Reklama

Bądź jak Jezus 2018

Powinni być martwi, a urodzili się żywi

2016-09-28 08:34

Iwona Galińska
Niedziela Ogólnopolska 40/2016, str. 44-46


W Polsce rocznie wykonuje się ponad 100 tys. tzw. legalnych aborcji. Liczba ta sukcesywnie wzrasta. W Sejmie podjęto już trzy próby nowelizacji ustawy o całkowitym lub częściowym zakazie aborcji. Po nagłośnieniu morderstwa chłopca z zespołem Downa, dokonanego w Szpitalu im. Świętej Rodziny w Warszawie, powstał obywatelski projekt całkowitego zakazu aborcji, który trafił pod obrady Sejmu

Karol był dzieckiem planowanym, wyczekiwanym. Idąc na USG, nie myślałam o żadnych chorobach, o ciężkiej grypie, którą przeszłam w drugim miesiącu ciąży. Chcieliśmy się tylko dowiedzieć, czy to jest chłopiec, czy dziewczynka. Badanie w piątym miesiącu wykazało choroby dziecka. W jednej chwili zawalił nam się cały świat. Karol miał częściowo niewykształcone spoidło mózgu. W szóstym miesiącu okazało się, że ma przepuklinę przeponową. A to była już wada zagrażająca życiu. Przez dziurę w przeponie narządy wewnętrzne: jelita, śledziona przemieszczały się do klatki piersiowej i uciskały płuca. Nie wiadomo było, czy płuca się rozwiną. Sam poród był także niewiadomą – czy Karol go przeżyje. Na szczęście lekarze byli dla nas wsparciem. Nigdy nie sugerowali aborcji. Postanowiliśmy z mężem czas do porodu maksymalnie wykorzystać. Była piękna, ciepła pora roku. Chodziliśmy na długie spacery po Krakowie. Mieliśmy wsparcie od innych rodziców chorych dzieci, których nigdy nie widzieliśmy. Czas poświęciliśmy na modlitwę i na Msze św. Nigdy dotąd nie byliśmy tak nakręceni irracjonalną siłą. Zdaję sobie sprawę, że to łaska Boża nas prowadziła.

Nie dawali mu trzech lat życia

Karol urodził się przez cesarskie cięcie i od razu został przewieziony na intensywną terapię. Przez pewien czas był w stanie krytycznym. Lekarze dawali mu kilka dni życia. Jego stan się ustabilizował. Przeszedł pierwszą operację. Przeżył pół roku na intensywnej terapii. Potem jeszcze rok w szpitalu z respiratorem. Zabraliśmy go w końcu do domu. To był najtrudniejszy dla nas czas. Spaliśmy z przerwami po dwie godziny na dobę. Ciągle włączały się alarmy Karolka. Ja dodatkowo zachorowałam na zapalenie wątroby. Byłam leczona interferonem – to taka „mała chemia”. Bardzo źle ją znosiłam. Nie mogłam się ruszać z powodu dużego bólu stawów. Cała opieka nade mną i synkiem spadła na męża. W końcu kolejny raz podjęliśmy z lekarzem próby odłączania Karolka od respiratora. Po dwóch latach życia został od niego uwolniony. Teraz Karol ma osiem i pół roku, a jego stan to cały czas wielka tajemnica. Miał i jeszcze ma sporo problemów ze zdrowiem. Mniejszych i większych. Ma obustronną głuchotę i wszczepiony implant ślimakowy. Słyszy, ale nie mówi. Samodzielnie je, lecz wszelkie płyny musi mieć podawane dożołądkowo. Ma porażoną strunę głosową i się zachłystuje. Chodzi przy balkoniku albo prowadzony za rękę. Lekarze nie dawali mu tylu lat życia przy funkcjonowaniu jak obecnie.

Wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą twarz Karolka

Karol to kilka porządnych cudów. Miał najgroźniejsze pierwotne, utrwalone nadciśnienie płucne. Lekarka powiedziała, że schorzenie tego rodzaju nigdy nie cofa się samoistnie. Trzeba wykonać przeszczep płucoserca. W wypadku mojego synka byłoby to niemożliwe. Po pewnym czasie nadciśnienie się cofnęło. Stwierdzono u niego w 3 przewężenie tchawicy. Spowodowała to rurka tracheostomijna. Pulmonolog nie mógł uwierzyć, że dziecko jest wydolne oddechowo i nie sinieje. Podczas kolejnej wizyty okazało się, że przewężenie zmniejszyło się i wystarczy jedynie balonikowanie. Zalecono ok. 6 takich zabiegów. U Karola wystarczyły 2. Zdaniem ortopedy, to niesamowite, że syn siedzi po tak długiej hospitalizacji i leżeniu. Jego kręgosłup jest w niezłym stanie.

Reklama

Karol chodził do przedszkola. Teraz uczęszcza do specjalnej szkoły. Ma wspaniałych nauczycieli, ukochanego pana od muzyki. W szkole mówią, że gdy ktoś ma gorszy dzień, wystarczy spojrzeć na uśmiechniętą buzię Karolka, aby przepędzić smutki. W tym roku synek przystąpi do Pierwszej Komunii św. Jest pogodnym dzieckiem. Ma dwójkę młodszego rodzeństwa. Zosia i Anielka to zdrowe dziewczynki.

Musieliśmy zbudować nowy świat, inny niż ten poukładany, wymarzony sprzed narodzin Karola. Syn otworzył nas na inne perspektywy. Zrozumieliśmy, że nasze dotychczasowe plany nic nie znaczą. Trzeba nauczyć się żyć inaczej. Najważniejsze, że w tym naszym egzystowaniu doświadczamy Boga.

Machina śmierci

Historia małego Karolka, opowiedziana przez jego mamę – Annę Kasprzyk, może pomóc podjąć właściwą decyzję kobietom stojącym na zakręcie i monitowanym przez lekarzy, którzy straszą szybkim upływem czasu, który został na, jak mówią – pozbycie się kłopotu. A może skłoni do refleksji zwolenników zabijania dzieci i uświadomi im, że tak mało wiedzą o Bożych planach dotyczących ludzkiego życia. Oby w świadomości naszych posłów, którzy ustalają prawo aborcyjne, pojawiła się iskierka wątpliwości, która zatrzyma wydanie wyroku na zabicie niepełnosprawnych, nienarodzonych dzieci. Jak dotąd machina śmierci, którą jest przemysł aborcyjny, zbiera obfite żniwo.

W ubiegłym roku przepadł w Sejmie obywatelski projekt ustawy całkowicie zakazującej wykonywanie aborcji. Nie był to odpowiedni czas na składanie takich wniosków. Przeżywaliśmy gorączkę kampanii wyborczych. Czekała nas całkowita zmiana władzy i Polacy byli skupieni głównie na tym.

Poprzedni projekt zaostrzający ustawę aborcyjną, by broniła prawa do życia dzieci chorych, spotkał się natomiast z dużym zainteresowaniem i wywołał żywą dyskusję. Wprawdzie 27 września 2013 r. przepadł w Sejmie, ale wystąpienie pełnomocnik Komitetu Inicjatywy Ustawodawczej „Stop Aborcji” Kai Godek wywołało bardzo ostrą reakcję posłów lewicy. Ówczesna marszałek Sejmu Ewa Kopacz zabroniła nawet prelegentce używania określenia „zabijanie dzieci”. Widocznie uszy posłów są zbyt delikatne, aby słuchać podobnych okropności. A według Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, życie ludzkie trwa od chwili poczęcia aż do naturalnej śmierci. – Na dziecko z zespołem Downa patrzy się jak na człowieka, który żyje dlatego, że badania się pomyliły, matka je zlekceważyła lub zrobiła dziecku łaskę i pozwoliła mu się urodzić. Tak nie może być – powiedziała wówczas Kaja Godek, matka 4-letniego synka z zespołem Downa. W Polsce abortuje się dzieci z zespołem Downa, zespołem Turnera i wieloma innymi chorobami, których lista nie została przez Ministra Zdrowia ujawniona. Pozostaje to tajemnicą lekarską, za którą może kryć się wiele nadużyć.

Jak naturalne poronienie...

Obowiązujące prawo aborcyjne zakłada w określonych przypadkach możliwość dokonania zabiegu do końca 3. trymestru ciąży. Zdarza się, że wyjątkowe przypadki są podobne do historii 14-letniej dziewczyny, która bulwersowała opinię publiczną przed kilkoma laty. Otóż dziewczyna zaszła w ciążę ze swoim kolegą z klasy. Dowodzono nieprawdy o gwałcie. Matka dziewczyny z grupą propagatorek aborcji wywierała nacisk na niezdecydowaną córkę. Kilka szpitali odmówiło dokonania zabójstwa, zrobił to dopiero wyznaczony przez Ministerstwo Zdrowia szpital w Gdańsku. Matka dziewczyny złożyła pozew do Strasburga o odszkodowanie za utrudnianie procederu. I wygrała.

Legalnie przeprowadza się aborcje eugeniczne, które dotyczą usunięcia upośledzonego lub nieuleczalnie chorego płodu. Aby się przekonać, czy dziecko urodzi się zdrowe, trzeba wykonać badania prenatalne, które są inwazyjne. W późniejszym czasie mogą zagrozić utrzymaniu ciąży. Test przesiewowy nie daje odpowiedzi na pytanie o stan zdrowia dziecka, USG natomiast pozwala wykryć wady u niego dopiero w 5. lub 6. miesiącu ciąży. Kobieta, która decyduje się na długie, trwające wiele tygodni, i żmudne badania, dostaje niepomyślną diagnozę. I słyszy wówczas od lekarza słowa: Jest dla pani wyjście. To będzie wyglądało tak jak naturalne poronienie. W rzeczywistości różnie to wygląda. Zdarzają się przypadki urodzenia żywych dzieci, które w łonie matki dożyły 28. tygodnia. O tych zastraszających historiach, dokonujących się także w polskich szpitalach, mówi Maria Bienkiewicz – długoletnia obrończyni życia nienarodzonych oraz pracownica fundacji Polskiej Federacji Ruchów Obrony Życia. – Zdarzają się ginekolodzy, którzy niemal doszukują się chorób genetycznych. Do takiego lekarza zgłasza się kobieta będąca w trudnej sytuacji życiowej, mająca kilkoro dzieci, i słyszy słowa: Dziecko ma problemy zdrowotne, może pani zakończyć ciążę. Zdesperowana, często pozostawiona sama sobie godzi się z tą decyzją. Zostaje wywołany przedwczesny poród. Jest zasada, że matka nie może widzieć rodzącego się dziecka. Dostaje środki odurzające. W szyjce macicy ma założony preparat wywołujący jej skurcze. Leży otumaniona z podłożoną miską. O niczym nie wie. Dziecko rodzi się, wpada do tej miski. Ono żyje. Długi czas kwili, wydaje odgłosy życia. Nikt z personelu się nim nie interesuje. Szpitale stosują „procedurę odstąpienia od reanimacji”. Czasami bywa tak, jak w jednym z wrocławskich szpitali – na przełomie stycznia i lutego 2014 r. w 23-24 tygodniu ciąży w trakcie sztucznego porodu urodziło się żywe dziecko, które ważyło 700 g. Lekarze przystąpili do reanimacji i zaintubowali dziecko. Dlaczego dziewczynce udzielono pomocy? Znaleźli się świadkowie tego wydarzenia i obawiano się nagłośnienia sprawy. W sierpniu tego samego roku w Opolu w wyniku cesarskiego cięcia urodziło się dziecko z zespołem Downa. Żyło. Bez żadnej pomocy umierało przez 4 godziny.

W Niemczech żyje kilkunastoletni chłopiec, który przeżył aborcję. Odstawiono go gdzieś na bok. Męczył się 10 godzin, w końcu ktoś nie wytrzymał i udzielił mu pomocy. Zatrważające, że los takiego małego człowieka zależny jest od kondycji psychicznej lekarzy. Według statystyk, w wyniku indukowanego porodu 15 proc. dzieci przychodzi na świat żywych. Ze sprawozdań rządowych wynika, że w wyniku takich procedur codziennie umiera dwoje dzieci. – W latach 60. ubiegłego wieku – wspomina prof. Roman Czekanowski – przedwcześnie urodzone dzieci były topione w wiadrach z wodą lub wystawiane na mróz, aby zamarzły. W statystykach szpitalnych wpisywano, że urodziły się martwe. Dziś umierają w naczyniach na odpady, odstawione gdzieś na bok. Położne mają zakaz udzielania pomocy maleństwom. Strach przed utratą pracy paraliżuje ich działania. Żyją w ciągłym stresie. Wiedzą dobrze, co się dzieje na oddziałach położniczych, i nie mogą nic zmienić. Niektóre nie wytrzymują tej presji i odchodzą z pracy. I wówczas zaczynają mówić. Mogą także, jak lekarze, odmówić wykonywania takich zabiegów. Przez kierownictwo nie jest to jednak dobrze widziane.

Twarde sumienia

Okres PRL-u był rajem aborcyjnym. Dokonywano zabiegów na życzenie, jak usunięcia zepsutego zęba. Kobiety robiły to w dużej mierze z niewiedzy. Panował pogląd, że dziecko przeznaczone do aborcji to zespół komórek, zygota, jakiś niewykształcony twór wielkości ziarnka fasoli. Przemysł aborcyjny żerował na niewiedzy kobiet. Lekarze wiedzieli, co robią. Zdarzali się wśród nich tacy, którzy aby odwieść pacjentkę od zabiegu, roztaczali przed nią makabryczną wizję rozczłonkowanych nóżek, rączek. Na nic się to zdało. Jedna pacjentka po wyjściu z takiego gabinetu stwierdziła stanowczo: – To jakiś sadysta. Opowiadał mi niestworzone historie i napawał się moim wzburzeniem. Rewolucji w świadomości kobiet dokonał dopiero słynny „Niemy krzyk”, nakręcony przez amerykańskiego lekarza Bernarda Nathansona, człowieka, który w swojej przeszłości zawodowej otworzył klinikę aborcyjną i był odpowiedzialny za 75 tys. tego typu zabiegów. Przyczynił się także do zalegalizowania aborcji w Stanach Zjednoczonych. Po zabiegu oglądanym przy pomocy ultrasonografu zaprzestał swoich praktyk. – Nie ma żadnej różnicy między 12-tygodniowym a 28-tygodniowym płodem – mówił. – Dokonywanie zabiegu przerwania ciąży jest dzieciobójstwem. Zabijany płód doznaje takich samych cierpień jak dorosły torturowany skazaniec. Nathansona oskarżano o manipulacje, ale on przyznał się, że manipulował badaniami w okresie aborcyjnym, a nie późniejszym.

Aż dziwne, że kobiety bogate w taką wiedzę, która dobitnie uświadamia im, że zabijają ukształtowanego już człowieka, który się boi i ucieka przed narzędziami chirurgicznymi, nadal decydują się na taki zabieg. Wiele z nich robi to z braku dostatecznej wiedzy, z powodu zastraszenia i przerażenia nową sytuacją. W chwili otrzymania wiadomości o uszkodzeniu płodu potrzebują wsparcia lekarza, bliskich, aby podjąć odpowiedzialną decyzję. Kalekie dziecko to nie koniec życia. To – zdaniem pani Ani z Krakowa – budowanie od podstaw innego świata, w którym, tak jak w każdym innym, będą blaski i cienie. Ojciec dziś już kilkuletniej Martynki, widząc zmagania rehabilitacyjne swojej córeczki, która urodziła się z zespołem Downa i wadą serca, stwierdza: – Te upośledzone dzieciaczki jakby podświadomie rozumieją, że są trochę inne, i dają z siebie wszystko. Ich cierpliwość i samozaparcie są godne podziwu – to zupełnie niedostrzegany wymiar człowieczeństwa upośledzonych.

Dzieci, które przeżyły

O tym, jak wielka jest wola życia, świadczą zanotowane przypadki żywych narodzin w wyniku nieudanych aborcji w Stanach Zjednoczonych. Żyje tam 44 tys. takich osób – są namacalnym świadectwem tych zbrodni. W 1977 r. w 6. miesiącu, po nieudanej aborcji, urodziła się zupełnie zdrowa Melissa Ohden. Tak samo jak Josiah Presley – południowokoreański chłopczyk, który urodził się ze zniekształconą lewą ręką i potem został adoptowany przez amerykańską rodzinę, czy Gianna Jessen – najbardziej znana ofiara aborcji, obecnie gorąca propagatorka walki o zaprzestanie aborcyjnych praktyk. – Kiedy mnie zobaczyli, doświadczyli horroru morderstwa. Byłam ślepa i poparzona, powinnam być martwa, a urodziłam się żywa – mówi w filmie nagranym na płytę. Została adoptowana. Po kilku miesiącach wykryto u niej porażenie mózgowe, będące wynikiem niedotlenienia mózgu podczas zabiegu. Lekarze prognozowali, że Gianna nie będzie mogła nawet podnieść głowy. Dziś jeździ po całym świecie i głosi ewangelię życia. – Kiedy słyszę, że należy dopuścić aborcję w sytuacji, gdy dziecko może być upośledzone, to w moim sercu rozgrywa się horror. Cóż to za arogancja silnych, którzy chcą decydować, kto może żyć, a kto nie?! A przecież tym, co ich samych utrzymuje przy życiu, jest miłosierdzie Boga, nawet jeśli oni Go nienawidzą – powiedziała Gianna w amerykańskim Kongresie i w brytyjskim parlamencie. A te kraje są prawdziwym rajem aborcyjnym. W USA na skutek poparcia Baracka Obamy zabija się dzieci w późnych miesiącach ciąży, tak samo w Wielkiej Brytanii, Niemczech. A zdarzają się przypadki, że dziecko, które z medycznego punktu widzenia nie ma żadnych szans na przeżycie, jednak rodzi się zdrowe. Tak było w Wielkiej Brytanii w przypadku małej Amilli. Tamtejsi lekarze mają obowiązek ratować dziecko, które rodzi się po 24. tygodniu ciąży. U matki Amilli ciąża była zagrożona. Kobieta w szpitalu walczyła ze swoim organizmem o każdy dzień, chciała dotrwać do owego magicznego 24. tygodnia. Zdesperowana, wykorzystując dużą wagę dziecka, oszukała lekarza, który powiedział: – Płód ma 23 tygodnie i 6 dni, więc będę ratował. Mała urodziła się z przezroczystą skórą i zrośniętymi oczami. Zaczęła płakać. Dziś jest zdrowym, normalnie rozwijającym się dzieckiem.

Człowiek ze swoją butą i arogancją wiedzy chce być panem życia i śmierci. A ingerencja w Boże działania przynosi nieoczekiwane skutki. Wobec tylu oczywistych dowodów ciekawe, co musi się stać, aby obudzić nasze sumienia, aby upomnieć się o prawo do życia dla tych najbardziej bezbronnych.

Pocieszające jest to, że młode pokolenie sprzeciwia się aborcji. Majowe badanie sondażowe IBRIS nie pozostawia złudzeń. Większość Polaków jest za całkowitym zakazem aborcji.

Tagi:
rodzina ciąża

Małżeńskie dramaty stare jak świat

2018-05-23 10:40

Bp Radosław Zmitrowicz
Niedziela Ogólnopolska 21/2018, str. 44-45

Wiele małżeństw jest głęboko poranionych przez grzechy małżonków. Jak ksiądz może im pomóc, jak mogą sobie pomóc wzajemnie, by ogarnęła ich łaska Boża?

reshidea/fotolia.com

Pewnego dnia mężczyźni przyprowadzili do Pana kobietę, która poszła za namiętnością swego ciała. Nie wiemy, co nią kierowało i co kierowało mężczyzną, który był z nią. Wiemy, że nie znano innego sposobu na powstrzymanie nieślubnych relacji mężczyzn i kobiet, jak tylko kamienowanie. Bo z jednej strony były zaślepiająca namiętność oraz pragnienie bycia z drugim człowiekiem, a z drugiej – straszne skutki takiego przeżywania intymności przez kobietę i mężczyznę: zniszczone rodziny, nieślubne dzieci, samotne kobiety, dzieci bez ojców... Grzechy związane z nieuporządkowaniem ludzkiej seksualności. Dzisiaj również skutki tych grzechów są straszne, mimo że współczesny świat mówi, iż to nic złego. Katolickie małżeństwa również doświadczają tych dramatów. Nasz Pan, aby uratować zarówno potępiających kobietę mężczyzn, jak i ją samą, nieszczęśliwą, rozeznaje. Owocami tego rozeznania są dialog z mężczyznami i dialog z kobietą. Mężczyznom pomaga zobaczyć ich grzech. Do kobiety stosuje takie podejście, że zostaje ogarnięta nadzieją i wolą nowego życia. Ona odczuwa bardzo mocno, że grzech rzeczywiście jest śmiercią, a Pan nie daje jej taniego pocieszenia, nie mówi, że nic się nie stało, ale nie potępia, kocha. Objawia miłość do grzesznika, do osoby.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 5/6 2018

Jubileusz w Sanktuarium Królowej Śląska

2018-05-23 19:31

Krystyna Wrodarczyk

„Maryo Piekarska góręś obrała, byś nam tu w Piekarach łask udzielała...” (ze zbioru pieśni maryjnych z 1896 roku)


Rok 2018 to szczególny moment w kalendarium Sanktuarium Królowej Śląska. To kolejny piękny jubileusz, a więc okazja do radości i wdzięczności Bogu za dar siedmiu wieków trwania kultu Bożego na tym terenie. Aby dobrze przeżyć ten czas, przez najbliższy rok przybliżać będziemy piękne historyczne karty z dziejów Piekarskiej Parafii, ukazując działanie Opatrzności, która prowadzi od tylu lat losy poszczególnych ludzi, rodzin i wspólnot związanych z tym duchowym centrum Górnego Śląska.

Kiedy ze łzą w oku patrzę na jaśniejącą nowym blaskiem po długotrwałej renowacji Piekarską Świątynię uświadamiam sobie, że z podobnym zachwytem od wieków w to miejsce patrzyli nasi pradziadowie. Z pewnością działo się tak od początku XIV wieku, bo według żywej, trwającej od wieków tradycji i historycznych opracowań 24 sierpnia 1303 roku poświęcono kamień węgielny i rozpoczęto budowę drewnianej świątyni na Górze św. Bartłomieja. Konsekracji tej świątyni dokonano w 1318 roku. Jakby nie liczyć, to już 700 lat! Ileż to pokoleń, ilu wiernych, ile modlitw i ile faktów historycznych! I chociaż trudno sobie to wyobrazić, to przecież także i tutaj przetaczała się bogata, nieraz bolesna historia.

Kiedy używamy wyrazu historia, często mamy wrażenie, że odnosi się on do zjawiska na pozór obcego, toczącego się gdzieś obok, nie dotykającego nas bezpośrednio. Często zapominamy, że miejsce, w którym mieszkamy, całe nasze otoczenie było świadkiem ważnych wydarzeń historycznych, a przed cudownym Wizerunkiem Piekarskiej Pani „monarchowie kornie schylali zbrojną skroń... rycerstwo, szlachta i wodzowie w hołdzie składali lśniącą broń”. Tak trudno w środku współczesnego miasta przywołać obrazy tamtych dawno minionych czasów, wyobrazić sobie to miejsce i tych, którzy przed nami przychodzili, aby w tym miejscu Bogu i Matce Bożej zawierzać swoje troski, prosić o błogosławieństwo i dziękować za łaski. To trudne w naszych zabieganych czasach, ale na szczęście są takie miejsca, gdzie zamykane przed gwarem świata drzwi, otwierają przed nami dawny świat, nieznane czasy.

W Piekarach tym miejscem jest Muzeum Sanktuaryjne – pamiątka innego ważnego jubileuszu, a mianowicie 350-lecia kultu Matki Bożej w Piekarach, jaki obchodzono w 2009 roku. Kiedy stajemy w głównej sali ekspozycyjnej, stąpając po czerwonym dywanie, spoglądamy w Oblicze Piekarskiej Pani, uświadamiając sobie, że właśnie tutaj przechowywana jest pamięć o przeszłości. To właśnie tutaj znajdujemy znaki widzialnej wiary i miłości człowieka do Boga, znaki mówiące o Jego obecności wśród swojego ludu przez wieki i pokolenia. A kiedy spojrzenie pada na replikę drewnianego kościółka nasza wyobraźnia przenosi nas w te dawne czasy. Opowieść o nich możnaby zacząć tak, jak głosi legenda: „Cicha była jeszcze wtedy wielka puszcza piekarsko – szarlejska, nieprzebyta, ciemna i głęboka. Tylko się zwierz dziki – drapieżny ryś czy ciężki, zwalisty niedźwiedź przez jej mroczne gąszcze przedzierał… Człowiek z rzadka tylko puszczę groźną nawiedzał...”

Zostawmy jednak legendy – i tę o Ziemomysławie, który w piekarskiej puszczy, w pobliżu Góry Bartłomieja osadę założył, i tę o Bartłomieju, który wypiekał niezwykle smaczne ciasta i pierniki aż osadę Piekarami zwać zaczęto, i spojrzyjmy na historię wydobytą z wykopalisk, z pożółkłych dokumentów, ze starych zapisków, kronik i roczników. Zainteresowanie historyków dotyczyło przede wszystkim przynależności tej ziemi i owianych tajemnicą dziejów kościoła i parafii.

A dzieje tej przynależności były bardzo złożone i burzliwe, na ten temat powstało już wiele opracowań historycznych, które nie sposób przytoczyć w tym krótkim artykule. Jednak warto w tym miejscu wspomnieć o kilku faktach dotyczących opisywanego okresu. I tak historia mówi o tym, że w latach 990 – 1039 Śląsk był w Państwie Polskim, a w 1039 roku książę czeski Brzetysław I uderzył na Śląsk, zniszczył okolice dzisiejszego Bytomia i przyłączył je do Czech.

Sytuacja ta trwała do 1050 roku kiedy to król polski Kazimierz I Odnowiciel, wspierany przez okoliczną ludność, w bitwie koło Bytomia zwyciężył wojska czeskie i odzyskał część ziem. Tak więc w latach 1054 – 1138 Śląsk znowu znalazł się w Państwie Polskim. Z tego okresu warto przypomnieć datę 7 lipca 1136, ponieważ wystawiona wtedy w Pizie dla arcybiskupstwa gnieźnieńskiego bulla protekcyjna papieża Innocentego II, podkreślająca niezależność (od Niemiec) i odrębność Kościoła polskiego, wymieniła m.in. osadę Zwerzow (lub Zwierszowiec). Niektórzy historycy uważają, że może chodzić o Piekary.

W późniejszych źródłach pisanych osadę nazywano Peccari. Potwierdza to dokument z dnia 4 października 1277 roku, w którym biskup krakowski Paweł z Przemankowa zapisał, że mieszkańcy osady Peccari zostali wydzieleni z kościoła p.w. św. Małgorzaty w Bytomiu i przydzieleni do kościoła w Kamieniu. Raz jeszcze w tych zamierzchłych czasach Piekary znalazły się pod panowaniem Czech, a stało się to wówczas, kiedy w roku 1289 książę Kazimierz II władający księstwem bytomskim złożył hołd władcy czeskiemu Wacławowi II z rodu Przemyślidów. Pomimo tych wszystkich zawirowań historycznych piekarska osada ciągle się rozwijała, a dzięki górnictwu i hutnictwu była coraz bardziej zasobna w dobra materialne, co wpłynęło na decyzję wybudowania kościoła.

Legenda głosi, że według pierwotnych planów kościół miał stanąć na wzgórzu Cerekwica. Tam zwieziono potrzebne do budowy drewno. Jednak jakaś tajemnicza siła w ciągu jednej nocy przeniosła zgromadzony budulec w miejsce, gdzie dzisiaj znajduje się piekarska świątynia. Uznano to za znak, że Bóg to właśnie miejsce wybrał na swój dom i tu właśnie nasi pradziadowie 24 sierpnia 1303 roku poświęcili kamień węgielny i rozpoczęli budowę drewnianego kościółka p.w. św. Bartłomieja Apostoła. Budowano go w stylu romańskim. Kościół mógł pomieścić około 200 osób. Nawa kościoła zbudowana została na planie prostokąta, którego ściany poskładanao na polską wieńcówkę z modrzewiowych bierwion poziomo leżących, łączonych „jaskółczym ogonem”, a nie na czopy lub fugi (jak to było niemieckim sposobem). Prezbiterium było węższe o połowę od nawy. Przed nawą usytuowana została czworokątna dzwonnica, której wnętrze było kruchtą. Ściany zewnętrzne obite były prostopadle dranicami, nieco dłuższymi niż szyndzioły, wyciętymi u dołu w zębatą koronkę. Dach został pokryty gontami. Wokół kościoła biegły soboty – krużganki nakryte daszkiem, które służyły wiernym za ochronę przed deszczem czy skwarem. Drzwi miały dębowe wągary, bogato okute, a na belce progu wyrzezano rok budowy i znamię cieśli.

W kościele znajdowały się trzy ołtarze. W ołtarzu głównym usytuowano figury św. Bartłomieja Apostoła i św. Mikołaja (zachowane do dziś). Po lewej stronie, w bocznym ołtarzu znajdował się wizerunek Matki Bożej – Bogurodzicy z Dzieciątkiem w typie Hodigitrii (Przewodniczki). Obraz o wymiarach 129 cm wysokości i 92 cm szerokości namalowany został na desce lipowej z kredowym podkładem, wg tradycji „spoczywał na czerwonych słupach”.

„Zaraz od samego początku lud pobożny w utrapieniu i troskach uciekał się do tego cudownego obrazu i wielką jest liczba tych, którzy przy tym obrazie cudownie wysłuchani zostali, tutaj znaleźli pociechę” – głosił przekaz ludowy. I taki właśnie – mały, skromny, drewniany kościółek stał w miejscu naszej dzisiejszej piekarskiej świątyni. I to właśnie w tym roku obchodzimy jubileusz świadczący o ciągłości naszych dziejów, jubileusz, który jak Arka Przymierza łączy dawne i obecne czasy. Konsekracja tego kościółka naszych przodków, kościółka p.w. św. Bartłomieja Apostoła i ołtarza ku czci Poczęcia Najświętszej Panny Maryi w Piekarach odbyła się w 1318 roku. W uroczystości udział wzięli arcybiskup gnieźnieński Janisław, generalny kolektor świętopietrza w Polsce oraz uznany jurysta i proboszcz kościoła Mariackiego w Krakowie – Jan z rycerskiego rodu Kołda, tj. późniejszy biskup Nanker z Kamienia.

Cytaty za: Ks. Janusz Wycisło „Kronika dziejów Sanktuarium Maryjnego i Piekar Śląskich do 1945r.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hiszpania: biskupi przestrzegają przed eutanazją

2018-05-23 21:45

mz (Lizbona; KAI/ReL) / Madryt/Lizbona

Hiszpańska Konferencja Biskupia ogłosiła swe stanowisko w sprawie eutanazji, przestrzegając przed próbą jej legalizacji. List biskupów jest ich odpowiedzią na zgłoszony w maju do parlamentu przez Hiszpańską Socjalistyczną Partię Robotniczą (PSOE) projekt ustawy legalizującej tzw. śmierć wspomaganą. Uchwalono go głosami PSOE i radykalnej partii Podemos.

Fotolia.com/ Steve

Episkopat stwierdził, że eutanazja jest złem moralnym i działaniem wrogim wobec godności ludzkiej i nie ma nic wspólnego z medycyną. Podkreślono, że najlepszą formą walki z cierpieniem osób w stanie terminalnym jest opieka paliatywna. Autorzy listu wskazali ponadto, że dla autorów projektu ważniejsze od życia ludzkiego jest prawo do "samodzielnej decyzji" osoby cierpiącej.

Ożywiona debata społeczna w sprawie legalizacji eutanazji toczy się od kilku miesięcy także w sąsiedniej Portugalii, gdzie socjaliści (PS) i radykalny Blok Lewicy (BE) złożyli do parlamentu projekty w sprawie tzw. śmierci wspomaganej. Zdaniem komentatorów jeszcze przed końcem maja br. portugalskie Zgromadzenie Republiki może zalegalizować eutanazję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem