Reklama

Pielgrzymka do Ojca Pio

Przeciw operacji kłamstwa

2016-06-15 11:44

Rozmawia Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 25/2016, str. 21-23

Grzegorz Boguszewski
Joanna Lichocka

WIESŁAWA LEWANDOWSKA: – Znamy Panią jako odważną dziennikarkę polityczną, od kilku lat związaną z mediami spoza tzw. głównego nurtu. Co sprawiło, że porzuciła Pani zawód na rzecz bezpośredniego zaangażowania się w politykę? Dziennikarska niemoc, bezradność wobec dominującej i wszechwładnej narracji politycznej wielkich mediów?

JOANNA LICHOCKA: – Nie, zupełnie nie o to chodziło. W istocie o wszystkim zdecydował Smoleńsk. Wtedy, po 10 kwietnia 2010 r., postanowiłam bardziej zaangażować się w to, by odsunąć od władzy PO i PSL. To moja niezgoda na to, co zaczęło się dziać wokół tej tragedii, na barbarzyńskie wręcz zachowania obozu rządzącego rozpoczęła wówczas moją drogę do polityki.

– I dziennikarski radykalizm, który wywoływał nieżyczliwe komentarze kolegów po fachu?

– Trudno było nie stać się radykalnym. Byłam wówczas w Rosji, w Smoleńsku, i zobaczyłam – chyba szybciej niż moi koledzy – całą tę ohydną operację wielkiej manipulacji. Na cmentarzu w Katyniu miałam razem z Janem Pospieszalskim prowadzić transmisję uroczystości dla TVP, w planie było sześć wywiadów, m.in. z Lechem Kaczyńskim, z panią Marią Kaczyńską, z Januszem Kurtyką, panią Bożeną Mamontowicz-Łojek... Siedziałam już w zaaranżowanym studiu, podpięta do mikrofonu, z słuchawkami na uszach, za pięć minut transmisja miała się zacząć od rozmowy z Januszem Kurtyką, który miał specjalnie wcześniej przyjechać z lotniska... Ale wciąż go nie było. Tymczasem obecni na cmentarzu ludzie zaczęli skupiać się w grupach, o czymś intensywnie rozmawiać. Przechodzący obok pan rzucił do mnie: samolot spadł...

– Szok?

– Jeszcze nie. Postukałam się w czoło, myśląc, że to wyjątkowo głupi żart. Chwilę potem wydawca programu, Rafał Porzeziński, zmienionym głosem poprosił przez słuchawkę, bym odpięła mikrofon. Wyszedł z wozu transmisyjnego, by powiedzieć mi, że były problemy przy lądowaniu, że trzy osoby nie żyją. Odpowiedziałam: – Jeżeli ten samolot tu, w Rosji, miał wypadek, to wszyscy nie żyją.

– Trudno było prowadzić dziennikarską relację, gdy to okazało się prawdą?

– Pamiętam, że to było moje najtrudniejsze zadanie dziennikarskie, gdy musiałam zadawać pytania obecnym tam wtedy posłom... Jak prosić o komentarz w takiej sytuacji?! Wszyscy płakali. To było takie manewrowanie mikrofonem pomiędzy łzami... A ja czułam się jak kamień, zero emocji...

– To był dziennikarski profesjonalizm?

– Może... Ale proszę pamiętać, że nikt nie wiedział, z czym mamy do czynienia. Co to oznacza, że w Rosji ulega katastrofie samolot z polskim prezydentem na pokładzie? Jak to w ogóle możliwe? Oczywiście, natychmiast pojawiła się u większości z nas myśl, że to nie jest zwykła katastrofa. Po Mszy św. ludzie z Rodzin Katyńskich ułożyli ze zniczy krzyż, a po obu jego stronach napisy: Katyń II.

– Były strach, panika?

– Nie. Ale wszyscy mieli poczucie grozy. Polskie służby nakazały ewakuację wszystkich osób z cmentarza; jak najszybciej starano się wywieźć przedstawicieli Rodzin Katyńskich i parlamentarzystów z Rosji. Czekający na parkingu na naszą ekipę kierowca busa prasowego, sympatyczny młody Rosjanin, gdy przyszliśmy, słuchał skocznej muzyki. Na naszą prośbę szybko, z empatią, ją wyłączył. Spytaliśmy, czy wie, co się stało. Odpowiedział: wasz prezydent uparł się, żeby lądować, cztery razy podchodzili do lądowania, kto to słyszał, żeby lądować w taką mgłę! Już godzinę po katastrofie rosyjska telewizja nadawała tego rodzaju komunikaty!

– W Polsce też niemal od razu słyszeliśmy podobne...

– Zaraz po powrocie ze Smoleńska usłyszałam to w TVN-ie – czysta kopia rosyjskiej propagandy. Od tamtej pory nie mam najmniejszych wątpliwości co do charakteru tej stacji. Zrozumiałam, że mamy do czynienia z jakąś upiorną, szeroko zakrojoną operacją kłamstwa.

– Telewizja publiczna nie brała w tym kłamstwie udziału?

– W ramach naszego zespołu w „Jedynce” – nie. „Wiadomości” zarządzane przez Jacka Karnowskiego także wtedy jeszcze nie kłamały. Relacjonowaliśmy to, co działo się na Krakowskim Przedmieściu; w specjalnym studiu w Kordegardzie prowadziliśmy wielogodzinne pasmo rozmów o tym, co się dzieje. Powstała, a raczej pokazała się wielka wspólnota Polaków. I niemal natychmiast widoczne przerażenie nią establishmentu. Wtedy dość wnikliwie śledziłam operację rozbijania tej wspólnoty. Już w lecie 2010 r. straciłam możliwość pracy w TVP. Ale trzeba było coś robić właśnie w sprawie Smoleńska, uznałam to za najważniejszy dziennikarski temat.

– Inni z czasem zaczęli na ten temat ironizować, nie chcieli dociekać prawdy, a w najlepszym razie uznali, że jest to zbyt trudne zadanie. Trudne było gromadzenie materiałów?

– Tak, większość dziennikarzy nie zdało wtedy tego egzaminu... Także część tych, których nazywa się prawicowymi. Ja wiedziałam, że ta wielka operacja kłamstwa i pogardy wobec śmierci polskiego prezydenta i polskiej elity musi znaleźć odpór. Gdy w czerwcu na spotkaniu w Klubie Ronina Jacek Sasin opowiadał o przygotowaniach do wizyty prezydenta w Katyniu, o grze, którą podjął Donald Tusk z Władimirem Putinem przeciwko prezydentowi Kaczyńskiemu, o rozdzieleniu wizyt, wiedziałam, że tej opowieści nie ma i nie będzie w żadnych mediach mainstreamu... To trzeba rejestrować – powiedziałam do siedzącej obok Majki Dłużewskiej, to trzeba grać! I zaczęłyśmy robić dokumentację, jeszcze nie film.

– Bo taki film byłby z góry skazany na ograniczony obieg?

– Jasne było, że żadna z wielkich telewizji go nie wyemituje. W lipcu i sierpniu 2010 r. nagrywałyśmy świadectwa urzędników prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tych, którzy byli zaangażowani w przygotowanie wizyty i byli też w Katyniu. Prosiłyśmy, by opowiedzieli wszystko, co wiedzą i pamiętają. Ważne było to, by nagrać ich na świeżo, póki emocje są prawdziwe, pamiętane są szczegóły. A potem – myślałyśmy – może oddamy te materiały do IPN... Jedno było dla nas ważne: ludzie muszą się kiedyś dowiedzieć, jak to naprawdę było. Z ekranów telewizorów lało się tymczasem kłamstwo, kremlowska propaganda. Myślałyśmy, że może za jakieś 10 lat będzie można te nagrania pokazać publiczności, że wcześniej nie ma szans.

– A jednak udało się.

– To dzięki Tomkowi Sakiewiczowi, naczelnemu „Gazety Polskiej”, dla którego Smoleńsk był także najważniejszym tematem. Bez wahania powiedział: Róbcie film, ja wam go wyprodukuję i wydam. I tak film „Mgła” mógł mieć swoją premierę już w styczniu 2011 r. Od razu też zapadła decyzja, że musimy zrobić kolejny film. Pogarda, z jaką rząd Tuska odnosił się do pamięci ofiar tej katastrofy i do ich rodzin, też wymagała zarejestrowania. Zwłaszcza że bariera medialna tego tematu nadal była totalna. Ktoś musiał tej strasznej władzy powiedzieć: nie pozwalam, non possumus! Zrobiliśmy więc „Pogardę”.

– I od razu był też jakiś pomysł na rozpowszechnianie, skoro wielkie media odmawiały emisji?

– To były pierwsze filmy nowego „drugiego obiegu”. Jeździłam z nimi po całej Polsce. W krótkim czasie powstało wtedy ponad 300 klubów „Gazety Polskiej”, których pierwszą misją było szerzenie prawdy o katastrofie smoleńskiej. Widziałam, jak ludzie budzą się, chcą się organizować, zmieniać Polskę. Dlatego wkrótce zrobiłam film „Przebudzenie” – o ludziach z Krakowskiego Przedmieścia przychodzących na miesięcznice, o wspólnocie i próbach jej rozbijania, o kłamstwie w debacie publicznej.

– Można powiedzieć, że misją niemainstreamowych dziennikarzy było mozolne, niemal syzyfowe odkłamywanie prawie całej rzeczywistości III RP?

– Ta misja wcale się nie skończyła. Jednym z ważnych jej elementów było i jest nadal odkłamanie tego, co mainstream robił z postacią Lecha Kaczyńskiego. Mój film „Prezydent” po raz pierwszy pokazywał zapis z wiecu w Gruzji, gdy po świetnym przemówieniu Prezydent Polski był długo fetowany przez Gruzinów; film przypomina o tym, że Lech Kaczyński zatrzymał rosyjskie czołgi, z czego politycy PO się wyśmiewali. A potem się zatrzymałam – po zrobieniu w trzy lata czterech filmów i napisaniu trzech książek...

– Dlaczego?

– Zajmowałam się publicystyką w „Gazecie Polskiej Codziennie”, pisałam własne teksty, ale pomyślałam sobie, że skoro już się tak mocno zaangażowałam w walkę polityczną – bo oprócz realizowania misji dziennikarskiej to była rzeczywiście permanentna walka polityczna: o wolność słowa, o prawdę, ale też o odsunięcie od władzy barbarzyńców – to w momencie, gdy dostałam propozycję, żeby startować w wyborach, uznałam, że to logiczna konsekwencja tego, co dotychczas robiłam.

– Przyszło znużenie dziennikarstwem i zbyt częstą jego nieskutecznością?

– To nie to. Uważam, że moja praca nie była nieskuteczna. Ale pomyślałam, że mogę swych sił spróbować w bardziej bezpośredniej pracy dla zmian w Polsce.

– Niektórzy koledzy nazwali Panią żołnierką PiS!

– Którzy?

– Jacek Żakowski, Tomasz Lis...

– To nie są moi koledzy. Lisowi po tym, co robił w sprawie Smoleńska, z całą pewnością nie podałabym ręki.

– Środowisko dziennikarskie jest bardziej podzielone niż reszta społeczeństwa, bo to ono konserwuje ten podział na dwie Polski?

– Myślę, że nie można mówić o jednym środowisku dziennikarskim... Środowisko dziennikarskie składa się obecnie z funkcjonariuszy medialnych na usługach establishmentu III RP oraz z pewnej grupy dziennikarzy rozrzuconych po wielu mediach, którzy zachowują się przyzwoicie. Problem jest z propagandystami, którzy zachowują się jak medialni terroryści.

– I odwracają kota ogonem, mówiąc, że to prawicowi dziennikarze uprawiają propagandę PiS!

– Nie biorę pod uwagę opinii ferowanych na łamach gazet, których się nie kupuje, lub w telewizjach, których się nie ogląda. Teraz, jako polityk, nie przyjmuję zaproszeń ani do TOK FM, ani do TVN-u, ani do „Gazety Wyborczej”.

– Zapraszają?

– Tak, ale konsekwentnie odmawiam. I wiem już, że można być politykiem popularnym, nie chodząc do TVN-u. Niestety, nie wszyscy prawicowi politycy to wiedzą.

– I chodzą do Moniki Olejnik wyłącznie dla popularności?

– Bardzo często właśnie dlatego, bo zazwyczaj niewiele dobrego z tego wynika.

– Może tylko chcą się przebić ze swoim zdaniem do szerszej opinii publicznej, mieć na nią realny wpływ, czego nie zapewniają wciąż niszowe media prawicowe?

– Tyle że skutki tych usiłowań bywają raczej mizerne... A do dziś te właśnie skromne prawicowe media zapewniają Polakom dostęp do prawdziwych informacji, do opinii opartych na faktach, o których trudno usłyszeć w mediach głównego nurtu. Mimo blokady propagandowej i medialnej, którą wprowadziło PO, nasze prawicowe media przebiły się przez ten totalitarny mur i tworzyły „drugi obieg”. Płyty z naszymi filmami krążą po Polsce do dzisiaj... Dzięki prawicowym mediom, tak lekceważonym przez mainstream, nastąpiło w Polsce przebudzenie... Postkomuna bardzo się pomyliła, to miłe.

– Dzisiejsza opozycja kalkuje ten mechanizm...

– ...przez marsze KOD-u? Tak, starają się kopiować nasze wzorce. Tylko że my działaliśmy z autentycznych pobudek, wobec prawdziwie zdefiniowanych problemów. Oni, jak dotąd, teatralizują rzeczywistość – nie ma dziś ani cenzury, ani zagrożenia demokracji. Dopóki nie będą formułować autentycznych problemów, nie mają szans na sukces. Nie są prawdziwi w tym, co robią.

– Jako polityk bierze Pani udział w reformowaniu mediów publicznych, trwają prace nad nową ustawą; naprawdę można będzie w końcu skutecznie doprowadzić do tego, żeby te media mogły mówić prawdę i nie manipulowały opinią publiczną?

– Mam nadzieję, już jest przecież znacznie lepiej. Ale mediom publicznym przydałaby się solidna dekomunizacja i lustracja, podobnie jak środowiskom sędziowskim i akademickim. I nie chodzi tu o zemstę, lecz o to, że media w wolnym kraju powinny rządzić się innymi prawami niż media w systemie totalitarnym. Tę operację już dawno udało się przeprowadzić Czechom i Niemcom, u nas z biegiem czasu opór wydaje się coraz większy. W naszych mediach publicznych trzeba radykalnie przełamać patologię wpisaną w ich strukturę – że każdy tam pracujący musi być podwieszony pod jakiś układ, że do dziś rządzą klany i dynastie wywodzące się z PRL-u.

– Tego nie uda się przełamać nawet najlepszą ustawą?

– Nie uda się, bo gdy zaproponowaliśmy w ustawie zapis, który zaledwie dawałby możliwość wygaszenia wszystkich umów o pracę, żeby telewizja mogła od nowa zawierać umowy, zostało to oprotestowane przez Solidarność. Myślę, że będzie duży kłopot z przeforsowaniem tego rozwiązania.

– Prawda musi więc po Polsce wciąż krążyć głównie w „drugim obiegu”?

– Bez przesady. Jacek Kurski bardzo wiele zmienia w TVP, wiele dotąd zakazanych tam teamów i filmów już się pokazuje. Ale jest wiele problemów. Choćby to, w jaki sposób uwolnić z więzów finansowo-politycznych media lokalne, które mogłyby ten obieg znakomicie uzupełniać. Teraz, z tego, co widzę, także w swoim okręgu wyborczym, niektóre są uzależnione od samorządów i dominującej w nich opcji, czyli PO... Trzeba by wymyślić mechanizm, który dałby więcej wolności i niezależności mediom lokalnym. Byłaby to prawdziwa obrona demokracji.

Joanna Lichocka - Dziennikarka telewizyjna, publicystka, autorka filmów dokumentalnych („Mgła”, „Pogarda”, „Przebudzenie”, „Prezydent”) oraz książek, m.in. „III RP. Kulisy systemu” (wywiad rzeka z prof. Andrzejem Zybertowiczem), posłanka na Sejm VIII kadencji.

Tagi:
wywiad media rozmowa

Dziś 52. Dzień Środków Społecznego Przekazu

2018-09-16 12:00

st, lk / Warszawa (KAI)

O zdecydowaną walką z dezinformacją, która ma dzisiaj postać tzw. fake newsów apeluje papież Franciszek w orędziu na 52. Światowy Dzień Środków Społecznego Przekazu. Jego hasłem są słowa „«Prawda was wyzwoli» (J 8, 32). Fake news a dziennikarstwo pokoju”. Obchodzony jest on w Polsce w III niedzielę września, w tym roku 16 września.

stockphoto mania

W swoim tegorocznym Orędziu Ojciec Święty zwraca uwagę na zjawisko fałszywych wiadomości i podkreśla znaczenie prawdy. Wyjaśnia: „Chciałbym w ten sposób przyczynić się do wspólnego starania o zapobieganie rozpowszechnianiu fałszywych wiadomości oraz do odkrycia na nowo wartości zawodu dziennikarskiego, a także osobistej odpowiedzialności wszystkich za przekazywanie prawdy”.

Franciszek zauważa, że fake news zasadniczo dotyczy dezinformacji rozpowszechnianej w internecie lub w mediach tradycyjnych. Następnie przedstawia definicję: wyrażenie to odnosi się do bezpodstawnej informacji, opartej na nieistniejących lub zniekształconych danych i zmierzającej do oszukania, a nawet manipulowania czytelnikiem. Ich rozpowszechnianie może odpowiadać pożądanym celom, wpływać na decyzje polityczne i sprzyjać korzyściom ekonomicznym”. Papież podaje przyczyny ich skuteczności oraz wskazuje na trudności związane z ujawnianiem i wykorzenieniem fake newsów.

Zastanawiając się nad możliwością rozpoznania fałszywych informacji, Franciszek podkreśla znaczenie edukacji medialnej, inicjatyw na rzecz regulacji, które mają powstrzymać to zjawisko a także działania na rzecz eliminacji tzw. trolli.

Franciszek wskazuje także na znaczenie głębokiego i starannego rozeznania, aby zdemaskować to, co nazywa „logiką węża”, zdolnego wszędzie do maskowania się i ukąszenia. Zaznacza, że żadna dezinformacja nie jest nieszkodliwa. Nawet pozornie niewielkie zniekształcenie prawdy może mieć groźne skutki – przestrzega papież.

Ojciec Święty zauważa, że rozpowszechnianie się fake news ma swe korzenie w ludzkiej chciwości, „w żądzy władzy, posiadania i używania życia, która w ostatecznym rachunku czyni nas ofiarami oszustwa znacznie bardziej tragicznego, niż każdy jego pojedynczy przejaw: zła, które przechodzi od fałszu do fałszu, aby nam skraść wolność serca. Właśnie dlatego wychowywanie do prawdy oznacza wychowywanie do rozeznawania, do oceniania i rozważania pragnień i skłonności, które poruszają się w nas, abyśmy nie byli pozbawieni dobra, «łapiąc się» na każdą pokusę”.

Franciszek cytuje słowa Fiodora Dostojewskiego z „Braci Karamazow”, które pokazują konsekwencje zakłamania człowieka. Wskazuje na konieczność oczyszczenia przez prawdę. „Człowiek znajduje i odkrywa na nowo prawdę, kiedy doświadcza jej w sobie jako wierność i niezawodność tego, kto go kocha” – napisał Ojciec Święty.

Dodał, że „prawdę sformułowań możemy rozpoznać po owocach: jeśli budzą polemikę, podżegają do podziałów, tchną rezygnację lub jeśli przeciwnie, prowadzą do świadomej i dojrzałej refleksji, konstruktywnego dialogu, do pożytecznej działalności”.

Papież podkreśla odpowiedzialność dziennikarzy za przekazywanie prawdy i wskazuje, że poprawność źródeł i strzeżenie komunikacji są prawdziwymi procesami rozwoju dobra, które rodzą zaufanie i otwierają drogi jedności i pokoju.

Apeluje o krzewienie dziennikarstwa pokoju uprawianego przez osoby dla osób, pojmujące siebie jako służba wszystkim ludziom, zwłaszcza tym, którzy nie mają głosu; dziennikarstwa, które nie spalałoby wiadomości, ale angażowało by się w poszukiwanie prawdziwych przyczyn konfliktów, aby sprzyjać ich dogłębnemu zrozumieniu i przezwyciężaniu przez rozpoczęcie korzystnych procesów; dziennikarstwo zaangażowane w wskazywanie rozwiązań alternatywnych dla eskalacji wrzasku i przemocy słownej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Kalendarz pielgrzyma 2019

W Rzymie trwa kongres mariologiczny o objawieniach

2018-09-19 17:54

vaticannews / Rzym (KAI)

W Rzymie odbywa się międzynarodowy kongres o objawieniach. Prezes Papieskiej Akademii Mariologicznej zwraca uwagę, że w ostatnim czasie Kościół na nowo docenia objawienia. Choć nie są one konieczne do zbawienia, to jednak są to dary Boga, którymi nie powinno się gardzić.

Grażyna Kołek/Niedziela

Objawienia potwierdzają, że Bóg nas nie opuścił, jest obecny pośród swego ludu i tę bliskość okazuje również w sposób nadprzyrodzony, najczęściej za pośrednictwem Matki, którą jest Maryja – uważa o. Stefano Cecchin OFM, prezes Papieskiej Akademii Mariologicznej. W Rzymie odbywa się międzynarodowy kongres na temat objawień maryjnych. Jak zauważa o. Cecchin Kościół odkrywa dziś na nowo wartość objawień. W okresie posoborowym w niektórych środowiskach katolickich zostały one zepchnięte na dalszy plan, pod pretekstem, że należy powrócić do prawdziwego, biblijnego wizerunku Matki Bożej. Dziś, jak podkreśla włoski franciszkanin, Kościół pełniej docenia doświadczenia mistyczne, widzi w nich specyficzny wkład Ludu Bożego. Stąd inicjatywa, by w Rzymie powstał ośrodek, który będzie się zajmował badaniem objawień.

O. Cecchin apeluje też o większy szacunek względem objawień, zwłaszcza w wypadku, gdy Kościół nie uznał ich jednoznacznie za fałszywe. W przypadku Medjugorie, na przykład stała periodyczność domniemanych przesłań nie jest niczym podejrzanym – podkreśla włoski mariolog. W innych, zatwierdzonych przez Kościół objawieniach, jak na przykład w Fatimie, Maryja też wyznaczała widzącym datę kolejnego spotkania – mówi o. Cecchin. O. Cecchin: objawienia darem Boga, nie wolno nimi gardzić.

"Myślę, że nasze serca powinny być trochę bardziej otwarte na te objawienia Boga – powiedział Radiu Watykańskiemu o. Cecchin. – Objawienia, które dokonują się w bardzo różny sposób, z uwzględnieniem też różnych kultur. Proszę zauważyć, i jest to bardzo piękne, że Maryja objawia się w różnych miejscach, w różny sposób. Ma inną karnację skóry, inną postawę, używa innego języka, dialektu. Zawsze dostosowuje się do danego ludu. Dlatego również i my, jako Kościół katolicki powinniśmy uszanować tę rzeczywistość Boga, który udziela nam tych darów. Oczywiście jeśli nie chcesz tego daru, możesz go nie przyjąć. Te dary nie są konieczne dla zbawienia. Ale zawsze są to dary, które Bóg nam daje. Nie powinno się nimi gardzić".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Odpust na Hubach w Roku Św. Stanisława Kostki

2018-09-19 18:29

Agata Iwanek

Agata Iwanek
Relikwie św. Stanisława kostki w parafii Patrona na wrocławskich Hubach

„Dzisiejsze czasy, współczesne media pokazują nam ludzi sukcesu, autorytety i kiedy przeżywamy tak piękną uroczystość, jak wspomnienie patrona własnej świątyni, to uświadamiamy sobie, że również Kościół daje nam wzory do naśladowania”. – mówił ksiądz Bartosz – „W prefacji słyszymy: przykład świętych nas pobudza, a ich bratnia modlitwa nas wspomaga, abyśmy osiągnęli zbawienie”. Ksiądz pytał o to, czy Stanisław Kostka, patron polskiej młodzieży, może być wzorem do naśladowania. W wieku 17 lat uciekł z domu, działał wbrew rodzicom i był nieposłuszny... Nie ma co, świetny wzór. Typowy nastolatek, który jak zwykle miał własnym plan na życie… Ale co to był za plan! Uciekł, ponieważ miał silne pragnie serca – zostać zakonnikiem. Działał wbrew rodzicom i był nieposłuszny, ponieważ ci zabraniali mu wstąpić na drogę zakonną. Parafianie mogą być dumni, że patronuje im tak wspaniały święty. Nic dziwnego, że został patronem dzieci i młodzieży. Miał ufność dziecka Bożego i determinację nastolatka, a to właśnie te cechy doprowadziły go do świętości. Stanisław zmarł w wieku 18 lat. Ksiądz Bartosz podkreślał, że „młodość była świadectwem jego doskonałości”. Świętość nie jest więc luksusem przysługującym tylko tym, którym zaczęła siwieć już broda. Stanisław Kostka osiągnął doskonałość przez dojrzałą duchowość w bardzo młodym wieku - podkreślał kaznodzieja licznie zebranym w świątyni parafianom.


CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem