Reklama

Jamnik pod szafą

2016-09-14 08:23

Z ks. Ireneuszem Skubisiem rozmawiał Błażej Torański
Niedziela Ogólnopolska 38/2016, str. 18-20

alexskopje/Fotolia.com

O cenzurze, cenzorach i mechanizmach kłamstwa z ks. Ireneuszem Skubisiem – honorowym redaktorem naczelnym „Niedzieli” – rozmawia Błażej Torański

BŁAŻEJ TORAŃSKI: – Czy św. Tytusa można pomylić z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito?

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Tak pomylił się w latach 50. cenzor z Katowic, kiedy częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadało wspomnienie sancti Titi – św. Tytusa. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito.

– Przypomina to inną anegdotę: w 1946 r. urząd cenzury zażądał od częstochowskiego wydawcy praw autorskich do tekstu św. Tomasza z Akwinu...
Po II wojnie światowej „Niedziela” wracała na rynek dwukrotnie: w 1945 i 1981 r.

– W czasach stalinowskich „Niedziela” była zniewolona. W każdym numerze cenzura zakładała jej kaganiec, przykręcała śrubę. W 1947 r. redaktor naczelny ks. Antoni Marchewka trafił na 11 miesięcy do więzienia. Aby wypełnić łamy po wyciętych artykułach, redaktorzy publikowali materiały o ogrodnictwie. Tych cenzorzy się nie czepiali. W 1953 r. cenzura zażądała opublikowania nekrologu po śmierci Józefa Stalina i zaraz po tym władze zakazały wydawania „Niedzieli”. Pismo zamilkło na 28 lat!

– W tym interwale ksiądz miał własne doświadczenia z cenzurą. Pierwsze, w 1961 r., zaraz po wyświęceniu na kapłana.

– Przed odprawieniem pierwszej mszy św. wydrukowałem tysiąc małych prymicyjnych obrazków. Aby je rozprowadzić wśród wiernych, musiałem mieć stempel cenzury. Zgodziła się na tysiąc sztuk, ale wydrukowałem kilka tysięcy. Na pozostałych przystawiłem podrobioną pieczątkę. Taki mieliśmy wtedy sposób na ominięcie cenzury.

– Grzeszny sposób. Kilkanaście lat później jako redaktor naczelny wydawał Ksiądz rocznik „Częstochowskie Studia Teologiczne”.

– To był już rok 1974. Rok później przypadała 50. rocznica powstania diecezji częstochowskiej. W jubileuszowym numerze cenzura zezwoliła nam na wydrukowanie artykułu ks. prof. Jana Związka o historii Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. Było tam zdanie o czerwonoarmiejcach, którzy zostawili budynek w okropnym stanie. Wyglądało to jak krajobraz po bitwie: wszechobecny fetor i brud.

– Niczym po najeździe Hunów...

– Tymczasem cenzura w Katowicach, wyjątkowo bezwzględna i ostra, z wielkim uporem broniła Armii Czerwonej. Decyzja brzmiała: Albo ksiądz usunie tę kwestię i nie będzie umieszczał w ogóle sprawy obecności wojsk radzieckich w gmachu seminarium przy ul. Bernardyńskiej 3 w Krakowie, albo artykułu nie wolno wydrukować. Postanowiłem poprosić o pomoc bp. Bronisława Dąbrowskiego, sekretarza Episkopatu Polski. Poszliśmy do ministra Kazimierza Kąkola...

– ...szefa Urzędu do Spraw Wyznań.

– Minister z biskupem wypili herbatę miętową, ja poprosiłem o kawę. Kąkol rzucił, jakby retorycznie: „A kto nas nauczył cenzury? Kościół!”. Rozstaliśmy się miło, jednak cenzura nie ustąpiła. Nie udało się nic wskórać i artykuł ukazał się według wskazań cenzury. Zwyciężył aparat władzy, czyli bezwzględne działanie komunistyczne.

– „Niedziela” wróciła na rynek w „karnawale Solidarności”, w 1981 r. Co takiego uczyniła władzy komunistycznej, że ta zawiesiła ją na 28 lat?

– „Niedziela” ma w sobie charyzmat patriotyczny. Już przed II wojną światową często pisała o bolszewii, o Rosji bolszewickiej. Po powstaniu warszawskim do Częstochowy dotarła w 1945 r. słynna pisarka Zofia Kossak-Szczucka. Zaproponowała reaktywację „Niedzieli”. Posądzano ją jednak o antysemityzm, chociaż współzakładała Żegotę. Wiedział o tym Jakub Berman i ostrzegł, żeby uciekała z Polski. Z misją Polskiego Czerwonego Krzyża wyjechała do Londynu.

– Po 1951 r. jej książki objęto w Polsce cenzurą i wycofano z bibliotek, a „Niedzielę” zawieszono w 1953 r. Duchowni nie czynili starań, aby ją wznowić?

– Ksiądz Antoni Marchewka cały czas o to zabiegał. Wspierał go kard. Stefan Wyszyński. Ale mówiono mi, że nie popierali tego posłowie Znaku. Ja odpowiadałem za wydawnictwa diecezjalne. Nie mieliśmy koncesji. Za każdym razem występowałem do Ministerstwa Kultury z prośbą o przydział papieru na publikację „Częstochowskich Studiów Teologicznych” i książek. Do cenzury jeździłem do Katowic, bo w Częstochowie mieliśmy tylko oddział. Jedna z rozmów w 1974 r. trwała sześć godzin! Niczego nie zwojowałem. Z urzędu wyszedłem bardzo zmęczony i jakby przetrącony. Ponieważ byłem jednocześnie duszpasterzem akademickim, odprawiałem wieczorem Mszę św. i pamiętam, jak nogi mi się trzęsły z powodu tego trudnego spotkania. Po latach spotkałem prawdziwego cenzora o nazwisku, którym legitymował się mój ówczesny rozmówca, i dowiedziałem się, że wtedy rozmawiałem z ubowcem!

– Nie wszystkie wydawnictwa oddawaliście do cenzury.

– Na to, co Karol Wojtyła mówił po 1978 r., zaraz po wybraniu go na papieża, było ogromne zapotrzebowanie, a media PRL-u rzadko go cytowały. Jako duszpasterz akademicki zacząłem więc wydawać nielegalnie – poza peerelowską cenzurą – „Monitor Kościelny”. Streszczaliśmy w nim audycje Radia Watykańskiego. Nagrywaliśmy je i starannie przepisywaliśmy, cytując przede wszystkim wypowiedzi Jana Pawła II. Drukowaliśmy kilkaset sztuk „Monitora” i rozsyłaliśmy po całej Polsce. Najwięcej do zakonów. Przed pierwszą pielgrzymką Papieża do ojczyzny postanowiłem wydać książkę z jego wypowiedziami – pt. „Bardzo pragnę przybyć do Was”. Chciałem ją wręczyć Ojcu Świętemu 6 czerwca 1979 r., w ostatnim dniu jego wizyty w Częstochowie. Wszystko było już dogadane z drukarnią. Niestety, komuniści – przy pomocy cenzury – do tego nie dopuścili. Dyrektor drukarni wyparł się wszelkich ustaleń. Ze strachu.

– Po 1981 r., od dnia wznowienia, „Niedziela” miała permanentne kłopoty z cenzurą.

– Wydawaliśmy ją w Opolu i musieliśmy uzyskiwać zgodę tamtejszego urzędu cenzury, któremu szefował Eugeniusz Kaniok. Jeździliśmy do niego na zmianę z Lidią Dudkiewicz – ówczesną sekretarz redakcji, obecnie redaktor naczelną, i redaktorem Juliuszem Braunem – do niedawna prezesem Telewizji Polskiej, teraz zasiada w Radzie Mediów Narodowych. Potrzebne były dwa stemple: jeden – na tzw. szczotce, czyli próbnej odbitce drukarskiej, dający prawo druku, drugi – na opublikowanym egzemplarzu – ten był zgodą na rozpowszechnianie. Bez tego drugiego stempla cały numer musiałby iść na przemiał.

– Proszę o przykłady ingerencji.

– Raz cenzor nakazał zastąpić „Moskali” „wojskami carskimi”. Mówił, że „Moskale” godzą w konstytucyjny sojusz ze Związkiem Radzieckim. Innym razem – to było w stanie wojennym – ocenzurował nam Pismo Święte: z reportażu Juliusza Brauna o grobach wielkanocnych wyciął cytat: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie”. Ingerowano też w fotografie. Na jednej z nich stoczniowcy mieli na kieszeniach emblematy Stoczni Gdańskiej. Zdaniem cenzora, fotografia naruszała zasadę laickiego charakteru państwa, gdyż „stocznia jest przedsiębiorstwem państwowym, więc jej robotnicy nie mogą brać udziału w procesji”. Zdjęcie było już opublikowane, więc musieliśmy w drukarni zdrapywać emblematy z kieszeni stoczniowców. W tygodniku pojawiły się w tych miejscach białe plamy. Kiedyś w chwili szczerości Eugeniusz Kaniok wyznał, że nie należę do łatwych rozmówców.

– Pamięta ksiądz, jak ocenzurowano relację ze spotkania gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Janem Pawłem II?

– Zakwestionowano zdanie, że Monika Jaruzelska dostała różaniec od papieża. Cenzor powiedział, że nie jest to potrzebne. Kłóciłem się z nim, pytałem: „Wzięła ten różaniec czy nie? Jeśli wzięła, to dlaczego o tym nie napisać?”. Pilnowali drobnych faktów, każdego opisanego gestu. W sprawach większej wagi, jak spotkanie papieża z generałem, cenzor nie decydował arbitralnie, konsultował się z przełożonymi w Warszawie. Zaangażowani w to byli także urzędnicy ds. wyznań i wydziału propagandy KC PZPR. Oka sieci cenzury były zagęszczone. Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki wyczuwało się ogromne napięcie w relacjach opolskich cenzorów z urzędu przy ul. Mysiej w Warszawie. W publikacji o pogrzebie było kilkanaście – chyba 13 – ingerencji.

– W piśmie, które otrzymaliście po innym artykule, o zabójstwie ks. Jerzego – „Brat zabija brata”, cenzor zarzuca wam, że postawiliście znak równości między „dramatycznym okresem rozbiorów Polski a jej obecnym kształtem ustrojowym”. Ukazanie ks. Popiełuszki jako spadkobiercy duchowego tradycji narodu z okresu niewoli „poniża konstytucyjny ustrój PRL”. Artykuł – zdaniem cenzora – „upowszechnia treści sugerujące sytuację zastraszenia społeczeństwa, co może wyzwalać niepokój społeczny, a tym samym zagrażać bezpieczeństwu państwa”.

– Pisaliśmy prawdę. Takich artykułów, kwestionowanych przez cenzurę, były dziesiątki. Nie było numeru bez ingerencji. Nigdy nie mieliśmy pewności, że w kolejnym tygodniu „Niedziela” się ukaże. Jak spadały teksty, to na ich miejsce proponowaliśmy kolejne. Nie było to łatwe, bo w drukarni w Opolu przydzielono nam tylko mały stolik w zecerni. Wokół panował hałas maszyn, pracowały linotypy. Zakwestionowany druk zecerzy musieli sklejać na nowo. Czasami było to wycięte przez cenzora pół zdania.

– Uzbierał Ksiądz cztery pękate teczki dokumentujące ingerencje cenzorskie. Czytam kolejne wyjaśnienie cenzora, który w 1985 r. zdjął artykuł „Wezwanie Ojca Świętego do modlitwy za naród litewski”: „Treść zakwestionowanej publikacji w sposób nieuprawniony odnosi pojęcie «naród katolicki» do całego narodu Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, w której według zasad Konstytucji ZSRR wyznawany światopogląd jest prywatną sprawą każdego obywatela. W ten sposób publikacja stanowi ingerencję w wewnętrzne sprawy ZSRR i przez to może narazić na szwank dobrosąsiedzkie stosunki sojusznicze Polski i ZSRR”. Uderzał Ksiądz w sojusze!

– No tak (śmiech). Cenzura miała cały szereg zapisów, których nie rozumieliśmy. Nie akceptowaliśmy ich, ale cenzorzy te zapisy stosowali.

– Ale raz zrobił ksiądz cenzurę w konia...

– Radziecka agencja prasowa TASS napisała o pielgrzymkach do Częstochowy takie brednie, że postanowiłem dosłownie ją zacytować. Cenzor mówi: „Tego nie puszczę”. No i ukazała się w „Niedzieli” biała plama z podaniem podstawy prawnej ingerencji cenzorskiej (śmiech) w depeszy agencji TASS. Innym razem, już za pieriestrojki Gorbaczowa, napisaliśmy o szpitalach psychiatrycznych dla radzieckiej opozycji. I to – o dziwo – poszło! Kaniok chyba nie zauważył. Następnym razem wręczył Juliuszowi Braunowi pismo skierowane do mnie. Twierdził w nim, że jako redaktor naczelny oszukuję cenzurę, że jestem nie w porządku i następnym razem wyciągnie wobec mnie konsekwencje. Epistoła była niezwykle dyscyplinująca.

– I arogancka.

– No tak, nazwał mnie kłamcą. Napisał tak, bo dostał za mnie w Warszawie łomot. Wiedział, że nie ma racji, powiedział więc Braunowi: „Niech pan tego pisma księdzu nie pokazuje”. „Jakże mogę nie pokazywać? Przecież mój szef musi je znać” – odparł Braun. W odpowiedzi na to pismo napisałem cenzorowi, że kłamie, ale nie wysłałem kopii do jego przełożonych. Wiedziałem, że się broni. Nie chciałem działać przeciwko niemu. Żal mi czasami było opolskich cenzorów, gdyż musieli wysłuchiwać obrzydliwych wyzwisk ze strony swoich szefów z ul. Mysiej. Jechał taki dyrektor do stolicy, a tam dawali mu taką frycówę, że trudno to sobie wyobrazić...

– Żal cenzorów, oprawców słowa?

– Ci ludzie nie byli tacy źli. Mieli świadomość, że wykonują brudną robotę. Podskórnie czuło się, że podzielają nasze stanowisko, ale służyli wiernie reżimowi kłamstwa. Po przegranych przez komunistów wyborach w 1989 r. wiedzieli, że ich czas się kończy. Że nowe władze ich urząd zlikwidują. Wyglądali jak zbite psy. Byli niczym skazańcy przed egzekucją. Współczułem im. Szefowie drukarni byli jednak tak zdyscyplinowani, że nadal wymagali od nas pieczątek cenzury, choć wiedzieli, że cenzorzy już naszych tekstów nie czytają.

– Cenzura była przewidywalna?

– A skądże! Nieobliczalna. Gorsze były kobiety, eleganckie panie. Bałem się ich zwłaszcza po tym, jak zakwestionowały cytat z Pisma Świętego. To były trudne rozmowy.

– Wiedział ksiądz, gdzie leży granica między dopuszczalnym a zakazanym?

– Z góry wiedzieliśmy, że niektóre artykuły nie przejdą. O polskiej racji stanu, o tożsamości narodowej. Takie, które mogły naruszać sojusze. Pod szczególną kontrolą były wszelkie odniesienia do Związku Radzieckiego, do demoludów. Często dawaliśmy cenzorom teksty na próbę i pytaliśmy, co by puścili. Robiliśmy przymiarki. Prowadziliśmy nawet dość życzliwe rozmowy. Kiedy jednak cenzor uznawał, że nie może wydać zgody na druk, stawał niemal na baczność i mówił mi kategorycznie: „Jestem urzędnikiem państwowym. Tego nie mogę puścić”.

– Doradzali, co czym zastąpić?

– Poszukiwaliśmy wyjścia z sytuacji. Nie były to rozmowy z siekierą w dłoni. Nie traktowaliśmy cenzorów jak wrogów. Był to czas, w którym powoli rodziła się Solidarność. Ale ostatecznie i tak cenzorzy robili swoje, posłusznie realizowali polecenia urzędu.

– Nie wchodził Ksiądz z nimi w bliższe relacje?

– Nie. Uważałem, że nie ma sensu się z nimi bratać. Była to instytucja wroga wobec prawdy – nie miałem tu żadnej wątpliwości. Nigdy nie zgodziłem się też, aby nie opublikować zaznaczenia ingerencji cenzury.

– Gazeta wychodziła poszatkowana białymi plamami. Trudna do czytania.

– Ludzie to rozumieli. Raz znany i poważany autor – nie wymienię nazwiska, już nie żyje – napisał słaby tekst. Zaznaczyliśmy ingerencje, ale pomyślałem: „Dobrze, że one są, bo czytelnicy pomyślą, że artykuł był dużo lepszy” (śmiech).

– Czym dla księdza była cenzura? Kneblem na wolne słowo?

– Cenzura była instytucją, która miała przeszkodzić w przekazywaniu prawdy. Faktycznie była więc służbą kłamstwu. Kłamstwo może służyć różnym celom, m.in. umocnieniu władzy, ideologiom, które mają przełożenie na pieniądze, na kapitał, na promocję instytucji często wątpliwej wartości. Może też służyć niemoralnym działaniom. Cenzura wiązała się z wielką manipulacją, była istotnym elementem funkcjonowania systemów politycznych, gospodarczych, ekonomicznych i innych. Sprzyjała ogólnemu zakłamaniu. Łączyła się z podłością i niegodziwością i w swej filozofii służyła szatanowi. Doświadczaliśmy działania tego imperium kłamstwa, które służyło władzy ludzi nikczemnych, zaprzedanych obłudzie i fałszowi.

– Ale chyba nie wszyscy byli tacy sami?

– Oczywiście, mieliśmy do czynienia z ludźmi o różnym stopniu moralności – byli i tacy, którzy w sposób absolutny służyli kłamstwu i było im wszystko jedno powiedzieć „tak” lub „nie”.

– Ludzie – mechanizmy, tryby w systemie przemocy?

– Ukazywały się sylwetki ludzi o różnej formie zaangażowania w to królestwo kłamstwa. Zdarzali się tacy, którzy mówili, że mają świadomość, iż ich działania nie służą dobrym celom.

– Cenzorzy ściśle współpracowali z aparatem partii, ale czy także – według obserwacji Księdza – ze Służbą Bezpieczeństwa?

– Zauważało się pewną koniunkcję między urzędnikami cenzury a Służbą Bezpieczeństwa. Przykładowo po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki cenzorzy absolutnie nie działali sami, cały czas konsultowali się z SB i z Urzędem ds. Wyznań. Z pewnością w takich rozmowach i uzgodnieniach uczestniczyli też przedstawiciele PZPR, a nawet KPZR i wydawali konkretne dyspozycje. Cenzura miała wsparcie w nikczemnych i perfidnych siłach SB oraz w całym aparacie partyjnym, którego siedziba główna znajdowała się na Kremlu. Wszystko było zorganizowane w sposób precyzyjny i doskonały. W języku politycznym można by to nazwać ministerstwem kłamstwa.

– Nie ma już Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, ale cenzura nie przeminęła…

– To problem ciągle aktualny. W czasach komunistycznych mieliśmy do czynienia z cenzurą stosowaną w sposób oficjalny. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk był strażnikiem, który realizował politykę PRL-u. Ale i w czasach wolności cenzura może się mieć bardzo dobrze. Nie ma już urzędów cenzury, ale wciąż mogą padać – i padają – różnego rodzaju dyrektywy, które w sposób drobiazgowy realizują różne instytucje. Mieliśmy przykład działań kanclerz Niemiec Angeli Merkel, która dawała wytyczne co do przekazywania informacji o napaści islamistów na kobiety w Kolonii. Cenzura jest więc możliwa w każdym kraju i w każdej rzeczywistości.

– Nakłada to szczególne obowiązki na dziennikarzy.

– Dziennikarz musi być człowiekiem prawdy, musi mieć bardzo dobrą formację wewnętrzną. Nie może ulegać zakłamaniu, a cóż dopiero korupcji czy manipulacji. Oczywiście, jego praca jest poddawana różnego rodzaju naciskom i premiowaniu. Dostaje wskazówkę: Masz coś napisać, ale tak, by doprowadzić do określonej świadomości społecznej. Wielu temu ulega i stąd powszechna opinia, że media kłamią. Kłamstwo zaś rzutuje na życie społeczne i nawet gdy wydaje się niegroźne, jest manipulacją realnej rzeczywistości i służy promocji pozoru.

– Reasumując: cenzura jest w naturalnej opozycji do istoty człowieka?

– Pan Bóg wymyślił człowieka jako istotę wolną i rozumną. Cenzurowanie jest uderzeniem w istotę człowieka. Ograniczenie lub zniszczenie wolności jednego człowieka przekłada się na życie społeczne. Człowiek pozbawiony ręki lub nogi ma ograniczoną wolność. Trudno z tym żyć. Tak samo jest z ograniczeniem wolności pisania, mówienia czy pokazywania obrazu. Cenzura jest wielką nieprawością. Zwłaszcza gdy w dyktaturach komunistycznych funkcjonowała jako system. Przed laty, w PRL-u, kiedy byłem duszpasterzem akademickim, zaprosiłem do Częstochowy Stefana Kisielewskiego. Na spotkaniu zapytano go o jakość dziennikarstwa i literatury. Powiedział, że pies trzymany pod szafą zawsze pozostanie jamnikiem. I tak jest ze słowem blokowanym przez cenzurę.

Błażej Torański jest dziennikarzem tygodnika „Do Rzeczy”. Wywiad stanowi fragment książki „Knebel. Cenzura w PRL”, którą autor przygotowuje do druku. Tekst za: www.sdp.pl .

Tagi:
wywiad media

Wróblewski: Oczekuję szybkiego orzeczenia Trybunału ws. aborcji

2018-11-12 12:59

Rozmowa z dr. Bartłomiejem Wróblewskim, posłem PiS, który przed rokiem złożył wniosek o stwierdzenie niekonstytucyjności aborcji eugenicznej.

Artur Stelmasiak: - Dwa tygodnie temu minął rok, od kiedy złożył Pan skargę do Trybunału Konstytucyjnego w imieniu 106. posłów. Nic w tej sprawie się do tej pory nie wydarzyło. Nadal nie wyznaczono terminu rozprawy. Jak Pan ocenia tę sytuację?

www.bartlomiejwroblewski.pl

Bartłomiej Wróblewski: - Sprawa ochrony życia należy do najważniejszych kwestii konstytucyjnych. W mojej ocenie przepisy pozwalające na przerywanie ciąży, czyli na zabicie dziecka ze względu na podejrzenie choroby lub niepełnosprawności, są niekonstytucyjne. Trybunał Konstytucyjny od dawna stoi na stanowisku, że prawo do życia chroni dziecko także przed narodzeniem. W sprawie przesłanki eugenicznej jeszcze się nie wypowiedział, bo ta regulacja nie została wcześniej zaskarżona. Dlatego rok temu wraz ze 106 posłami wnieśliśmy wniosek o zbadanie tej kwestii. Naszą ocenę podzieliła Komisja Ustawodawcza Sejmu, co znalazło następnie odzwierciedlenie w stanowisku Marszałka Sejmu przekazanego Trybunałowi. Również opinia Prokuratora Generalnego wspiera nasz wniosek. To uprawdopodabnia naszą ocenę niekonstytucyjności obowiązującej regulacji. Dlatego należałoby oczekiwać szybkiego rozpatrzenia wniosku przez Trybunał Konstytucyjny.

- Czy po roku czasu przymiotnik "szybko" nadal jest uprawniony w tej sprawie?

- Rozumiem wątpliwość, bo minął już rok. Od początku podkreślałem, że sprawa jest bardzo ważna i dlatego pośpiech byłby niewskazany, bo rozstrzygnięcie nie powinno budzić żadnych zastrzeżeń. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że teraz dalsze przeciąganie tej sprawy już trudno uzasadnić.

- Ale jak rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, to też Pan mówił, że niebawem powinno być orzeczenie.

- Zgodnie z deklaracjami z TK miałem nadzieję, że sprawa zostanie rozpatrzona w podobnym czasie jak w 1996/97 r., czyli w kilka miesięcy. Sprawa jest na tyle ważna, że każdy kolejny miesiąc zwłoki jest coraz mniej zrozumiały przez posłów, którzy podpisali się pod wnioskiem, ale i przez opinię publiczną. Także ponad 800 tys. osób podpisało się pod obywatelskim projektem zmianą ustawy argumentując to między innymi niekonstytucyjnością obowiązującej regulacji. Sędziowie stoją na straży praw i wolności konstytucyjnych i ich obowiązkiem jest rozpatrywanie spraw bez zbędnej zwłoki, a już w szczególności, gdy chodzi onajważniejsze prawa i wolności jednostki. Nasz wniosek dotyka ochrony życia, czyli ostatecznie rzeczy najbardziej podstawowej.

- Ta sprawa jest łatwiejsza od tej rozpatrywanej w 1997 roku. Wówczas Trybunał Konstytucyjny wydał orzeczenie po niespełna 6 miesiącach. Na co teraz pani prezes Trybunału czeka?

- Rzeczywiście sprawa z 1997 r. była trudniejsza i miała charakter precedensowy. To wówczas zapadły kluczowe rozstrzygnięcia. Trybunał orzekł, że dziecko przed narodzeniem jest człowiekiem oraz, że chroni je prawo do życia. Innymi słowy dla sprawy niekonstytucyjności aborcji eugenicznej większość istotnych kwestii już została rozstrzygnięta. Stąd oczekiwanie rychłego orzeczenia Trybunału.

- Niektórzy twierdzą, że pani prezes TK Julia Przyłębska celowo blokuje prace i nie wyznacza terminu rozprawy. Zakładają, że może być to prawda, bo taki mamy Trybunał.

- Martwią mnie takie dywagacje. Zakładam, że szybko poznamy termin rozprawy, co przetnie wszelkie spekulacje.

- A może TK ma jakieś ważniejsze sprawy, niż życie ludzkie?

- Trybunał zajmuje się zawsze ważnymi sprawami. Niemniej i wśród nich jest hierarchia. Bez wątpienia ochrona praw i wolności człowieka jest na pierwszym planie, a godność człowieka i prawo do życia są wśród nich najważniejsze. To dlatego w niespełna sześć miesięcy wydano orzeczenie w 1997 r. Kwestie dotyczące innych praw konstytucyjnych czy spraw ustrojowych są oczywiście także istotne, ale ustępują ważnością tego rodzaju rozstrzygnięciom. Ostatecznie najważniejszą rolą sądów konstytucyjnych jest bowiem obrona praw jednostki, szczególnie tych najbardziej podstawowych.

- Wraz z końcem kadencji sejmu wygasa wniosek do TK, który Pan złożył. Gdyby się potwierdził najczarniejszy scenariusz i skarga przepadłaby, to...

- Wydaje mi się to mało prawdopodobne, bo sprawa jest zbyt ważna.Różne byłyby też implikacje prawne i polityczne. Gdyby jednak tak się stało, na pewno pojawiłyby się głosy domagające się zasadniczej reformy Trybunału, co po trudnych doświadczeniach sporów z lat 2015-2016 byłoby dla tej instytucji chyba zabójcze. Jestem jednak optymistą i wierzę w niezawisłość i odpowiedzialność sędziów.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Hymn o miłości


Niedziela Ogólnopolska 51/2006, str. 18-19

© Igor Mojzes/Fotolia.com

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,
a miłości bym nie miał,
stałbym się jak miedź brzęcząca albo cymbał brzmiący.
Gdybym też miał dar prorokowania i znał wszystkie tajemnice, i posiadł wszelką wiedzę, i miał tak wielką wiarę, iżbym góry przenosił, a miłości bym nie miał,
byłbym niczym.
I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie, lecz miłości bym nie miał,
nic mi nie pomoże.
Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się pychą;
nie jest bezwstydna, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego;
nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą.
Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma.
Miłość nigdy nie ustaje,
[nie jest] jak proroctwa,
które się skończą, choć zniknie dar języków i choć wiedzy [już] nie stanie.
Po części bowiem tylko poznajemy i po części prorokujemy.
Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe.
Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężem, wyzbyłem się tego, co dziecinne.
Teraz widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; wtedy zaś [ujrzymy] twarzą w twarz.
Teraz poznaję po części, wtedy zaś będę poznawał tak, jak sam zostałem poznany.
Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: największa z nich [jednak] jest miłość.

Z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian (1 Kor 13, 1-13)

Przeczytaj także: Hymn o miłości
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Szalik dla bezdomnych

2018-11-13 16:25

dziar / Kielce (KAI)

Potrzeba 500 szalików zrobionych na drutach – nie zakupionych, tylko wydzierganych, które zostaną przekazane 24 grudnia uczestnikom Wigilii dla Osób Bezdomnych i Samotnych w Wojewódzkim Domu Kultury w Kielcach. Organizatorem akcji charytatywnej jest Diecezjalne Centrum Wolontariatu, działające przy Caritas Diecezji Kieleckiej.

Pixabay

Jak przekonują organizatorzy, ważne jest, aby szaliki były własnoręcznie wykonane przez darczyńców, nie kupione. - Chodzi o wyobraźnię miłosierdzia, o poświęcenie czasu dla kogoś. Zróbmy szalik z dobroci! – zachęca Diecezjalne Centrum Wolontariatu.

Na wykonanie szalików jest ok. miesiąca czasu – gotowe trzeba dostarczyć do 14 grudnia 2018 r. do biura Diecezjalnego Centrum Wolontariatu w Kielcach przy Placu NMP w Kielcach. Każdy egzemplarz powinien mieć minimum 1,5 m długości.

„Zachęcamy, by wykorzystać potencjał osób starszych, którzy sztukę robienia na drutach mają opanowaną do perfekcji. Może to być piękna i praktyczna lekcja dobroczynności. Zachęcamy, by w akcję zaangażowali się również młodzi, którzy będą mieli okazję nauczyć się czegoś nowego. Razem damy radę” – piszą pomysłodawcy projektu na stronie internetowej Caritas kieleckiej.

Do wigilii w WDK zasiada zwykle ok. pięciuset osób bezdomnych, samotnych, będących w trudnej sytuacji. Dla wszystkich uczestników przygotowywane są paczki żywnościowe, a w tym roku dodatkowo „szaliki dobroci”. W wydarzeniu zawsze uczestniczą biskupi kieleccy.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem