Reklama

Szkoła Wyższa Zarządzania i Ekonomii

Polska – jedno wielkie więzienie

2016-05-18 08:29

Wiesława Lewandowska
Niedziela Ogólnopolska 21/2016, str. 36-37

Grzegorz Boguszewski
Na co dzień swą misję pokazywania najtrudniejszych prawd historii Polski po to, by przyszłość była łatwiejsza, Mateusz Wyrwich spełnia na łamach „Niedzieli”. Jak mówi, wciąż niewiele jest takich miejsc otwartych na prawdę

Czujemy się dotknięci, słysząc sformułowanie „polskie obozy śmierci”, powtarzane – z rozmysłem lub z niewiedzy – przez światowe media, a nawet przez polityków. Szukamy łatwych wytłumaczeń tej dziejowej niesprawiedliwości wobec Polski, a zapominamy o swoich zaniechaniach i lekceważącym stosunku do własnej historii

W ciągu minionego ćwierćwiecza Polacy dali sobie wmówić, że na historię trzeba machnąć ręką, bo liczy się tylko przyszłość. Każdy, kto chciał tropić mroczne zakamarki PRL-u, był natychmiast okrzyknięty nawiedzonym oszołomem, a na pewno – jeśli mimo wszystko pozostawał przy swoim – musiał się liczyć z drogą pod stromą górę.

Ile było w tej ogólnie panującej pogardzie dla historii politycznego wyrachowania, a ile żywej głupoty, zapewne sama historia – jeśli zaczniemy ją wreszcie traktować poważnie – kiedyś to pokaże. Faktem jest, że z hasłem „Wybierzmy przyszłość!” jeden z prezydentów wolnej Polski – postkomunista Aleksander Kwaśniewski nie tylko wygrał wybory, ale też swojej klasie politycznej zapewnił historyczną nietykalność. Przez długie lata III RP wszelkie rozrachunki polityczno-historyczne były uznawane za niepoprawne politycznie, nieeuropejskie, nieświatowe. Polscy politycy bezkarnie grali na polskich kompleksach, kazali zapomnieć o historii własnego narodu.

Polityka historyczna, jako prawdziwe narzędzie budowania przyszłości i kształtowania wizerunku Polski w świecie, została w III RP wyśmiana i zesłana do lamusa. W przeciwnym razie wypadałoby nie tylko bardziej donośnie, i to od dawna, przeciwstawiać się sformułowaniu „polskie obozy śmierci” i mówić o niemieckich obozach koncentracyjnych, ale także przypominać o tym, że na ich miejscu – oraz w wielu jeszcze innych miejscach – po wojnie powstawały komunistyczne polsko-sowieckie „obozy pogardy” i że niektóre z nich od niemieckich różniły się tylko tym – jak opowiadają ich więźniowie – że nie było krematoriów... Należałoby też przypomnieć, że ludzie w tych powojennych komunistyczno-sowieckich obozach także byli mordowani, a w najlepszym razie wychodzili z nich schorowani, wyniszczeni ciężką pracą, zagłodzeni, sponiewierani, z przetrąconymi kręgosłupami, bo zadaniem wielu z tych obozów była radykalna „resocjalizacja” młodzieży dla budowy komunistycznego państwa.

Reklama

Mapa ppłk. Łańcuta

Szacuje się, że w drugiej połowie lat 40. i w latach 50. ubiegłego wieku przez więzienia i obozy w Polsce przeszło ok. 1,5 mln ludzi skazanych za działalność polityczną. W niedawno wydanej książce „Obozy pogardy. Komunistyczne obozy represji w Polsce 1944-1956” Mateusz Wyrwich opisuje bardzo wyczerpująco obozowy krajobraz powojennej Polski, a zarazem przedstawia studium zjawiska komunistyczno-sowieckiej skoncentrowanej przemocy.

Nie można udawać, że po wojnie żadnych obozów na terenie Polski już nie było – pisze Wyrwich. Trzeba jednak wyraźnie odróżnić je od tych, które funkcjonowały w czasie II wojny światowej, od niemieckich obozów śmierci. W tych powojennych komunistyczno-sowieckich obozach początkowo przetrzymywano niemieckich jeńców wojennych, ale także – z czasem coraz liczniej – polską ludność cywilną stawiającą opór rządom komunistycznym instalowanym w Polsce przez Sowietów.

Wyrwich przytacza za Andrzejem Paczkowskim („Dokumenty z dziejów PRL w latach 1944-1956”), jak to „dyrektor więziennictwa i obozów ppłk Dagobert J. Łańcut chełpił się, że gdyby na mapę Polski nanieść siatkę więzień i obozów, to okaże się, że Polska jest jednym wielkim więzieniem”.

I tak nie tylko sam KL Auschwitz w latach 1944-45, ale także dawna jego filia w Jaworznie funkcjonowała aż przez 10 lat po wojnie jako największy w Polsce obóz pracy przymusowej – do 1950 r. dla Niemców, Ślązaków, Łemków, Ukraińców, a potem jako Centralny Obóz Pracy głównie dla młodocianych więźniów politycznych. Obóz ten zamknięto dopiero po wielkim buncie, który miał tam miejsce w 1955 r.

Aż do końca lat 80. komunistyczne obozy koncentracyjne były tematem tabu. W latach 40. i 50. ludzie wiedzieli, że do obozu można było trafić za tzw. szeptaną propagandę, czytanie komiksów, kolorowe skarpetki lub świętowanie nie 1, lecz 3 maja itd., itp. Panowała podszyta strachem zmowa milczenia. Nieco głośniej o powojennych obozach w Polsce – a głównie o obozie w Świętochłowicach, jednym z 40 podobozów Auschwitz, założonym przez Niemców w 1943 r. dla zapewnienia siły roboczej niemieckim zakładom zbrojeniowym, przejętym w 1945 r. przez Sowietów, a następnie przez polskie Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego – było poza granicami Polski. Odważni duchowni z Górnego Śląska napisali list do Foreign Office w Londynie: „Obozy koncentracyjne nie zostały zlikwidowane, lecz przejęte przez nowych właścicieli. (...) W Świętochłowicach (Górny Śląsk) ci jeńcy, którzy nie zginęli jeszcze z głodu lub nie zostali pobici na śmierć, muszą noc w noc stać po szyję zanurzeni w wodzie, dopóki nie umrą”.

Pisząc o świętochłowickim obozie, Mateusz Wyrwich powołuje się na prace Zygmunta Woźniczki „Obozy w systemie represji”. Z pewnością obóz ten był jednym z wielu najbardziej okrutnych nie tylko dla jeńców wojennych, ale także dla ludności cywilnej; osadzeni w nim reprezentowali cały przekrój społeczny ówczesnego Górnego Śląska.

Na „mapie ppłk. Łańcuta” szczególnie czarną plamę stanowi właśnie Śląsk, gdzie akcja obozowa była wyjątkowo rozwinięta; początkowo – z uwagi na tutejszą ludność niemiecką, później zaś z powodów ekonomicznych – potrzebna była bowiem tania siła robocza dla przemysłu górniczego. I nie chodziło bynajmniej o odbudowę kraju po zniszczeniach wojennych, lecz o to, że na mocy podpisanego z Sowietami w 1945 r. tzw. układu węglowego Polska zobowiązała się do dostaw węgla do Związku Radzieckiego po wyjątkowo niskiej cenie... dolar za tonę.

Bardziej szczegółowe informacje o istnieniu powojennych obozów z trudem przedostawały się do świata, a w samej Polsce były otoczone tajemnicą grozy, zaś później, gdy ich już nie było – wstydem i strachem oprawców przed należną karą, której, jak wiemy, udało im się uniknąć. Mateusz Wyrwich wymienia w swej książce nazwiska „najbardziej zasłużonych” w powojennym dziele wyniszczania narodu.

Pod prąd głównego nurtu

O ile łatwo zrozumieć, że niemal do ostatnich lat PRL-u temat powojennych obozów nie był mile widziany, to trudniej już pogodzić się z tym, że w III RP został objęty klauzulą niepoprawności, oddzielony grubą kreską. Podjęło go zaledwie kilku desperatów. Wśród nich znalazł się Mateusz Wyrwich, dziennikarz śledczy najnowszej historii Polski, pisarz, autor ośmiu książek o mrocznej historii PRL-u, uparcie drążący temat zakazanych rewirów najnowszej historii Polski.

Gdy na początku lat 90. Wyrwich rozpoczynał pracę nad pierwszą książką: „Łagier Jaworzno. Z dziejów czerwonego terroru”, zbieranie materiałów, mimo że dotyczyły nieodległej przecież przeszłości, nie było łatwe. Trudność sprawiało przede wszystkim zlokalizowanie dokumentów, by ich tropem dotrzeć nie tylko do więźniów, ale przede wszystkim do funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa. Dokumenty obozów przez lata PRL-u kryły się rozproszone w archiwach dawnych tzw. zjednoczeń, czyli organizacji branżowych, zatrudniających obozową najtańszą siłę roboczą. Po 1990 r. tego rodzaju materiały były niszczone, zabierane przez żyjących jeszcze funkcjonariuszy obozów, którzy panicznie bali się, że te dokumenty mogą im w jakiś sposób zaszkodzić, np. pozbawić emerytury. Jak dziś wiadomo, niczego nie musieli się obawiać...

– I na co to komu? – dziwił się w połowie lat 90. wiceszef „Jaworzna”, cieszący się spokojną i godziwą emeryturą, gdy Mateusz Wyrwich prosił go o rozmowę. Komunistyczni oprawcy do ostatniej chwili liczyli na zapomnienie, na to, że wszyscy skorzystają z oferty wyboru radosnej przyszłości.

Działając pod prąd głównego nurtu, Mateusz Wyrwich postanowił dotrzeć do tych, którzy przeżyli obozową gehennę. To była praca żmudna i przygnębiająca. I wykonana dosłownie w ostatniej chwili... Gdy dokumentował swe obozowe książki, nagrał setki godzin rozmów.

Książka „Łagier Jaworzno” powstała na podstawie relacji ponad 100 byłych więźniów obozu, dokumentów archiwalnych oraz wypowiedzi pracowników organów bezpieczeństwa. Wydane 20 lat później, będące rozwinięciem tej przygnębiającej opowieści, „Obozy pogardy” zawierają już siłą rzeczy mniej relacji świadków – świadkowie po prostu umierają.

Co zrobić z tą historią?

– Temat zawsze jakoś był, a jakby go nie było... I nadal nie ma... – mówi Mateusz Wyrwich. Do tej pory właściwie jedyną cenną pozycją o komunistycznych „obozach koncentracyjnych” jest wydana przed kilkunastoma laty praca Bogusława Kopki, będąca ewidencją wszystkich obozów na terenie Polski w latach 1944-50. Dzięki tej publikacji dostęp do archiwów stał się łatwiejszy. Także dzięki zespołowi IPN w Katowicach i prof. Adamowi Dziurokowi w dużym stopniu opisane zostały obozy na Śląsku.

Mateusz Wyrwich, który temat zgłębia od niemal 30 lat, stawia retoryczne pytanie: co znaczy, że dziś we wszystkich archiwach na listach wstępu powtarza się tylko kilka wpisów: Kopka, Wolsza, Woźniczka, Szwagrzyk, Miroszewski, Wyrwich...? Może to, że nawet w dobie wolności, gdy już nie było się czego bać, niewielu było chętnych do tego rodzaju żmudnej i mało opłacalnej pracy? A może jednak pozostał też jeszcze jakiś strach? Choćby przed posądzeniem o „obsesyjne i chore grzebanie się w przeszłości”?

– Kiedy pisałem książkę „Łagier Jaworzno” – mówił Wyrwich w jednym z wywiadów prasowych – poznałem wielu ludzi skazanych na karę śmierci przez komunistyczne sądy, którym Bóg pozwolił dalej żyć. Uważałem, że to, co przeżyli, trzeba przekazać innym. To, co działo się po 1945 r., było przecież straszliwą eksterminacją narodu polskiego. O tym mnóstwo ludzi nie wie albo... nie chce wiedzieć, bo musieliby coś z tą trudną historią zrobić.

Odkłamywanie najnowszej historii Polski stało się pasją Mateusza Wyrwicha, zadaniem dziennikarskim, które sam sobie narzucił jako oczywisty obowiązek. Gdy zaczynał zbierać materiały do książki „Łagier Jaworzno”, nawet nie przypuszczał, że przez następne dwudziestolecie wolnej Polski będzie jednym z niewielu zainteresowanych tematem komunistycznych obozów pogardy i że niemal każda próba wyjaśniania mrocznych tajemnic niedawnej przeszłości będzie dyskredytowana, wręcz napiętnowana.

Przez rzucenie hasła „Wybierzmy przyszłość!”, a później przez bezrefleksyjny tzw. radosny patriotyzm starano się metodycznie zacierać przeszłość kompromitującą sporą część elit III RP. Dlatego w marcu 2011 r. wspólnie z żoną Joanną Łukasiewicz-Wyrwich odmówili przyjęcia przyznanych im przez prezydenta Bronisława Komorowskiego za działalność w stanie wojennym Krzyży Kawalerskich Orderu Odrodzenia Polski.

Na co dzień swą misję pokazywania najtrudniejszych prawd historii Polski po to, by przyszłość była łatwiejsza, Mateusz Wyrwich spełnia na łamach „Niedzieli”. Jak mówi, wciąż niewiele jest takich miejsc otwartych na prawdę.

Tagi:
historia

Ściany straceń w Przemyślu

2018-11-07 08:52

Alicja Chruścicka
Edycja przemyska 45/2018, str. VIII

Alicja Chruścicka
Miejsce pamięci na Małym Ryneczku

Zginęli, byśmy żyć mogli” głosi napis na ścianie straceń na Małym Ryneczku w Przemyślu (okolice Tesco na Zasaniu). Tu zostali rozstrzelani przez barbarzyńców niemieckich 31 grudnia 1943 r. Polacy: Antoni Gaweł – żołnierz AK, Michał Hrynkiewicz, Grzegorz Husak, Mikołaj Hyś, Walenty Kulon, Zdzisław Huszakiewicz – żołnierz AK, Władysław Pęczek, Stanisław Pliś, Kazimierz Rowiński, Henryk Tyczka. Zginęli w odwecie za stracenie (z wyroku sądu Polskiego Państwa Podziemnego 28 grudnia 1943 r.) przy ul. Kasprowicza agenta gestapo Stanisława Szajny. Nie mają swoich grobów, bo ich ciała zostały zrzucone do wspólnego dołu w okolicy getta żydowskiego i spopielone.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Sekret kodu kulturowego rodzin wielodzietnych

2018-11-19 12:54

Antoni Szymański Senator RP

W kaszubskiej gminie Sierakowice odnotowuje się najwyższą dzietność w kraju. Typowy model rodziny to 2+4. Ten fenomen ma różne tłumaczenia. Czy Kaszubi dostali zawrotu głowy i muszą mieć dużo dzieci, bo również w sąsiednich gminach powiatu kartuskiego odnotowuje się najwyższe wskaźniki urodzeń? Co leży u podstaw tej wyjątkowej prokreacyjnej determinacji? Wójt gminy Tadeusz Kobiela tłumaczy to tradycją. Inny trop wyjaśnienia może prowadzić do uznania głębokiej religijności Kaszubów jak czynnika wzmacniającego postawy prorodzinne.

Grzegorz Jakubowski/KPRP

Niekonwencjonalne wyjaśnienie sierakowickiej prężności demograficznej przedstawił prof. Witold Toczyski w raporcie Rządowej Rady Ludnościowej „Sytuacja demograficzna Polski jako wyzwanie dla polityki społecznej i gospodarczej”. Analizując ten przypadek kaszubskiej gminy postawił tezę, że na przyszłość demograficzną kraju duży wpływ będzie wywierać kod kulturowy przedsiębiorczości społecznej młodzieży. Nieco trywializując to podejście można postawić pytanie, czy spółdzielnie uczniowskie mogą mieć wpływ na budowanie pomyślności i niezależności rodziny? Casus Sierakowice wskazuje, że podstawą pomyślności gospodarczej gminy jest ponadprzeciętny udział prywatnej przedsiębiorczości. Gmina jest zagłębiem rzemieślniczym Trójmiasta, gdyż występuje dominacja (87,96 proc.) firm osób fizycznych prowadzących działalność gospodarczą. W rodzinach przedsiębiorców silne jest przekonanie, że ich niezależność i pomyślność jest związana z ich aktywnością gospodarczą. Powstaje pewien wzór kulturowy, przekonanie o szczególnej wartości przedsiębiorczości dającej trwałe podstawy ekonomiczne rodziny. Mając własną działalność można być bardziej impregnowanym na układy i układziki, ceniąc sobie wartości życia rodzinnego. U podstaw prężności demograficznej stoi bowiem rodzina. Optymizm życia rodzinnego ściśle wiąże się ze stabilnością ekonomiczną, która daje gwarancje podołania zadaniu wychowania i wykształcenia dzieci, zaś szczególnie ceniąc przygotowanie dzieci do dobrego zawodu. Wiara, że wzór własnej zaradności potrafimy przekazać dzieciom stają się ważnym czynnikiem decyzji o posiadaniu dzieci.

Jednym z czynników hamująco wpływającym na pozytywny model rozwoju rodzin jest niewłaściwa pedagogika społeczna młodzieży, która kosztem solidaryzmu społecznego eksponuje model egoizmu, a nawet hedonizmu. Trudny do przecenienia jest wpływ szkoły na kształtowanie postaw przedsiębiorczych. Wiemy, że jednym ze źródeł sukcesu gospodarczego jest pomysłowość, odwaga i zdolność do podejmowania ryzyka poprzedzana jest praktykowaniem przedsiębiorczości społecznej w szkole. W polskiej edukacji występuje w szczątkowej postaci kształcenie dla przedsiębiorczości. Są to zajęcia o makro i mikroekonomii, bankowości, budżetowaniu i grach ekonomicznych. Zajęcia w większości mają charakter pasywny, takie trenowanie „na sucho”. Nauczyciele zajęcia traktują podręcznikowo, bez konfrontowania się realnym gospodarowaniem. Motyw pracy w tzw. realu dla dobra wspólnego i w kooperacji znajduje się na odległym miejscu piedestału wartości wychowawczych. Przeważa dyktat podstawy programowej i edukacji, która ma awansować do kolejnego szczebla kształcenia. Przedmioty, które nie są ważne na świadectwie maturalnym są z natury rzeczy przez wszystkich spychane na dalszy plan. Dlatego w szkołach wyginęły prawie całkowicie spółdzielnie uczniowskie – uniwersytety przedsiębiorczości. Zarówno spółdzielczość uczniowska, jak angażowanie się młodzieży do prac na rzecz społeczności lokalnej są w zapaści. Na margines zepchnięto praktykowanie przedsiębiorczości młodzieży. Przedsiębiorczość wiąże się z nastawieniem na nowe rozwiązania w relacjach społecznych. Nakierowana jest na budowanie umiejętności współpracy, wzmacnianie pasji i czerpanie znacznej satysfakcji z procesu realizacji swoich pomysłów.

Wiemy, że jednym ze źródeł sukcesu gospodarczego jest pomysłowość, odwaga i zdolność do podejmowania ryzyka. Obudzenie ducha przedsiębiorczości uzależnione jest od zbudowania swoistej kultury pracy nakierowanej na innowacyjne zmiany. To jest wielkie wyzwanie jak ożywić postawy przedsiębiorczości społecznej młodzieży, która jest jednym z istotnych czynników wzmacniania rodziny i społeczności lokalnej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: Maryja w małżeństwie była poddana Józefowi

2018-11-20 17:23

vaticannews.va / Watykan (KAI)

Maryja była poddana swemu mężowi. Nigdy nie mówiła Józefowi: ja jestem matką Boga, a ty jego pracownikiem. Nie, była mu poddana – powiedział papież w szóstym już rozważaniu nad modlitwą „Zdrowaś Maryjo”, emitowanym we włoskiej telewizji katolickiej TV2000.

Grzegorz Gałązka

Franciszek podjął temat uniżenia się Boga w akcie wcielenia. Święty Paweł opisuje, że Jezus upokorzył się, aż do śmierci krzyżowej, przyjmując na siebie nasze grzechy. Apostoł powiedział wręcz, że Bóg stał się grzechem. A Maryja stała się Matką grzeszników, nas wszystkich.

Ojciec Święty nawiązał do osobistego doświadczenia, kiedy z okien autobusu przejeżdżającego obok więzienia w Buenos Aires widział kolejkę matek stojących, aby spotkać się ze swoimi synami podczas widzenia. Doznawały wiele upokorzeń i przykrości, ale jedyne, co było dla nich ważne, to zobaczyć dziecko. Bóg dał nam wszystkim matkę, rodzi ją dla nas na krzyżu.

W tym kontekście papież wspomniał o roli Józefa w życiu Maryi. - Ona była podporządkowana swojemu mężowi według kultury tamtego czasu. Przygotowywała mu jedzenie, rozmawiała z nim, mówili o dziecku, przeżywali wspólnie niepokój o niego, kiedy w wieku 12 lat pozostał w Jerozolimie. Niepokój męża i żony, niepokój rodziców. Normalność dziewictwa. I ona słuchała Józefa oraz była mu posłuszna. Najważniejsze decyzje podejmował Józef. To było naturalne w tamtych czasach. Tyle razy otrzymywał we śnie orędzia Boga. Ona jest pełna łaski. Józef jest sprawiedliwy. Jest mężczyzną zachowującycm Słowo Boże. Wspaniałe małżeństwo – podkreślił Franciszek.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem