoju. Niech więc dobry Bóg im we wszystkim błogosławi!

Tagi:
pielgrzymka

Motocykliści chcą być razem

2018-04-25 11:32

Kamil Krasowski
Edycja zielonogórsko-gorzowska 17/2018, str. VI

Z ks. Jarosławem Zagozdą, proboszczem z podgorzowskiej Baczyny, rozmawia Kamil Krasowski

Karolina Krasowska
W tym roku motocykliści po raz 7. przejadą ze Świebodzina do Ro kitna

KAMIL KRASOWSKI: – 29 kwietnia odbędzie się 7. Diecezjalna Pielgrzymka Motocyklowa spod figury Chrystusa Króla w Świebodzinie do sanktuarium w Rokitnie. Jak narodziło się to dzieło?

KS. JAROSŁAW ZAGOZDA: – Pierwsza oficjalna pielgrzymka do sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej odbyła się w 2012 r. To było działanie oddolne. Ludzie sami chcieli taką pielgrzymkę zorganizować. Chcieli pojechać do świętego miejsca. Wybór padł na Rokitno, bo nie ma lepszego miejsca w diecezji. Pielgrzymka zawsze wygląda podobnie. Jest Koronka do Bożego Miłosierdzia, bardzo dobrze odbierana przez motocyklistów. Wielu z nich mówiło, że pierwszy raz w życiu modliło się Koronką właśnie na pielgrzymce. I to jest ważny element. Później jest sprawowana Msza św., poświęcenie motocykli i wspólne spotkanie przy stole. Od samego początku w pomoc przy organizacji pielgrzymki – w organizację przejazdu, ustawienie motocykli – zaangażowanych było wielu ludzi. I tak do tej pory współpracujemy. Taką grupą są motocykliści z Gorzowa skupieni w grupie MIŚ, którzy pomagają nam każdego roku.

– Jak wyglądały początki? Ile osób jeździło wówczas do Rokitna?

– W pierwszej pielgrzymce wzięło udział ok. 100 osób. Później ta liczba wzrastała. Najwięcej to było ok. 500 motocykli. Nie chodzi jednak o ilość, a przede wszystkim o duchowe przeżycie – modlitwę, spokojny czas wspólnie przeżywany w sanktuarium, co zawsze akcentujemy. Ilość nie ma znaczenia, chociaż wszystkie zloty i spotkania motocyklistów taki ranking prowadzą, my nie przywiązujemy do tego wagi.

– Skąd najczęściej przyjeżdżają uczestnicy pielgrzymki?

– Jak jest dobra pogoda, bo to jest bardzo ważne, to przyjeżdżają nawet spoza diecezji, z województw zachodniopomorskiego, wielkopolskiego, dolnośląskiego. Przyjeżdżają ludzie z Poznania, Piły, Połczyna Zdroju, Wrocławia, a także zaprzyjaźnieni motocykliści z Niemiec. Mówimy, że jest to pielgrzymka motocyklistów z naszej diecezji, ale każdy znajdzie tu swoje miejsce.

– Jakie intencje towarzyszą pielgrzymom?

– Uczestnicy przywożą swoje konkretne intencje modlitewne, które składają na ołtarzu w czasie Mszy św. sprawowanej za nich. Modlimy się, żeby Pan Bóg bezpiecznie nas prowadził, ale także polecamy zmarłych motocyklistów. Bardzo wielu ludzi prosi o Boże błogosławieństwo dla swoich rodzin. To też jest ciekawy rys – przyjeżdżają ludzie na motocyklach, ale wielu przybywa samochodami. Mąż przyjeżdża motocyklem, a żona z dziećmi samochodem. Albo dziadek z babcią przyjeżdżają za wnukiem właśnie samochodem, żeby z nim być. Dlatego wydaje mi się, że nasza pielgrzymka jest takim rodzinnym świętem.

– Czy w naszej diecezji istnieje duszpasterstwo motocyklistów?

– Kiedyś słyszałem takie powiedzenie, że każdy motocyklista ma duszpasterza w swoim proboszczu, ponieważ każdy należy do jakiejś parafii. Oficjalnie nie ma takiego duszpasterstwa, ale księża od zawsze są tam, gdzie się gromadzą ludzie. Biskup nie mianował takiego duszpasterza, ale są księża, którzy z tym środowiskiem się spotykają i duszpastersko troszczą się o nie.

– Wspominał Ksiądz, że w organizację pielgrzymki zaangażowani są członkowie Grupy Motocyklowej MIŚ. Z tego, co wiem, w pielgrzymkę zaangażowany jest także Klub Motocyklowy God’s Guards. Co to za klub?

– To klub, który zrzesza księży zajmujących się duszpasterstwem motocyklistów w całej Polsce, ale nie tylko, bo do wspólnoty należą też księża z Niemiec albo ci, którzy wyjechali na studia np. do Hiszpanii i tam też się spotykają. Mówi się, że jest to wspólnota kapłańska. W naszej diecezji jest kilku księży, którzy należą do tego klubu. Wspólnie przeżywamy rekolekcje, raz w roku bierzemy udział w pielgrzymce od Bałtyku do Tatr.

– W tym roku takie ogólnopolskie spotkanie Klubu God’s Guards odbędzie się w naszej diecezji w Kęszycy Leśnej.

– Rekolekcje odbywają się w różnych miejscach. Pierwsze były w archidiecezji szczecińsko-kamieńskiej, później była Częstochowa, Warszawa, Tarnów, zaś w tym roku będzie to nasza diecezja. Spodziewamy się, że przyjadą do nas księża, którzy zajmują się duszpasterstwem motocyklistów w całej Polsce.

– Jakie są główne cele Diecezjalnej Pielgrzymki Motocyklowej ze Świebodzina do Rokitna?

– Religijny cel to przede wszystkim modlitwa. Motocykliści to ludzie, którzy lubią wejść do kościoła. Jak zwiedzają jakieś miejsca, to bardzo często jest tak, że zatrzymują się właśnie pod kościołem, żeby zobaczyć, wejść, przeżegnać się. Bardzo ciekawy i ważny jest też cel wspólnototwórczy. Motocykliści chcą być razem. Jak jedziemy na motocyklach, to nie ma okazji, żeby porozmawiać, bo każdy jedzie sam. Jak się spotkamy w większej albo mniejszej grupie – to dobrze jest opowiedzieć swoje wrażenia. Dzielimy się doświadczeniem – kto gdzie był, gdzie warto pojechać. Kolejny cel to promocja bezpiecznej jazdy. Jedziemy w zwartym szyku, w takiej procesji, w pielgrzymce, żeby pokazać, że na drodze trzeba bardzo mocno uważać.

– Jak Ksiądz jako organizator przeżywa pielgrzymkę?

– Bardzo się z niej cieszę. Zawsze też z niepokojem obserwuję pogodę z myślą, czy uda się przejechać. Był taki jeden rok, gdy padał grad. Myśleliśmy, że nikt nie przyjedzie, ale wręcz przeciwnie – przyjechało bardzo dużo ludzi. W takiej grupie modlitwa w Rokitnie ma dla mnie bardzo duże znaczenie. To pokazuje, że motocykliści to nie ludzie, którzy myślą tylko o tym, żeby jechać i pokonywać kilometry, ale że lubią się zatrzymać. Doświadczam też jedności, tutaj nie ma znaczenia, kto skąd jest i jakim motocyklem przyjeżdża.

– Kiedy odkrył Ksiądz swoje zamiłowanie do motocykli?

– Jako nastoletni chłopak dojeżdżałem do szkoły motorowerem. Jednak przyszedł czas, że zacząłem dużo jeździć na rowerze. Gdy byłem na jednej z parafii w Lubsku, spotkałem fajną grupę motocyklistów i właśnie tam powróciły do mnie dawne zamiłowania, spotkałem się też z dużą życzliwością ówczesnego proboszcza. Także zaczęło się to dawno, a odrodziło kilkanaście lat temu. Z motocyklami łączy mnie nić sympatii. Nie jest to żadna wielka miłość, ponieważ zdaję sobie sprawę, że nie zawsze będę jeździł, że przyjdzie taki wiek, kiedy stanie się to niebezpieczne. Nie jeżdżę daleko, ale zawsze jest to okazja do spotkania się z kimś i zobaczenia pięknych miejsc. Z motocykla wygląda to zupełnie inaczej. Można wjechać tam, gdzie nie wjedzie się samochodem, a prawo pozwala. Na mecze żużlowe też jeżdżę z kolegami księżmi na motocyklach. Wtedy zawsze można szybciej dojechać pod stadion, szybciej wydostać się spod stadionu po meczu. Na zakupy do miasta też jeżdżę na motocyklu, bo jest łatwiej i szybciej.

– Jaką maszyną Ksiądz jeździ?

– Jeżdżę miejsko-turystycznym motocyklem BMW o niedużej pojemności. Takim, żeby czuć się bezpiecznie i żeby za dużo zapasu mocy nie było (śmiech).

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Okaż swoją solidarność z Alfie Evansem

2018-04-25 09:40

lk / Warszawa (KAI)

Fundacja Mamy i Taty organizuje trzydniowy wieczorny protest w obronie 2-letniego Alfiego Evansa, chłopczyka z poważnym uszkodzeniem mózgu, którego odłączono od aparatury wspomagającej oddychanie. Protest odbędzie się pod ambasadą Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej w Warszawie. "Okaż swoją solidarność z Alfie Evansem. Małym chłopcem, któremu brytyjski sąd odebrał nadzieję na życie" - apelują organizatorzy manifestacji.

Catholic News Agency
Alfi Evans

W nocy z poniedziałku na wtorek, na mocy wcześniejszej decyzji sądu, chłopcu przebywającemu w szpitalu dziecięcym w Liverpoolu odłączono maszynę umożliwiającą oddychanie. Przez dziewięć godzin Alfie Evans oddychał samodzielnie. Potem, jak ogłosili rodzice dziecka, zapewniono mu ponownie tlen. Chłopiec dostaje też wodę.

Dwulatek od urodzenia cierpi na niezdiagnozowaną chorobę układu nerwowego. Lekarze określają jego stan jako wegetatywny i od wielu miesięcy niezmiennie pogarszający się.

W walkę o życie chłopca zaangażowały się również włoskie władze, które przyznały Alfiemu włoskie obywatelstwo. Wydawało się, że w ten sposób sprawa zostanie rozwiązana. Rodzice Alfiego zabiegają bowiem o przewiezienie chłopca do należącego do Watykanu szpitala pediatrycznego Dzieciątka Jezus w Rzymie. Wbrew protestom włoskiego konsula w Wielkiej Brytanii sędzia podtrzymał jednak decyzję o odłączeniu Alfiego od aparatury.

We wtorek sędzia zgodził się na przeniesienie chłopca do domu w warunkach opieki paliatywnej, ale nie może opuszczać kraju.

Protest przeciwko działaniom brytyjskiego wymiaru sprawiedliwości oraz w obronie Alfiego Evansa organizuje w środę Fundacja Mamy i Taty. Odbędzie się on pod ambasadą Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej przy ul. Kawalerii 12 w Warszawie.

Fundacja apeluje, by przybyć na protest prywatnie, bez barw partyjnych, a nawet przynależności do organizacji pozarządowych. Odbywać się on będzie codziennie od środy do piątku od godz. 22.00 do godz. 1.00 w nocy.

"Okaż swoją solidarność z Alfie Evansem. Małym chłopcem, któremu brytyjski sąd odebrał nadzieję na życie. W pogotowiu czekają włoskie medyczne służby ratunkowe gotowe przetransportować chłopca do szpitala Dzieciątka Jezus w Watykanie. Przyjdź i zapal świeczkę lub znicz. Bez barw partii i organizacji pozarządowych. Alfie Evans - jesteśmy z Tobą wbrew nieludzkiemu prawu! Alfie has a right to live" - apelują organizatorzy protestu.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Przemysł pogardy

2018-04-25 20:33

Ks. Paweł Rozpiątkowski

Kiedy rzuciłem okiem na ten tytuł, choć przecież to nie pierwszy spotkany przeze mnie przypadek takiej metody manipulacji, zrobiło mi się niedobrze. Do szpiku zmroził mnie stopień pogardy zawarty w tych kilku słowach: „Znany działacz antyaborcyjny ma nową pracę, został konsultantem wojewódzkim.” Cóż w istocie znaczą te słowa? Ano tyle, że „Pan nikt” dostał pracę. Przecież a przecież „Pan nikt”, nie powinien dostawać pracy, bo „Pan nikt” jest zerem. Ten „Pan nikt”, to lekarz, który leczył i ratował życie wielu ludziom. Profesor, który wykształcił tysiące innych lekarzy. Tylko dlatego, że twardo opowiada się za życiem został nazwany pogardliwie „znanym działaczem antyaborcyjnym”. Czyli właśnie nikim. Chodzi o prof. Chazana.

BOŻENA SZTAJNER

Wiele już napisano o przemyśle pogardy, który był wymierzony w śp. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Powstały cale analizy działań jego przeciwników politycznych zmierzających do obalenia godnościowych podstaw jego prezydentury. A to pisano o kartoflu. A to zadawano pytania czy prezydent jest alkoholikiem. W ten sposób również starano się wmówić społeczeństwu, że Lech Kaczyński jest nikim. Wielu w to uwierzyło i wierzy nadal.

Przemysł pogardy nadal dobrze funkcjonuje. Jego tryby mielą dziś co znaczniejszych, co odważniejszych obrońców życia. Używane są najbardziej nieczyste chwyty. Prawdziwa wolna amerykanka.

Wściekłą histerię wywołuje np. pokazanie w przestrzeni publicznej niewinnego i prawdziwego zdjęcia kilkutygodniowego dziecka zrobionego za pomocą ultrasonografu. Niedawno w Rzymie urzędnicy wystraszeni przez agresywnych lewaków nakazali je usunąć natychmiast. Nad Wisłą też to przerabialiśmy. Ileż razy urzędnicy nakazywali usunąć, albo bezprawnie niszczono, czy organizowano „społeczne” pikiety przeciw wystawom podobnych zdjęć. To ze strachu, bo odkłamują one aborcjonistyczną narrację pokazując czarno na białym, że pod sercem matki żyje nie płód, ale człowiek. Każdy z nas w piątym czy dziesiątym tygodniu życia tak wyglądał, a że nie jest podobny do siebie dzisiaj? Przecież wielu ma kłopoty z rozpoznaniem siebie na zdjęciach z dzieciństwa. Człowiek się przecież zmienia.

Kilka tygodni temu oglądałem w telewizji dyskusję Kaji Godek z dwoma feministkami. Jedną z nich była prowadząca program w TVN 24 znana dziennikarka. Kaja Godek dala sobie radę doskonale, mimo, że naprzeciw siebie miała nie skrywające niechęci, wściekłości i pogardy dwie lwice, które najchętniej by ją zakneblowały.

I wreszcie fizyczny atak. Ten na Kurię Biskupią w Warszawie z niewybrednymi hasłami, ba groźbami wobec biskupów i księży po tym jak Episkopat Polski wyraził wsparcie dla społecznej inicjatywy „Zatrzymaj aborcję”. Napastnicy gotowi byli na pewno poszturchać. Nie zawahaliby się przed poturbowaniem, a może i znaleźliby się tacy nakręceni, którzy odważyliby się zabić. Nie przesądzam. Boję się tylko, bo widząc nienawiść w czystej postaci, a także przyzwolenie i brak potępienia takich haseł i działań ze strony wspierających mediów, nie mając zbyt bujnej wyobraźni potrafię to sobie jednak wyobrazić.

I co wobec tego? Schować głowę w piasek? Jak struś. To najgorsze, co można zrobić. Gdy chodzi o życie nie można odpuścić „dla świętego spokoju”.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem