Reklama

Po ludzku tego nie wytłumaczysz...

2013-09-02 13:05


Niedziela Ogólnopolska 36/2013, str. 18-19

Graziako/Niedziela

KS. INF. IRENEUSZ SKUBIŚ: - Ojca nazwisko to już symbol powojennej historii Kościoła związanej z historią Polski. Oczywiście, to również ważny symbol Jasnej Góry i wszystkiego, co się tutaj od czasu II wojny światowej działo. Proszę zatem Ojca o garść wspomnień dotyczących 8 września 1946 r., a więc tuż po wojnie, kiedy to kard. August Hlond, ówczesny prymas Polski, oddał nasz naród Niepokalanemu Sercu Maryi. Był Ojciec wtedy kustoszem Jasnej Góry...

O. JERZY TOMZIŃSKI OSPPE: - Tak. Funkcja kustosza miała wtedy jeszcze inne znaczenie w Kościele... Jaka była wówczas atmosfera? Nie było katolickiej prasy, ale wiele mówiło się o objawieniach w Fatimie (1917 r. - przyp. red.). Po wojnie dotarło do nas, że papież Pius XII prosił biskupów świata, by spełnili żądanie Matki Bożej Fatimskiej o oddaniu narodów Jej Niepokalanemu Sercu. Z tym przesłaniem powrócił do Polski z wygnania kard. Hlond, dla którego Jasna Góra była zawsze niezwykle ważna. Wielu biskupów polskich zaangażowało się w to przedsięwzięcie całym sercem, m.in. ówczesny biskup lubelski Stefan Wyszyński. W jego liście do diecezjan wybrzmiały słynne słowa: „Kto żyw - na Jasną Górę!”. Przed wojną główną uroczystością na Jasnej Górze było święto Narodzenia Matki Bożej. Wieś była już po żniwach, toteż zwłaszcza Kielecczyzna czy Lubelszczyzna szły na Jasną Górę ławą. W wigilię święta, pamiętam, padał deszcz, a naród szedł. Był to pierwszy rok po wojnie i Jasną Górę zalała istna fala ludzka. Nieustannie zgłaszali się księża, musieliśmy przygotować listę Mszy św. - wtenczas nie było koncelebry. Przygotowano 56 ołtarzy do odprawiania Eucharystii. Rozpisaliśmy listę dla 2 tys. kapłanów, którzy mogli odprawiać co pół godziny.
W wigilię dnia 8 września, 5 minut po godz. 12 w nocy, otwarto krużganki i 50 księży ruszyło do ołtarzy. Jako kustosz wszedłem do zakrystii - przedtem między bazyliką a kaplicą nie było przejścia, wszyscy szli obok krzyża jednymi drzwiami - żeby zobaczyć, co się dzieje, i ta fala ludzka mnie porwała. Po 15 minutach musiałem wykręcać habit z wilgoci.
To było tylko przygotowanie. Rano przybyli już biskupi, był kard. August Hlond, kard. Adam Sapieha, bp Stefan Wyszyński i kilku innych. Niemal od dziecka jestem na Jasnej Górze, ale takiego zagęszczenia nigdy nie widziałem. Niczym fala morska przesuwali się ludzie, człowiek przy człowieku. Mówiono, że tak było aż do kościoła św. Barbary.
Uroczystości rozpoczęły się Godzinkami o 6 rano, a później była Msza św. - kazanie miał biskup włocławski Karol Radoński, który także wrócił z wygnania.
Ciekawostka: podczas wieczornej Mszy św. i dnia następnego rano jeszcze wszyscy ludzie byli na Jasnej Górze, nie odeszli; pierwsze kazanie miał bp Stefan Wyszyński, spodobał się wtedy bardzo i został zaproszony na rok następny - i przyjechał. Tak więc chociaż wszystko zawdzięczamy tu kard. Hlondowi, to ze ślubowaniami jasnogórskimi jest związany także późniejszy kardynał Stefan Wyszyński.
Było to wielkie oddanie się Matce Bożej Niepokalanej. Kościół polski pierwszy spełnił życzenie papieskie, a w gruncie rzeczy życzenie Matki Bożej Fatimskiej. Była to prawdziwa zasługa kard. Hlonda, bo trzeba wiedzieć, że nawet kard. Sapieha zachowywał tu wielką ostrożność, chciał szerszych dyskusji, większego sprawdzania fatimskich objawień. A kard. Hlond przyjechał z wielką wiarą i zapałem i okazało się to opatrznościowe. Potem, oczywiście, zaczęto w Polsce prowadzić nowenny fatimskie - nawet trochę konkurencyjne wobec jasnogórskich - w wielu parafiach wprowadzono nabożeństwa fatimskie, fatimskie soboty, różańce - także paulini to podchwycili.

- Czy Ojciec pamięta kard. Hlonda?

- Tak, bardzo dobrze. Przyjeżdżał na Jasną Górę, był m.in. w czasie synodu (I Synod Plenarny na Jasnej Górze w roku 1936 - przyp. red.). Jako nowicjusze byliśmy wtedy do pomocy. Ja byłem wówczas w refektarzu głównym. Pamiętam śniadanie i widzę jeszcze ówczesnych biskupów...

- Czy Ksiądz Kardynał był człowiekiem pogodnym?

- Tak, w kontaktach personalnych to był naprawdę prosty człowiek, z dużym poczuciem humoru. Kiedyś zagadnął mnie: Pokaż, jak napisałeś Sapieha: przez „ch” czy „h”? - i poklepał mnie po ramieniu (śmiech). Był naszym konfratrem. To znakomity kaznodzieja. Pamiętam jego kazania, zwłaszcza jedno, na Nowy Rok - to było coś pięknego. Miał swój wielki styl. Zresztą same śluby: „Wielka Boga Człowieka Matko...” - od razu się czuło, że to był August Hlond.

- Jak Ojciec odczytywał wtedy śluby narodu, czy było to ożywienie wiary i nadziei?

- To było wielkie związanie Polski z Matką Bożą. Dlatego wspomniałem tu kard. Wyszyńskiego, bo on podchwycił to, co kard. Hlond powiedział przed śmiercią, że „zwycięstwo, jeśli przyjdzie, przyjdzie przez Maryję”. To byli ludzie prawdziwej wiary, czci i miłości do Matki Bożej. To się czuło. Byli jak dzieci. Tu jest początek drogi maryjnej w Polsce. A hasło rzucił właśnie kard. Hlond - człowiek wielkiej kultury i wielkiej wiary. Bez tego, bez zawierzenia się Matce Bożej nie wiem, jak by się potoczyło życie w Polsce. Dlatego potem do tego wracaliśmy.

- Jak polskie duchowieństwo odnalazło się w tamtym czasie na Jasnej Górze?

- Po raz pierwszy widziałem na Jasnej Górze tylu księży. To było wielkie pospolite ruszenie! Myśmy w klasztorze na korytarzach spali, tak wielu kapłanów przybyło. Kiedy przed ślubami wysłałem list do 8 tys. parafii z zaproszeniem na Jasną Górę - wszyscy zareagowali. To był impuls, prawdziwe tchnienie Ducha Świętego. Bez Jego pomocy nie byłoby Polski takiej, jaka była.

- 10 lat po tym wydarzeniu, w 1956 r., na Jasnej Górze składaliśmy Śluby Jasnogórskie ułożone przez kard. Stefana Wyszyńskiego. Jak Ojciec sądzi, czy była jakaś różnica między ślubami z roku 1946 a tymi z roku 1956?

- 8 września 1946 r. odbyło się poświęcenie Narodu Polskiego Niepokalanemu Sercu Maryi. Śluby złożone 26 sierpnia 1956 r., które napisał kard. Stefan Wyszyński, zawierały zobowiązania i stanowiły program duszpasterski. Stąd zrodziła się Wielka Nowenna - przygotowywany na dziewięć lat program duszpasterski. Kard. Wyszyński już w 1936 r., kiedy jako redaktor „Ateneum Kapłańskiego” zamieścił artykuł o ślubach młodzieży akademickiej, pisał, że śluby powinny być spełnione programem. Nurtowało go to cały czas, grało w jego duszy, stąd te słynne słowa, które jako biskup lubelski wypowiedział w 1946 r., zachęcając do udziału w uroczystościach jasnogórskich 8 września 1946 r.: „Kto żyw - na Jasną Górę!”. Tak więc z tych, nazwijmy to: dewocyjnych, pobożnościowych jedynie ślubów zrodził się program konsekwentnej i wytężonej pracy duszpasterskiej.

- Dziękuję za przypomnienie roku 1936, kiedy to odbyła się pierwsza pielgrzymka akademicka na Jasną Górę. Przeglądałem teksty drukowane wówczas w „Dzwonku Częstochowskim”. Trzeba więc zobaczyć pewną ciągłość, a jednocześnie różnicę ślubowań w latach: 1936, 1946, 1956, a potem w roku 1966.

- Tak. To takie dziesięciolecia. W 1936 r. było na Jasnej Górze ok. 20 tys. studentów. Wtedy po raz pierwszy generał pozwolił na wniesienie Cudownego Obrazu na wały - wnieśli go studenci... Byłem wówczas klerykiem, pamiętam wyjątkową atmosferę, ale nie pamiętam już, kto te śluby układał: kard. Aleksander Kakowski czy bp Antoni Szlagowski...

- Obchodzimy Rok sługi Bożego kard. Augusta Hlonda, szczególnie na Śląsku, ale i w Częstochowie. Proszę powiedzieć, czym te śluby były dla niego?

- Kard. Hlond przeżywał prawdziwy dramat. On w czasie wojny wyjechał z Polski, co miano mu za złe. Pamiętam, jak pisarz Jan Wiktor wyrzucał mu: „Wzywałeś Litanii do Wszystkich Świętych, a uciekłeś...”. Zmuszono go do tego. Powiedział, że nie może być zakładnikiem u Niemców i musiał wyjechać z rządem. Nie pozwolono mu powrócić, został aresztowany przez Niemców we Francji. Przez cały czas modlił się na kolanach za naród i emigrację, prosząc o pomoc Matkę Bożą w Lourdes. Dopiero abp Giovanni Battista Montini (późniejszy papież Paweł VI) jako urzędnik watykańskiego Sekretariatu Stanu podważył wszystkie dokumenty, przygotowane przeciw niemu wbrew wszelkim prawom. Londyn bardzo liczył się z kard. Hlondem, a on bez przerwy przypominał emigracji Polskę, był jej przedstawicielem. Był interreksem, cały świat z nim się liczył. I oto Opatrzność Boża sprawia, że kard. Hlond wraca do kraju. Śluby były także apogeum jego wdzięczności wobec Matki Bożej.
Tyle było wtedy ludzi i ja to wszystko widziałem... 2 tys. księży przyjechało... Jakim cudem? Przyjechali? Szli pieszo? I to dzięki Hlondowi!... On mówił: z komunistami nie rozmawiamy. Miał o nich swoje, sprawdzone w konkrecie zdanie i tego się trzymał.

- Prymas Polski kard. Hlond miał tzw. facultates specialissimae - był swoistą Stolicą Apostolską dla ziem polskich, dla organizujących się nowych diecezji...

- Tak. Pamiętajmy, że w Polsce żyło się wtedy inaczej, wszystko było kontrolowane. Obecność i słowo kard. Hlonda oznaczały więc niemal obecność i słowo Stolicy Świętej. To była jedyna ucieczka dla naszego narodu. Katolickie gazety przecież nie dochodziły, o wszystkich więc ważnych sprawach decydował kard. Hlond i do niego się zwracano. A „facultates specialissimae” to dzięki Montiniemu, który jako pracownik Sekretariatu Stanu miał doskonałe rozeznanie polityczne i wiedział, co będzie to oznaczać dla ciemiężonego kraju.

- Nie wszyscy wiedzą, że w Fatimie Matka Boża powiedziała, iż Rosja się nawróci...

-...Tak. Jednak będzie to związane z naszą modlitwą i pokutą.

- Serdecznie dziękuję za rozmowę. Unaocznił nam Ojciec piękny moment wielkiej modlitwy i oddania narodu Matce Bożej na Jasnej Górze z udziałem sługi Bożego kard. Augusta Hlonda...

- Jeszcze słyszę i widzę wszystko - i oczywiście przeżywam. Znalazłem się w środku tego, co się tu wtedy działo, dyrygowałem przygotowaniami, nawet profesjonalną orkiestrę z Kalisza zamówiłem. Przeżycia były ogromne. W początkach komuny nagle tak wielki zryw! Dzięki Bogu, że tak się dzieje. Powiem jedno: my nie rozumiemy dzieł Bożych. Nad tymi ludzkimi Pan Bóg prowadzi swoje. Trzeba tylko umieć to wszystko dostrzec i powiązać. Kto tego nie widzi, jest ślepy. W dziejach Polski jest coś, czego nie da się zrozumieć bez uwzględnienia interwencji Bożej. Po prostu - po ludzku tego nie wytłumaczysz...

Tagi:
kardynał Jasna Góra zakon Paulini Hlond

Partytura „Missa Latina” Zdzisława Szostaka na Jasnej Górze

2019-01-08 21:33

Jacek Filipczyk

Polski kompozytor i dyrygent Zdzisław Szostak przekazał na Jasną Górę partyturę swojego największego utworu „Missa Latina”. Powierzenie wydrukowanego egzemplarza partytury, zaopatrzonego dedykacją, autor uznał za jedną z bardziej znaczących decyzji w swoim życiu. Opiekunowie siedziby Królowej Polski są, według maestro Szostaka, najlepszym gwarantem spożytkowania wszystkich wartości duchowych, jakie zostały zawarte w przekazanym dziele. Autor ma głęboką wiarę, iż w rękach paulinów i pod opieką Matki Bożej „Missa Latina” uzyska możliwość trafienia do szerokiego grona miłośników muzyki klasycznej, oraz wszystkich, którzy cenią chrześcijańską tradycję naszej kultury i wiary.

Biuro Prasowe Jasnej Góry

Przekazanie partytury miało miejsce 25 grudnia 2018 r. na ręce o. Nikodema Kilnara, paulina, Krajowego Duszpasterza Muzyków Kościelnych.

„Missa Latina” została ukończona w 2003 roku. Swojej prapremiery doczekała się na jubileusz 75. urodzin autora w Filharmonii Łódzkiej w 2005 roku. W 2006 uświetniła festiwal „Muzyczna Praga” objęty honorowym patronatem Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego.

„Missa Latina” to utwór na orkiestrę symfoniczną i chór w formie klasycznej mszy wokalno-instrumentalnej. O dziele Zdzisława Szostaka pisano jako o ukoronowaniu dorobku twórczego artysty, syntezie jego wcześniejszych doświadczeń, dziele o największych rozmiarach i najwyższej wartości artystycznej. „Missa Latina” pobrzmiewa barokową polifonią, inspirowana jest jednocześnie chorałem gregoriańskim, słychać nuty romantyzmu, impresjonizmu i modernizmu. Autor zawarł w mszy także i cytaty ze swoich dzieł filmowych, takich jak choćby muzyka do serialu „Królowa Bona”.

Zdzisław Szostak jest członkiem Związku Kompozytorów Polskich. Został odznaczony Złotym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Był wieloletnim dyrektorem artystycznym Filharmonii Poznańskiej i Filharmonii Łódzkiej. Był także wieloletnim wykładowcą Akademii Muzycznej im. Grażyny i Kiejstuta Bacewiczów w Łodzi. Jako dyrygent koncertował w kraju i za granicą. Jest autorem muzyki do ponad dwudziestu filmów fabularnych i dokumentalnych. Dyrygował nagraniami muzyki do ponad dwustu innych obrazów.

Zdzisław Szostak w latach studenckich w Katowickiej Akademii Muzycznej był przyjacielem Wojciech Kilara. Okres studiów był dla obu przyjaciół czasem wielu artystycznych inspiracji oraz wspólnych muzycznych przygód, i zbliżył do siebie dwóch artystów do tego stopnia, że pozostali przyjaciółmi na długie lata, i do ostatnich lat życia Wojciecha Kilara podtrzymywali swoją przyjaźń. Wojciech Kilar o symfonii „Missa Latina” oraz o samym Zdzisławie Szostaku wypowiadał się z wielkim uznaniem.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

„Chciałem cię zabić”

2019-01-08 11:58

Witold Gadowski
Niedziela Ogólnopolska 2/2019, str. 27


Archiwum prywatne

Długo stał na korytarzu, przestępował z nogi na nogę, schodził trzy stopnie niżej, aby za chwilę powrócić pod same drzwi. Wcześniej wielokrotnie widział tę scenę w wyobraźni. Czuł, jak naciska klamkę, wchodzi do środka... Dalej nie starczało mu już odwagi, by przewidywać, co się stanie. Teraz wreszcie stał przed tymi drzwiami. Przemógł chęć ucieczki i był tu... Uniesiona w górę dłoń lekko zadrżała. W końcu mruknął coś do siebie, przełknął ślinę i nacisnął dzwonek. Otworzył mu wysoki, niemal równy mu wzrostem mężczyzna. Miał bujną szpakowatą czuprynę i głębokie bruzdy pod dużymi niebieskimi oczami. Jego nieogolone policzki były blade jak u człowieka, który jest bardzo zmęczony.

– Dzień dobry, jestem... – zaczął.

– Wiem, kim jesteś – przerwał mu starszy mężczyzna i krótkim gestem dłoni zaprosił go do wnętrza mieszkania.

Z korytarza wyjrzały dwie zaciekawione twarze ślicznych dziewcząt, bez skrępowania patrzyły mu prosto w oczy.

– Moje córki – na twarzy gospodarza pojawił się wątły uśmiech.

Weszli do przestronnego pokoju. Był pełen słonecznego światła i ciężkich, staromodnych mebli. Smugi światła wydobywały obraz wirowania drobinek kurzu, które kłębiły się tuż nad podłogą. Usiedli przy przedwojennym dębowym stole.

– Palisz? – starszy mężczyzna wyciągnął ku niemu paczkę czerwonych Marlboro.

– Nie, dziękuję – odruchowo pokręcił głową.

Rozległ się trzask zapałki i starszy chciwie zaciągnął się papierosem. Słyszał, jak dziewczyny cicho szepczą za drzwiami, nie był jednak w stanie złowić sensu ich ożywionego trajkotania.

Przybysz miał ściśnięte szczęki, z trudem przeciskały się przez nie słowa. Ukradkiem spoglądał na szpakowatego gospodarza i musiał przyznać, że za młodu był zapewne bardzo przystojny. Do teraz jego twarz zachowała harmonijne, szlachetne rysy. Córki urodę odziedziczyły pewnie po nim.

Pokój był urządzony ze smakiem, regały z tysiącami książek, masywne biurko, na którym stała prawdziwa lampa od Tiffany’ego. Młody sam robił szklane witraże, potrafił więc rozpoznać precyzyjne, ręcznie wykonywane łączenia różnokolorowych kawałków barwnego szkła. W tym pokoju królował człowiek, który dobrze wiedział, czym są wyrafinowanie i dobry smak.

– Chciałem cię zabić! – powoli uniósł twarz, tak aby dojrzeć wyraz źrenic człowieka, który siedział naprzeciw.

Szpakowaty mężczyzna zgarbił się, ale ani na moment nie opuścił wzroku, wytrzymał jego spojrzenie. W pokoju zaległo ciężkie milczenie. Nawet drobiny kurzu sprawiały wrażenie, jakby zastygły w swoim bezrozumnym tańcu. Miast oczekiwanego przerażenia przybysz dojrzał, jak gospodarz spogląda na niego z rosnącym zaciekawieniem. Czuł, jak dyskretnie omiata go ciepłym spojrzeniem, wpatruje się w jego twarz, przygląda się jego dłoniom. Coś w myślach precyzyjnie szacuje.

Czytał jego ostatnią książkę. Wzruszała go i przez to jeszcze bardziej go nienawidził. Przez wiele nocy przewracał kolejne kartki, aby chwilę potem rzucać książką z rozmachem o ścianę i mleć w ustach najwulgarniejsze przekleństwa. Nienawidził tej patetycznej, napuszonej frazy, nie mógł znieść pewności, z jaką autor wypowiadał swoje ostateczne sądy. Gdyby wtedy był w pokoju obok, z całą pewnością dźgnąłby go nożem i spokojnie spoglądał na krew, która sączyłaby się z rany. Zapamiętał nawet fragment, za który najbardziej go nienawidził: „Brat Andrzej wiedział, że umrze – skromnie, bez komunikowania tego komukolwiek i rozgłaszania o nadchodzącej nieuchronności, czekał na ostatni moment. Uśmiechał się jak człowiek nie tylko pogodzony z opuszczeniem swojej doczesnej postaci, ale także rozliczony ze wszystkim, co w życiu zrobił i pomyślał, ze wszystkim, czego kiedykolwiek pragnął i czego nigdy nie osiągnął. Nadchodząca śmierć przynosiła mu poczucie coraz większej i coraz bardziej bezwarunkowej wolności”.

– Pieprzony obserwator! – młody czytelnik warczał w myślach, wspominając opis ostatnich chwil brata Andrzeja.

Gospodarz nadal palił papierosa i ciągle patrzył na niego, tak jakby starał się zapamiętać najdrobniejszy szczegół jego oblicza. Wyglądał jak człowiek, który chce się nauczyć tego, co widzi, i wbić sobie ten widok w najbardziej wytrzymałe struktury pamięci. Głosy dziewcząt za drzwiami dawno już umilkły. Znudzone zapewne poszukały sobie bardziej stosownej dla ich wieku rozrywki. W wypełnionym już wieczornym półmrokiem pokoju nagle rozległy się słowa przybysza:

– Matka nigdy mi o tobie nie opowiadała. Gdy byłem mały, mówiła, że zginąłeś w wypadku samochodowym, tuż przed moim narodzeniem – młodzieniec przerwał i nerwowo wstał z fotela. Zaczął krążyć po rozległym pokoju, aż w końcu zatrzymał się tuż przed oknem. Gospodarz widział teraz jego barczyste plecy obrysowane gasnącym światłem dnia.

– Kiedyś, jak byłem już w liceum, znalazłem wasze zdjęcia ze studiów. Wtedy powiedziała mi prawdę – młodzieniec zaśmiał się nerwowo. – Wtedy dowiedziałem się, że żyjesz. Była bardzo dumna, ale wymusiłem na niej, aby opowiedziała mi całą prawdę.

Gospodarz niepewnie podniósł się ze swojego fotela.

– Nie, jeszcze nie teraz! – warknął przybysz. Ciągle stał przed oknem, wpatrując się w pierwsze zapalone latarnie. – Jeszcze ja chcę mówić!

– Ale ja...

– Jeszcze chwila! – przybysz ponownie brutalnie mu przerwał.

– Wiem, że nie wiedziałeś. Dałeś jej przecież pieniądze na skrobankę, a potem zniknąłeś. Nigdy więcej jej nie zobaczyłeś.

– Pięć lat temu napisała do mnie list – głos gospodarza był spokojny i cichy, brzmiał jak bardziej chropawa wersja tembru młodzieńca.

Młody mężczyzna odwrócił się zaskoczony.

– List?

– Tak. Napisała do wydawnictwa. Opisała mi ciebie, twoje studia...

– Zmarła dwa miesiące temu – młodzieniec znów mu przerwał, tym razem jednak jego głos nie był już tak zimny jak kilka minut wcześniej. Podszedł do fotela i znów usiadł naprzeciw gospodarza. – Nie wiedziałem, że cię znalazła. Szukałem wśród waszych starych znajomych ze studiów. W końcu dowiedziałem się, że wyjechałeś do Łodzi, że założyłeś rodzinę. Przez te wszystkie lata życzyłem ci śmierci. Modliłem się, aby Bóg zesłał na ciebie śmiertelną chorobę, uderzył cię nieszczęściem. Przez te wszystkie lata nienawidziłem cię najmocniej, jak tylko potrafiłem.

– Wiem – szpakowaty mężczyzna znów skurczył się w ramionach.

– Skąd ty to możesz wiedzieć?! Przyjechałem tu... – młody głos zawisł na chwilę w powietrzu.

Zaskoczony gospodarz dostrzegł łzy w oczach młodzieńca.

– Przyjechałem tu, aby cię przeprosić, aby...

– Przeprosić? – starszy stuknął się dłonią w czoło.

– Tak. I prosić, byś mi wybaczył.

– Ja tobie?!

– Tak.

Starszy mężczyzna ukrył twarz w dłoniach, jego plecy zadrgały w bezgłośnym szlochu.

***

Kiedy z wielkiego okna na powrót zaczęły się sączyć pierwsze promienie porannego słońca, młody mężczyzna wstał i pocałował gospodarza w dłoń.

– Dziękuję.

– To ja dziękuję – odpowiedział gospodarz. – Wyzwoliłeś mnie z więzienia mojej bezsenności – dodał, zauważywszy pytające spojrzenie młodzieńca. – Od dwudziestu lat nie mogłem spać. Myślałem o dziecku, które się nie narodziło, o jego małych rączkach, ustach, sercu. Potem, pięć lat temu, gdy dowiedziałem się, że jednak istniejesz, dziękowałem Bogu, napisałem tę książkę, a teraz przyniosłeś mi wolność.

Młodzieniec cicho przeszedł przez korytarz – dziewczyny spokojnie spały w swoim pokoju. Zamknął drzwi najciszej jak umiał i lekko zbiegł po schodach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Cierpienie można przyjąć tylko wiarą

2019-01-16 21:37

Justyna Walicka/Archidiecezja Krakowska

- To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą - o cierpieniu mówił abp Marek Jędraszewski podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.

Jaonna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Wicedyrektor szpitala lek. med. Andrzej Bałaga przywitał metropolitę i podziękował za kolejną wizytę, która, jak zaznaczył, jest wsparciem zarówno dla personelu w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji, jak i dla małych pacjentów w ich powrocie do zdrowia.

Prof. Szymon Skoczeń w imieniu zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego szpitala poprosił arcybiskupa o błogosławieństwo.

Delegacja dzieci również przywitała metropolitę krakowskiego i złożyła wierszowane życzenia. Młodzi pacjenci zapewnili arcybiskupa o swej pamięci modlitewnej w ich szpitalnej kaplicy.

Metropolita wyjaśnił, że dzisiejsze czytania mówiące o tym jak Chrystus wyrzuca złe duchy i uzdrawia, dopełniają tego, co zaczęło się w Betlejem.

– Bo chodziło o to, żeby Chrystus się światu objawił jako Boży Syn. Jako Ten, który zrodzony przed wiekami z Ojca stał się z Jego woli człowiekiem po to, aby nam przynieść zbawienie.

Arcybiskup podkreślił, że w dzisiejszej Ewangelii jest także mowa o tym, że Chrystus udał się w odosobnione miejsce, by się modlić. I na słowa Apostoła, że wszyscy Go szukają, odpowiedział, że trzeba iść dalej, do kolejnej miejscowości nauczać o Bogu.

W Liście do Hebrajczyków natomiast słyszymy dziś przypomnienie tego, że Chrystus stał się do nas podobny we wszystkim – oprócz grzechu. Metropolita szczególnie podkreślił, że Pan Jezus stał się do nas podobny we wszystkim i stał się jednym z nas. Metropolita zacytował zdanie: „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.” – Ludzie są poddawani próbom. Ludzie są doświadczani cierpieniem i to miejsce jest szczególnym nagromadzeniem ludzkiego cierpienia. Nie w postaci abstrakcyjnej, nie w postaci ksiąg o cierpieniu czy o tym jak z cierpienia ludzi wydobywać. To jest miejsce, w którym cierpienie przybiera kształt konkretnego człowieka, konkretnego dziecka. I jest to dla nas wszystkich jakaś ogromna tajemnica.

Metropolita zaznaczył, że Chrystus stał się jednym z nas także w cierpieniu, bo On naprawdę cierpiał. I pokazał jak trzeba to cierpienie przyjąć – z całkowitym zaufaniem wobec Boga, nawet, jeśli jest to niezwykle trudne.

– Bo na krzyżu Golgoty (…) było poczucie osamotnienia, była ogromna boleść, ale było też oddanie wszystkiego swemu Ojcu. I była tam także, co trzeba bardzo mocno podkreślić, błogosławiona obecność tych, którzy Pana Jezusa kochali i pozostali Mu wierni aż do końca. Zwłaszcza Jego Przenajświętsza Matka, zwłaszcza Jego najbardziej spośród wszystkich ukochany uczeń Jan. Byli przy Nim i swoją obecnością pokazywali – nie jesteś sam, kochamy Ciebie. Arcybiskup powiedział także, że zdaje sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć, że mamy przyjmować cierpienie. Szczególnie jeśli chodzi o cierpienia dziecka, wobec którego jesteśmy kompletnie bezradni.

– To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą. Bo jeśli On przeszedł przez bramę cierpienia do pełni życia, to i my ufamy, zmierzając także do Dzieciątka narodzonego w Betlejem, że nas rozumie, że nas swoją miłością ubogaci, że swoim ubóstwem podniesie i że przy wszystkich nierozumieniach tego czym jest cierpienie, a zwłaszcza czym jest cierpienie dziecka, będziemy, będąc blisko Niego, mogli z całą głębią wiary powtarzać słowa wyśpiewywane w Betlejem przez aniołów: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania, pokój ludziom dobrej woli”.

Po Mszy św. arcybiskup niosąc słowa otuchy odwiedził małych pacjentów w szpitalnych oddziałach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem