Reklama

Jestem od poczęcia

Jamnik pod szafą

2016-09-14 08:23

Z ks. Ireneuszem Skubisiem rozmawiał Błażej Torański
Niedziela Ogólnopolska 38/2016, str. 18-20

alexskopje/Fotolia.com

O cenzurze, cenzorach i mechanizmach kłamstwa z ks. Ireneuszem Skubisiem – honorowym redaktorem naczelnym „Niedzieli” – rozmawia Błażej Torański

BŁAŻEJ TORAŃSKI: – Czy św. Tytusa można pomylić z jugosłowiańskim marszałkiem Josipem Broz-Tito?

KS. IRENEUSZ SKUBIŚ: – Tak pomylił się w latach 50. cenzor z Katowic, kiedy częstochowska Kuria wydawała kalendarz liturgiczny, zwany rubrycelą. Wymieniono w nim po łacinie imiona świętych. 6 lutego przypadało wspomnienie sancti Titi – św. Tytusa. Cenzor nie chciał tego zdania zwolnić do druku, bo wydawało mu się, że chodzi o marszałka Josipa Broz-Tito.

– Przypomina to inną anegdotę: w 1946 r. urząd cenzury zażądał od częstochowskiego wydawcy praw autorskich do tekstu św. Tomasza z Akwinu...
Po II wojnie światowej „Niedziela” wracała na rynek dwukrotnie: w 1945 i 1981 r.

– W czasach stalinowskich „Niedziela” była zniewolona. W każdym numerze cenzura zakładała jej kaganiec, przykręcała śrubę. W 1947 r. redaktor naczelny ks. Antoni Marchewka trafił na 11 miesięcy do więzienia. Aby wypełnić łamy po wyciętych artykułach, redaktorzy publikowali materiały o ogrodnictwie. Tych cenzorzy się nie czepiali. W 1953 r. cenzura zażądała opublikowania nekrologu po śmierci Józefa Stalina i zaraz po tym władze zakazały wydawania „Niedzieli”. Pismo zamilkło na 28 lat!

– W tym interwale ksiądz miał własne doświadczenia z cenzurą. Pierwsze, w 1961 r., zaraz po wyświęceniu na kapłana.

– Przed odprawieniem pierwszej mszy św. wydrukowałem tysiąc małych prymicyjnych obrazków. Aby je rozprowadzić wśród wiernych, musiałem mieć stempel cenzury. Zgodziła się na tysiąc sztuk, ale wydrukowałem kilka tysięcy. Na pozostałych przystawiłem podrobioną pieczątkę. Taki mieliśmy wtedy sposób na ominięcie cenzury.

– Grzeszny sposób. Kilkanaście lat później jako redaktor naczelny wydawał Ksiądz rocznik „Częstochowskie Studia Teologiczne”.

– To był już rok 1974. Rok później przypadała 50. rocznica powstania diecezji częstochowskiej. W jubileuszowym numerze cenzura zezwoliła nam na wydrukowanie artykułu ks. prof. Jana Związka o historii Wyższego Częstochowskiego Seminarium Duchownego w Krakowie. Było tam zdanie o czerwonoarmiejcach, którzy zostawili budynek w okropnym stanie. Wyglądało to jak krajobraz po bitwie: wszechobecny fetor i brud.

– Niczym po najeździe Hunów...

– Tymczasem cenzura w Katowicach, wyjątkowo bezwzględna i ostra, z wielkim uporem broniła Armii Czerwonej. Decyzja brzmiała: Albo ksiądz usunie tę kwestię i nie będzie umieszczał w ogóle sprawy obecności wojsk radzieckich w gmachu seminarium przy ul. Bernardyńskiej 3 w Krakowie, albo artykułu nie wolno wydrukować. Postanowiłem poprosić o pomoc bp. Bronisława Dąbrowskiego, sekretarza Episkopatu Polski. Poszliśmy do ministra Kazimierza Kąkola...

– ...szefa Urzędu do Spraw Wyznań.

– Minister z biskupem wypili herbatę miętową, ja poprosiłem o kawę. Kąkol rzucił, jakby retorycznie: „A kto nas nauczył cenzury? Kościół!”. Rozstaliśmy się miło, jednak cenzura nie ustąpiła. Nie udało się nic wskórać i artykuł ukazał się według wskazań cenzury. Zwyciężył aparat władzy, czyli bezwzględne działanie komunistyczne.

– „Niedziela” wróciła na rynek w „karnawale Solidarności”, w 1981 r. Co takiego uczyniła władzy komunistycznej, że ta zawiesiła ją na 28 lat?

– „Niedziela” ma w sobie charyzmat patriotyczny. Już przed II wojną światową często pisała o bolszewii, o Rosji bolszewickiej. Po powstaniu warszawskim do Częstochowy dotarła w 1945 r. słynna pisarka Zofia Kossak-Szczucka. Zaproponowała reaktywację „Niedzieli”. Posądzano ją jednak o antysemityzm, chociaż współzakładała Żegotę. Wiedział o tym Jakub Berman i ostrzegł, żeby uciekała z Polski. Z misją Polskiego Czerwonego Krzyża wyjechała do Londynu.

– Po 1951 r. jej książki objęto w Polsce cenzurą i wycofano z bibliotek, a „Niedzielę” zawieszono w 1953 r. Duchowni nie czynili starań, aby ją wznowić?

– Ksiądz Antoni Marchewka cały czas o to zabiegał. Wspierał go kard. Stefan Wyszyński. Ale mówiono mi, że nie popierali tego posłowie Znaku. Ja odpowiadałem za wydawnictwa diecezjalne. Nie mieliśmy koncesji. Za każdym razem występowałem do Ministerstwa Kultury z prośbą o przydział papieru na publikację „Częstochowskich Studiów Teologicznych” i książek. Do cenzury jeździłem do Katowic, bo w Częstochowie mieliśmy tylko oddział. Jedna z rozmów w 1974 r. trwała sześć godzin! Niczego nie zwojowałem. Z urzędu wyszedłem bardzo zmęczony i jakby przetrącony. Ponieważ byłem jednocześnie duszpasterzem akademickim, odprawiałem wieczorem Mszę św. i pamiętam, jak nogi mi się trzęsły z powodu tego trudnego spotkania. Po latach spotkałem prawdziwego cenzora o nazwisku, którym legitymował się mój ówczesny rozmówca, i dowiedziałem się, że wtedy rozmawiałem z ubowcem!

– Nie wszystkie wydawnictwa oddawaliście do cenzury.

– Na to, co Karol Wojtyła mówił po 1978 r., zaraz po wybraniu go na papieża, było ogromne zapotrzebowanie, a media PRL-u rzadko go cytowały. Jako duszpasterz akademicki zacząłem więc wydawać nielegalnie – poza peerelowską cenzurą – „Monitor Kościelny”. Streszczaliśmy w nim audycje Radia Watykańskiego. Nagrywaliśmy je i starannie przepisywaliśmy, cytując przede wszystkim wypowiedzi Jana Pawła II. Drukowaliśmy kilkaset sztuk „Monitora” i rozsyłaliśmy po całej Polsce. Najwięcej do zakonów. Przed pierwszą pielgrzymką Papieża do ojczyzny postanowiłem wydać książkę z jego wypowiedziami – pt. „Bardzo pragnę przybyć do Was”. Chciałem ją wręczyć Ojcu Świętemu 6 czerwca 1979 r., w ostatnim dniu jego wizyty w Częstochowie. Wszystko było już dogadane z drukarnią. Niestety, komuniści – przy pomocy cenzury – do tego nie dopuścili. Dyrektor drukarni wyparł się wszelkich ustaleń. Ze strachu.

– Po 1981 r., od dnia wznowienia, „Niedziela” miała permanentne kłopoty z cenzurą.

– Wydawaliśmy ją w Opolu i musieliśmy uzyskiwać zgodę tamtejszego urzędu cenzury, któremu szefował Eugeniusz Kaniok. Jeździliśmy do niego na zmianę z Lidią Dudkiewicz – ówczesną sekretarz redakcji, obecnie redaktor naczelną, i redaktorem Juliuszem Braunem – do niedawna prezesem Telewizji Polskiej, teraz zasiada w Radzie Mediów Narodowych. Potrzebne były dwa stemple: jeden – na tzw. szczotce, czyli próbnej odbitce drukarskiej, dający prawo druku, drugi – na opublikowanym egzemplarzu – ten był zgodą na rozpowszechnianie. Bez tego drugiego stempla cały numer musiałby iść na przemiał.

– Proszę o przykłady ingerencji.

– Raz cenzor nakazał zastąpić „Moskali” „wojskami carskimi”. Mówił, że „Moskale” godzą w konstytucyjny sojusz ze Związkiem Radzieckim. Innym razem – to było w stanie wojennym – ocenzurował nam Pismo Święte: z reportażu Juliusza Brauna o grobach wielkanocnych wyciął cytat: „Byłem w więzieniu, a odwiedziliście mnie”. Ingerowano też w fotografie. Na jednej z nich stoczniowcy mieli na kieszeniach emblematy Stoczni Gdańskiej. Zdaniem cenzora, fotografia naruszała zasadę laickiego charakteru państwa, gdyż „stocznia jest przedsiębiorstwem państwowym, więc jej robotnicy nie mogą brać udziału w procesji”. Zdjęcie było już opublikowane, więc musieliśmy w drukarni zdrapywać emblematy z kieszeni stoczniowców. W tygodniku pojawiły się w tych miejscach białe plamy. Kiedyś w chwili szczerości Eugeniusz Kaniok wyznał, że nie należę do łatwych rozmówców.

– Pamięta ksiądz, jak ocenzurowano relację ze spotkania gen. Wojciecha Jaruzelskiego z Janem Pawłem II?

– Zakwestionowano zdanie, że Monika Jaruzelska dostała różaniec od papieża. Cenzor powiedział, że nie jest to potrzebne. Kłóciłem się z nim, pytałem: „Wzięła ten różaniec czy nie? Jeśli wzięła, to dlaczego o tym nie napisać?”. Pilnowali drobnych faktów, każdego opisanego gestu. W sprawach większej wagi, jak spotkanie papieża z generałem, cenzor nie decydował arbitralnie, konsultował się z przełożonymi w Warszawie. Zaangażowani w to byli także urzędnicy ds. wyznań i wydziału propagandy KC PZPR. Oka sieci cenzury były zagęszczone. Po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki wyczuwało się ogromne napięcie w relacjach opolskich cenzorów z urzędu przy ul. Mysiej w Warszawie. W publikacji o pogrzebie było kilkanaście – chyba 13 – ingerencji.

– W piśmie, które otrzymaliście po innym artykule, o zabójstwie ks. Jerzego – „Brat zabija brata”, cenzor zarzuca wam, że postawiliście znak równości między „dramatycznym okresem rozbiorów Polski a jej obecnym kształtem ustrojowym”. Ukazanie ks. Popiełuszki jako spadkobiercy duchowego tradycji narodu z okresu niewoli „poniża konstytucyjny ustrój PRL”. Artykuł – zdaniem cenzora – „upowszechnia treści sugerujące sytuację zastraszenia społeczeństwa, co może wyzwalać niepokój społeczny, a tym samym zagrażać bezpieczeństwu państwa”.

– Pisaliśmy prawdę. Takich artykułów, kwestionowanych przez cenzurę, były dziesiątki. Nie było numeru bez ingerencji. Nigdy nie mieliśmy pewności, że w kolejnym tygodniu „Niedziela” się ukaże. Jak spadały teksty, to na ich miejsce proponowaliśmy kolejne. Nie było to łatwe, bo w drukarni w Opolu przydzielono nam tylko mały stolik w zecerni. Wokół panował hałas maszyn, pracowały linotypy. Zakwestionowany druk zecerzy musieli sklejać na nowo. Czasami było to wycięte przez cenzora pół zdania.

– Uzbierał Ksiądz cztery pękate teczki dokumentujące ingerencje cenzorskie. Czytam kolejne wyjaśnienie cenzora, który w 1985 r. zdjął artykuł „Wezwanie Ojca Świętego do modlitwy za naród litewski”: „Treść zakwestionowanej publikacji w sposób nieuprawniony odnosi pojęcie «naród katolicki» do całego narodu Litewskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej, w której według zasad Konstytucji ZSRR wyznawany światopogląd jest prywatną sprawą każdego obywatela. W ten sposób publikacja stanowi ingerencję w wewnętrzne sprawy ZSRR i przez to może narazić na szwank dobrosąsiedzkie stosunki sojusznicze Polski i ZSRR”. Uderzał Ksiądz w sojusze!

– No tak (śmiech). Cenzura miała cały szereg zapisów, których nie rozumieliśmy. Nie akceptowaliśmy ich, ale cenzorzy te zapisy stosowali.

– Ale raz zrobił ksiądz cenzurę w konia...

– Radziecka agencja prasowa TASS napisała o pielgrzymkach do Częstochowy takie brednie, że postanowiłem dosłownie ją zacytować. Cenzor mówi: „Tego nie puszczę”. No i ukazała się w „Niedzieli” biała plama z podaniem podstawy prawnej ingerencji cenzorskiej (śmiech) w depeszy agencji TASS. Innym razem, już za pieriestrojki Gorbaczowa, napisaliśmy o szpitalach psychiatrycznych dla radzieckiej opozycji. I to – o dziwo – poszło! Kaniok chyba nie zauważył. Następnym razem wręczył Juliuszowi Braunowi pismo skierowane do mnie. Twierdził w nim, że jako redaktor naczelny oszukuję cenzurę, że jestem nie w porządku i następnym razem wyciągnie wobec mnie konsekwencje. Epistoła była niezwykle dyscyplinująca.

– I arogancka.

– No tak, nazwał mnie kłamcą. Napisał tak, bo dostał za mnie w Warszawie łomot. Wiedział, że nie ma racji, powiedział więc Braunowi: „Niech pan tego pisma księdzu nie pokazuje”. „Jakże mogę nie pokazywać? Przecież mój szef musi je znać” – odparł Braun. W odpowiedzi na to pismo napisałem cenzorowi, że kłamie, ale nie wysłałem kopii do jego przełożonych. Wiedziałem, że się broni. Nie chciałem działać przeciwko niemu. Żal mi czasami było opolskich cenzorów, gdyż musieli wysłuchiwać obrzydliwych wyzwisk ze strony swoich szefów z ul. Mysiej. Jechał taki dyrektor do stolicy, a tam dawali mu taką frycówę, że trudno to sobie wyobrazić...

– Żal cenzorów, oprawców słowa?

– Ci ludzie nie byli tacy źli. Mieli świadomość, że wykonują brudną robotę. Podskórnie czuło się, że podzielają nasze stanowisko, ale służyli wiernie reżimowi kłamstwa. Po przegranych przez komunistów wyborach w 1989 r. wiedzieli, że ich czas się kończy. Że nowe władze ich urząd zlikwidują. Wyglądali jak zbite psy. Byli niczym skazańcy przed egzekucją. Współczułem im. Szefowie drukarni byli jednak tak zdyscyplinowani, że nadal wymagali od nas pieczątek cenzury, choć wiedzieli, że cenzorzy już naszych tekstów nie czytają.

– Cenzura była przewidywalna?

– A skądże! Nieobliczalna. Gorsze były kobiety, eleganckie panie. Bałem się ich zwłaszcza po tym, jak zakwestionowały cytat z Pisma Świętego. To były trudne rozmowy.

– Wiedział ksiądz, gdzie leży granica między dopuszczalnym a zakazanym?

– Z góry wiedzieliśmy, że niektóre artykuły nie przejdą. O polskiej racji stanu, o tożsamości narodowej. Takie, które mogły naruszać sojusze. Pod szczególną kontrolą były wszelkie odniesienia do Związku Radzieckiego, do demoludów. Często dawaliśmy cenzorom teksty na próbę i pytaliśmy, co by puścili. Robiliśmy przymiarki. Prowadziliśmy nawet dość życzliwe rozmowy. Kiedy jednak cenzor uznawał, że nie może wydać zgody na druk, stawał niemal na baczność i mówił mi kategorycznie: „Jestem urzędnikiem państwowym. Tego nie mogę puścić”.

– Doradzali, co czym zastąpić?

– Poszukiwaliśmy wyjścia z sytuacji. Nie były to rozmowy z siekierą w dłoni. Nie traktowaliśmy cenzorów jak wrogów. Był to czas, w którym powoli rodziła się Solidarność. Ale ostatecznie i tak cenzorzy robili swoje, posłusznie realizowali polecenia urzędu.

– Nie wchodził Ksiądz z nimi w bliższe relacje?

– Nie. Uważałem, że nie ma sensu się z nimi bratać. Była to instytucja wroga wobec prawdy – nie miałem tu żadnej wątpliwości. Nigdy nie zgodziłem się też, aby nie opublikować zaznaczenia ingerencji cenzury.

– Gazeta wychodziła poszatkowana białymi plamami. Trudna do czytania.

– Ludzie to rozumieli. Raz znany i poważany autor – nie wymienię nazwiska, już nie żyje – napisał słaby tekst. Zaznaczyliśmy ingerencje, ale pomyślałem: „Dobrze, że one są, bo czytelnicy pomyślą, że artykuł był dużo lepszy” (śmiech).

– Czym dla księdza była cenzura? Kneblem na wolne słowo?

– Cenzura była instytucją, która miała przeszkodzić w przekazywaniu prawdy. Faktycznie była więc służbą kłamstwu. Kłamstwo może służyć różnym celom, m.in. umocnieniu władzy, ideologiom, które mają przełożenie na pieniądze, na kapitał, na promocję instytucji często wątpliwej wartości. Może też służyć niemoralnym działaniom. Cenzura wiązała się z wielką manipulacją, była istotnym elementem funkcjonowania systemów politycznych, gospodarczych, ekonomicznych i innych. Sprzyjała ogólnemu zakłamaniu. Łączyła się z podłością i niegodziwością i w swej filozofii służyła szatanowi. Doświadczaliśmy działania tego imperium kłamstwa, które służyło władzy ludzi nikczemnych, zaprzedanych obłudzie i fałszowi.

– Ale chyba nie wszyscy byli tacy sami?

– Oczywiście, mieliśmy do czynienia z ludźmi o różnym stopniu moralności – byli i tacy, którzy w sposób absolutny służyli kłamstwu i było im wszystko jedno powiedzieć „tak” lub „nie”.

– Ludzie – mechanizmy, tryby w systemie przemocy?

– Ukazywały się sylwetki ludzi o różnej formie zaangażowania w to królestwo kłamstwa. Zdarzali się tacy, którzy mówili, że mają świadomość, iż ich działania nie służą dobrym celom.

– Cenzorzy ściśle współpracowali z aparatem partii, ale czy także – według obserwacji Księdza – ze Służbą Bezpieczeństwa?

– Zauważało się pewną koniunkcję między urzędnikami cenzury a Służbą Bezpieczeństwa. Przykładowo po śmierci ks. Jerzego Popiełuszki cenzorzy absolutnie nie działali sami, cały czas konsultowali się z SB i z Urzędem ds. Wyznań. Z pewnością w takich rozmowach i uzgodnieniach uczestniczyli też przedstawiciele PZPR, a nawet KPZR i wydawali konkretne dyspozycje. Cenzura miała wsparcie w nikczemnych i perfidnych siłach SB oraz w całym aparacie partyjnym, którego siedziba główna znajdowała się na Kremlu. Wszystko było zorganizowane w sposób precyzyjny i doskonały. W języku politycznym można by to nazwać ministerstwem kłamstwa.

– Nie ma już Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk, ale cenzura nie przeminęła…

– To problem ciągle aktualny. W czasach komunistycznych mieliśmy do czynienia z cenzurą stosowaną w sposób oficjalny. Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk był strażnikiem, który realizował politykę PRL-u. Ale i w czasach wolności cenzura może się mieć bardzo dobrze. Nie ma już urzędów cenzury, ale wciąż mogą padać – i padają – różnego rodzaju dyrektywy, które w sposób drobiazgowy realizują różne instytucje. Mieliśmy przykład działań kanclerz Niemiec Angeli Merkel, która dawała wytyczne co do przekazywania informacji o napaści islamistów na kobiety w Kolonii. Cenzura jest więc możliwa w każdym kraju i w każdej rzeczywistości.

– Nakłada to szczególne obowiązki na dziennikarzy.

– Dziennikarz musi być człowiekiem prawdy, musi mieć bardzo dobrą formację wewnętrzną. Nie może ulegać zakłamaniu, a cóż dopiero korupcji czy manipulacji. Oczywiście, jego praca jest poddawana różnego rodzaju naciskom i premiowaniu. Dostaje wskazówkę: Masz coś napisać, ale tak, by doprowadzić do określonej świadomości społecznej. Wielu temu ulega i stąd powszechna opinia, że media kłamią. Kłamstwo zaś rzutuje na życie społeczne i nawet gdy wydaje się niegroźne, jest manipulacją realnej rzeczywistości i służy promocji pozoru.

– Reasumując: cenzura jest w naturalnej opozycji do istoty człowieka?

– Pan Bóg wymyślił człowieka jako istotę wolną i rozumną. Cenzurowanie jest uderzeniem w istotę człowieka. Ograniczenie lub zniszczenie wolności jednego człowieka przekłada się na życie społeczne. Człowiek pozbawiony ręki lub nogi ma ograniczoną wolność. Trudno z tym żyć. Tak samo jest z ograniczeniem wolności pisania, mówienia czy pokazywania obrazu. Cenzura jest wielką nieprawością. Zwłaszcza gdy w dyktaturach komunistycznych funkcjonowała jako system. Przed laty, w PRL-u, kiedy byłem duszpasterzem akademickim, zaprosiłem do Częstochowy Stefana Kisielewskiego. Na spotkaniu zapytano go o jakość dziennikarstwa i literatury. Powiedział, że pies trzymany pod szafą zawsze pozostanie jamnikiem. I tak jest ze słowem blokowanym przez cenzurę.

Błażej Torański jest dziennikarzem tygodnika „Do Rzeczy”. Wywiad stanowi fragment książki „Knebel. Cenzura w PRL”, którą autor przygotowuje do druku. Tekst za: www.sdp.pl .

Tagi:
wywiad media

Gdy szpalty sięgają bruku

2018-01-24 12:43


Niedziela Ogólnopolska 4/2018, str. 6

stevepb/pixabay.com

Gdy szpalty sięgają bruku

Publikacja w „Super Expressie” pt. „Brakuje milionów na lekarzy, są na kapelanów” to typowy fake news – czyli kłamstwo. Ewidentnej nieprawdy, którą nakarmił opinię publiczną tabloid, nie da się już wymazać, nie ma powrotu do sytuacji sprzed komunikowania. Sensacyjna informacja zaraz rozpełzła się po Internecie i pozostanie tam na zawsze, bo przecież w Internecie nic nie ginie. Trudność wynika z tego, że niewielu ma czas i ochotę, aby badać sprawę dogłębnie, żeby weryfikować, sprawdzać i mozolnie dochodzić do prawdy. Zresztą prawdopodobnie większości użytkowników wystarczył tylko tytuł, który bił po oczach, i sprawa była dla nich jasna. Jednych utwierdziła w przekonaniu, że „kler jest pazerny”, u innych podważyła zaufanie do duszpasterzy chodzących z posługą po szpitalnych oddziałach. Perfidne zło tego tekstu polega na wydrukowaniu wyssanej z palca informacji, że kapelani szpitalni zarabiają krocie (w tym konkretnym przypadku dotyczyło to jednego, ale tytuł ewidentnie sugeruje, że dotyczy wszystkich). Po sprostowaniach i oświadczeniach SPZOZ w Makowie Mazowieckim i Kurii Diecezjalnej w Płocku „Super Express” nie może się tłumaczyć, że to pomyłka, jest to bowiem informacja publiczna i dziennikarz ma do niej prawo.

Teraz fakty. Kapelan, o którym w „Super Expressie” napisno, że zarabia między 6500 a 7500 zł, w rzeczywistości każdego miesiąca otrzymuje na rękę 874 zł. Skąd to wiemy? Ano z „paska”, który w reakcji na tekst przedstawił SPZOZ w Makowie Mazowieckim. Trudno o bardziej wiarygodne źródło. Skąd dziennikarz wziął swoją kosmiczną informację? Twierdzi, że z anonimowych źródeł. Baju, baju... Nawet jeżeli jakiś „życzliwy” chciał go wpuścić w maliny albo wykorzystać do swoich celów, to jako dziennikarz powinien swoje źródło sprawdzić. Tym bardziej że informacja była sensacyjna, a jej sprawdzenie nie wymagało specjalnego zachodu. Wystarczył jeden telefon do księgowości i jedno pytanie: Czy to prawda: tak czy nie? Krótka piłka. Sprawa byłaby zakończona, temat zamknięty. Właśnie dlatego, że autor artykułu tego nie zrobił, uważam, że minął się z prawdą nie bez udziału świadomości.

Kogo to kłamstwo skrzywdziło najbardziej? Wydawać by się mogło, że największymi poszkodowanymi są w tej sytuacji kapelani, ale myślę, że większą szkodę wyrządza to chorym. Opiekun duchowy jest im bowiem bardzo potrzebny. Wiem, co piszę, bo przez 12 lat pracowałem jako kapelan w szpitalu. Ostatnia moja pensja to ok. 300 zł na rękę, nie pamiętam dokładnie. Część chorych zainfekowanych wirusem podanego przez gazetę kłamstwa może po prostu stracić zaufanie do kapelana. Tym szybciej i łatwiej, że w zdecydowanej większości przypadków kapelan nie jest wcześniej znany. Zwykle pacjent spotyka się z nim w szpitalu po raz pierwszy w życiu. A w sytuacji nieufności bardzo łatwo dostrzec w nim pazernego dusigrosza zamiast „anioła” – współczującego, spieszącego z duchową sakramentalną apteczką.

Gazety typu „Super Express” nazywano początkowo „penny press”. Dziś tę nazwę stosuje się rzadziej. Przyjęło się je nazywać tabloidami, ze względu na format. Niektórzy mówią jeszcze: bulwarówki, zdarza się, że złośliwie określają je jako brukowce. Staram się nie być złośliwy, ale w tym przypadku nie mam wyjścia. Tekstem „Brakuje milionów na lekarzy, są na kapelanów” „Super Express” naprawdę sięgnął bruku.

Ks. Paweł Rozpiątkowski

***

Wynik eksplozji

Nie ma wątpliwości, że w rządowym samolocie Tu-154M, lecącym 10 kwietnia 2010 r. z Warszawy do Smoleńska, doszło do kilku eksplozji – ocenia Frank Taylor, międzynarodowy ekspert z dziedziny badania wypadków lotniczych, dyrektor Centrum Bezpieczeństwa Lotniczego, Cranfield University – podała „Gazeta Polska Codziennie”. Według specjalisty, najbardziej prawdopodobną hipotezą jest to, że ktoś na pokładzie samolotu podłożył bomby. Taylor jest jednym z autorów raportu technicznego przygotowanego przez członków podkomisji smoleńskiej. „Lewe skrzydło samolotu Tu-154M zostało zniszczone w wyniku eksplozji wewnętrznej, istniało kilka źródeł eksplozji, a brzoza nie miała wpływu na pierwotne zniszczenie skrzydła” – brzmi fragment tego raportu. – Nie ma wątpliwości, że w Tu-154M była eksplozja. Zdecydowana większość zniszczeń może być wytłumaczona tylko eksplozją – zaznacza ekspert.

wd

***

Połowiczny sukces

Układ o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) to co prawda połowiczny sukces społeczności międzynarodowej, ale jednocześnie jedyny prawdziwy instrument, który przybliża ludzkość do świata bez broni jądrowej – ocenił prezydent Andrzej Duda podczas debaty w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w Nowym Jorku. Debata była dla Polski pierwszą okazją – od objęcia niestałego członkostwa w RB ONZ na początku roku – do zabrania głosu na szczeblu głowy państwa. W dyskusji poświęconej broni masowego rażenia prezydent Duda zwrócił uwagę na słabości programów nierozprzestrzeniania broni masowego rażenia i rozbrojenia. Jak zaznaczył, ostatnie wydarzenia w Koreańskiej Republice Ludowo-Demokratycznej, złamanie gwarancji dla Ukrainy zawartych w memorandum budapeszteńskim czy kontrowersje wokół porozumienia nuklearnego z Iranem wykazały, że prace nad programami rozbrojeniowymi i ograniczającymi zbrojenia są dziś nadal konieczne.

wd

***

Polska atrakcyjna

Polska jest coraz atrakcyjniejsza dla turystów. Prawie wszyscy obcokrajowcy, którzy odwiedzili nasz kraj w 2017 r., byli zadowoleni ze swojego pobytu w nim – wynika z ankiety przeprowadzonej wśród cudzoziemców, którzy odwiedzili nasz kraj, przez Polską Organizację Turystyczną. Zdecydowana większość obcokrajowców kojarzy Polskę przede wszystkim z jej historią i bogatym dziedzictwem (94 proc. odpowiedzi) oraz uważa kraj za wart poznania (93 proc.). Dwie trzecie postrzega Polskę jako kraj nowoczesny, a także zdrowy i ekologiczny. Wśród miejsc najbardziej atrakcyjnych do odwiedzenia cudzoziemcy uznają miasta (trzy czwarte z nich), mniej więcej dwie trzecie – lasy i parki narodowe, a także obiekty z listy UNESCO, wreszcie – ok. połowa – zabytki i muzea oraz imprezy kulturalne.

wd

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Wyjdźmy na pustynię i odnówmy przymierze

2018-02-14 10:25

O. Dariusz Kowalczyk SJ
Niedziela Ogólnopolska 7/2018, str. 33

_Marion/pixabay.com

Biblia to historia przymierzy Boga z ludźmi. W tej historii Bóg szuka człowieka, by objawić mu swą miłość, człowiek zaś niekiedy odpowiada na miłość miłością, a niekiedy ucieka, chowa się, odwraca. Bóg jest wierny, człowiek nie zawsze, czasem zdradza. „Drogi Twe, Panie, to łaska i wierność” – głosi psalm. Historia Noego z I czytania jest pierwszym tekstem biblijnym, w którym Bóg zawiera „explicite” przymierze z człowiekiem. Jego znakiem jest tęcza: „Łuk mój kładę na obłoki, aby był znakiem przymierza między Mną a ziemią” (Rdz 9,13). Katechizm podkreśla: „Przymierze z Noem pozostaje w mocy, dopóki trwa czas narodów, aż do powszechnego głoszenia Ewangelii” (KKK 58). Zdanie to przywodzi na myśl tajemniczą wypowiedź Jezusa: „A Jeruzalem będzie deptane przez pogan, aż czasy pogan się wypełnią” (Łk 21,24). Wszystkie przymierza osiągają swą pełnię w osobie Jezusa Chrystusa. „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się Bogiem” – nie wahali się mówić Ojcowie Kościoła. To znaczy: Bóg się wcielił, aby człowiek mógł zostać przebóstwiony i żyć wiecznie. Wcielony Bóg umarł na krzyżu i zmartwychwstał, abyśmy my – zjednoczeni z Nim – mogli zmartwychwstać. W II czytaniu widzimy zestawienie uniwersalnego zbawienia w Chrystusie z arką Noego, w której „niewielu, to jest osiem dusz, zostało uratowanych przez wodę”. To uratowanie przez wodę za czasów Noego stanowi znak sakramentu chrztu: „teraz również zgodnie z tym wzorem ratuje was ona [woda] we chrzcie...”. Chrzest jest zanurzeniem w śmierci i zmartwychwstaniu Chrystusa i jako taki stanowi nieodwołalne przymierze z Bogiem. Chrztu nie można wymazać. Pozostawia on niezatarte znamię (charakter). Niezatarte, tak jak nieodwołalna jest wierność Boga. Człowiek ochrzczony może jednak wybrać zaprzaństwo, odwrócenie się od Boga plecami. By tak się jednak z nami nie stało, trzeba czasem wyjść na pustynię, to znaczy podjąć walkę – mocą Ducha – z szatańskim kuszeniem w nas i wokół nas. Dzisiejsza Ewangelia mówi, że „Duch wyprowadził Jezusa na pustynię”. Pozwólmy i my w okresie Wielkiego Postu wyprowadzać się na pustynię, gdzie poznając własną kruchość, możemy jeszcze bardziej poznać miłość Boga i poczuć się wspomaganymi przez Jego aniołów. Co konkretnie znaczyłoby wyjście na pustynię? To m.in. podjęcie klasycznych uczynków: modlitwy, postu i modlitwy. Pewien znajomy w każdy piątek nie spożywał obiadu, ale w tym czasie modlił się. Zaoszczędzone pieniądze wkładał do puszki na biednych. Pomyślmy, jak konkretnie wychodzić na naszą pustynię.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Rekolekcje Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie

2018-02-18 20:27

O. Stanisław Tomoń OSPPE

W dniach 16-18 lutego 2018 r. doroczne rekolekcje przeżywał na Jasnej Górze Zakon Rycerski Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie. Myślą przewodnią skupienia wielkopostnego były słowa: „Pod natchnieniem Ducha Świętego”. Kazania rekolekcyjne głosił biskup pomocniczy diecezji sosnowieckiej Piotr Skucha.

Krzysztof Świertok

W rekolekcjach uczestniczyło ok. 250 osób - członkowie Zakonu wraz z rodzinami. Obecny był komandor Józef Dąbrowski, zwierzchnik Zwierzchnictwa Polskiego Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie.

Zakon Rycerski Świętego Grobu Bożego powstał w 1099 r. w Jerozolimie, aby troszczyć się o najświętsze miejsca chrześcijaństwa i nieść pomoc pielgrzymom.

Zobacz zdjęcia: Rekolekcje Zakonu Rycerskiego Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie

„Od wielu, wielu lat przyjeżdżamy do Matki Bożej, aby zaraz w pierwszy weekend po Środzie Popielcowej rozpocząć przygotowanie do tego najważniejszego wydarzenia, jakim jest Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. A ponieważ jesteśmy Zakonem Rycerskim Grobu Bożego, a więc tego miejsca, z którego Chrystus powstał z martwych, jesteśmy heroldami zmartwychwstania Jezusa Chrystusa, więc te rekolekcje mają dla nas szczególne znaczenie - mówił komandor Józef Dąbrowski. – Miniony rok był bogaty w różne wydarzenia, bogaty przede wszystkim tym, że kierując się prośbą naszego Wielkiego Mistrza, rozpoczęliśmy w Polsce 4 października peregrynację relikwii bł. Bartolo Longo - jedynego beatyfikowanego członka naszego Zakonu. Bartolo Longo, który dla wielu osób jest postacią

nieznaną, mimo że wielu ludzi korzysta z Nowenny Pompejańskiej, że słyszeli coś o Pompejach, ale często nie wiedzą, że w Pompejach jest Sanktuarium Matki Bożej Królowej Różańca Świętego. A więc przy okazji peregrynacji, zarówno ikony bł. Bartolo Longo, jak i jego relikwii mamy okazję zapoznać wiernych z poszczególnych parafii z jego życiorysem, a jednocześnie możemy przedstawić informacje na temat naszego Zakonu, a przede wszystkim na temat tego, co się dzieje obecnie w Ziemi Świętej, z jakimi problemami spotykają się chrześcijanie tam żyjący. Apelujemy nie tylko o modlitwę, nie tylko o ‘wdowi grosz’, apelujemy o to, aby rozważyć w poszczególnych parafiach możliwość pielgrzymowania do Ziemi Świętej, aby nasi bracia chrześcijanie tam żyjący nie czuli się osamotnieni”.

„Początek Wielkiego Postu skłania nas do tego, aby podjąć jakieś postanowienie wielkopostne i nie tylko. Kiedy gromadzimy się na rekolekcjach jako Zakon Rycerki Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie. Biorę udział w rekolekcjach po raz trzeci, ponieważ od dwóch lat jestem kawalerem tego Zakonu Rycerskiego. Przygotowujemy się w tym roku do inwestytury, która będzie 15-16 czerwca w Katowicach - podkreśla ks. Mirosław Pstrągowski z par. św. Łukasza Ewangelisty w Bydgoszczy. - Rok 2018 jest dla nas rokiem ważnych rocznic: 50. rocznica odnowienia Zakonu przez Stolicę Apostolską, dokonane to było przez Piusa IX, 140. rocznica śmierci bł. Piusa IX, odnowiciela, reformatora naszego Zakonu, 130. rocznica oficjalnego ustanowienia klasy dam w naszym Zakonie, to dokonało się przez papieża Leona XIII w 1888 r., oraz 90. rocznica poświęcenia Sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Królowej Palestyny. Sanktuarium mieści się w Izraelu, ale jest to świątynia poświęcona Matce Bożej Królowej Palestyny. Sanktuarium było poświęcone 21 marca 1928 r.”.

Zakon Rycerski Świętego Grobu Bożego sprowadził do Polski w roku 1163 Jaksa z Miechowa. Mężczyźni noszą białe płaszcze z czerwonym krzyżem, symbolizujące pięć ran Chrystusa. Kobiety maja białe płaszcze.

Doroczne rekolekcje rozpoczęły się modlitwą Apelu Jasnogórskiego w piątek 16 lutego. Modlitwie przewodniczył bp Piotr Skucha, mówił: „Maryjo, Królowo Polski, jestem przy Tobie, pamiętam. Maryjo, jest dzisiaj przed Tobą Zakon Rycerski Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie, jego damy i kawalerowie, zebrani na dorocznych rekolekcjach. Maryjo, Ty jesteś pierwszą i najpilniejszą uczennicą Swojego Syna, pomóż nam, abyśmy zostali Twoimi naśladowcami”.

Rekolekcje zakończyły się w niedzielę 18 lutego Mszą św. koncelebrowaną w Kaplicy Matki Bożej. Eucharystii przewodniczył i homilię wygłosił bp Piotr Skucha.

Bp Piotr Skucha pytał w homilii: „Jakie wnioski płyną z Bożego Słowa na ten czas Wielkiego Postu? Pokonywanie zła to dla człowieka wielki wysiłek, a zwycięstwo dokonuje się przez rzeźbienie duszy. Jest to wielka praca na swoją duchowością, ale powinniśmy pamiętać, że rzeźbiarzem duszy jest sam Jezus Chrystus. Przez zwycięstwo zdążamy do życia, którym jest zmartwychwstanie (…) Pan Bóg wszystko daje za darmo, wszystko jest Jego łaską, ale to wszystko uzależnia od nas, czy zechcemy przyjąć tak wielki dar, jakim jest chrzest, pokuta i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa. Jezu, bądź moim przewodnikiem na Wielki Post i na całe życie”.

Zakon Rycerski Świętego Grobu Bożego w Jerozolimie liczy dziś ok. 32 tys. członków na świecie, głównie w krajach europejskich, ale również w Ameryce Północnej, Środkowej i Południowej oraz na Dalekim Wschodzie. W Polsce dam i kawalerów jest 299.

Pierwszym domem Bożogrobców w Europie był Miechów. Do Polski Bożogrobców sprowadził w 1163 r. Jaksa z Miechowa i osadził ich w swych dobrach. Miechowici, bo tak też byli nazywani, otrzymali liczne nadania od książąt, możnowładców, biskupów. Rozkwit Zakonu Bożogrobców miał miejsce w XV wieku, a miechowskie sanktuarium Bożego Grobu stało się jednym z najprężniejszych ośrodków zakonu. Bożogrobcy wprowadzili do Polski liturgię i nabożeństwa zaczerpnięte z tradycji jerozolimskiej, wcześniej w naszym kraju nieznane. Spopularyzowali m.in. budowę symbolicznego Bożego Grobu w Wielki Piątek. Organizowali uroczystości w Wielkim Tygodniu i w drugą niedzielę po Świętach Wielkanocnych. Oprócz działalności duszpasterskiej członkowie Zakonu zajmowali się szpitalnictwem, a w końcowym okresie istnienia również szkolnictwem. W wyniku działań zaborców w XVIII w. zakon uległ kasacji.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 11/12 2017

Reklama

Najczęściej czytane

Wiele stron internetowych, wykorzystuje pliki cookies (ciasteczka). Służą one m.in. do tego, by zagłosować w sondzie. Nowe przepisy zobowiązują nas do poinformowania o tym. Dalsze korzystanie z naszych stron bez zmiany ustawień przeglądarki będzie oznaczało, że zgadzasz się na ich wykorzystywanie.
Aby dowiedzieć się więcej, przeczytaj o Polityce plików cookies.

Rozumiem