Reklama

Dom na Madagaskarze

Pamiętam morze ludzi

2012-11-19 12:00

Z ks. prał. Stanisławem Kłóskiem rozmawia Danuta Rogacewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 17/2009

Danuta Rogacewicz: - Księże Prałacie, czym dla Księdza jest sanktuarium w Rokitnie?

Ks. prał. Stanisław Kłósek: - Dla mnie to szczególne miejsce. Jestem góralem i wychowałem się w kulcie Matki Bożej. To, że zostałem kustoszem maryjnego sanktuarium, odczytałem jak zaproszenie do Jej służby. W dodatku było to pierwsze spotkanie z kultem Maryi w diecezji. Wtedy nie było innego sanktuarium. Czułem się wyróżniony, ale doznawałem też uczucia lęku. Czy podołam? Prosiłem ludzi o modlitwę i nie zawiodłem się. Tam spotkałem się z ogromną życzliwością mieszkańców i pielgrzymów. W oddanej pracy dla Matki, Kościoła i ludzi ostatecznie okrzepło moje kapłaństwo. Jestem wdzięczny Panu Bogu, że prowadził mnie przez Maryję i pozwolił cieszyć się owocami swojej pracy. Nie wszyscy otrzymują taką łaskę. A ja przecież widzę, że Rokitno pięknieje z roku na rok, służy ludziom, a kult Pani Cierpliwie Słuchającej rośnie. Świadomość, że w dobrych zawodach wystąpiłem, jest dla mnie, kapłana, budująca.

- Wkrótce będziemy obchodzić 20. rocznicę koronacji obrazu Pani Rokitniańskiej. Był Ksiądz wówczas nie tylko kustoszem, ale i organizatorem uroczystości koronacyjnych. Jak Ksiądz wspomina tamte lata?

- W Rokitnie pracowałem 11 lat. Zostałem kustoszem w 1978 r. Przedtem byłem wikarym w Sulechowie. Nie miałem żadnego doświadczenia jako proboszcz. Można powiedzieć, że zostałem rzucony na głęboką wodę. Trzeba było zająć się budową domu rekolekcyjnego, ołtarza polowego, a także architekturą otoczenia (Jej twórca, Wojciech Kasprzycki, nie doczekał uroczystości koronacyjnych, zmarł 2 miesiące przed nimi. W podcieniach koło zakrystii znajduje się tablica upamiętniająca jego wkład w rozbudowę sanktuarium) i jednocześnie organizować życie parafialne, opiekować się pielgrzymami. Oni przyjeżdżali tu po duchową strawę i nic nie mogło zakłócać ich pobytu w świętym miejscu. Żadna budowa czy kłopoty z nią związane. A tych było bez liku. Trzeba pamiętać, że czasy głębokiego komunizmu nie sprzyjały tego typu przedsięwzięciom. Wtedy się „kombinowało”. To była nomenklatura dnia codziennego. Każdą cegłę, cement czy kawałek deski trzeba było „skombinować”, bo legalny zakup graniczył z cudem. Bardzo mi wtedy pomógł Juliusz Korzyb, dyrektor składnicy materiałów budowlanych. Czasami jeździliśmy do Zielonej Góry po pół tony cementu, który w papierach widniał dla innego odbiorcy. A przecież to niejedyne trudności. Trzeba było organizować rekolekcje, przyjmować i nakarmić pielgrzymów. O mięso nie martwiliśmy się, hodowaliśmy świnie, ale cukier! To dopiero był rarytas! Przydzielany na kartki był po prostu luksusem nie do zdobycia. Pielgrzymi musieli dzielić się swoimi zapasami…
Albo przyjazd gości i rekolekcjonistów. Wyjeżdżaliśmy po nich do Zbąszynka, stamtąd do Międzyrzecza, gdzie zmienialiśmy środek transportu, i dopiero wracaliśmy do Rokitna. W ten sposób np. dotarł do nas prof. Stelmachowski. Dziś taki kamuflaż śmieszy, ale tak naprawdę było. Sam nigdy bym nie podołał tym zadaniom, ale miałem wokół siebie życzliwych ludzi: mieszkańców Rokitna i okolic, siostry salezjanki, współbraci w kapłaństwie, którzy wspomagali mnie podczas większego napływu pielgrzymów. Z serdeczną wdzięcznością wspominam ks. Piotra Mazurka i ks. Mieczysława Rumińskiego, którzy nieraz do późnej nocy spowiadali pątników. Po 2 latach dostałem wreszcie wymodlonego wikarego, ale i obowiązków wciąż przybywało. Tak, to był bardzo pracowity czas, ale wspominam go z ogromną radością. Nieustanne kłopoty nie zniechęcały do działania. Myślę, że był w tym jakiś Boży entuzjazm, z którego wyrosło błogosławione dzieło. Jestem za nie Panu Bogu wdzięczny.

- Jak w tych trudnych czasach przebiegały przygotowania do koronacji Pani Rokitniańskiej?

- Można powiedzieć, że dwufazowo. Pierwsza część - to przygotowanie miejsca. Potrzebna była pomoc przy formowania placu dla pielgrzymów, założeniu ogródka przy sanktuarium, uprzątnięciu budowlanego rozgardiaszu. Pomagali wszyscy. Z całej diecezji przyjeżdżali wierni. Kobiety, które bardzo przydawały się w kuchni przy robieniu zapasów i wekowaniu, i mężczyźni. To byli pierwsi pielgrzymi, emisariusze Pani Rokitniańskiej, oni roznosili potem wici o naszym sanktuarium. Pracowali fizycznie, ale przeżywali jednocześnie rekolekcje. Dla wielu z nich było to pierwsze spotkanie z Matką Bożą w takim konkretnym wymiarze. Z jakim oddaniem Jej służyli!
Drugi etap to zbieranie złotego kruszcu na koronę. Chętnych do przynoszenia precjozów było wielu i wśród świeckich, i wśród duchownych, ale na wyraźne życzenie ówczesnego biskupa ordynariusza Józefa Michalika mogłem przyjąć tylko te, do których dołączony był duchowy dar. Pamiętam, jak Ksiądz Biskup powiedział, że jeśli nie starczy złota, to zrobimy Matce koronę z miedzi, ale będzie ona wyrazem naszych dobrych czynów i postanowień. Znalazł się bowiem ofiarodawca, który chciał sam zafundować tę koronę jako wotum, ale Ksiądz Biskup nie wyraził zgody. Korona Pani Cierpliwie Słuchającej jest więc naprawdę duchowym podarunkiem całej diecezji. Ileż cennych ofiar składa się na nią, to doprawdy trudno wyliczyć!

- Rozumiem, że złota starczyło?

- Zebraliśmy 80 dag, starczyło na dwie korony. Pierwsza jest szczerozłota i waży 65 dag, druga - wierna kopia pierwszej - jest pozłacana. Na co dzień pielgrzymi oglądają tę drugą. Złotą zakłada się na szczególne okazje: odpusty, uroczystości.

- Jakie wspomnienia utkwiły Księdzu Prałatowi z poświęcenia korony?

- O, to były niesamowite emocje! Radość i strach mieszały się ze sobą. Strach, bo wieźliśmy ze sobą bardzo cenną rzecz i zwyczajnie baliśmy się, żeby nam nie zginęła. A radość - bo po raz pierwszy tak blisko spotkaliśmy się z Ojcem Świętym, no i mieliśmy świadomość, że uczestniczymy w wielkim wydarzeniu, które jest niezmiernie ważne dla całej wspólnoty diecezjalnej. Nasza delegacja, oprócz bp. Michalika, składała się z 3 osób. Towarzyszyli mi bowiem wspomniany wcześniej Juliusz Korzyb i Zofia Chmielewska, artystka z Zielonej Góry, która namalowała kopię Pani Rokitniańskiej. Ten obraz miał potem peregrynować po całej diecezji, niestety został… ukradziony! Podczas audiencji u Papieża! Wydaje się to nieprawdopodobne, ale tak właśnie było. Nic dziwnego, że to wydarzenie jeszcze bardziej podsycało nasz niepokój.
Bp Michalik przedstawił Ojcu Świętemu naszą delegację i wygłosił specjalnie przygotowany tekst, w którym nakreślił duszpasterski program dla naszej diecezji. Jan Paweł II bardzo uważnie go słuchał i z aprobatą kiwał głową. Potem poświęcił koronę i położył na nią swoją dłoń. To była wzruszająca chwila. Wszystkie dotychczasowe problemy straciły swoją wagę, przemieniły się w samo dobro. Wysiłek całej rzeszy wiernych zalśnił w kawałku złotego cacka i był to naprawdę cudowny blask.

- Jak Ksiądz Prałat wspomina uroczystość koronacji?

- Pamiętam morze ludzi. Z ołtarza polowego widać było wielką rzeszę jak z apokaliptycznej wizji. Według statystyk ojców pallotynów przygotowany na tę okazję plac mieścił 120 tys. wiernych! W tym dniu mała wioseczka stała się wielkim centrum naszego partykularnego Kościoła, weselną Kaną Galilejską. Oprócz świeckich zjawił się niemal cały Episkopat z Księdzem Prymasem, księża z trzech diecezji: naszej, szczecińsko-kamieńskiej i poznańskiej, siostry zakonne, chóry, orkiestry. To, że nikomu nic się nie stało, że uroczystości przebiegały bez zakłóceń, że wszyscy dzieliliśmy tę wspólnotową radość, zawdzięczamy z pewnością Jej, Matce Rokitniańskiej. Ona była pierwszoplanową postacią tej uroczystości, Ona nas zgromadziła, jednoczyła i otaczała opieką. W sposób niemalże namacalny. Oczywiście nad bezpieczeństwem czuwali ludzie: porządkowi z całej diecezji, strażacy, ale ten wyjątkowy klimat modlitwy, radości i wdzięczności sprawiał, że wszyscy czuliśmy wzajemną więź i odpowiedzialność. Potem tę ogromną liczbę gości trzeba było nakarmić, ale i z tym poradziliśmy sobie prawie jak Pan Jezus na pustyni. Bo Ona tam była. Jak to w Kanie. To był naprawdę cudowny czas.

- Mówił Ksiądz, że Matka Cierpliwie Słuchająca była główną Sprawczynią tego Bożego zamieszania. Jak dzisiaj ocenia Ksiądz rozwój Jej kultu w naszej diecezji?

- Bardzo dobrze. Jestem dość częstym gościem w Rokitnie, kocham to miejsce. Widzę, jak się zmienia, pięknieje. Mój następca dba o sanktuarium, modernizuje. Tak trzeba, bo zmieniają się czasy i inne są dziś potrzeby pielgrzymów. Rokitniańskie sanktuarium jest urokliwe, dla skołatanego życiem wędrowca to wymarzony azyl. A przekonanie, że czeka nań cierpliwa Matka, przyciąga nie tylko naszych diecezjan. Kiedy widzę, że przyjeżdżają tu ludzie z różnych stron naszego kraju, modlą się i znajdują lekarstwo na swoje rany, to cieszę się. Wiem, że coraz więcej grup, wspólnot, a także indywidualnych pielgrzymów przyjeżdża na rekolekcje i dni skupienia. Czasami trudno znaleźć wolny termin i pokój. Dobrze jak dzieci szukają pociechy u swojej Matki. Ona umie słuchać jak nikt inny. Wiem, bo sam doświadczyłem Jej łaskawości.

Abp Ryś na Mszy św. za śp. Pawła Adamowicza: czy coś się w Polsce zmieni?

2019-01-16 09:16

xpk / Łódź (KAI)

Czy coś się w Polsce zmieni? Słuchamy Jezusa, otwieramy się na Jego słowa i jednocześnie uważamy, że nic nie ma prawa się zmienić? Jesteśmy tak beznadziejni? Jesteśmy tak spętani złem? – pytał abp Grzegorz Ryś podczas liturgii żałobnej w intencji śp. Pawła Adamowicza.

archidiecezja.lodz

Z inicjatywy metropolity łódzkiego w bazylice archikatedralnej pw. św. Stanisława Kostki w Łodzi odprawiona została Msza święta żałobna o spokój duszy tragicznie zmarłego prezydenta Gdańska oraz o zdecydowane porzucenie przemocy w życiu publicznym.

W homilii abp Ryś, odnosząc się do niedzielnych i poniedziałkowych tragicznych wydarzeń, powiedział, że dzisiaj wszyscy możemy być przybici myśląc o tym, do czego człowiek jest zdolny. - Dzisiaj wszyscy możemy być przerażeni tym, czego człowiek może się dopuszczać i kiedy przychodzimy z przygnębieniem i smutną refleksją to Bóg, ku naszemu zdumieniu, otwiera nam oczy na naszą godność - podkreślił.

- Pan Bóg nam mówi: wierzę w was. Stworzyłem was tak, że dobro jest w zasięgu waszej ręki, że możecie być nie tylko moim obrazem, ale możecie się do mnie upodabniać, możecie się stawać jak ja. Wierzę w was. Wiem, że nie jesteście aniołami - mówił arcybiskup.

- Macie w sobie taką wiarę jaka Bóg ma co do was? Wygląda na to, że dzisiaj w Polsce nikt tej wiary nie ma! Słucham od wczoraj odpowiedzi na pytanie: czy coś się w Polsce zmieni? Odpowiedzi padają dwie: nic się nie zmieni, albo zmieni się na trzy dni! Wszystko jedno, kto te odpowiedzi formułuje. Słuchamy Jezusa, otwieramy się na Jego słowa i jednocześnie uważamy, że nic nie ma prawa się zmienić? Jesteśmy tak beznadziejni? Jesteśmy tak spętani złem? To jest nie do przekroczenia? To jest nie do zmiany? – pytał kaznodzieja.

Metropolita łódzki podkreślił: „Znając naszą zdolność do grzechu. Bóg ma w sobie wiarę, że człowiek jest większy od zła. Człowiek nie musi być spętany. Człowiek nie musi mieć przekonania, że ze zła się nie wyrwie, że nic tu nie ma do zmiany, a jeśli to na moment. Nie, nie na moment! Jest życie nowe, które – jest jak mówimy - jest wieczne". - Ostatecznie Jezusa interesuje taka zmiana w naszym życiu, zmiana na zawsze – zakończył hierarcha.

Przed błogosławieństwem kończącym liturgię arcybiskup podziękował wszystkim obecnym za przybycie i wspólną modlitwę.

Liturgię wraz z metropolitą łódzkim koncelebrowali arcybiskup senior Władysław Ziółek, bp Ireneusz Pękalski, bp Marek Marczak oraz księża diecezjalni i zakonni. W świątyni obecni byli przedstawiciele samorządu wojewódzkiego i miejskiego z prezydent Łodzi Hanną Zdanowską, a także licznie przybyli mieszkańcy miasta.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 1/2 2019

Cierpienie można przyjąć tylko wiarą

2019-01-16 21:37

Justyna Walicka/Archidiecezja Krakowska

- To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą - o cierpieniu mówił abp Marek Jędraszewski podczas kolędowej wizyty duszpasterskiej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie-Prokocimiu.

Jaonna Adamik/Archidiecezja Krakowska

Wicedyrektor szpitala lek. med. Andrzej Bałaga przywitał metropolitę i podziękował za kolejną wizytę, która, jak zaznaczył, jest wsparciem zarówno dla personelu w podejmowaniu nierzadko trudnych decyzji, jak i dla małych pacjentów w ich powrocie do zdrowia.

Prof. Szymon Skoczeń w imieniu zespołu lekarskiego i pielęgniarskiego szpitala poprosił arcybiskupa o błogosławieństwo.

Delegacja dzieci również przywitała metropolitę krakowskiego i złożyła wierszowane życzenia. Młodzi pacjenci zapewnili arcybiskupa o swej pamięci modlitewnej w ich szpitalnej kaplicy.

Metropolita wyjaśnił, że dzisiejsze czytania mówiące o tym jak Chrystus wyrzuca złe duchy i uzdrawia, dopełniają tego, co zaczęło się w Betlejem.

– Bo chodziło o to, żeby Chrystus się światu objawił jako Boży Syn. Jako Ten, który zrodzony przed wiekami z Ojca stał się z Jego woli człowiekiem po to, aby nam przynieść zbawienie.

Arcybiskup podkreślił, że w dzisiejszej Ewangelii jest także mowa o tym, że Chrystus udał się w odosobnione miejsce, by się modlić. I na słowa Apostoła, że wszyscy Go szukają, odpowiedział, że trzeba iść dalej, do kolejnej miejscowości nauczać o Bogu.

W Liście do Hebrajczyków natomiast słyszymy dziś przypomnienie tego, że Chrystus stał się do nas podobny we wszystkim – oprócz grzechu. Metropolita szczególnie podkreślił, że Pan Jezus stał się do nas podobny we wszystkim i stał się jednym z nas. Metropolita zacytował zdanie: „W czym bowiem sam cierpiał, będąc doświadczany, w tym może przyjść z pomocą tym, którzy są poddani próbom.” – Ludzie są poddawani próbom. Ludzie są doświadczani cierpieniem i to miejsce jest szczególnym nagromadzeniem ludzkiego cierpienia. Nie w postaci abstrakcyjnej, nie w postaci ksiąg o cierpieniu czy o tym jak z cierpienia ludzi wydobywać. To jest miejsce, w którym cierpienie przybiera kształt konkretnego człowieka, konkretnego dziecka. I jest to dla nas wszystkich jakaś ogromna tajemnica.

Metropolita zaznaczył, że Chrystus stał się jednym z nas także w cierpieniu, bo On naprawdę cierpiał. I pokazał jak trzeba to cierpienie przyjąć – z całkowitym zaufaniem wobec Boga, nawet, jeśli jest to niezwykle trudne.

– Bo na krzyżu Golgoty (…) było poczucie osamotnienia, była ogromna boleść, ale było też oddanie wszystkiego swemu Ojcu. I była tam także, co trzeba bardzo mocno podkreślić, błogosławiona obecność tych, którzy Pana Jezusa kochali i pozostali Mu wierni aż do końca. Zwłaszcza Jego Przenajświętsza Matka, zwłaszcza Jego najbardziej spośród wszystkich ukochany uczeń Jan. Byli przy Nim i swoją obecnością pokazywali – nie jesteś sam, kochamy Ciebie. Arcybiskup powiedział także, że zdaje sobie sprawę, że łatwo jest powiedzieć, że mamy przyjmować cierpienie. Szczególnie jeśli chodzi o cierpienia dziecka, wobec którego jesteśmy kompletnie bezradni.

– To jest niepojęta tajemnica, której rozumowo zgłębić do końca nie jesteśmy w stanie. Ale jesteśmy w stanie przyjąć to naszą wiarą. Właśnie dlatego, że Pan Jezus przyjął cierpienie i z cierpieniem się utożsamił i dał się przez nie przeniknąć aż do końca i tym samym przychodzi nam z pomocą. Bo jeśli On przeszedł przez bramę cierpienia do pełni życia, to i my ufamy, zmierzając także do Dzieciątka narodzonego w Betlejem, że nas rozumie, że nas swoją miłością ubogaci, że swoim ubóstwem podniesie i że przy wszystkich nierozumieniach tego czym jest cierpienie, a zwłaszcza czym jest cierpienie dziecka, będziemy, będąc blisko Niego, mogli z całą głębią wiary powtarzać słowa wyśpiewywane w Betlejem przez aniołów: „Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom Bożego upodobania, pokój ludziom dobrej woli”.

Po Mszy św. arcybiskup niosąc słowa otuchy odwiedził małych pacjentów w szpitalnych oddziałach.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem